10.01.20, 22:29



--
czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
Obserwuj wątek
    • xurek Podroz do Marrakech: zmiany i konstrasty 10.01.20, 22:55
      Lecielismy Easyjetem za 300 CHF w dwojke tam i z powrotem, z czego prawie 1/3 kosztowala walizka, ktora zabralismy de facto pusta na zakupy. Kilka lat temu taki lot kosztowalby minimum 3 razy tyle. Zdjecia wykonane Samsungiem maja jakosc i rozdzielczosc, ktora przed kilkoma laty mialy tylko drogie i ciezkie aparaty fotograficzne.

      Wszystko staje sie latwodostepne, osiagalne, wygodne a tym samym kuszace. Czy to dobrze? Ja w ciagu 2019 odbylam 7 podrozy samolotem i natrzaskalam niezliczona ilosc zdjec, ktorych w wiekszosci nie ogladne wiecej niz jeden raz. Trudno mi przypomniec sobie szczegoly tych wszystkoch podrozy, bo zbily sie w jakis taki podrozny amalgamat, gdyz po powrocie rzadko przypominam sobie odbyta podroz, czesciej mysle nad tym, dokad by sie wybrac. Z tych niezliczonych zdjec nie wydrukowalam ani jednego, nie mam zadnego albumu. Kiedys mialam album z kazdej podrozy. Temat do przemyslenia.

      Lot nad polnocna Afryka i Sahara to gwarantowane wrazenia, bo nigdy nie ma tam chmur. Widok piekny, majestatyczny, znacznie bardziej imponujacy niz lot nad terenami zielonymi, ktore z tej wysokosci wydaja sie zawsze jakies takie zielonoczarnoponure. Brak wody powodujacy to piekno jest rownoczesnie przeklenstwem. Czy istneje cokolwiek, co jest wylacznie pozytywne?

      Lotnisko w Marrakech jest bardzo ladne, mimo znacznie wiekszej ilosci kontroli wygodne, sprawne i spokojne. Nie rozni sie od lotnisk europejskich. Tym wiekszy szok nastepuje po wykonaniu pierwszego kroku na zewnatrz. Kakofonia wrzeszczacych taksowkarzy wyrywajacych bagaz z reki i usilojacych zapedzic zdezorientowanego turyste do swojej taksowki, brak jakiejkolwkiek jasnosci i systemu w cenach, targowanie sie o wszystko. Pierwsze wrazenie to poczucie osaczenia i chec odwrotu na piecie i powrotu do domu tym samym samolotem. Podroz taksowka poteguje to uczucie. Natlok dzwiekow, kolorow, zapachow. Wszystkiego za duzo i wszystko za szybko.





      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
    • xurek Hotel 13.01.20, 21:35
      W porownaniu do zanych mi duzych miast hotele w Marrakech sa stosunkowo drogie a ceny podlegaja duzym wahaniom sezonowym.

      Hotele marokanskie mozna podzielic na dwie glowne kategorie: hotele i tzw. „ryad“. Hotele sa podobne do hoteli na calym swiecie, roznia sie jak wszedzie jakoscia i cena i moze troche bardziej orientalnym wystrojem. Te wysokiej jakosci sa czesto otoczone bajecznymi ogrodami i umiejscowione nieco poza zgielkiem centrum miast.

      Ryad to nazwa tradycyjnego budynku, w ktorym mieszkaja bogaci Marokanczycy. Wiele ryadow zostalo w miedzyczasie zamienionych na male hotele, mieszczace od 5 do 20 pokoi. Ryad to budynek otoczonym murem w ksztalcie kwadratu, czesto bez zewnetrznych okien, mieszczacy centralnie polozone atrium z basenem badz ogrodem otoczonym z czterech stron galeriami mieszczacymi pokoje, ktorych okna / drzwi wychodza na owo atrium.

      Na parterze mieszcza sie pomieszczenia ogolnego uzytku (w przypadku hotelu recepcja, jadalnia, kuchnia i pomieszczenia gospodarcze), na pierwszym, ewentualnie drugim pietrze pokoje prywatne (badz hotelowe) a na drugim badz trzecim otwarty taras.
      Ryady – hotele sa przeroznej jakosci: od obskurnych dziupli z malenkim bylejakim placykiem po luksusowe orientalne komnaty otaczajace bajkowy ogrod. Nasz ryad byl 4-gwiazdkowy, moim zdaniem nie zasluzyl na tak wysoka ocene.

      Ryad nie mial nad drzwiami nazwy, gdybysmy nie zostali wysadzeni przed jego drzwiami, to nigdy bysmy go nie znalezli. Przed masywna kuta brama, w ktorej miescily sie drzwi wejsciowe siedzialo zawsze dwoch tradycyjnie ubranych mezczyzn, ktorzy o kazdej porze dnia i nocy otwierali gosciom drzwi –zaden gosc nie mial klucza do wejsciowej bramy.

      Atrium zajete bylo prawie w calosci przez centralnie polozony basen z blekitna mozajka i mosieznym jeleniem oraz antylopa pochylajaca sie nad owym wodopojem. Na Gwiazdke na antylopie usadzono okrakiem Mikolaja a rogi jelenia udekorowano lameta i bombkami. Na moje szczescie (ufff) i nieszczecie (nie zdazylam zrobic zdjecia) dekoracje zdjeto 1-go stycznia. Z jednej strony basenu umieszczona byla jadalnia, metalowe stoly z mozajka, metalowe krzesla ze skorzanymi poduchami i podloga z mozajkowych kafli. Obok kuchnia z bufetem sniadaniowym, mozna tez bylo zamowic kolacje przynoszona z pobliskiej restauracji.

      W poludnie ow “dziedziniec” robil bajkowe wrazenie, we wszstkich pozostalych porach dnia i nocy byl zimny i ponury. Mam wrazenie, ze koloryt i wystroj zostaly dopasowane do goracego lata a nie chlodnejszej zimy z krotszymi dniami. Na tych skorzanych poduchach bylo wiecznie zimno, swiatla padajacego przez pergole umieszczona ponad atrium bylo za malo, pieknych rzezbionych czarnych elementow bylo zbyt wiele. By nieco “rozluznic” wystroj ryad pelen byl luster: byly doslownie wszedzie, fakt dosc irytujacy, bo czlowiek wciaz znienacka wpadal na samego siebie.




      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
    • xurek Hotel cd 13.01.20, 21:39
      Sniadanie w postaci bufetu zawierajacego jedynie chleb i “slodkosci” (dzem, miod, slodkie geste mazidlo i maslo) bylo bardzo monotonne, jego hajlajtem byly male ptaszki fruwajace w okol koszow z chlebem i zjadajace okruchy. Drugiego dnia zauwazylam, ze goscie przy sasiednim stoliku przyniesli wlasne avocado i zaczelam nasladowac ten przyklad: co wieczor kupowalismy sobie avocado, cytryne, gotowane jajka, czasem pomidor i uzupelniali w ten sposob nasze sniadanie. Dziewczyna podajaca co rano sok pomaranczowy I croissanty przyjela nasza innowajce z duza aprobata i przynosila nam co rano sol i pieprz. W przeciwienstwie do jakosci ryadu, jakosc jego personelu byla najwyzszej klasy. Mili, uczynni, zawsze usmiechnieci ludzie.

      Pokoj, ktory otrzymalismy, nazywal sie “junior suite with private terracy”. Taras byl kawalkiem korytarza oddzielonym lukiem od glownej czesci i miescil oprocz stolika z dwoma krzeslami wiadro ze smierdzacymi scierkami oraz wieszak na suszacze sie hotelowe reczniki. Do pokoju prowadzily masywne pieknie rzezbione drewniane drzwi, swiatlo wpadalo przez jedno malenkie okienko wychodzace na ow “taras” z kolorowymi, niebieskimi i zielonymi szybkami. Podloga z pieknych kafli w cieplym kolorze terrakoty, stylowe, rzezbione czarne drewniane meble w zbyt duzej ilosci, do tego obskurna toaleta i jeszcze bardziej obskurny “tradycyjny” prysznic, do ktorego wejscie okazalo sie byc bardziej karkolomne niz wspinaczka gorska.

      Najwiekszym problemem bylo swiatlo: te zielono-niebieskie szybki dawaly niewielka ilosc koszmarnego swiatla z grobowca rodem, tylko przy otwartych drzwiach pokoj skapany byl w sloncu, ale czlowiek siedzial de facto na korytarzu. Wieczorem ten sam koszmar: stylowa lampa “pod kolor” dawala takie samo koszmarne niebieskozielone swiatlo.
      Po przygodach, ktore opisze w nastepnym odcinku otrzymalismy inny pokoj z “prywatnym tarasem” z prawdziwego zdarzenia. Z malego kortarzyka wchodzilo sie do przedpokoju z osobnymi wejsciami do lazienki i pokoju. Pokoj mial duze drzwi balkonowe wychodzace na taras ogrodzony dosc wysokim murem. Byl bardzo podobny do tego pierwszego, ale lampa miala przyjazne zolto – pomaranczowe szybki a balkonowe przeszklenie dawalo wiele swiatla. Wejscie do tradycynjego prysznica nie grozilo tym razem skreceniem karku.

      Hajlajtem ryadu byl niewatpliwie taras na dachu a wlasciwie kilka tarasow na roznych wysokosciach: czesciowo otwartych, czesciowo zadaszonych, polaczonych ze soba schodkami i mostkiam roznej konstrukcji. Staly na nich stoliki z fotelami i lezaki. W ciagu dnia bylo tak cieplo, ze wypoczynek na lezaku byl prawdziwa przyjemnoscia. Widoki ciekawe na inne dachowe tarasy – czesciowo innych hoteli, czesciowo prywatnych domow.




      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
      • ania_2000 Re: Hotel cd 14.01.20, 17:15
        Xurku, czytam z ogromnym zaciekawieniem! Jak opowiesci Szeherezady:)

        W sprawie twoich przemyslen co do wspomnien wakacji, to rowniez niejako sie zmagam z tym jak zapamietac wspomnienia - my piszemy taki rodzaj pamietnika codziennie - co sie wydarzylo, ale nie duzo, pare zdan. Dodaje sie do tego pare zdjec - i sie o tym zapomina. Ale jak sie przypomni pozniej po paru latach to jest uciecha. Inaczej wszystko sie zaciera w jeden blob.

        Dzieki za zdjecia Makareszu - nie sa to rejony w jakie prawdopodobnie sie kiedykolwiek wybiore - wiec tym bardziej interesujace i ciekawe dla mnie.
        Zwiedzam Twoimi oczami:)
        • xurek Re: Hotel cd 15.01.20, 13:07
          Fajny pomysl z tym pamietnikiem. Robicie to naprawde codziennie czy tylko codzienne w czasie urlopow?

          --
          czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
          • ania_2000 Re: Hotel cd 15.01.20, 18:57
            "Pamietnik" tylko w czasie urlopu:) I taki to troche na przymus, chociaz to tylko pare minut pisanai dzienne.
            Sa jakies programy ktore mozna sciagnac do comp i ktore to powoduja, ze kazdy codzienny wpis wyglada ladnie;)

            na przyklad
            www.traveldiariesapp.com/

            Mozna to tez wydrukowac w formie albumu pozniej jak sie chce. Ale glownie fajne to jest dla rodziny - bo moga soba popatrzec kiedy chca online.

            ja postanowilam robic albumy foto - takie fizyczne jak kiedys sie robilo - z kazdej podrozy. Nieduze - takie ktore tylko pokazuja "highlights" - bo naprawde teraz jak sie robi 2 tysiace zdjec w tygodniu, to pozniej napewno to gdzies zginie.
            • minniemouse Re: Hotel cd 18.01.20, 02:36
              to rzeczywiście świetny pomysł ten pamiętnik, faktycznie nie sposób zapamiętać wszystkich przygód a tak.. są!. mnie się do tej pory najbardziej podobalo jak Pan Jutek wychowywał za halaśnych sąsiadów na balkonie :)

              --
              Savoir Vivre czyli jak się zachować
              • minniemouse Re: Hotel cd 18.01.20, 02:38
                przepraszam- Pan Xurek oczywiście.
                nigdy Was nie przestane mylić! przyznajcie się, albo jesteście bliźniaczki albo czarownice!


                --
                Savoir Vivre czyli jak się zachować
                • jutka1 Re: Hotel cd 18.01.20, 07:24
                  minniemouse napisała:

                  > przepraszam- Pan Xurek oczywiście.
                  > nigdy Was nie przestane mylić! przyznajcie się, albo jesteście bliźniaczki albo czarownice!
                  ************
                  Raczej to drugie :-)


                  --
                  Wywabiam plamy na schody i piore po mordzie
                  Wysadzam skrzynki balkonowe
                  *
    • xurek Koszmarny poczatek - 1 17.01.20, 12:00
      Wyruszylismy w podroz 31 grudnia. Sasiad zawiozl nas na lotnisko, mialam miejsce przy oknie, widoki robiace wrazenie, punktualne ladowanie na bardzo ladnym i dobrze zorganizowanym lotnisku. I tutaj konczy sie sielanka i zaczyna koszmar.

      Po wyjsciu z lotniska udalismy sie na postoj taksowek. Malpi cyrk. Taksowki staly i przemieszczaly sie rownolegle w kilku rzedach, miedzy nimi poruszaly sie tabuny zdezorientowanych i oglupialch turystow, stada walizek na kolkach, prywatne samochody, hotelowe shuttle oraz naganiacze uslilujacy wepchnac gawiedz do wybranego przez siebie wehikula. Do tego ceny “wywolawcze” z kosmosu: 30 Euro za 5 minut jazdy. W koncu udalo nam sie wytargowac rozsadna cene, taksowkarz przytaknal ze zawiezie nas za 100 Dh (10 Euro) i ze wie dokad jechac, wepchnal walizki do bagaznika, ktory juz byl pelny i mnie na przednie siedzenie. S dopchal do pary turystow siedziacych juz z tylu. Wyjasnil nam, ze najpierw zawiezie ich do hotelu, ktory jest po drodze a potem nas do naszego riadu.

      W ramach smoltoka zapytalam skad sa, a oni lamana angielszczyzna ze z Manchester. Po czym widzac chyba moja konsternacje dodali, ze on jest Brazylijczykiem z Manchester a ona jest Slowaczka z Manchester, na co my odpowiedzielismy, ze jestesmy Nigeryjczykiem I Polka z Szwajcarii. Bardzo nas to wszystkich ubawilo – jak sie teraz nad tm zastanawiam, to nie wiem, co w tym bylo az tak radosnego – chyba jedynie fakt, ze pozostawilismy za soba lotniskowy kociol. Kierowca dojechal przed ich hotel i zarowno my jak i oni rozdziawilismy geby. Hotel stal przy wielgasmy skrzyzowaniu na ktorym klebilo sie jak w ulu, samochody przejezdzaly niemalze po stolikach hotelowej kawiarni, wygladalo jak glosne mrowisko. Brazylijczyk skomentowal “fuck” a S dodal “whis you good luck”.

      Po wyladowaniu naszych towarzyszy podrozy taksowkarz przejechal skrzyzowanie i zatrzymal sie na przstanku autobusowym, po czym obwiescil nam, ze nie wiedzial, ze nasz hotel jest tak daleko i ze stawka podniosla sie o 50 Dh. Wpadlam w amok. Zaczelam na niego wrzeszczec, ze jak to nie wiedzial skoro mnie zapewnial ze wie i ze jest oszustem i ja nie mam zamiaru zaplacic mu ani centa wiecej. A on spokojnie, ze madam, sui desolee, ale za taka cene to on dalej nie pojedzie. S usilowal mnie uspokoic i mi wyjasnic, ze dyskutujemy tutaj o 5 Euro (czyli jednej kawie w naszym miasteczku) vs. jakosc naszego urlopu i ze moze jednak mu zaplacmy i pojedzmy do naszego hotelu ale niestety nie przedarl sie przez mgle mojego szalenstwa, wrecz przeciwnie, dolal jeszcze oliwy do ognia. Zaczelam wiec wrzeszczec na S, ze popiera oszustwo i skorumpowany system, ze jak zwykle jest przeciwko mnie i ze skoro tak, to wracajmy lepiej do domu. Musialam miec szalenstwo w oczach, bo kierowca chyba sie przestraszyl i ruszyl w dalsza podroz. W koncu miast przed hotelem wysadzil nas na brzegu ruchliwej ulicy twierdzac ze pod hotel dojechac sie nie da i przywolal dwoch chlopcow, ktorzy zaladowali nasze walizki na wozek i kurcgalopkiem przeciagneli nas przez niekonczacy sie labirynt zaulkow az pod zakuta brame ryadu zadajac 10 Euro za owa przysluge.

      W hotelu pywatny taras okazal sie magazynem brudnych scierek, orientalny pokoj przy zamknietych drzwiach pozbawiony byl praktycznie dziennego swiatla, prysznic okazal sie w niezwykle skomplikowany sposob zbudowana lamiglowka przedziwnych schodkow i gzymsow prawie nie do pokonania a pani w recepcji kategorycznie odmowila zamiany pokoju twierdzac, ze hotel jest w pelni zajety.

      Rezerwacja Sylwestrowej Zabawy dokonana na nasza prosbe przez hotel wynosila 200 Euro na osobe bez napojow plus 30 Euro za taksowke w kazda strone, wiec zrezygnowalismy uwazajac, ze sami znajdziemy cos tanszego, co okazalo sie zupelnym bledem. Wykonalismy kilka telefonow i kilka maili, otrzymali odpowiedzi ze szwajcarskimi cenami badz bez konkretnych cen, zadnych informacji co w tych cenach jest zawarte, w koncu stwierdzilismy, ze zadanie nas przerasta i postanowilismy zrezygnowac z sylwestrowej imprezy, pozostac jak najdluzej na miescie, sciagnac przed polnoca do hotelu i wypic w lobby przywiezionego ze soba szampana w towarzystwie hotelowych gosci.

      Pani w recepcji nie byla w stanie ulokowac hotelu na naszej mapie, nagryzmolila na niej jedynie wielki krag otaczajacy kawalki trzech ulic twierdzac, ze «to gdzies tutaj». Od gryzmola do zachwalanego w moim przewodniku glownego rynku starego maista Djemaa El Fna bylo na oko okolo kilometra, czyli biorac pod uwage sklepy po drodze z jakies pol godziny.

      Juz przed drzwiami hotelu nie bylismy w stanie zidentyfikowac kierunku marszruty, na cale szczescie zostalo mi tyle przytomnosci umyslu, ze sfotografowalam szlaczek oznaczajacy najprawdopodobniej nazwe ulicy. Po czym z wsciekloscia zamknelam mape i zaczelismy isc «na czuja» pytajac na kazdym rozgalezieniu zapchanych sklepami zaulkow (czyli co 5 krokow) o kierunek. Zapytania konczyly sie za kazdym razem wciaganiem nas do sklepiku i przekonywaniem, ze koniecznie potrzebujemy torbe / buty / dywan / bizuterie / kaftan / lampe/ lustro / poduszke a jezeli nie potrzebujemy to i tak powinnismy kupic by wesprzec kobiety porzucone przez mezow majace tabun dzieci do wyzywienia ktore to wytworzyly te wszystkie produkty. Jednemu udalo sie w oka mgnieniu zaturbanic S, zrobic z nim selfie i wytlumaczyc mu ze jest «brother from an other mother» i musi koniecznie zakupic kawalek bizuterii, co S uczynil. Kupil sobie piersionek nr. 1 za 200 Dh czyli 20 Euro, ponoc srebrny najwyzszej proby, ktora oczywiscie nie jest na nim wybita.

      Po dwoch godzinach przepychanki miedzy wozkami z oslami, motocyklami, rowerami, turystami i sprzedawcami wciaz jeszcze nie bylismy na owym placu, ale zageszczenie sklepikow roslo zastraszajaco i odwrotnie proporcjonalnie do jakosci sprzedawanych w nich produktow. Im blizej placu tym wiecej turystycznego barachla. Robilismy sie coraz bardziej glodni, poirytowani, brudni i zdesperowani. Wreszcie na koncu uliczki, ktora szlismy, zobaczylismy wolna przestrzen i wydedukowalismy, iz musi to byc ow slynny plac. Wizja przestrzeni wolnej od nahalnych sprzedawcow i pelnej powietrza oraz wolnosci dodala nam otuchy.




      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
    • xurek Koszmarny poczatek - 2 17.01.20, 23:17
      Tym wiekszy byl szok po wejsciu na ow rynek. Ogromny plac wypelniony po brzegi wszystkim.
      Budy z paskami, bebenkami, chustami, okularami slonecznymi, przyprawami i bogwiejeszcze czym. Natlok szalasow mieszczacych «restauracje» gotujace na grilach wypelnionych drewnem i weglem mieso i ryby w glinanych piramidach (tajine) i glinanych garnkach zamknietych membrana jak na bebnie (tangia) otoczonych stolami pelnymi przeroznych warzyw i chlebow.
      Przedziwnie ubrani «artysci» wrzeszczacy, wyjacy, walacy w bebny, wykonujacy jakies taneczne spazmy.
      Konie, osly, wielblady, no i hajlajt dnia: zaklinacze wezy i ich pupilki. Bylam w takim szoku i tak skolowana, ze o malo nie wlazlam na jednego weza, jakis chlop odciagnal mnie w ostatniej chwili cos wywrzaskujac. Krotko mowiac siwy dym z piekla rodem, w ktorym moj maz torowal nam droge ciagnac mnie za reke, ja zas zmuszalam sie ostatkiem woli by nie zamknac oczu, usiasc na ziemi i zaczac plakac.

      Bylismy glodni, maz zas dowiedzial sie gdzies po drodze od ktoregos “brother”, ze na placu mozna znalezc Senegalczykow proponujacych przysmak nad przysmaki czyli glowe kozla a jak sie bedzie mialo szczescie to moze nawet glowe wielblada, wiec udalismy sie na poszukiwanie owej debatujac od szalasu do szalasu i slyszac ze i owszem maja ale nie teraz ale za to maja cos innego co jest naprawde super i bedziemy bardzo szczesliwi to zjadajac.
      S. jednak uparl sie na ten leb i tak maszerowalismy w klebach dymu i intensywnych kuchennych zapachow coraz glebiej w gaszcz szalasowych jadlodajni az w koncu znalezlismy leb kozla lub alternatywnie kawalki wielblada i S. nie mogl sie zdecydowac po czym jak sie zdecydowal to przez wiecznosc negocjowal cene. Ja wzielam tangia z wolowina.

      Jedzenie bylo bardzo dobre, ale wynegocjowana poczatkowo cena wysokosci 200 Dh zmienila sie po przystawce na 220 (bo ponoc dostalismy inny, lepszy ale i drozszy chleb) a po podaniu i przed skonsumowaniem glownego dania na 250 (bo dostalismy warzywa, ktore nie byly poczatkowo wliczone).
      Wystroj naszej “restauracji” byl odwrotnie proporcjonalny do jakosci posiku: wrzaski, przepychanki, dym, rozchwiane niewygodne taborety, plastikowy obrus itd. A mial byc taras na dachu wytwornej restauracj z widokiem na plac k…. jego m….., ale w takowych oczywiscie nie podaja zadych lbow ani jader ani odbytow ani innych egzotycznych smakolykow. By mnie udobruchac S obiecal, ze pojdziemy na takim tarasie na kawe badz herbate jak tylko upora sie ze swoim i polowa mojego miesidla.


      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
    • xurek Koszmarny poczatek - 3 17.01.20, 23:27
      W miedzyczasie zrobilo sie ciemno i temperatura spadla o co najmniej 10 stopni dajac mi bolesnie odczuc niestosownosc mojego ubioru.

      Droga na wypatrzony taras okazala sie byc cierniowa, bo trzeba bylo ustawic sie w kolejce do zakupienia jakiegos napoju bedacego warunkiem wstepu a potem z tym napojem na tacy wspinac sie po niewygodnych schodach na taras i odstac swoje az zwolnilo sie miejsce przy stoliku przy balustradzie.
      Bylismy tak padnieci i mielismy tak dosc, ze nawet naprawde piekny widok nie byl wstanie poprawic naszego nastroju, co chyba dobrze widac na zalaczonych zdjeciach. Po wypiciu niesamowicie slodkiej mietowej herbaty udalismy sie w podroz powrotna, tym razem taksowka i za zupelnie przystepna cene 3 Euro, bo S juz zdazyl sie nauczyc: facet z Nigerii nie ma pieniedzy, szczegolnie jezeli ma dwie zony, z czego jedna biala, ktora trzeba niestety wozic na urlopy i dzieci w wieku szkolnym, za ktore trzeba placic czesne, you understand, my brother from the other mother.

      Worcilismy ok 22-giej przemarznieci do szpiku kosci, sala obok basenu swiecila puchami, wiec postanowilismy udac sie do naszego pokoju gdzie w pizamie pod koldra i z lampka szampana w reku szukalismy lotu powrotnego na dzien nastepny.

      Niestety byly tylko liniowe za niebotyczne ceny, wiec z racji braku alternatywy zaczelismy roztrzasac ten urlop i kto na ten glupi pomysl wpadl i kto zawsze wpada na glupie pomysly i kto komu bardziej zatruwa zycie.
      Przy drugiej flaszcze zaczelismy rozwazac opcje rozwodu i dzielic nasz dobytek az alarm w telefonie S. przypomnial nam, ze jest prawie dwunasta i S powiedzial, ze nie przenosi sie problemow przez prog nowego roku, wiec pogratulowalismy sobie szczesliwego zycia, pozyczyli wszystkiego najlepszego, postanowili przelozyc dyskusje na temat dalszego przebiegu naszego zycia z urlopem wlacznie na po wschodzie slonca, dopili resztki alkoholu i zasneli snem kamiennym, ktorego ta raza nawet mueziny o 6-tej rano nie byly przerwac.




      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
    • xurek Jardin Majorelle - 1 18.01.20, 20:44
      Po koszmarnym Sylwestrze obudzilismy sie na ostatni sniadaniowy dzwonek i na trzezwo przeanalizowali sytuacjie. Doszlismy do wniosku, ze ja musze sie wziac w garsc i zejsc nieco z moich « szwajcarskich standardow », ze skoro juz tutaj jestesmy, to skoncentrujmy sie na pozytywach i zwiedzmy kawalek kraju i ze w tym hotelu a konkretnie w tym deprymuajcym pokoju mieszkac sie nie da, wiec musimy sobie znalezc inny.

      Postanowilismy zaczac od znalezienia nowego lokum oraz ulozenia planu na pozostale dni. O tym, ze sie wyprowadzamy poinformowalismy recepcje i nagle znalazl sie dla nas nowy pokoj, z prywatnym tarasem, sensowna lazienka i duzym oknem balkonowy dajacym wystarczajaco swiatla dziennego, ale musielismy poczekac, az go posprzataja. Czas spedzilismy na tarasie dachowym tankujac promienie sloneczne i ukladajac plan na pozostale dni. Postanowilismy spedzac na przemian jeden dzien w Marrakesch i jeden na wycieczkach.

      Tego samego dnia chcielismy zwiedzic Jardin Majorelle, muzeum Berberow i Muzeum Yes St. Laurent, gdyz wydawaly nam sie byc optymalna przeciwwaga do przezytego stresu. Niestety wyruszylismy zbyt pozno a kolejki do kas byly tak dlugasne, ze przesnulismy sie reszte dnia w dzielincy Giliz i Mellah a wizyte w Majorelle odlozylismy do nastepnego dnia.

      Wyruszylismy zaraz po sniadaniu a mimo to odstalismy ponad godzine by dostac bilety i nastepne pol, by wejsc, bo wpuszczano grupami by uniknac zbytniego tloku.

      Historia calosci jest taka : ogrod zalozyl na poczatku 20-go wieku malarz Majorelle i rozwijal go ponad 40 lat, wybudowal w nim rowiez swoje atelier i prywatny dom. Po jego smierci na poczatku jat 60-tych ogrod i budynki zostaly zaniedbane i zrujnowane. W takim stanie posiadlosc zostala zakupiona w latach 80-tych przez Yves St. Laurent i jego przyjaciela. Para odrestaurowala ogrod, wille oraz atelier i nabyla teren obok i powiekszyla ogrod. Po smierci YSL ogrod zostal przekazany bodajze Francuskiemu Ministerstwu Kultury, zostalo w nim stworzone museum YSL (mam wrazenie, ze w nowo wybudowanym budynku) oraz museum kultury Berberow w dawnym atelier Malarza Majorelle, ktore sfinansowal obecny krol.




      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
    • xurek Jardin Majorelle 2 18.01.20, 20:49
      Ogrod jest przepiekny i mimo duzej ilosci turystow jest oaza spokoju. Ludzie zwiedzajac prawie nie rozmawiaja, jest cicho, panuje taka troche “nabozna” atmosfera.

      Najbardziej w pamieci utknely mi kompozycje najprzerozniejszych kaktusow niesamowitej wielkosci, male “rzeczki” I “stawiki” obramowane niebieska ceramika, bambusowe “lasy” oraz sciezki wykonane z wypolerowanego betonu czerwonego koloru.

      Spedzilismy w ogrodzie duzo czasu, przysiadajac na rozych laewczkach i podziwiajac rozne jego elementy. Pobyt w ogrodzie byl balsamem na dusze: gra slonca i cieni, przepiekne roslinne kombinacje, harmonia intensywnego idygo, zielenie roslin I czerwonej ziemi oraz sciezek. Dla mnie byl to najpiekniejszy ogrod, jaki dotad widzialam.

      Znajduje sie tutaj rownez tablica pamiatkowa dla YSL i jego przyjaciela oraz staw z najtlustszymi koyami, jakie udalo mi sie widziec na zywca - te naszego sasiada zza plota wymiekaja :)




      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
    • xurek Muzeum Berberow 18.01.20, 21:20
      Niestety nie mozna zwiedzic willi YSL znajdujacej sie w ogrodzie. Z zewnatrz budynek jest ladny, ale nie powalajacy, utrzymany w tym samym terakotowym kolorze co wszystkie budynki w Marrakesch.

      Oprocz tego w ogrodzie znajduje sie museum Berberow, w ktorym niestety nie mozna fotografowac.
      Ten budynek przez sam swoj intensywnie niebieski kolor (kolor Berberow) robi duze wrazenie.
      Czesc eskponatow to zdjecia przedstawiajace tradycyjne zycie Berberow, czesc to pieknie urzadzona sala z wyeksponowana bizuteria: w sali jest zupelnie ciemno, sufit to projekcja nieba pelnego gwiazd wzorowana na planetarium, bizuteria jest w podswietlonych gablotach pokreslajacych fokus na kazdym eksponacie.
      Nastepna czesc to eksponaty zycia codziennego i z wykopalisk: ceramika, rzemioslo skorzane i drewnianie, monety, sprzety codziennego uzytku.
      W ostatniej czesci ustawione sa manekiny ubrane w pelny berberski stroj. Uderza niesamowita ilosc bardzo bogatej i ciezkiej bizuterii. Bedac w poprzedniej czesci widzialam kolczyki olbrzymich rozmiarow i zastanawialam sie, jak te kobiety mogly to nosic w uszacz, na tych manekinach zobaczylam, ze sa to naprawde „ZAusznice“, czyli kolczyki wieszane za malzowina uszna a nie w dziurach. Zdziwilo mnie, jak „male i szczuple“ sa te stroje, od czasu, kiedy byly noszone, Berberowie czyba nieco urosli i przytyli :).

      Bizuteria Berberow jest srebrna, niesamowicie bogata w kamienie i detale, ale jest to zdecydowanie nie moj styl, dla mnie jest ona przeladowana ornamentami i roznokolorowymi kamieniami.

      Ostatnia czescia muzeum byl butik proponujacy tradycyjne berberskie wyroby oraz „nowoczesne wariacje na temat“. Te pierwsze byly wysokiej jakosci ale w naprawde oryginalnym stylu, czyli moim zdaniem nie nadajace sie do „codziennego europejskiego uzytku“. Te drugie, glownie torebki, bizuteria i ubrania byly rewelacyjne ale rowniez drogie (najtansze spodnie 250 Euro, torebki od 500 Euro). Teraz zaluje, ze nie kupilam sobie takiej odlotowej torebki, wtedy wydawala mi sie zdecydowanie za droga.



      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
    • xurek Muzeum Yves St. Laurent 18.01.20, 21:27
      Muzeum YSL ma osobne wejscie, jest to nowoczesny budynek a muezmu jest bardzo “high tech” i robi wrazenie. Zapytalam, czy mozna fotografowac, facet w bramie powiedzial, ze tak, ale po zrobieniu pierwszego zdjecia jednej z jego kreacji zostalam zrugana i przestalam fotografowac :).

      Muzemu sklada sie z dlugich ciemnych i wysokich sal – korytarzy, bo obu stronach stoja podswietlone manekiny ubrane w kreacje zgrupowane okresami tworczosci i stylami a ponad nimi wyswietlane sa krotke filmiki z wywiadami z YSL, wywiadami o nim, z pokazow mody itd. Bylismy tam dosyc dlugo i zaden sie nie powtorzyl, wiec maja nagrana bardzo dluga tasme. Potem jest sala z pamiatkami i rysunkami modeli wykonanymi przez YSL oraz zdjeciami jego osoby (przystojny androgeniczny mezczyna) a na koncu sala kinowa, w ktorej wyswietlaja film biograficzny.

      Oprocz tego w muzeum sa dwie periodyczne wystawy.
      Jedna fotograficzna jakiegos Japonczyka ktorego nazwiska nie zapamietalam, pewnie dlatego, ze uwazam, ze robie lepsze zdjecia niz on :).

      Druga byla malarza Jaques Azema, ktory z cala pewnoscia byl geyem zafascynowanym uroda mlodych Marokanczykow, bo prawie wszstkie obrazy przedstawialy mlodych muskularnych chlopcow prawie bez odzienia. Pomijajac fakt, ze temat dosc monotonny, to musze przyznac, ze malarz bardzo ekspresyjnie ujal erotyke tych cial bez cienia wulgaryzmu. Widzialam, ze dzialala ona rowniez za mezczyzn hetero, S. czuj sie wyraznie nieswojo a z podsluchanych rozmow i podpatrzonych zachowan nie on jeden :).

      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
    • xurek wodospad Ouzoud 1 29.01.20, 19:21
      Nasza pierwsza wycieczka, zabukowana za posrednictwem hotelu. Za cene 20 Euro od osoby przejazd minibusem do Ouzoud plus przewodnik do wodospadow. Bylismy ostrzegani przez gosci poznanych w hotelu, ze takie zbiorowe wycieczki czesto polegaja na tym, ze widzi sie jedynie sklepy, w ktorych przewodnik ma prowizje, je w przeplaconych i niesmacznych restauracjach, w ktorych przewodnik ma prowizje i zwiedza wszystko biegiem, zeby przewodnik nie stracil zbyt wiele czasu i mogl obsluzyc nastepna wycieczke. Zdecydowalismy sie mimo wszystko nie widzac sensownej alternatywy.

      O osmej zostalismy odebrani w hotelu i zawiezieni samochodem osobowym do “miejsca zbiorki”, gdzie trzeba bylo zaczekac na minibusa. Mielismy szczescie, ze nikt nie wpadl na to, ze miejsca obok kierowcy sa rowniez dla turystow, my zapytalismy i usiedlismy z przodu, dzieki czemu moglismy wiecej zobaczyc.

      Droga prowadzila przez male miasteczka, bardzo do siebie podobne, domy w kolorze okry, polpustynny krajobraz. W oddali widac bylo Atlas, my jechalismy przedgorzem. W oczy rzucaly sie gromady dzieci i nastolatkow, idacych jednoplciowymi grupami do szkoly, nieraz oddalonej o kilka kilometrow.

      Kierowca byl mily, ale malomowny. Zatrzymal sie raz na “siusiu i herbate“na calkiem przyzwoitej stacji benzynowej, gdzie nic nie musielismy kupic i nikt nic od nas nie chcial.

      Po okolo 2 godzinach dojechalismy do miasteczka Ouzoud. Miasteczko jest niepozorne, nie mialam rowniez wrazenia, by bylo w nim wielu turystow. Na parkingu czekal nasz przewodnik, ktory jako pierwsze oznajmil nam, ze kosztuje 2 Euro od osoby. Wyjasnil jednak, ze jest to dobra inwestycja, gdyz uchroni nas od wydania znacznie wiekszych sum na zupelnie nam nie potrzebne suweniry kupione u nachalnych sprzedawcow wzdluz oficjalnej drogi prowadzacej do wodospadu, gdyz on poprowadzi nas przez prywatne gaje oliwne nalezace do jego klanu.



      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
    • xurek wodospad Ouzoud 2 29.01.20, 19:27
      Przewodnik byl jak wiekszosc ludnosci zamieszkujacej okolice Marrakech Berberem i rzeczywiscie przeprowadzil nas polnymi sciezkami przez oliwne gaje, czesto sie zatrzymujac, opowiadajac o strukturach i wspolzyciu Berberskich klanow. Nie bylo zandych straganow, zadnych sprzedawcow, za to piekny krajobraz i malpy.

      Maply karmilismy nabytymi na parkingu orzeszkami ziemnymi. Tylko “moja malpa” nie chciala ode mnie orzeszka, za to polozyla lapke na mojej rece i tak siedziala calkiem dlugia chwile, patrzac na mnie a potem gdzies na bok. Zauwazylam, ze malpa miala dokladnie taki sam kolor oczu jak ja – ni to zielony, ni to brazowy, ni to blotny.

      Droga do wodospadu prowadzi najpierw lekko w gore a potem stromo w dol, na trasie byly dwa punkty widokowe, w jendnym mozna bylo na chwile przysiasc i sie czegos napic.

      Sam wodospad jest mniejszy niz Rheinfall w Szwajcarii, ale za to wyzszy. Otaczajace go gory zbudowane sa z sedymentow i “podziurawione” wypluczynami, w ktorych ptaki i nietoperze zrobily sobie gniazda. Widac tez wiele skamielin przeroznych muszli i rozgwiazd.

      Gory wokol sa wciaz dzikie i malo zaludnione, ale widac kilka budujacych sie duzych ekskluzywnych hoteli, wiec pewnie niedlugo sie to zmieni.

      Pod sam wodospad podjechalismy niesamowicie kiczowata tratwa ozdobiona girlandami plastikowych kwiatow. Takich lodzi na niewielkim jeziorku przed wodospadem bylo kilka i byl to jedyny moment drazniacego natezenia turystow, tym bardziej, ze wioslarze proponowali kazdemu zrobienie sobie zdjecia z wioslem w reku, co powodowalo siwy dym i kociol na pokladzie oraz ciagle zderzanie sie lodzi ze soba tudziez “zboczenie z kursu” powodujace zbytnie zblizenie do wodospadu polaczone z zimnym prysznicem.




      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
    • xurek wodospad Ouzoud 3 29.01.20, 19:31
      Po zobaczeniu wodospadu zaczelismy powrotna wspinaczke, pierwszy etap zakonczony w jedynie slusznej restauracji poleconej przez przewodnika. Restauracja oferowala tylko dwa dosc drogie dania, ale jedzenie bylo dobre a widok z tarasu warty tej kasy. Przewodnik nikogo nie poganial, zdazylismy zejsc, wypic herbate, porozmawiac z innymi uczestnikami wycieczki zanim wybralismy sie w dalsza droge.

      Droga pod gore, czesciowo stromymi i niewygodnymi schodami, byla dosc uciazliwa I 67-letnia pani przy kosci nie bardzo dawala sobie rade – przewodnik zauwazyl i zaproponowal, ze kto chce zwolnic tempa ma zostac z nim i powolna turystka a reszte oddal pod opieke innemu przewodnikowi proponujac, by spedzili czas w miasteczku az do naszego przybycia. My zostalismy z Germaine, ktora w miedzyczasie polubilismy i bez pospiechu dotarlismy do minibusa.

      W drodze powrotnej najwieksze wrazenie zrobila na mnie panorama wysokiego Atlasu pokrytego sniegiem. W sumie wycieczka byla bardzo udana i zupelnie nie moglismy zrozumiec zaslyszanych objekcji. Przy nastepnej mialo sie okazac, ze chyba mielismy z ta pierwsza wyjatkowe szczecie.




      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
        • kan_z_oz Re: wodospad Ouzoud 3 30.01.20, 06:57
          Bardzo piękny reportaż. Bardzo też turystycznie odpowiedni oddający wszystkie kolory obecnego podóżowania.
          Mnie męczą ludzie chcący coś za nic, żebracy, potrzebujący, sprzedający gówno oraz skarby gdzie człek nie wie co jest czym co bo się tylko nagle znalazł w obcym kraju.
          Naciągacze, turystyczne atrakcje, które nie są niczym oprócz lokalnej wioski wymysłem jak ogolić jelenia.

          Gdzieś w tym wszystkim człowiek się zastanawia. Przeważnie się docenia ale trudno pozbyć się niemiłego smaku po doświadczeniach o ile nie jest się gruboskórnym tworem, któremu wisi.

          --
          Kan_z_oz
    • xurek Marrakesch 1: Medina & Mellah 03.02.20, 21:33
      Miasto sklada sie z wielu kontrastow podyktowanych funkcjonalnoscia i historia. Co jest wspolne to wszechobecny kolor: gama odcieni terrakoty, okry, czerwieni oraz energia: wszedzie tetni zycie, miasto pelne jest ruchu, dzwiekow i zapachow.

      Glowny podzial przebiega miedzy stara czescia miasta ogrodzona murami i zawierajaca dzielince Medina (stare miasto) oraz Mellah (miasto zydowskie) oraz czescia nowa, poza murami, obejmujaca glownie zbudowane przez Francuzow dzielnice Giliz i Hivernage.

      Mury otaczajace miasto sa bardzo piekne, w lososiowym kolorze i pelne dziur. Od taksowkarza dowiedzialam sie, ze sa to pozostalosci po rusztowaniach tworzace sie po ich usunieciu.

      Czesc stara podzielilabym na dwie kategorie „ulice turystyczne” i “ulice tubylcze”. Na ulicach turystycznych tetni zycie, pelno jest najprzerozniejszyc sklepikow i straganow oraz ruchu wszelkiej masci: motocykle, rowery, osly, wozki ciagniete przez mezczyzn, ludzie z tobolami na glowie. Sklepy sa jednakze nie tylko dla turystow, widac, ze niektore sluza rowniez miejscowym i na takich sa nastawione.

      Wiekszosc sklepow ma zarowno wystroj jak i asortyment bardzo tradycyjny, pojawiaja sie jednak rowniez sklepy o “nowoczesno-marokanskim” wystroju i towarze – czesto nazywaja sie “concept store” i proponuja wszstko – od ciuchow poprzez kosmetyki az po wystroj wnetrz. Te sklepy najbardziej polubilam.


      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
    • xurek Marrakesch 2: Medina i Mellah cd. 03.02.20, 21:39
      Ulice “tubylcze” sa waziutkie i prawie ze wymarle. Nie ma na nich ani sklepow ani turystow ani prawie zadnych ludzi. Kontrast ciszy tych zaulkow w porownaniu do rozwrzeszczanych ulic targowych znajdujacych sie o rzut kamieniem jest niesamowity. Gdyby nie S. to chyba nie przemoglabym sie, by wejsc w taka uliczke, bo ma sie troche wrazenie wejscia komus do sypialni. Tak pewnie reaguje wieszkosc turystow i dlatego te uliczki sa takie puste. Po przelamaniu niesmialosci uliczki staly sie dla mnie oaza spokoju z ktorej korzystalam systematycznie by otrzasnac sie z nadmiaru wrazen.

      Ze Mellah oznacza “dzielnica zydowska” zaczailam dopiero, jak spotkalam sie z takowa w trzecim miescie z rzedu i zapytalam. W Marrakesch odryklismy ja przypadkowo a mianowicie siedzac w kawiarni na przeciwko ogrodu Majorelle. S. wdal sie w rozmowe z kelnerem i min. zapytal, gdzie moglibysmy kupci niesfalszowany olej arganowy po rozsadnej cenie i chlopak sprzedal nam jedna butelke z kawiarnianych zapasow (okazal sie byc synem wlascicieli) oraz polecil sklepy zielarskie w dzielnicy Mellah.

      Udalismy sie tam tego samego dnia i stwierdzilismy, ze dzielnica jest co prawda rownie zatloczona co Medina, ale glownie autochtonami i ze jest znacznie bardziej “szmatlawa” i autentyczna.

      Najwieksza roznica i najtrwalsze wrazenie to niesamowicie intensywna i roznorodna gama zapachow wydobywajacych sie ze sklepow z ziolami oraz znajdujacych sie na obrzezu garbarni skory. Momentami mieszanka iscie powalajaca i trudna do zniesienia bez odruchow wymiotnych. Sklepy nastawione sa glownie na tubylcow, jest w nich pomieszanie cichow z ziolami, owocami, wyrobami metalowymi I skorzanymi, wiszacymi polaciami jakichs ubitych zwierzat (mniemam ze owiec albo koz), dywanow, chust, okularow slonecznych i markoanskich koszul i pantofli.

      Tylko Zydow, mimo bacznych obserwacji, nie moglam znalezc ni na lekarstwo. W koncu zaptalam taksowkarza o dzielnice i o Zydow i dostalam odpowiedz, ze zyja w miescie od jego zarania, ze sa tak samo liczni jak byli i ze wspolistnieja w zupelnej zgodzie i symbiozie z Arabami I Berberami a ich synagoga w przeciwienstwie do meczetow otwarta jest nawet dla turystow. Na moja objekcje, ze nie widze nikogo w zydowskim tradycyjnym stroju ani w kippa kierowaca odpowiedzial: ubieraMY sie tak samo jak reszta, bo to najtansze i najwygodniejsze a kippe wkladaMY tylko w szabbat, ale wtedy nie pracujemy, wiec trudno nas zauwazyc :).





      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
    • xurek Marrakesch 3 - Giliz & Hivernage 03.02.20, 22:14
      Giliz i Hivernage to nowoczesne dzielnice poza murami starego miasta. Nie mielismy zamiaru ich zwiedzac, ale zahaczylismy o nie przypadkowo: w Giliz znajduje sie Jardin Majorelle i museum Yves St. Laurent a w Hivernage najblizszy shopping mall z mozliwosci zakupu alkoholu :). Zakup bardzo udany, miejscowe Chardonnay drozsze niz Francuskie w Szwajcarii i flaszka ginu rowniez dwa razy taka droga.

      Bylismy bardzo zdziwieni zarowna ich architektura jak rowniez a moze nawet przede wszystkim europejska atmosfera.

      Dzielnice pelne sa pieknej nowoczesnej zabudowy w lekko arabskim stylu, tetnia nocnym zyciem, jest w nich wiele klubow, nowoczesnych restauracji z “unowoczesnionymi” marokanskimi potrawami, supermarket zywnosciowy zaimponowal mi zarowno wystrojem jak i asortymentem.


      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
    • xurek Marrakesch 4: Giliz & Hivernage cd. 03.02.20, 22:16
      Nazwa “Giliz” pochodzi o francuskiego slowa “eglise” czyli kosciol, w dzielnicy od jej zalozenia znajduje sie jedyny katolocki kosciol Marrakesch.

      Giliz jest najbardziej ekskluzywna dzielnica, ma cala willowa czesc z przepieknymi domami w cudownych ogrodach. Nawiejsza roznice stanowia jednak ludzie: nie widac chust ani tradycyjnych koszul, gdybym nie wiedziala, ze to Marrakesch, pomyslalambym, ze znajduje sie w jakims hiszpanskim miescie.

      W Hivernage odkrylismy restauracje z wielkim wyborem przepysznie zgrilowanych ryb, ktora odwiedzilismy kilka razy.


      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
      • ania_2000 Re: Marrakesch 4: Giliz & Hivernage cd. 03.02.20, 23:35
        No musze powiedziec, ze te ostatnie zdjecia sa najbardziej niespodziewane - w sensie nigdy nie pomyslalabym ze Maroko moze wygladac tak europejsko. Masz racje - normalna Hiszpania.
        Super zdjecie macie z tymi rybami/daniami - to sie nazywa "wyzerka" !

        ciekawostka tez w sprawie alkoholu - jakos myslalam, ze w arabskich krajach nie mozna tego kupic. w sensie legalnie.
            • xurek herbata 04.02.20, 09:30
              do jedzenia pilismy zawsze herbate zielona powtarzajac przy zamowieniu kilka razy, ze ma byc bez cukru. Siedzac popoludniem w kawiarni pilismy marokanski standard, czyli herbate zielona lub czarna z wiecha swiezej miety w srodku i poslodzona do granic cukrowego szoku :)

              --
              czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
        • xurek Alkohol w Maroku 04.02.20, 09:27
          W Medinie nie znalezlismy ani jednego baru badz restauracji, ktore sprzedawaly by alkohol. Sprzedaja przerozne lemoniady pod nazwami typu "virgin mohito" itd:).

          Natomiast w Hivernage alkohol jest w kazdym klubie i w niekotrych restauracjach oraz w supermarkietach spozywczych w tych wielkich shopping mall.

          Z rozmow z Marokanczykami wywnioskowalismy, ze bardzo malo ludzi pije a jeszcze mniej sie przyznaje. Konserwatywni Marokanczycy (glownie Berberowie) laczyli automatycznie palenie i picie u kobiet z prostytucja :)

          --
          czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
    • xurek Essaouira 1 08.02.20, 18:42
      Nastepna zbiorowa wycieczka byla Essaouira nad Atlantykiem. Tym razem okazalo sie, ze zbiorowe wycieczki moga byc rowniez beznadziejne. Opryskliwy kierowca odmowil nam miejsca z przodu twierdzac, ze nie jest dla turystow. Opatrznosc od razu go za to pokarala, gdyz na ostatnia minute dosiadla sie para mlodch Afroamerykanow, ktorzy non – stop sie do siebie tulili i calowali doprowadzajac kierowce do zgrzytania zebami i zwracania im kilkakrotnie uwagi, co nie przynioslo zadnego skutku.

      Dorga byla znacznie mniej ciekawa niz przedgorze Atlasu, monotonna polpustynia, ktora w okolicach Essaouiry zastapily plantacje drzew oliwnych i arganowch. Drzewa arganowe rosna jedynie w Maroku i glownie w okolicach miedzy Essaouira i Agadir, z ich orzechow robiona jest oliwa uzywana w formie “roasted” jako przyprawa a w formie czystej jako kosmetyk. Zakupilam w obydwu formach i stalam sie funem.

      W drodze kierowca miast zatrzymac sie na „kawe i siusiu”, wykonal dwa kuriosalne przystanki. Pierwszy na jednej z plantacji drzew arganowych obok rozlozystego drzewa, na ktorym siedzialy kozy. Kierowca niemalze wygonil pasazerow z autobusu i zagonil do robienia zdjec z kozami, za ktore ich wlascicielowi trzeba bylo zaplacic. Ja sie uparlam, by nie wysiasc i sfotografowalam kozy plus fotografujacych sie turystow. Bylam oburzona, gdyz wydawalo mi sie, ze kozy sa przywiazane do tego drzewa, bo staly przez dobre kilka minut bez ruchu. S. twierdzil jednak, ze kozy w zaden sposob nie byly ograniczone i siedzialy na drzewie dobrowolnie.

      Drugi przystanek byl w manufakturze oleju arganowego, gdzie usilowano nas prawie ze zmusisc do zwiedzenia manufaktury kurcgalopkiem, oczywiscie za oplata, oraz kupienia bardzo drogiej oliwy. Wiekszosc towarzyszy podrozy okazala oburzenie i oparla sie zarowno przewodnikowi jak i sprzedawcom, co jeszcze bardziej rozzloscilo naszego kierowce.

      W czasie pozostalej podrozy naradzilismy sie z S. i siedzaca obok nas dziewczyna, ze zrezygnujemy z dalszych uslug wycieczkowych, kategorycznie poprosimy o podanie nam miejsca zbiorki i godziny powrotu a czas w Essaouirze zorganizujemy sobie sami, co tez zrobilismy zyskujac 5 godzin na swobodne zwiedzenie miasta i zjedzenie tego co chcemy i gdzie chcemy.


      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
      • minniemouse Re: Essaouira 1 08.02.20, 23:35
        xurek napisała:
        Pierwszy na jednej z plantacji drzew arganowych obok rozlozystego drzewa, na ktorym siedzialy kozy. Kierowca niemalze wygonil pasazerow z autobusu i zagonil do robienia zdjec z kozami, za ktore ich wlascicielowi trzeba bylo zaplacic. Ja sie uparlam, by nie wysiasc i sfotografowalam kozy plus fotografujacych sie turystow. Bylam oburzona, gdyz wydawalo mi sie, ze kozy sa przywiazane do tego drzewa, bo staly przez dobre kilka minut bez ruchu. S. twierdzil jednak, ze kozy w zaden sposob nie byly ograniczone i siedzialy na drzewie dobrowolnie.

        niesamowity, wręcz fantastyczny widok 😍
        tak mnie to zaciekawilo ze po wykonaniu malego risirczu znalazlam to, takze by cie ostatecznie uspokoic:
        Goat climbing trees in Morocco

        Minnie

        --
        Savoir Vivre czyli jak się zachować
    • xurek Essaouira 2 08.02.20, 18:47
      Essaouira juz zawsze kojarzyla mi sie bedzie z biela i zapachem marihuany. Miasto jest z zupelnie innej bajki niz Marrakesch. Dominujace kolory to biel budynkow, indygo ozdob i szmaragdowo – granatowy kolor oceanu. Dominujaca atmosfera to lekko nacpany blogostan i wyluzowana ospalosc. Uliczki sa co prawda pelne sklepikow i przede wszystkim przeroznych galerii, ale nie az tak jak w Marrakesch i nikt nie usliluje niczego sprzedac na sile.

      Ciuchy i dekoracje sa tez memu sercu blizsze, bo jest to polaczenie berberskiej tradycji z nowoczesnym miejscowym designem. Wiele naprawde udanych rzeczy po calkiem przystepnych cenach.

      Na uliczkach i placykach wciaz proponowane sa hash-cakes oraz trawa, w niektorych knajpkach rastamany wszelkich masci pala oficjalnie przy stoliku i nikomu to nie przeszkadza. Ogolnie atmosfera, z jaka sie jeszcze nigdzie nie spotkalam – jakies takie echo hipisowsko – rastafari czasow? Nam w kazdym razie bardzo odpowiadalo, nawet nabylismy ciasteczka :).

      Plaza jest ogromna, piaszczysta i bardzo przyjemna, port ma stara malownicza czesc i nowa, pelna gwaru, ruchu i zapachow. W tej nowej czesci sa tez szalasy podobne do tych w Marakeschu, w ktorych sprzedaja swieza rybe z grila. Bylo to jedyne stresujace miejsce, bo naganiacze do straganow sa dosc nachalni, ale warto bylo. Za 20 Euro zjednismy olbrzymiego kraba krolewskiego, rybe i osmiornice z grila oraz frytki, salatke i herbate. Prze-pysz-ne.

      Do Essaouiry napewno wroce i zostane na dluzej.

      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
        • kan_z_oz Re: Essaouira 2 09.02.20, 00:51
          Czytam i oglądam z zaciekawieniem. Ile dni Xurku w sumie, bo wygląda jakbyście spędzili co najmniej miesiąc.?
          Po pierwszym wpisie miałam wrażenie, że wakacje zostały skrócone ostro.

          --
          Kan_z_oz
          • xurek Re: Essaouira 2 09.02.20, 12:04
            pomysl natychmiastowego powrotu mielismy pierwszej nocy, ale bilety powrotne byly tak drogie, ze postanowilismy zostac :). Potem juz bylo z gorki i nawet bardzo ciekawie, trzeba sie jednak zupelnie przestawic. Bylismy w sumie 10 dni i prawie kazdego aktywnie cos zwiedzalismy.

            --
            czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
            • ania_2000 Re: Essaouira 2 09.02.20, 22:31
              Essaouria to jest to :) kolory przepiekne - ten biel i granat jak niebo. Piekna plaza, seafood w calej wspanialej okazalosci - no i wiedzialam, ze ludziska musza sobie jakos poprawiac nastroj - jak drinkowanie malo dozwolone to ciasteczka popularne lol.
    • xurek palac al Badii 1 09.02.20, 16:14
      Ruiny palacu znajduja sie w dzielnicy Mellah w Marrakesch. Palac jest znakomitym przykladem irracjonalnej paranoi poczynan ludzkich.

      Wybudowany w 16 wieku przez sultana z dynastii Saadi za pieniadze uzyskane z lupow wojennych i okupu za zakladnikow po wygranej bitwie z Portugalczykami w celu ukazania swej swietnosci. Zabudowania obejmowaly 15’0000 m2, w palacu miescily sie ogromne baseny, fontanny, ogrody oliwne i gaje pomaranczowe “wkopane w nizszy poziom”, by nie zaslaniac widoku na budynki i baseny, bogato zdobione palace, wille dla gosci, sale balowe oraz meczet. Wszstko wykonane ze marmuru, mozajki, bogato rzezbione i zdobione zlotem.

      W 17 wieku sultan z dynastii Alawidow kazal rozebrac palac i wykorzystal material do zbudowania nowego, jeszcze wiekszego, w miescie Meknes, gdzie przeniosl stolice sultanatu, by ukazac swoja wladze i swietnosc. Pozostala ruina oddana zostala na pastwe rabusiow i czasu.

      Teraz palac sluzy za siedzibe stadu bocianow. Dowiedzielismy sie, ze bociany kiedys odlatywaly na lato na polnoc Eruopy, ale teraz przestaly, bo znajduja wystarczajaco pozywienia na smietniskach poza miastem.

      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
    • xurek Palac al Badii 2 09.02.20, 16:18
      W latach 60-tych zabezpieczono pozostalosci palacu. Obecne ruiny mozna zwiedzac, czesc mozajek zostala odrestaurowana, kilka sal przywrocona do dawnej swietnosci (niestety w tych pomieszczeniach nie wolno fotografowac, udalo mi sie jedynie sfotografowac fotografie pokazujaca sale po odnowieniu w palacu obok).

      W sumie jednak, porownujac do ogrodow Majorelle czy museum YSL palac jest bardzo slabo rozbudowany i wykorzystany. Nie ma wystaw, nie ma kawiarni, nie ma boutikow ani przewodnikow. Moim zdaniem miasto mogloby zdecydowanie zwiekszyc atrakcyjnosc palacu i uzyskac dodatkowe dochody na jego utrzymanie.

      Hajlajtem jest z pewnoscia taras na dachu, z ktorego mozna zobaczyc cale stare miasto, ogrody i baseny. Az sie prosi, by zrobic na nim kawiarnie.



      --
      czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka