balamuk
01.06.17, 17:20
Dziś u nas dzień wolny, więc się byczymy. Także przed telewizorem. Mój ulubiony mężczyzna szukał sobie czegoś podchodzącego i nagle mówi - o, popatrz, węgierski film. Popatrzyłam przez chwilę i usztywniło mnie, bo nie tyle rozpoznałam (filmu nie widziałam nigdy), co wyczułam po paru kadrach, z sytuacją raczej ogólną i bez imion, "Chłopców z Placu Broni". Zeznałam, że to u nas lektura obowiązkowa była i że dla mnie dołujące, po czym wycofałam się do kuchni, bo i tak miałam robotę. Po jakimś czasie wróciłam, na ekranie było już co innego, zapytałam o wrażenia. Usłyszałam, że zmienił program, bo cholernie smutne i na dodatek według niego jakieś akcenty faszystowskie się w filmie pałętają. Książki nie czytał, w ogóle nie miał pojęcia o jej istnieniu, normalnie tabula rasa. Czysty odbiór.
A mnie echem zabrzmiała trauma z czasów, kiedy to czytałam, a lat miałam poniżej dziesięciu.
Czy ktoś wie, dlaczego ta książka trafiła do zestawu lektur obowiązkowych?