iwannabesedated
17.05.14, 20:24
Od dość dawna prześladuje mnie sen, gdzie mam jechać gdzieś, ale nie daję rady się spakować. Bo masę rzeczy mam. A jak mi się już zdaje, że wszystko spakowałam, to się zaraz przypomina jakaś cała szafa kolejną, zawartość której jest całkowicie niezbędne zapakować. W konsekwencji, w tych snach, wyruszyć się nigdzie nie udaje, lub też jestem spóźniona, i środek transportu mi zwiewa.
Mam wrażenie, że mój umysł, a głównie pamięć przedstawia sobą ten obraz właśnie nadmiaru rozdętego do wymiarów totalnej bezużyteczności. Jakieś wspomnienia, myśli, plany niezrealizowane, coś zaczęte i nieskończone, umiejętności nabyte niepotrzebnie, rzeczy cenne przykryte warstwą bezużytecznych, bezwartościowych lub wręcz szkodliwych.
Moja przyjaciółka ostatnio popadła w przykry nawyk wieszczenia na portalu społecznościowym. No cóż, mania jak mania, u przyjaciół się znosi lub znosiło różne rzeczy, zwykle to przechodzi lub łagodnieje, albo się człek przyzwyczaja. W każdym razie jedna z jej wieszczb, to żeby się starać zapamiętać tylko rzeczy piękne, a reszty nie.
Bo ja wiem? Gust się zmienia człeku, to co 20-stką będąc uznawałam za piękne, na przykład dziwne opięte spodnie w liście a do tego papuzi sweterek (na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć to, że były to lata '80-te ubiegłego wieku) - teraz mnie się już takie nie wydają. Natomiast z pewnością mogę sobie wymazać z pamięci umiejętność stenografowania metodą Gregg'a nabytą w jakimś młodzieńczym opętaniu, i z dużym nakładem wysiłku. Bo to mi się z pewnością nie przyda... ale czy na pewno?
Albo taka znajoma, co sobie ubździła, że się ze mną zaprzyjaźni, bo jej to łechtało ego, a ja, kurwa mać, po latach kontaktowania się, dochodzę do wniosku, że ja jej nawet nie lubię - wyrzucić z telefonu i pamięci, czy nie wyrzucić?
Albo część rodziny co jest niby miła, ale ani nie można na nich liczyć, ani mnie nie bawią, nie inspirują, spotkania są drętwe i nudne, za to zaszłości z przeszłości - fujowe, ogromniaste i generalnie jedna wielka stajnia Augiasza - więc olać, odciąć i zapomnieć, czy też odgruzować i czyścić latami ten syf, bo w końcu jakaś to rodzina, no ale z trzeciej strony, do cholery na cholerę???
I tak dalej i w ten deseń. A życie, czy też ten środek transportu ucieka, a tam czekają nieodkryte kontynenty ekscytujących zdarzeń, i podróże do odbycia, i krwiste zachody słońca i ciepłe oceany pełne piratów, morskich stworów, skarbów do odkrycia, tam drepcze z niecierpliwości domagająca się zborsuczenia płatna obsługa na długich opalonych nogach zwieńczonych jędrnymi pośladkami....
Przeto się zgłaszam do foruma o wszczęcie dyskusji, co warto jest zachować w głowie i w życiu. A co bezwzględnie wypierdolić, w sensie pozbyć się, oczywiście. Co Wy byście ze swoich (pardon) żyć bezwzględnie zachowali, a czego byście się pozbyli?
Ot, taki wątek-srątek na zime majowe wieczory.