tomek854
18.05.08, 15:49
Dzisiaj musieliśmy uśpić kota. W nocy wybiegł na ulicę i potrącił go samochód.
Paraliż, straszne cierpienie nie było wyboru. Ale jakoś wyjątkowo podle się
czuję, bo to ja się pod tym podpisałem.
W ogóle w życiu nie spodziewałem się, że tak to będę przeżywał - chociaż może
to dlatego, że był on tak niesamowicie ważny dla mojej M. Ale i ja go
polubiłem i on mnie, chociaż na początku mnie wkurzał, bo w życiu nie
widziałem takiego rozpieszczonego zwierzęcia...
Ja przepraszam, że marudzę, ale muszę się gdzieś wywnętrzyć bo w domu to
raczej ode mnie się oczekuje wsparcia a ja już ledwo zipię...
Na marginesie: trzech Szkockich chłopaczków w P207 go potrąciło i zachowali
się wybitnie pięknie: znaleźli kota, który uciekł w krzaki, przeczytali nasz
numer telefonu na jego obrózce, zadzwonili po nas, zadzwonili do ojca jednego
z nich, który zadzwonił (w środku nocy) do swojego weterynarza, który podał
numer całodobowego weterynarza, który jak nam strzelił cenę za wizytę (140
funtów + treatment) a mnie zatkało to nas wysłał (załatwiwszy wizytę i
wszystko) do charytatywnej przychodni zwierzęcej.
Chłopaki nie dość że nas tam zawieźli, to jeszcze wszyscy chcieli z nami iść,
co prawda ich nie wpuścili, ale sami poprosili, żebym im dał znać co i jak i
niechętnie pojechali, bo chcieli nas jeszcze odwieźć z powrotem.
Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem ich zachowania - tak powinno to zawsze
być w takich trudnych chwilach. Zawsze to jakaś pociecha...
A w domu pustka... :(