Zostalam obudzona o godzinie 6.50, a zasnelam o szostej. Nie spi mi sie dobrze, wstaje co 2-3 godz. do toalety, a od czwartej nie spalam, tak mnie Maly kopal. Nie pracuje, wiec wielkiego problemu nie ma. Ale boje sie, co bedzie za trzy miesiace, jak bede wykonczona po nocnym karmieniu/opiece nad noworodkiem. Spie w pokoju, przez ktory Mlody musi rano przejsc. Stara sie. Nie trzaska juz drzwiami po tym, jak zwrocilam mu uwage. Nie przechodzi przez moj pokoj 16 razy, jak to zrobil drugiego wrzesnia. Ale strasznie glosno gada i generalnie o innych nie mysli, jak to nastolatek. Swiezo wymutowany glosik i protest, ze on czegos tam nie chce. Cholera mnie wziela i zatrzasnelam drzwi do siebie, zrobilam to nie podnoszac sie z lozka, wiec mocno trzasnely. Przesadzilam, ale - przez prawie dwa lata to ja wstawalam o szostej i nikogo nie budzilam. Nie trzaskalam, nie wlaczalam radia i nawet nie zapalalam swiatla, jesli nie musialam. Wkurza mnie przede wszystkim moj maz - towarzyszy Mlodemu przy sniadaniu i wtedy opracowuja strategie na dany dzien, lub dluzej. Gdyby nie to, Mlody by sie nie wydzieral, bo nie mialby do kogo. To jest pewnie fajne dla rodzica, kiedys byla tu dyskusja o odwozeniu duzych dzieci do szkoly, by z nimi jeszcze po drodze pogadac. Mlody juz sie nie chce dac podwozic, bo umawia sie z kolezanka czy kolega i razem ida. Dla mnie te ich sniadanka to poranny koszmar, mam ochote sie wyprowadzic od poczatku roku szkolnego...

Na mozg mi padlo, czy mam prawo tak sie czuc? I co zaproponowac?