Witam i przede wszystkim dziękuję za dostęp

Zaczęłam Was czytać, gdy
przygotowywałam się psychicznie do spotkania z synem NM i od tej pory zaglądam
tu jak mam czas, choć na razie się nie udzielałam, bo nie miałam takiej
potrzeby. Kontakty z pasierbem mam na szczęście bardzo poprawna, exie też są
raczej normalne

Mam za to problem z NM i po trosze muszę się wygadać
(czekając na dostęp tutaj, zamieściłam już taki wątek na Młodych Mężatkach,
ale dziewczyny są chyba jeszcze zbyt mało doświadczone, żeby mi poradzić), po
trosze mam nadzieję, że gdzieś popełniłam błąd lub coś przeoczyłam i któraś z
was pomoże mi to znaleźć.
Po kolei: ponad rok temu poznałam mojego obecnego NM, kilka miesięcy potem
przeprowadziłam się do niego. Oboje jesteśmy z odzysku, po trzydziestce, z
kilkunastoma związkami w kartotece. Moje małżeństwo było nieudane od samego
początku, ale też rozstaliśmy się w umiarkowanej przyjaźni. Jego z wpadki.
Byli ze sobą 15 lat, kiedy żona puściła się dla kasy z jego przyjacielem,
potem zmieniła go na innego, potem jeszcze innego, aż w końcu związała się z
wieloletnim znajomym, z którym ma teraz dziecko. Wcześniej też nie było różowo
– kłamali, zdradzali, nie raz trzasnęli drzwiami i wyprowadzali się do
rodziców, ale NM mimo wszystko po odejściu żony zaczął bardzo walczyć o ten
związek, poddał się tak naprawdę dopiero, kiedy dowiedział się o jej ciąży. A
w każdym razie tak mi to do tej pory przedstawiał. Potem było kilka lat innych
związków, wkońcu pojawiłam się ja.
Kiedy się poznaliśmy, akurat stawiałam się do pionu po rozwodzie. Może to
znacie – nowa fryzura, nowe ciuchy, dieta... Wyglądałam i czułam się bardzo
dobrze, w czym ciągle utwierdzał mnie NM. Uwielbiał moje piersi, włosy, oczy,
nawet o złamanym nosie mówił, że "dodaje mi charakteru"

Na początku nie
ufałam mu do końca – wątpiłam, czy będzie w stanie zrezygnować z wyrywania
panienek na jednorazowy seks, nie lubiłam jego agresywnych znajomych, do tego
widząc inne jego dziewczyny doszłam do wniosku, że nie jestem do końca w jego
typie "wysokiej, szczupłej brunetki". Miałam kupę zastrzeżeń i nastawiałam
się na związek raczej krótkotrwały, ale mimo wszystko czułam się z nim bosko
i nie widziałam powodu, dla którego miałabym z tego rezygnować. Zakochałam
się w nim niepostrzeżenie, głównie dlatego, że przy nim nigdy nie musiałam
udawać, akceptował mnie dokładnie taką, jaką jestem. Nie musiałam się
tłumaczyć, dla "dobra związku" robić rzeczy, na które nie miałam ochoty,
rozumiał mnie, wspierał we wszystkich planach, szanował i twierdził, że
podobam mu się jak żadna wcześniej, bo podrywki na jedną noc mogą być tylko
szczupłe i piękne, ale kobieta na całe życie musi mieć przede wszystkim
rozum, a poza tym zawsze lubił, kiedy jest się do czego przytulić. Nawet nasz
status quo dotyczący innych bab w jego łóżku okazał się działać perfekcyjnie.
Czułam się bezpieczna i bezwarunkowo kochana.
Do czasu oczywiście. Zaczęło się psuć z powodu moich bioder. Wiem, że brzmi
to absurdalnie, ale tak właśnie było.
Nigdy nie miałam rewelacyjnej figury, jestem niska, z drobnymi piersiami,
bardzo szczupłą talią i niestety rozłożystymi biodrami i sporymi udami. Jako
nastolatka przepłakałam wiele nocy z powodu tej "gitary", ale w końcu udało
mi się zaakceptować siebie na tyle, że patrzyłam do lustra bez wstrętu. W
trakcie małżeństwa trochę przytyłam (nigdy fanatycznie nie kontrolowałam
swojej wagi, ale myślę, że było to ok. 10-12 kg) z powodu siedzącego trybu
życia, hormonów, zajadania stresów i rzucenia papierosów. Rozwód uznałam za
dobrą okazję, żeby coś ze sobą zrobić. Dieta była drakońska, ale przyniosła
efekty – schudłam 15 kg, wchodziłam w mniejsze rozmiary niż przed ślubem.
Nigdy nie myślałam, że uda mi się tą wagę zachować. Wiązałoby się to z
wieloma wyrzeczeniami, restrykcyjnym pilnowaniem diety, świrowaniem na
punkcie kalorii i wchodzeniem codziennie rano na wagę. Zupełnie nie w moim
stylu. Rzeczywiście, przytyłam 2 kilo i ta waga utrzymywała się od lutego na
mur. Stres, obżarstwo świąteczne ani regularny basen, na który się zapisałam,
nie miały na nią żadnego wpływu. Nie przeszkadzało mi to zupełnie. Owszem,
znowu zaokrągliłam się w biodrach, ale taka już uroda kobiet w mojej
rodzinie. Podchodziłam do tego z filozoficznym spokojniem, przecież nie będę
się wieszać z powodu dwóch kilogramów.
NM od jakiegoś czasu zaczął mi dokuczać – że jak mnie dotyka, czuje że
przytyłam, że przedtem w tych spodniach wyglądałam lepiej, że mam zobaczyć
jak Ania Jacka znakomicie wygląda. Było mi przykro, znowu jak w liceum
spędzałam przed lustrem całe godziny, w końcu przeprowadziłam poważną
rozmowę. "Będę cię kochać nawet jak będziesz ważyć sto kilo, skarbie. Nie
chcę po prostu, żebyś się źle sama czuła, żeby było ci ciężko tak jak mojej
eks-żonie". Powinno mi to dać do myślenia, ale chyba miłość zaślepiła mnie
zupełnie, bo zamiast w tamtym momencie skończyć rozmowę, z westchnieniem
zgodziłam się na niepotrzebną w mojej opinii dietę.
NM kibicował, cieszył się jak dziecko, dawał dobre rady, prawił komplementy.
Rzeczywiście, chudnę. Jestem w połowie, a odzyskałam figurę z liceum, ale też
jestem zmęczona psychicznie, zupełnie bez energii, często robi mi się słabo,
żyję w ciągłym napięciu i chodzę zdenerowana. Uważam, że kiepsko wychodzę na
tym interesie.
Kilka dni temu pokłóciliśmy się o zupełnie inne rzeczy, zarzuciliśmy sobie
wzajemnie, że nie mamy zrozumienia dla nastrojów drugiego i że nie zwracamy
uwagi na to, co do siebie mówimy. Trochę mnie poniosło i rzuciłam mu w twarz,
że przecież ja się dla niego odchudzam. Odparował, że przynajmniej o siebie
dbam. Popłakałam się. Przytulił mnie, uspokoił, zapewnił, że nie miał na
myśli tego, że wcześniej o siebie nie dbałam, tylko wyrażał zadowolenie, że
dbam teraz i nie skończy się jak z jego żoną. Trafił mnie szlag, ale zdołałam
się opanować. Od słowa do słowo wyłonił się taki obraz: NM ma fobię, że
roztyję się jak jego była żona i przez to zawalę nasz związek. Kiedy
twierdził, że będzie mnie kochać bezwarunkowo nawet jak będę ważyć 100 kg (na
co się nigdy nie zanosiło), ponoć nie zdawał sobie sprawy, jakie to dla niego
ważne. Czuję się okłamana i oszukana, poczucie własnej wartości zleciało mi
na łeb na szyję, jestem wściekła za niesprawiedliwie, nieuprawnione i niefair
porównanie mnie do histerycznej byłej, która cale życie na tyłku w domu
siedziała, bo nie chciało jej się pracować. Do tego wiem, że teraz będę
pilnować tej cholernej wagi, mieć wyrzuty sumienia o każdą nadprogramową
kanapkę i nienawidzić siebie, bo mnie te dwa kg nie przeszkadzały.
Rozmawiałam z NM, ale twierdzi, że histeryzuję jak jego eks. Dla niego nie ma
żadnego problemu – przytyję po dzieciach (chce mieć trójkę) to zrzucę w ciągu
trzech miesięcy. Twierdzi zresztą, że ten argument, tak samo jak o
ewentualnej chorobie, jest absurdalny. A ja się zastanawiam się, z kim się
będzie kochał w międzyczasie, skoro grubaski wywołują aż tak negatywne
skojarzenia. Zastanawiam się, co mu się jeszcze nie spodoba. Podobne
przejścia mieliśmy, kiedy chciałam rozjaśnić włosy – też nie mogłam, bo mu to
byłą przypomina. Wściekła jestem na siebie, że tak się zatraciłam w tym
uczucia, na niego, że nie postawił sprawy jasno na początku.
Kilka dni minęło. Myślę o tym prawie cały czas, NM próbuje lekkich tematów i
udawania, że nic się nie stało, ja nie mam siły na taką grę. Rozważam w
myślach nasze rozmowy, łapię go na nieścisłościach i zastanawiam się, o czym
to świadczy. Ciężko mi z tymi kłamstewkami. Zrobiłam spis rzeczy, które
niepokoją ze względu na odniesienia do byłej – jest tego sporo. Pokazałam mu,
z delikatną sugestią, że nie udało mu się zamknąć przeszłości, że może
terapia pomoże... Jeśli powinna być rodzinna, ok, zgadzam się. Nie wierzy
szarlatanom. Miotam się. Kocham go i jest mi z nim dobrze, ale zdaję sobie
sprawę, że jest to na "do następnego kilograma".