mejson.e
08.01.06, 19:35
Pojechałem do kościoła w obcym mieście.
Koło kościoła kłębiły się samochody, trudno było już o miejsce, ale odważnie
wjechałem w głęboki śnieg i po ubiciu kolein uznałem że jestem miszczu i mam
swoje miejsce.
Po wyjsciu z kościoła miszczu się wkurzył, bo za pracowicie uzyskanym
miejscem postojowym stanął sobie passat, którego kierowcy nie chciało się
bawić w takie niuanse jak zaparkowanie bez blokowania kogokolwiek.
Co więcej - wiele samochodów postawiono tam w ten sposób, że blokowały inne.
Widać taki miejscowy zwyczaj.
Gdy doczekałem się na kierowcę passata - elegancka blondynka po trzydziestce -
zwróciłem jej uwagę, że nie powinna nikogo blokować na całą godzinę.
"To gdzie miałam stanąć?" - odparła zdziwiona.
"To nie mój problem - trzeba było dłużej poszukać albo zaparkować dalej"
Wymiana opinii trwała by jeszcze dłużej, ale zareagowali zniecierpliwieni
inni zablokowani i kazali nam przestać dyskutować tylko wyjeżdżać.
Pięć minut później otrzymałem wiadomość, że teściowa złamała rękę i trzeba ją
zawieźć do szpitala, więc mam się spieszyć.
Gdyby telefon zadzwonił pół godziny wcześniej to chyba wezwałbym policję i
pomoc drogową, by usunęła samochód "blokujący dostęp do innego, prawidłowo
zaparkowanego pojazdu", a paniusię chyba zbluzgałbym językiem niepolitycznym.
Mimo że to teściowa a nie matka złamała rękę...
Skąd w ludziach przekonanie, że wiedzą wszystko o zamiarach innych kierowców
i wiedzą, jak długo można ich zablokować?
W tamtym przypadku msza trwała 1:15 i przez ten czas byłem unieruchomiony, a
do domu miałem ponad godzinę drogi.
Ta pani nie widziała problemu.
Może była wróżką i wiedziała, że nie będę wyjeżdżał wcześniej?
Pozdrawiam,
Mejson
--
Automobil
Forum pozytywnie zakręconych automaniaków.