sven_b
10.04.08, 23:00
Z inspiracji N-K udałem się na spotkanie z 3 kumplami z LO. No trzema, bo postanowiliśmy komisyjnie olać resztę klasy, która od lat rodzi jeża i nie może wypracować terminu.
W czasach szkolnej ławy wspólnie w 4 stanowiliśmy załogę zamykającą klasę od tyłu, tj. zasiadaliśmy zawsze na koncu i zawsze w tym samym składzie. Ławki były u nas 4-osobowe. Ten układ był stały, acz wielokrotnie rozbijany lub przeplatany dziewczętami, bo generował stres w zacnym gronie oraz inne przeróżne antydydaktyczne fikoły. Zawsze jednak już na kolejnej lekcji odbudowywał się do pierwotnego składu jak ul po zalaniu dymem. Wtedy każdy dzień coś przynosił. Mówiło się 'Ale dzisiaj to normalnie co był ogień na...' i tu podawało nazwę stosownego przedmiotu.
Tak też po latach idąc na stykawę miałem tremę, jak będzie. Sztywno? Nudno? Czy może coś zostało z tego szkolnego ognia? Nie myliłem się. Zaczeło się dziwnym powitaniem, takim jakby pół godziny wcześniej Polska przerżnęła z Rzeszą 0:5, następnie wszyscy zamówili po browarze i w ciszy trwali dopóki tenże nie wjechał na stół. Podziękowaliśmy kelnerce za dostawę i kurde cisza. Chyba trema. Przerwał kumpel, wskazując kufel i mówiąc 'To co? Może pochłoń browar.' To rozbawiło nas tak, że wybuchając smiechem ktoś przewrócił mój pełny kufel i wszystkim równo na początek załatwił spodnie. Tak więc jak za dawnych czasów - niewiele dialogu i jest jazda. Potem kumpel wyjął przemyconą nalewkę, która kiedyś na wycieczce szkolnej ścięła nas do gleby, a którą na potrzeby naszej stykawy misternie odtworzył na bazie wywiadu z ojcem. Jednak albo coś poknocił, albo mieliśmy wtedy inne głowy, bo stwierdziliśmy że obalamy klasyczne siki. Nalewka powędrowała na 5 min. z powrotem pod stół, bo zaistniała konieczność domówienia setki śliwowicy, której brak jednoznacznie ktoś wyczuł. I siuśki nabrały szlachetnej mocy:)Przypomniał nam się nr z teatru gdzie w trakcie sztuki 'Cyd' jeden z kumpli zauważył stojącą w rogu sali stalową popielnicę. Sięgnął po nią i mówiąc do nas: 'Ej, do tej sceny pasuje fanfara', podniósł ją sobie do ust niby chcąc zagrać. Niestety nie przewidział że stalowy talerz na pety był tylko nakładany na nogę i po przechyleniu odłączył się od nogi, walnął o podłogę i z hukiem zaczął zapier.ć w kier sceny. Turlał się w nieskończoność, aż w końcu w nią wyciął. Aktorzy zamarli, zapalono światło. Dalszy scenariusz znacie: rodzice, apel, zjeby z wpisem:)
Siedzielismy w tych mokrych gatkach, wspominając co lepsze wydarzenia, wycieczki, koleżanki i zanosząc się co chwila ze śmiechu. Bez uprawiania meglomanii i autokreacji. Każdy z nas zgodnie i krótko stwierdził, że coś tam robi i zarabia ale cała ta robota i świat dorosłych są tak ch..a warte, że jakby tylko mógł, wróciłby do szkolnej ławki:) Ogólnie stykawa w starym dobrym stylu.