forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=571&w=49737189
bo w świetle prawa, M.chcąc zobaczyć Młodą jedzie 1200 km (zabrać i odwieźć).
Nawet okiem nie mrugnęłam jak odwoziliśmy Ją dwa dni przed moim porodem
(600km), bo pech chciał, że wszyscy sąsiedzi na wyjazdach i uznaliśmy, że
będzie bezpieczniej jechać i w razie czego do najbliższego szpitala na
trasie, niż żebym sama prowadziła 20 km ze skurczami -

.
I przykro mi, kiedy obowiązek szkolny jest rygorystycznie egzekwowany już po
wystawieniu ocen na zakończenie roku, w sytuacji w której M. oferuje
tygodniowy pobyt zagranicą (i to nie leniuchowanie na egipskich plażach,
tylko program edukacyjny w jednym z krajów europejskich).
I przykro mi, kiedy ulubioną z kar jest zakaz korzystania z komórki (prezentu
urodzinowego od Taty), która jest jedyną formą kontatku z Ojcem w tygodniu.
I przykro mi kiedy założenie internetu (za który chętnie zapłacimy) jest
odkładane w czasie pod pretekstem złych wyników w nauce (jedna ocena
dostateczna na świadectwie-

, 37 pkt na 40 możliwych w teście szóstoklasity
(moja pasierbica! MOJA!!!). A Skype to jedyna szansa na kontakt z niemówiącym
jeszcze bratem (Babcie i Dziadka zna ze Skypa i już rozpoznaje-

.
To nie nasza i nie Eksi wina, że tak ułożyła sobie życie, że się wyprowadziła
z rodzinnego miasta. I oczywiście, że jak Ojciec chce się zobaczyć z córką i
budować więź między dziećmi to pojedzie w sobotę i odwiezie w niedzielę...
(12h wyjęte z życia całej rodziny-
Czy nie byłoby bardziej OK, gdyby rodzic, przy którym zasądzone jest miejsce
pobytu małoletniego, w przypadku przeprowadzki z miejsca dotychczasowego
zameldowania dziecka, miał obowiązek współuczestniczyć w organizacji
transportu?
Eksia twierdzi, że Ona nie utrudnia. To prawda. W większości wypadków Młodą
możemy zabrać. Zgodnie z twierdzeniem Eksi możemy również zakupić kartę tele
grosik, żeby taniej dzwonić do dziecka na komórkę (i nie potrzebny Skype).
Obowiązkiem Eksi jest "nie utrudniać", a nie "wspierać"-
Wyjeżdżamy. Raz na dwa tygodnie Młoda może do nas przylatywać na weekend
(Tata stawia bilet lotniczy), ale to wymaga dowiezienia i odebrania dziecka z
lotniska przez Eksię (70 km w jedną stronę = 280 km raz na dwa tygodnie). Po
pięciu latach naszych 1200 km wycieczek Eksia na lotnisko jeździć nie musi.
Cena takiej decyzji?
Zostanie sama:
- z nastolatką w trudnym okresie buntu
- z Ojcem na telefon, który nie mając szans zweryfikować jak naprawdę
zachowuje się Młoda i znając tylko Młodej wersje wydarzeń będzie brnął w
przekonanie o braku kompetencji wychowawczych Matki,
- z facetem, którego konflikt z Młodą eskaluje
- z manipulacjami ze strony Młodej (Tata powiedział...)
- z rolą tej złej i czepliwej, bo wątpię, żeby przy jeszcze żadszych
kontaktach M. miał ochotę na cokolwiek poza cieszeniem się obecnością Młodej
- z opinią, która coraz bardziej będzie utrudniała kontakty towarzyskie w
rodzinnym mieście (prowincjonalna przyjemność w gmeraniu w cudzym życiu,
która pewnie przyspieszyła decyzję o przeprowadzce)
...
- z głębokim prekonaniem, że w świetle prawa "nie utrudnia"
Ile Młoda na tym straci? Kilka wycieczek, parę rodzinnych wydarzeń,
nieobecność na zdjęciach z tego okresu i szansę na wspólny front rodziców.
Oj, przykro mi...