edw-ina
10.02.11, 11:16
Pytanie: czy nie macie czasami wrażenia, że wasi partnerzy/partnerki wykorzystują czasami posiadanie dzieci, by niejako zamknąć wam usta? Bo ja czasami mam wrażenie, że koronnym argumentem M w sprzeczce ze mną, dotyczącej czegokolwiek związanego z nim i z chłopakami, jest stwierdzenie, że ja się buntuję, bo to chodzi o jego dzieci. Czy jeżeli ktoś posiada dzieci, to znaczy, że nie można już mu zwracać uwagi? Czy wasi partnerzy również wykorzystują ten pseudoargument? Czy wkurza to was podobnie jak mnie?
Niedawno M tak mnie tym argumentem rozsierdził, że musiałam wyjść, bo obawiałam się, że wytłukę pół zastawy. Tuż przed jego wyjazdem z chłopakami na ferie zapytałam w jaki hotelu konkretnie będą, to może wpadnę pod koniec tygodnia. Po czym dowiedziałam się, że raczej nie wpadnę, bo zabiera ich 700 km od domu. Wcześniej słowa o tym nie słyszałam, raczej sugerował, że będzie szukał czegoś w promieniu do 100-150 km. Na pytanie, czy nie sądzi, że takie rzeczy powinien uzgadniać również ze mną, a przynajmniej poinformować mnie o planach w momencie, gdy się pojawiają, a nie są tuż przed zrealizowaniem, to stwierdził, że przecież mówił mi, że wyjeżdża, więc jaka to różnica gdzie. Poza tym zachowuję się tak, bo to chodzi o jego chłopaków, gdyby powód wyjazdu był inny, to bym się nie obruszała. Hm, zasugerowałam mu, że następnym razem wyjeżdzając powiem mu, że jadę do rodziny, a w którym miejscu tego świata ta rodzina jest to już przecież żadna różnica.
Wkurzyłam się maksymalnie i powiedziałam M, że przy takim jego zachowaniu powinnam powiedzieć, że nie zgadzam się na jego wyjazd, skoro jestem informowana w ostatnim niemal momencie gdzie jedzie a nie zrobię tego tylko dlatego, że to chłopaków bym ukarała, a nie jego.