msciwoj24
12.10.03, 15:40
Kilkaset tysięcy dzisiejszych obywateli Niemiec, którzy opuścili Polskę po
1970 r. - zwanych volkswagendeutschami - ma szansę odzyskać mienie
pozostawione w starym kraju. W najlepszej sytuacji prawnej są ci, którzy
wyjechali na podstawie umowy Gierek - Schmidt z 1975 r. W zamian za pożyczkę
w wysokości miliarda marek polska strona zobowiązała się zgodzić na wyjazd
obywateli pochodzenia niemieckiego. Część z nich musiała przekazać swój
majątek na rzecz skarbu państwa. Precedens już mamy: Richard Kiezun
(wcześniej Ryszard Kieżuń) otrzymał z Urzędu Wojewódzkiego w Olsztynie
propozycję ugody przewidującą zwrot części mienia lub odszkodowanie. Zanim w
latach 80. Kiezun wyjechał na stałe do Niemiec, sprzedał swoją zagrodę i dom
w gminie Dowidy nieopodal Olsztyna. Zostawił ziemię i las, które przejęło
państwo. Jak się teraz okazuje - bezprawnie.
Dom za paszport
Choć postawienie polskich obywateli pochodzenia niemieckiego przed
wyborem "dom albo paszport" łamało nawet peerelowską konstytucję, na razie
nie starają się oni odzyskać pozostawionego mienia. Taka możliwość jednak
istnieje. W wypadku 100 tys. osób jest także prostszy sposób. Otóż polskim
urzędnikom nie chciało się dopełnić minimum formalności wymaganych przy
przejmowaniu poniemieckiego majątku (m.in. Richarda Kiezuna). Procedura
przepisania tzw. majątku opuszczonego przewidywała, że jeśli nie uda się
odnaleźć właściciela porzuconej nieruchomości, po jej przejęciu należy
wywiesić w gminnej gablocie odpowiednie obwieszczenie. Ówcześni urzędnicy,
nie przewidując zmian, jakie dokonały się po 1989 r., takimi drobiazgami się
nie przejmowali i obwieszczeń przeważnie nie wywieszali. - Pytałem kilku
gminnych urzędników z tamtych czasów i przyznawali, że ten wymóg na ogół nie
był wypełniany - potwierdza Adam Sierzputowski, starosta olsztyński. To, że
nie wywieszono stosownego ogłoszenia, sprawiło, że Richard Kiezun uzyskał
korzystną dla siebie decyzję o zadośćuczynieniu. W wielu wypadkach tzw.
przepisań majątku na rzecz skarbu państwa dokonywano pod przymusem -
uzależniając od tego wydanie paszportu. Udowodnienie tego (choćby poprzez
przedstawienie świadków) również umożliwia odzyskanie mienia. Kilkaset
hektarów ziemi opuszczonej przez wyjeżdżających do Niemiec przejął Ośrodek
Wypoczynkowy Urzędu Rady Ministrów w Łańsku. Kiedy kierował nim płk Kazimierz
Doskoczyński, były osobisty ochroniarz Bolesława Bieruta, skromna leśniczówka
Lalka rozrosła się do rozmiarów latyfundium, wchłaniając okoliczne wioski.
Pierwsze były Rybaki, potem podobny los spotkał Orzechowo. Mieszkańcom tych
wiosek paszporty emigracyjne przynoszono do domu. Nie udało się przejąć ziemi
we wsi Pluski - tam tylko kilku gospodarzy przekazało swój majątek. Teraz
mają szansę na jego odzyskanie. Właśnie z Plusek pochodzi rodzina Agnieszki
Knorr, która - jak twierdzi - została zmuszona do oddania ziemi na rzecz
skarbu państwa. Procesowała się o zwrot majątku, lecz przegrała. Sąd
Najwyższy - na drodze kasacji - zdecydował jednak, że Agnieszka Knorr odzyska
zagarniętą jej rodzicom ziemię. Pomógł kruczek prawny. Dekret o majątkach
opuszczonych mówił tylko o właścicielach nie zaś o ich spadkobiercach.
Podwójne Życie "póŹnych wysiedleŃców"
W latach 70. i 80. władze PRL pozbyły się z terenu Warmii i Mazur około 200
tys. obywateli. Część z nich wyemigrowała oficjalnie, zrzekając się
obywatelstwa. Część zwyczajnie nie wróciła z wyjazdów turystycznych. Ci,
którzy mieli atrakcyjnie położone gospodarstwa nad jeziorami, do wyjazdu
zostali zmuszeni. Tzw. spätaussiedlerzy, czyli późni wysiedleńcy, po
przybyciu do Niemiec otrzymywali finansowane z budżetu państwa mieszkania,
fundowano im kursy językowe, znajdowano pracę, a co najważniejsze - na
podstawie ogólnikowych oświadczeń - wypłacano odszkodowania za majątki
pozostawione w Polsce.
Po 1989 r. emigranci zaczęli masowo występować z wnioskami o powtórne nadanie
lub przywrócenie polskiego obywatelstwa. Ci, którzy kilka lat wcześniej
szukali dziadka w
Wehrmachcie, przypominali sobie, że drugi służył u Andersa. Wykorzystywali
też uchybienia urzędników wydających decyzje o przejęciu majątku na rzecz
skarbu państwa polskiego. Takim uchybieniem może być na przykład brak
odpowiedniego wpisu w księgach wieczystych.
WydoiĆ krowĘ dwa razy
Starosta Adam Sierzputowski twierdzi, że ma sposób na powstrzymanie fali
roszczeń. W niemieckim Urzędzie Kompensacyjnym, który wypłacał wysiedleńcom
odszkodowania, dowiedział się bowiem, że podpisywali oni oświadczenia, w
których zobowiązywali się do zwrotu odszkodowania w wypadku odzyskania
majątku w Polsce. - Podpisy pod składanymi w Niemczech wnioskami o
rekompensatę za utracone mienie gwarantują, że nie dojdzie do dwukrotnego
wydojenia tej samej krowy - mówi Sierzputowski. Stanisław Kowalski,
wojewódzki inspektor nadzoru geodezyjnego, uważa, że sprawa nie jest taka
prosta. - Jeżeli o zwrot majątku stara się polski obywatel, nie ma podstawy
prawnej, by zawiadamiać stronę niemiecką i domagać się stosownych dokumentów -
mówi Kowalski. A polskimi obywatelami są nadal osoby, które w latach 80.
wyjechały za granicę na podstawie paszportu turystycznego i osiedliły się w
Niemczech. Nie zrezygnowały one z polskiego obywatelstwa, a władzom PRL nie
zgłaszały wyjazdu. Niektóre do tej pory mają polski meldunek. Stanisław
Kowalski liczy też na to, że przed wysuwaniem roszczeń może powstrzymać
emigrantów ewentualność wypłacenia obecnym użytkownikom nieruchomości
zadośćuczynień za poniesione inwestycje.
Po ugodzie zaproponowanej przez władze Richardowi Kiezuniowi w kolejce
czekają kolejne wnioski o zwrot lub odszkodowania. Wkrótce można się
spodziewać tysięcy następnych - na Warmii i Mazurach, na Górnym Śląsku i
Opolszczyźnie, skąd wywodzi się pół miliona "późnych wypędzonych". Po raz
kolejny okazuje się, że prawem własności nie można żonglować na polityczne
zamówienie. Ewentualne odszkodowania będą kolejną spuścizną po rzekomo
złotych latach Gierka, za którymi tęskni ponad połowa Polaków. Także oni
złożą się na odszkodowania.
www.wprost.pl/ar/?O=48382&C=57