oban
27.07.04, 22:11
wyszedlem dzis rano z domu i ... no wlasnie : chyba cos sie stalo.
Chyba sie stalo bo zauwazylem ze inni uzytkownicy mnie nie deerwuja, ani
troche, ani przez chwile. Nie jestem na codzien kierowca nerwomym,
pouczajacym innych, jezdzacym agresywnie czy zlosliwym, natomiast to co sobie
mysle o innych uzytkownikach (tych co to powoli ruszaja na swiatlach, skrecaja
w lewo z prawym kierunkowskazem, zajezdajacych droge itd) tego nie da sie
cytowac. Krotko mowiac : gdyby mysli zabijaly, dopuscilbym sie ludobojstwa.
A dzis nic: ani mru mru. Przejechalem tak cala droge do pracy, poetm z pracy
Nic. Wiecej nawet : ani razu nie przekroczylem 50-60 km /h (normalnie
przekraczanie dozwolonej predkosci to moj grzech codzienny).
Ale kulminacja przyszla przed chwila : oto uswiadomilem sobie, ze samochod
jest sprzetem AGD sluzacym sie do wygodnego i bezpiecznego przemieszczania
z miejsca na miejsce, samemu z rodzina lub z bagazaem i jak taki powinien
byc w zakresie wyposazenia, jakosci i cent tym czego potrzebuje i na co mnie
stac i niczym wiecej. Jeszcze gorzej : z przerazeniem stwierdzilem, ze
przed kupnem samochodu maoja "wartosc" jako czlowieka nie zmieni sie ani na
milimetr. Nie zebym tego wszystkiego wczesniej nie wiedzial, ale co innego
wiedziec a co innego przyjac jako swoje.
Jak myslicie : zwariowalem ? dojrzalem (po 35 latach ?!) ?
Czy moze to chwila slabosci ?
Jest jeszcze jedno wytlumaczenie : to ten antybiotyk ktory biore od wczoraj
czyli chemiczna manipulacja w wykonaniu mojej pani doktor.