mrb4
31.10.04, 16:32
WIERTŁO CZASU
Mariusza poznałem jeszcze w podstawówce. Później poszliśmy do tego samego
gimnazjum, a następnie liceum i nie przypominam sobie, aby wyróżniał się
wówczas jakimiś nadzwyczajnymi zdolnościami naukowymi. Nic nie wskazywało na
to, że zostanie kiedyś jednym z najwybitniejszych wynalazców na świecie,
potrafiącym zrobić tak zdumiewające rzeczy za pomocą środków skromniejszych
niż te, którymi dysponuje najskromniejsze uniwersyteckie laboratorium.
Studia wybraliśmy odmienne. Mariusz został dentystą i właścicielem
najbardziej cenionego gabinetu stomatologicznego w naszym mieście, natomiast
ja wybrałem zarządzanie i marketing.
W końcu znudził się praktyką dentystyczną:
- Mam już dosyć dłubania w niedomytych szczękach! – oświadczył pewnego dnia,
zamknął gabinet i wybrał się w roczną podróż po Europie. W międzyczasie
otrzymał spory spadek po jakimś wujku z Ameryki. Niektórzy to mają szczęście!
Cała historia zaczęła się piętnaście lat temu, gdy Mariusz wrócił do
rodzinnego miasta. Byłem wówczas już od kilku miesięcy bezrobotny i mimo
wielu starań nigdzie nie mogłem znaleźć pracy. Gdy było już naprawdę
niedobrze, zupełnie przypadkowo spotkałem na ulicy starego kumpla, który
zaproponował mi stanowisko swojego asystenta.
- Podczas podróży zainteresowałem się zagadnieniami naukowymi – powiedział,
gdy znaleźliśmy się w jego domu położonym na odległym przedmieściu, prawie w
lesie. - Przeczytałem kilka interesujących książek i to nasunęło mi parę
ciekawych pomysłów.
- Chodź! Pokażę ci mój wynalazek.
Zeszliśmy do piwnicy zamienionej na laboratorium. Wynalazek miał kształt kuli
wielkości męskiej pięści, z wystającą u góry anteną. Całość stała na wysokiej
nóżce, na podłodze niedaleko stołu, którego blat pokryty był jakimś
srebrzystym proszkiem. Mariusz wziął do ręki skrzynkę z mnóstwem przycisków,
pokręteł i także zaopatrzoną w antenę. Domyślałem się, że za jej pomocą można
było sterować tajemniczą konstrukcją.
- Nazwałem to urządzenie wiertłem czasu – powiedział. – Dzięki niemu będziemy
mogli zajrzeć w przeszłość i poprawić trochę teraźniejszość.
- Nie żartuj! To znaczy, że wynalazłeś wehikuł czasu?.
- Można tak powiedzieć, chociaż sposób funkcjonowania mojego wynalazku jest
inny niż klasycznego wehikułu.
- Popatrz!
Podniósł stojącą obok niego na krześle filiżankę i rozbił ją o podłogę.
Odczekał kilka minut, a następnie uruchomił urządzenie. Na stole pojawiła się
pomniejszona wersja piwnicy Dostrzegłem naszych sobowtórów, wszystko jednak
znajdowało się w całkowitym bezruchu.
- To jest obraz przeszłości. Stół pełni funkcję chronoekranu. Teraz będziemy
mogli zrobić małą sztuczkę.
Zanurzył w chronoekranie uzbrojoną w pęsetę rękę, chwycił maleńkie krzesło z
mikroskopijną filiżanką i odsunął je na drugi koniec piwnicy. Następnie
przewrócił taboret stojący koło swojego sobowtóra. Niecałą minutę później
poczułem dziwne mrowienie w całym ciele. Obraz na stole zniknął.
Wkrótce ogarnęła mnie nieopanowana chęć naprawienia rozbitej filiżanki.
Zacząłem chodzić na czworakach po podłodze i zbierać jej skorupy. Wtedy
właśnie przewróciłem taboret. Nie mogąc znaleźć na miejscu odpowiedniego
kleju wybiegłem do miasta. Pojawiłem się dopiero następnego dnia rano z
posklejaną filiżanką.
- Nasz pierwszy eksperyment można uznać za udany – oświadczył na ten widok
Mariusz. – Równowaga temporalna została przywrócona.
Nic z tego wszystkiego nie rozumiałem, Mariusz chętnie jednak udzielił mi
wyjaśnień.
- Otóż przeszłość nie jest czymś niedostępnym, ukrytym w innym wymiarze lub
innej przestrzeni. Przeszłość zapisana jest w każdym z otaczających nas
przedmiotów. Nawarstwia się ona tak, jak skały w kolejnych epokach
geologicznych. Aby się do niej dostać, trzeba tylko przewiercić bliższe nam
czasowo pokłady rzeczywistości. I do tego właśnie służy mój wynalazek. Jest
to jakby odpowiednik wiertła używanego przez geologów.
- A co z paradoksem dziadka? – spytałem. – Jeżeli ktoś cofnie się do czasów
przed urodzeniem swoich rodziców i zabije swojego dziadka, wówczas sam
przestanie istnieć, zniknie, rozpłynie się w powietrzu jak w tym filmie,
który niedawno szedł w telewizji.
- Niezupełnie. Gdyby ktoś zabił swojego dziadka w przeszłości, na pewno nie
rozpłynąłby się w powietrzu, choć musiałby w jakiś sposób zginąć. Wszystko
musi odbywać się zgodnie z prawami przyrody, która starałaby się przywrócić
zachwianą równowagę temporalną w teraźniejszości. W takim przypadku natura
mogłaby więc spowodować, iż człowiek ten zachorowałby nagle na raka, wpadł
pod samochód, albo spotkałaby go jakaś inna tego rodzaju przykrość.
- Żeby przywrócić równowagę temporalną, przyroda może więc skłaniać ludzi do
działania wbrew ich woli, tak jak mnie zmusiła do sklejenia filiżanki, albo
do przewrócenia taboretu.
- Tak jest, lecz można jej się świadomie przeciwstawić. Tak naprawdę to ja
odczułem wcześniej od ciebie pragnienie przewrócenia taboretu, lecz nauczyłem
się powstrzymywać swoje popędy. Natura musiała jednak przywrócić zachwianą
równowagę, skoro więc ja stawiłem opór, posłużyła się tobą.
Zapragnąłem dowiedzieć się jeszcze, jak mój przyjaciel wpadł na pomysł tak
dziwnego urządzenia.
- Teorię można znaleźć w książkach – oświadczył. - Przede wszystkim w "Fizyce
praktycznej" Hubertina, ale także w "Nowej fizyce" Łysenki i "Rozważaniach o
czasie" Wellsa. Najtrudniejsze było nie tyle opracowanie projektu, ile raczej
zdobycie wszystkich niezbędnych składników. Potrzebowałem na przykład dużego
diamentu, a także krwi kozła pobranej o północy, podczas pełni księżyca. Nie
pytaj jak ją zdobyłem, do dziś robi mi się niedobrze na to wspomnienie.
Przyznam, że początkowo byłem sceptyczny, jednak dalsze wydarzenia
potwierdziły słowa Mariusza. Kilka następnych miesięcy przeznaczyliśmy na
testowanie wynalazku. Powiększyliśmy wiertło, aby dawało na tyle duży obraz,
żeby bez problemu mógł wejść do niego dorosły człowiek. Pierwszego dnia
testów zaproponowałem, abyśmy przyjrzeli się momentowi narodzin naszego
wszechświata.
- Niestety, to bardzo trudne – odpowiedział Mariusz. - Według moich obliczeń
dotarcie do początków wszechświata wymagałoby użycia wiertła o rozmiarach
Słońca.
Po naradzie postanowiliśmy zająć się naprawianiem dawnych błędów ludzkości.
Okazało się to jednak dosyć trudne. Nie mieliśmy żadnego pomysłu na
uratowanie cesarstwa rzymskiego. Zostawić Markowi Aureliuszowi traktat
namawiający go do zaprzestania psucia monety? Albo podrzucić armii cesarza
Honoriusza machiny wojenne, które wspomogą ją w walce z barbarzyńcami?
Doszliśmy do wniosku, że przerasta to nasze możliwości. Zbyt wiele czynników
wymagało tu zmiany. Podobnie było z zapobieżenie obu wojnom światowym. Na
początek zdecydowaliśmy się więc – z czystej ciekawości - zobaczyć, jak
wyglądała Ziemia miliard lat temu. Włączyliśmy urządzenie i po kilku minutach
chronoekran, zajmujący już połowę piwnicy, pokazał nam zdumiewający
krajobraz. Zamiast nagiego lądu, jaki spodziewaliśmy się ujrzeć, zobaczyliśmy
przed sobą miasto otoczone łanami jakiejś czerwonej roślinności!
Powiększyliśmy obraz. Na ulicach kłębił się tłum niskich, czteronogich i
dwurękich stworów o zielonej skórze. Niektóre z nich wisiały w powietrzu,
siedząc w urządzeniach, mających kształt niewielkich latających talerzy.
Domyślaliśmy się, że służą one do przemieszczania się, choć oglądany obraz
był całkowicie nieruchomy. Samo miasto składało się z kilkupiętrowych
drewnianych budowli, lecz widać było, że jest to cywilizacja zaawansowana
technologicznie.
- To znaczy, że uczeni się mylili – stwierdził Mariusz. – Na Ziemi istniała
już przed nami co najmniej jedna wysoko rozwinięta cywilizacja.
- Więc dlaczego nie został po niej do dzisiaj żaden ślad?
- Skąd wiesz, że