27.08.06, 21:15
Witam i przede wszystkim dziękuję za dostęp smile Zaczęłam Was czytać, gdy
przygotowywałam się psychicznie do spotkania z synem NM i od tej pory zaglądam
tu jak mam czas, choć na razie się nie udzielałam, bo nie miałam takiej
potrzeby. Kontakty z pasierbem mam na szczęście bardzo poprawna, exie też są
raczej normalne wink Mam za to problem z NM i po trosze muszę się wygadać
(czekając na dostęp tutaj, zamieściłam już taki wątek na Młodych Mężatkach,
ale dziewczyny są chyba jeszcze zbyt mało doświadczone, żeby mi poradzić), po
trosze mam nadzieję, że gdzieś popełniłam błąd lub coś przeoczyłam i któraś z
was pomoże mi to znaleźć.
Po kolei: ponad rok temu poznałam mojego obecnego NM, kilka miesięcy potem
przeprowadziłam się do niego. Oboje jesteśmy z odzysku, po trzydziestce, z
kilkunastoma związkami w kartotece. Moje małżeństwo było nieudane od samego
początku, ale też rozstaliśmy się w umiarkowanej przyjaźni. Jego z wpadki.
Byli ze sobą 15 lat, kiedy żona puściła się dla kasy z jego przyjacielem,
potem zmieniła go na innego, potem jeszcze innego, aż w końcu związała się z
wieloletnim znajomym, z którym ma teraz dziecko. Wcześniej też nie było różowo
– kłamali, zdradzali, nie raz trzasnęli drzwiami i wyprowadzali się do
rodziców, ale NM mimo wszystko po odejściu żony zaczął bardzo walczyć o ten
związek, poddał się tak naprawdę dopiero, kiedy dowiedział się o jej ciąży. A
w każdym razie tak mi to do tej pory przedstawiał. Potem było kilka lat innych
związków, wkońcu pojawiłam się ja.
Kiedy się poznaliśmy, akurat stawiałam się do pionu po rozwodzie. Może to
znacie – nowa fryzura, nowe ciuchy, dieta... Wyglądałam i czułam się bardzo
dobrze, w czym ciągle utwierdzał mnie NM. Uwielbiał moje piersi, włosy, oczy,
nawet o złamanym nosie mówił, że "dodaje mi charakteru" wink Na początku nie
ufałam mu do końca – wątpiłam, czy będzie w stanie zrezygnować z wyrywania
panienek na jednorazowy seks, nie lubiłam jego agresywnych znajomych, do tego
widząc inne jego dziewczyny doszłam do wniosku, że nie jestem do końca w jego
typie "wysokiej, szczupłej brunetki". Miałam kupę zastrzeżeń i nastawiałam
się na związek raczej krótkotrwały, ale mimo wszystko czułam się z nim bosko
i nie widziałam powodu, dla którego miałabym z tego rezygnować. Zakochałam
się w nim niepostrzeżenie, głównie dlatego, że przy nim nigdy nie musiałam
udawać, akceptował mnie dokładnie taką, jaką jestem. Nie musiałam się
tłumaczyć, dla "dobra związku" robić rzeczy, na które nie miałam ochoty,
rozumiał mnie, wspierał we wszystkich planach, szanował i twierdził, że
podobam mu się jak żadna wcześniej, bo podrywki na jedną noc mogą być tylko
szczupłe i piękne, ale kobieta na całe życie musi mieć przede wszystkim
rozum, a poza tym zawsze lubił, kiedy jest się do czego przytulić. Nawet nasz
status quo dotyczący innych bab w jego łóżku okazał się działać perfekcyjnie.
Czułam się bezpieczna i bezwarunkowo kochana.
Do czasu oczywiście. Zaczęło się psuć z powodu moich bioder. Wiem, że brzmi
to absurdalnie, ale tak właśnie było.
Nigdy nie miałam rewelacyjnej figury, jestem niska, z drobnymi piersiami,
bardzo szczupłą talią i niestety rozłożystymi biodrami i sporymi udami. Jako
nastolatka przepłakałam wiele nocy z powodu tej "gitary", ale w końcu udało
mi się zaakceptować siebie na tyle, że patrzyłam do lustra bez wstrętu. W
trakcie małżeństwa trochę przytyłam (nigdy fanatycznie nie kontrolowałam
swojej wagi, ale myślę, że było to ok. 10-12 kg) z powodu siedzącego trybu
życia, hormonów, zajadania stresów i rzucenia papierosów. Rozwód uznałam za
dobrą okazję, żeby coś ze sobą zrobić. Dieta była drakońska, ale przyniosła
efekty – schudłam 15 kg, wchodziłam w mniejsze rozmiary niż przed ślubem.
Nigdy nie myślałam, że uda mi się tą wagę zachować. Wiązałoby się to z
wieloma wyrzeczeniami, restrykcyjnym pilnowaniem diety, świrowaniem na
punkcie kalorii i wchodzeniem codziennie rano na wagę. Zupełnie nie w moim
stylu. Rzeczywiście, przytyłam 2 kilo i ta waga utrzymywała się od lutego na
mur. Stres, obżarstwo świąteczne ani regularny basen, na który się zapisałam,
nie miały na nią żadnego wpływu. Nie przeszkadzało mi to zupełnie. Owszem,
znowu zaokrągliłam się w biodrach, ale taka już uroda kobiet w mojej
rodzinie. Podchodziłam do tego z filozoficznym spokojniem, przecież nie będę
się wieszać z powodu dwóch kilogramów.
NM od jakiegoś czasu zaczął mi dokuczać – że jak mnie dotyka, czuje że
przytyłam, że przedtem w tych spodniach wyglądałam lepiej, że mam zobaczyć
jak Ania Jacka znakomicie wygląda. Było mi przykro, znowu jak w liceum
spędzałam przed lustrem całe godziny, w końcu przeprowadziłam poważną
rozmowę. "Będę cię kochać nawet jak będziesz ważyć sto kilo, skarbie. Nie
chcę po prostu, żebyś się źle sama czuła, żeby było ci ciężko tak jak mojej
eks-żonie". Powinno mi to dać do myślenia, ale chyba miłość zaślepiła mnie
zupełnie, bo zamiast w tamtym momencie skończyć rozmowę, z westchnieniem
zgodziłam się na niepotrzebną w mojej opinii dietę.
NM kibicował, cieszył się jak dziecko, dawał dobre rady, prawił komplementy.
Rzeczywiście, chudnę. Jestem w połowie, a odzyskałam figurę z liceum, ale też
jestem zmęczona psychicznie, zupełnie bez energii, często robi mi się słabo,
żyję w ciągłym napięciu i chodzę zdenerowana. Uważam, że kiepsko wychodzę na
tym interesie.
Kilka dni temu pokłóciliśmy się o zupełnie inne rzeczy, zarzuciliśmy sobie
wzajemnie, że nie mamy zrozumienia dla nastrojów drugiego i że nie zwracamy
uwagi na to, co do siebie mówimy. Trochę mnie poniosło i rzuciłam mu w twarz,
że przecież ja się dla niego odchudzam. Odparował, że przynajmniej o siebie
dbam. Popłakałam się. Przytulił mnie, uspokoił, zapewnił, że nie miał na
myśli tego, że wcześniej o siebie nie dbałam, tylko wyrażał zadowolenie, że
dbam teraz i nie skończy się jak z jego żoną. Trafił mnie szlag, ale zdołałam
się opanować. Od słowa do słowo wyłonił się taki obraz: NM ma fobię, że
roztyję się jak jego była żona i przez to zawalę nasz związek. Kiedy
twierdził, że będzie mnie kochać bezwarunkowo nawet jak będę ważyć 100 kg (na
co się nigdy nie zanosiło), ponoć nie zdawał sobie sprawy, jakie to dla niego
ważne. Czuję się okłamana i oszukana, poczucie własnej wartości zleciało mi
na łeb na szyję, jestem wściekła za niesprawiedliwie, nieuprawnione i niefair
porównanie mnie do histerycznej byłej, która cale życie na tyłku w domu
siedziała, bo nie chciało jej się pracować. Do tego wiem, że teraz będę
pilnować tej cholernej wagi, mieć wyrzuty sumienia o każdą nadprogramową
kanapkę i nienawidzić siebie, bo mnie te dwa kg nie przeszkadzały.
Rozmawiałam z NM, ale twierdzi, że histeryzuję jak jego eks. Dla niego nie ma
żadnego problemu – przytyję po dzieciach (chce mieć trójkę) to zrzucę w ciągu
trzech miesięcy. Twierdzi zresztą, że ten argument, tak samo jak o
ewentualnej chorobie, jest absurdalny. A ja się zastanawiam się, z kim się
będzie kochał w międzyczasie, skoro grubaski wywołują aż tak negatywne
skojarzenia. Zastanawiam się, co mu się jeszcze nie spodoba. Podobne
przejścia mieliśmy, kiedy chciałam rozjaśnić włosy – też nie mogłam, bo mu to
byłą przypomina. Wściekła jestem na siebie, że tak się zatraciłam w tym
uczucia, na niego, że nie postawił sprawy jasno na początku.
Kilka dni minęło. Myślę o tym prawie cały czas, NM próbuje lekkich tematów i
udawania, że nic się nie stało, ja nie mam siły na taką grę. Rozważam w
myślach nasze rozmowy, łapię go na nieścisłościach i zastanawiam się, o czym
to świadczy. Ciężko mi z tymi kłamstewkami. Zrobiłam spis rzeczy, które
niepokoją ze względu na odniesienia do byłej – jest tego sporo. Pokazałam mu,
z delikatną sugestią, że nie udało mu się zamknąć przeszłości, że może
terapia pomoże... Jeśli powinna być rodzinna, ok, zgadzam się. Nie wierzy
szarlatanom. Miotam się. Kocham go i jest mi z nim dobrze, ale zdaję sobie
sprawę, że jest to na "do następnego kilograma".
Obserwuj wątek
    • onlyonce Re: Fobie NM 27.08.06, 21:17
      Przepraszam, za długie i ucięło.

      Ciąg dalszy:Zupełnie na zimno rozważam
      odejście, dopóki mam siłę i szacunek do siebie.
      Nie zmienia tego przeswiadczenie, że waga to tylko unaocznienie problemu, który
      siedzi głębiej. Że to wcale nie o to chodzi. Wydaje mi się (ale nie jestem
      psychologiem), że NM tak naprawdę boi się powrotu do siebie z czasów z eks,
      które były dla niego walką o wyżywienie rodziny. Czuł się rozdarty, niespełniony
      i do tej pory (rozstali się 2002) się z tym uporał. Rozumiem to. Staram się
      wspierać. Też mam swoje fobie. Ale z drugiej strony, nie mam złudzeń, że znamy
      się dobrze. Może mam jakieś inne cechy, które mu przypomną o eks. Co wtedy?
      Znowu zmienianie mnie na siłe? Tego nie zniosę. Codzienna szarpanina? To też już
      miałam w pierwszym małżeństwie. Nawet gdyby się zgodził na terapię, to z
      niechęcią, co niweluje szanse na poprawę. Jestem w kropce, rozmowa nie przynosi
      rezultatów. On zdaje się zapomniał o całej sytuacji. Ja się gryzę. Nie ma to
      pozytywnych skutków dla naszego związku sad
      • barbara001 Re: Fobie NM 27.08.06, 21:57
        Cześć, ale się rozpisalaśsmile
        Niewatpliwie dodatkowe kilogramy sa tylko drobnym ułameczkiem tego co jest
        niedogadane i niepoznane w Was samych, co za tym idzie w Waszym związku. Może
        sama się nakrecasz troche niepotrzebnie. Choć Nm na pewno pomaga, choćby tymi
        porównaniami. Trudno o radę, bo znaczyłaby ona albo decyzję na potrzymywanie
        związku lub wręcz odwrotnie, a nikt za ciebie takiej decyzji nie podejmie.
        Ale nie sposób kontrolować się całe życie z jedzieniem , kolorem farby, ubiorem
        i stylem wyrazania. Ale zdecydownaie wynika z tego że źle czujesz się w
        towarzystwie własnego faceta i to niedobrze.
    • magdmaz Re: Fobie NM 27.08.06, 22:30
      Znam to. Nie tylko w formie kilogramów, ale jeszcze bardziej w formie jakichś
      słów, gestów, drobnych reakcji - które nagle wywołują lawinę podświadomych
      skojarzeń i skutkują reakcjami zupełnie nieproporcjonalnymi do całej sytuacji!
      Czyli jakieś "duchy przeszłości". Oboje to mieliśmy - i ja, i NM. Na razie
      zrezygnowałam z tego związku. Poza tym idę do psychologa. Jeśli u Ciebie nie ma
      tego problemu (jeśli w tobie nie włącza się alarm na jakieś jego słowo czy
      reakcję), to przynajmniej może NM mógłby pójść. Zeby pogrzebać te duchy.
    • natasza39 Ja zwariowałabym, albo odeszła.... 27.08.06, 23:30
      od faceta przed którym musze grac kogos innego niz jestem, kontrolować swe
      zachowania i nawyki, aby mu sie z czymś, lub z kims nie skojarzyły.
      Człowiek musi byc sobą. Albo niech Cię ktos kocha taka jaka jesteś albo niech
      spada!
      Dziewczyno, żaden facet nie jest wart tego aby sie dla niego tak katować.
      Przede wszystkim psychicznie.
      To nie jest kwestia kilogramów i farby na włosach. To kwestia tego, ze on Cie
      chce ukształtowac według swoich wzorców.
      Jesli z tym wzorcem Ci dobrze to ok, ale jesli się w nim dusisz odejdź, bo nie
      mozna życ zastanawiajac się ciagle, czy pan i władca będzie zadowolony z mojej
      wagi, moich włosów, mojego zachowania i czy nowa kiecka która kupiłam nie
      będzie mu się kojarzyc z jego ex albo kolidowac z jego wyobrazeniami o ideale
      kobiety.

      Mam koleżankę, która choryje na tarczycę. żeby nie wiem co robiła nie może
      schudnąć. Czasem to nie kwestoa diet, ale czynniki chorobowe.
      Jesli chcesz urodzić ta 3-ke dzieci i coś (czego Ci nie zyczę) Ci się stanie i
      nie uda Ci się schudnac, to jestes gotowa na to, ze pan i władca Cię rzuci?
      Przecież to bez sensu.
      Ty jesteś gotowa kochac go nawet wtedy jak będzie wazyc 100 kilo, a on wymaga
      od Ciebie modelowego ciała?
      Na tym ma polegac miłosć?

      Nasuwa mi sie taka myśl. Przytyj i zobacz czy nadal będzie Cię kochać. Jesli
      nie to nie jest miłosc. Przynajmniej z jego strony!
      • lilith76 Re: Ja zwariowałabym, albo odeszła.... 28.08.06, 09:58
        Jako właścicielka ciała typu "gitara" ewentualnie "gruszka" podpisuję się pod natasza39!!!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka