Dodaj do ulubionych

Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstęp.

    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 07.07.05, 19:39
      Był. Wprawdzie swoim widokiem niebyt zachęcający do konsumpcji, ale być może
      było to tylko moje odczucie, bo Tomek wyciągnął po niego rękę.
      - Aaaa! Serunio z jagódkami, pychotka!
      - Won z łapami! – wrzasnęłam, chowając za siebie kubek z paskudną bryją – To
      trucizna! Chyba, że chcesz sobie pospać? Ja się wyspałam. Dobrze, że udało mi
      się tylko trochę tego wychłeptać.
      - Zwariowałaś? – Tomek cofnął rękę, jak oparzony – Nie popatrzyłaś na datę
      ważności?
      Odruchowo postukałam się kubkiem w czoło, aż chlapnęło. Wybierając ostrożnie
      jagody z włosów i wrzucając je z powrotem do serka, który był ważnym dowodem
      kolejnego przestępstwa, tym razem popełnionego na mnie, zdążyłam podzielić się
      z Tomkiem swoimi podejrzeniami.
      - I rozumiesz, ona musiała widzieć, że zatrzymałam się na tej stacji! Podesłała
      tego małego szczyla, żeby mnie na niej zatrzymać! Niezła cholera z tej twojej
      Dorci. O pardon, nie twojej – poprawiłam się szybko, widząc jak złowrogo
      błysnął ślepiami. A miał te ślepia, że och!... – No więc, zapłaciła małemu,
      zaprawiła czymś te jagody i przysłała go do mnie. Innego rozwiązania nie
      widzę. Ja nie usypiam, ja zmuszały pień, ani nie mdleję na zawołanie. Zdrowa
      jestem raczej.
      - Taaa... szczególnie na umyśle. Dobra, nie bij! Żartowałem! – Tomek odsunął
      się na bezpieczną odległość – Ty wiesz, że możesz mieć rację? Ta ruda
      ku...kułka jej mać, może już iść na całość. Po śmierci Smalczyka grunt pali jej
      się pod obuwiem, więc pewnie chce już spylić, zostawiając po sobie pożary i
      zgliszcza. Pewnie jedzie do tej wytwórni, żeby...
      - Do jakiej wytwórni? - przerwałam - Do TEJ?? Od bobu??
      - Jasne. A po co kazałem ci za nią jechać? Chciałem się upewnić, gdzie skręci.
      To jakieś półtorej godziny drogi stąd. Oficjalnie to elegancka chłodnia i pies
      z kulawą nogą się nie domyśli, czym naprawdę się zajmuje. Pamiętasz,
      opowiadałem ci?
      - Pamiętam. Mówiłeś coś o jakimś cudzie techniki farmaceutycznej. A skąd ty to
      wiesz? Byłeś tam?
      Tomek oparł się o kierownicę i zapatrzył w dal. Wyraźnie zbierał się w sobie,
      by wyznać mi jakąś, dotąd głęboko skrywaną, tajemnicę. Przestałam oddychać,
      żeby się nie rozmyślił... Widocznie uznał mnie za godną jej powierzenia, bo
      westchnął głęboko, podrapał się w czoło i wreszcie go odblokowało.
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 07.07.05, 19:57
      - Byłem. Z tych pieprzonym, w czółko kopanym Smalczykiem. Świętej pamięci,
      znaczy. Gdy przyłapał mnie z Dorą... - zamilkł na chwilkę, pewnie ponownie
      przeżywając plamę na męskim honorze – Zwabił mnie, że niby chce mi pokazać
      nowoczesną linię technologiczną do mrożenia bobu, że dla dobra dalszej
      współpracy i tym podobne pierdoły. Słodki był, jak ulepek, a ja, durny palant,
      dałem się na to nabrać. Bo tu interes z dobrym biznesmenem, kurza morda, tu
      Dora... A on mnie gościnnie oprowadzał i sprytnie wmanewrował tam, gdzie
      trzeba, bo sam pewnie nie trafiłbym na to faszerowanie, tak genialnie to
      ukryli. No i wszystko stało się jasne, bo zaraz okazało się, że popstrykał parę
      zdjęć i miał mnie w garści: albo będę trzymał rączki z daleka od Dory i buźkę w
      kubełek, albo skończę w kiciu, jako narkotykowy boss. Dowodów będzie ile
      chcieć, w tym zdjęcia, gdy skrzętnie doglądam produkcji... Tym mnie trochę
      wystraszył, co będę owijał w bawełnę. Piłem dwa dni, a potem zdecydowałem się,
      że poużywam życia na full, przez tydzień i idę na policję. Resztę znasz.
      - Aha, czyli spotkanie z Aśką było w ramach używania życia – jednak pozwoliłam
      sobie na małą złośliwość, nie mogłam się oprzeć.
      - Nawet mi nie wspominaj o tej cholerze – zgrzytnął zębami i nagle się ożywił –
      Słuchaj, może ona też tam jest? Jedziemy!
      - Zaraz! Dokąd? Zaraz będzie wieczór – zaprotestowałam dość głupawo.
      - Do paszczy lwa, koteczku. Zamknij swój samochód i zostaw go tutaj, bo takiego
      grata i tak nikt nie ukradnie. Pojedziemy moim, on nie boi się ciemności. Ja
      też nie.
      Nie wiem, czemu bardziej nie mogłam się oprzeć: odwadze mężczyzny, czy własnej
      ciekawości, która zaczęła bujnie kiełkować, jak ziarno rzucone w kompost. Być
      może pchała mnie również wielka, paskudna niechęć do rudo-blond harpii i to ona
      w końcu przeważyła.
      Po chwili gnaliśmy przez sielski pejzaż, który swoim spokojnym pięknem,
      wyeksponowanym przez zachądzące słońce, stanowił całkowity kontrast z celem
      naszej podróży. Bo była nim, mówiąc krótko i bez przesady - fabryka śmierci.
      Ukrytej w małych, smakowitych ziarnkach bobu.

      cdn
      • magdajeden Re:Dora 10.07.05, 00:47
        Dora miała już serdecznie dosyć wszystkiego a szczególnie wydarzeń ostatnich
        dni. Nie dość, że wszystko wskazywało na to, że tak ciekawie zapowiadający się
        romans z Tomaszem właśnie się zakończył. I to kto ją pokonał?! Kto zabrał jej
        faceta?! Aśka! Ta Aśka, której nogi nie sięgały nawet do połowy nóg Dory,
        której włosy nigdy nie były i nie będą tak bujne, ta fałszywa żmija zabrała jej
        takiego faceta! Do tego wszystkiego ta dziwna teczka w jej szafie, teczka, w
        której zapisane były jakieś wierutne bzdury na jej temat. Teczka, która
        ewidentnie była jakimś cuchnącym dowodem na interesy Mikiego. O Boże! No i
        Mikie, gdzież on, do jasnej cholery, się podziewa!? Akurat teraz kiedy cały
        świat zwalił się na jej kształtną głowę! Od kilku dni nie pojawia się ani w
        domu, ani w jego mieszkaniu w centrum. Po co on to mieszkanie kupował?
        Reprezentacja. Co to, do cholery, jest ta reprezentacja? Zawsze ma idiotyczne
        pomysły na wydawanie pieniędzy, dał by je jej, już ona wiedziałaby co z nimi
        zrobić. Ale nie, skądże! „ty kochanie, nie zaprzątaj swojej pięknej główki
        takimi drobiazgami, idź do fryzjera złotko, skocz do kosmetyczki”, bla bla bla,
        myślałby kto, że on taki czuły, pewnie jakieś babska sprowadza sobie do tej
        swojej „reprezentacji”!
        Rozczulanie się nad własnym nieszczęśliwym i trudnym żywotem pochłonęło ją tak
        bardzo, że prawie zapomniała dlaczego pędzi samochodem w kierunku Katowic,
        zamiast korzystać z uroków aromaterapii w jacuzzi. Z zamyślenia wyrwał ją
        oślepiający blask świateł samochodu jadącego z przeciwka. Czego, tak mruga
        idiota!? Przecież nie jadę za szybko! A światła! Zaczęło już zmierzchać, z tego
        zdenerwowania zapomniała włączyć świateł. „Dobra, już dobra, nie mrugajcie”
        wycedziła przez zęby, gdy kolejny samochód z przeciwka oślepił ją długimi.
        • magdajeden Re:Dora 10.07.05, 00:48
          Ale jak tu nie być zdenerwowaną, jak całą drogę jedzie za nią ta baba z
          supermarketu i głowę by dała, że jeszcze jeden samochód. Swoją drogą, czego się
          babsko jej uczepiło? Oczywiście natychmiast ją poznała. Co jak co, ale pamięć
          wzrokową to Dorka ma. Dokładnie pamięta wieczór kiedy Tomaszkowi zebrało się na
          zwierzenia i pokazywał jej zdjęcia z jakiejś imprezy jego pożal się
          Boże „paczki”. I kobietę ze zdjęcia też dokładnie zapamiętała. Zapamiętała też
          błysk w oczach Tomaszka, jak gładząc palcem po zdjęciu (fuj, zostawił tłuste
          ślady po paluchach! Ale to w końcu jego zdjęcia), mówił, niby żartując, że to
          jest Anka, jedyna kobieta nieczuła na jego urok. Ten wzrok, to drżenie ręki,
          wystarczyło, żeby przyjrzała się babiszonowi dokładniej. I teraz ta „nieczuła”
          jedzie za nią do fabryki. Po jaką cholerę?! Odruchowo zerknęła w lusterko –
          samochodu baby z supermarketu nie było. Przyjrzała się uważniej, dobrze że
          nałożyła rano te zielone soczewki, pierwszy raz doceniła nie tylko ich urodę
          (wyglądała olśniewająco z zielonymi oczami) ale i praktyczność. Mogła bez trudu
          rozpoznać drugi z jadących za nią samochodów. Tak, stanowczo babsko już za nią
          nie jedzie, ale po co wlecze się za nią ten czarny Mercedes? Westchnęła.
          Niedługo dojedzie do fabryki, spotka tam Mikiego i zmusi go wreszcie do
          wyjaśnień. Dość tego! Nie może być tylko dodatkiem do jego garniturów Hugo
          Bossa, należy jej się coś więcej niż cotygodniowa kupka banknotów na
          śniadaniowym stoliku! Zapyta go o wszystko, i o czerwoną teczkę i o cudowne
          rozmnożenie pieniędzy na jej koncie i o interesy Mikiego z Tomeczkiem. O
          wszystko, w końcu jako żona ma swoje prawa, nie tylko te ciągłe obowiązki!

          cdn...
          • magdajeden Re: Dora 10.07.05, 19:21
            - jak to nie ma?!! Jak to się nie pokazał od tygodnia??!! Co ty mi tu,
            patafianie nierdzewny, wygadujesz??!! – wrzeszczała coraz bardziej histerycznie
            Dorcia na próbującego się wcisnąć między listki żaluzji mężczyznę postury co
            najmniej Salety – dlaczego nikt mi nic nie powiedział??! Dlaczego nikt nie
            raczył zadzwonić?!! – coraz bardziej „soczyście” wrzeszczała Dorcia. Saleta Bis
            nie dość, że kurczył się w oczach, to jeszcze starał się dyskretnie ocierać
            zroszoną „soczystością” Dorki twarz.
            - bo ja nigdy nie musiałem dzwonić, pse pani. To skąd miałem wiedzieć, ze mam
            dzwonić? Sef nie kazał dzwonić, zeby pani, tej, no, du.., znaczy głowy nie
            zawracać.
            - ja ci zaraz zawrócę!
            Ta niezobowiązująca pogawędka mogłaby jeszcze długo trwać, gdyby nie nagłe
            wtargnięcie do gabinetu Smalczyka, małego spoconego człowieczka z twarzą
            cherubinka.
            - Przemuś, wypad mi stąd! Ja z panią załatwię! – wysyczał dyszkantem.
            - tak jest, pse sefa – jęknęła kopia Salety i z nieukrywaną ulgą, pośpiesznie
            wyplątawszy się z żaluzji, zniknęła za drzwiami.
            - gdzie jest mój małżonek i kim pan jest ?! – już troszkę spokojniej ale nadal
            soczyście wysyczała Dora.
            - Dobrowieyski. Bartłomiej Dobrowieyski. – skłonił się szarmancko grubasek,
            jednocześnie z gracją cmokając Dorę w dłoń. – mąż musiał chwilowo wyjechać w
            interesach. Podczas jego nieobecności zajmuję się sprawami firmy, i dobrze, że
            panią widzę, bo akurat mam do pani sprawę.- mówił szybko, jakby starając się
            nie dopuścić do dalszych pytań Dorki.
            - jak to? Jak to wyjechał? A ja? Dlaczego nic mi nie powiedział? – zielone oczy
            Dory zaczęły powoli robić się jak spodki, co tam spodki, jak talerzyki deserowe
            i to świeżo po myciu.
            - to był nagły wyjazd w sprawie nie cierpiącej zwłoki, pani wybaczy, ale więcej
            szczegółów ujawnić nie mogę, to bardzo poufna sprawa – tajemnicze uniesienie
            lewej brwi podkreśliło powagę sytuacji – duże pieniądze, świetny interes.
            Dorka chlipnęła, siorbnęła, zaczęła nawet sięgać do torebki po chusteczkę, ale
            postanowiła jednak być twarda, w końcu jest żoną szefa, nie będzie odstawiać
            histerii przed tym śmiesznym facecikiem.
            - wspomniał pan o jakiejś sprawie? – powiedziała już prawie spokojnym głosem.
            - więc właśnie, pani Doro, przed wyjazdem mąż dokonał bardzo udanej transakcji,
            ale omyłkowo, w pośpiechu, zamiast konta firmowego, podał kontrahentowi numer
            pani konta.
            „A, to stąd te pieniądze! Jak to dobrze, że się wyjaśniło. Jak to dobrze, że to
            nic nielegalnego” z ulgą pomyślała Dorka.
            - I bardzo mi zależy, ze względu na dobro firmy – ciągnął Dobrowieyski – aby
            pani raczyła jak najprędzej przelać te pieniądze na odpowiednie konto –
            zakończył, bacznie przyglądając się Dorce. Jego lewa brew prawie niezauważalnie
            to unosiła się, to opadała. Kropelki potu na wysokim czole zaczęły się łączyć i
            już w postaci sporych kropli spływały powoli ze skroni.
            „że też go to nie łaskocze” pomyślała Dora i odruchowo otarła swoje czoło
            upierścienioną dłonią.
            • magdajeden Re: Dora 10.07.05, 19:22
              - No dobrze, panie, eeee….
              - Bartłomiej, panie Bartłomieju – usłużnie podpowiedział spocony cherubinek –
              możemy to załatwić od razu, nie ukrywam, że spieszy mi się, bo jeszcze dziś
              muszę wyjechać do Niemiec zakończyć pewną bardzo korzystną dla pani męża
              transakcję.
              - Oj, ale dziś to już nie zdążymy, za późno, banki już chyba zamknięte – Dorka
              zerknęła na zegarek. Duża wskazówka właśnie zbliżała się do wielkiego
              diamencika na dwunastce, a mała, dyskretnie wskazywała nieco mniejszy na
              dziesiątce. – już dziesiąta, banki zamknięte.
              - pani Doro, proszę się nie martwić, tu niedaleko jest jeszcze jeden czynny
              bank…- dźwięk Kankana zagłuszył jego ostatnie słowa. Nerwowo wydłubał telefon z
              kieszeni spodni przerywając elektroniczną wersję arcydzieła Offenbacha – no?
              Tak, załatwione. Miałaś rację. Totalna. Pogadamy później. Zadzwoń do Wieśka,
              niech otwiera. Tak za 10 minut. Dobra. – rozłączył się. – to jak, możemy jechać
              pani Doro?
              Dora przytaknęła skinieniem bujnej koafiury. Chętnie pozbędzie się tych
              pieniędzy Mikiego ze swojego konta.
              - mój samochód stoi przed budynkiem, zapraszam panią, pojedziemy razem.
              Dorka chętnie przystała na tę propozycję, była już zmęczona prowadzeniem
              samochodu i chętnie, choć na chwilę usiądzie na miejscu pasażera.
              Przegrzany cherubinek szarmancko otworzył przed nią drzwi. Nagły przeciąg
              gwałtownie szarpnął niedawną kryjówką Przemcia, która z malowniczym szelestem
              żaluzji strąciła z parapetu czerwoną teczkę. Dora odruchowo spojrzała w tamtą
              stronę. Leżąca na tureckim dywanie teczka wydała jej się dziwnie znajoma.
              Dobrowieyski stanowczym ruchem objął ramieniem Dorkę i wymanewrował ją zwinnie
              z gabinetu. Natychmiast przed nimi zmaterializował się Saleta Bis.
              - sefie, wsystko gotowe, tylko psy wę…
              - zamknij dziobek, Przemuś! – syknął ze słodkim uśmiechem cherubinek kątem oka
              zerkając na Dorę, która wydawała się zupełnie nie zauważyć
              sepleniącego „goryla” – migiem do samochodu, jedziemy z panią do banku!
              - tak jest sefie! – służbiście wyprostował się sobowtór Salety i pośpiesznie
              pokłusował przodem, drapiąc się po ogolonej na zero czaszce.
              Cała trójka wyszła na parking przed budynkiem. Mimo ciemnej nocy, na parkingu
              było widno jak w dzień. Halogeny i szperacze rozświetlały mrok. „jak na
              spacerniaku więziennym” przeleciało Dorce przez głowę. Szybkim krokiem, nadal z
              dyskretnym wsparciem ramienia Dobrowieyskiego minęła swój samochód. Omiotła go
              czułym spojrzeniem i stukając obcasami poszła dalej. Cała trójka zatrzymała się
              przy czarnym Mercedesie. Przemuś szarmancko otworzył tylne drzwi, i zanim Dorka
              zdążyła cokolwiek pomyśleć, drzwi zatrzasnęły się za nią i spoconym
              cherubinkiem. Przerośnięty ochroniarz usiadł za kierownicą i czarny Mercedes
              zniknął w ciemnościach.

              cdn...
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 11.07.05, 15:15
      Mrużyłam oczy, patrząc na tę iluminację w środku ciemnego lasu. Oświetlony
      wjazd bardziej przypominał lądowisko dla statków kosmicznych, niż zwykły
      parking, dlatego stojący na nim samochód wydawał się dziwnie samotny i mały.
      Samochód rudej harpii, tego byłam pewna. A poza tym – nikogo. Cisza i bezruch.
      Przynajmniej tak nam się wydawało. Tomek, który wcześniej porzucił samochód na
      jakimś kawałku kompletnego pustkowia, a następnie, z latarką w ręku, przegonił
      mnie po straszliwych ostępach leśnych, najpierw kazał mi się zamknąć, a
      następnie kompletnie ogłuchł na moje jęki. Szedł cicho i zwinnie, jakby się w
      tym lesie urodził. Indianin, jak babcię kocham! Tylko mu piórka zafundować i
      prawdziwa „Czarna Stopa”, w mordę jeża! Wściekła, bo nigdy nie znosiłam dzikich
      chaszczy, potykając się i tracąc odzież na krzakach, cwałowałam za nim, jak
      stado dzików. Aż zatrzymała nas ta feeria świateł, oświetlająca chyba pół
      świata, a na pewno wielki kawałek lasu, na brzegu którego stała, lśniąca
      metalicznie, gigantyczna hala. Ogrodzona siatką na wysokim murze, wydawała mi
      się raczej mało dostępna. Tomkowi widocznie też, bo pociągnął mnie za rękę i
      udaliśmy się w obchód całego interesu. Cichym truchtem, starając się chować w
      cieniu i w ogóle udając, że nas nie ma, jak zakomunikował mi Tomek prosto w
      ucho. Wleczona siłą, chwilowo zrezygnowałam z buntu i zdałam się na niego
      całkowicie. Z błyszczącymi w ciemności oczyma, wyglądał, jak młody harcerzyk na
      podchodach, więc doszłam do wniosku, że mogę robić za słabą druhenką, co mi
      zależy. Niech się wykaże odwagą i innymi sprawnościami. Chłopcy to lubią.
      Tymczasem chłopiec, z błyskiem w oczach, pokazał mi malutki fragment nieco
      potarganej siatki i syknął:
      - Tędy!
      I przepchnął mnie, zanim zdążyłam zaprotestować. Spadając po drugiej stronie
      muru, nawet nie narobiłam rumoru, bo wylądowałam w niskim, miękki, krzaku tui.
      Jej zapach, którego nie znoszę od dziecka, pozwolił mi natychmiast odzyskać
      sprawność umysłową. Tomek znowu szarpnął mnie za rękę, ale tym razem stawiłam
      zdecydowany opór.
      - Gdzie?! – wysyczałam – Po tej ścianie się nie wspinam! Odwal się!
      Ściana przed nami, wysoka na jakieś dwa piętra, była idealnie gładka, jak tafla
      lodu. Tomek zatkał mi gębę i wyszeptał do ucha:
      - Siedź tutaj. Ja zobaczę którędy. Ani się waż pisnąć!
      I bezszelestnie zniknął na tyłach budowli. A ja siedząc w tej cholernej tui,
      myślałam, że z nim, to chyba jednak dałabym radę wejść po tej ścianie. Nawet
      bez asekuracji...
      Dobra, a co w środku? I dlaczego, do diabła, to wszystko wygląda, jak
      wymarłe?
      Oganiając się od komarów, zamarzyłam o papierosie i filiżance gorącej kawy.
      Cholera! Tacy z nas śledczy, jak z papierowej serwetki chodaki! Pół życia
      przesiedzę w krzakach, a na końcu dostanę wilka. Z trzaskiem zabiłam kolejnego
      komara na czole i zaniepokojona rozejrzałam się dookoła. W tym momencie
      poczułam, jak mocna ręka chwyta mnie za bluzkę, a paniczny strach za gardło.
      Zanim zdążyłam wrzasnąć, głos Tomka zabrzmiał, jak krótki rozkaz:
      - Chodź! Jest wejście!
      Spłynął na mnie, jak sole trzeżwiące, więc znowu pozwoliłam się powlec jego
      właścicielowi. Bez protestu. Jak jagnię na rzeź. Wprost pod uchylone okno,
      które znajdowało się, mniej więcej 3 metry nad naszymi głowami. No, może trzy i
      pół. Dla Tomka chyba niżej, bo szepnął:
      - Wchodzisz pierwsza. Będę cię asekurował. Właź!
      Po jakiejś godzinie byliśmy oboje w środku. Może nawet szybciej, ale nie miałam
      głowy do spoglądania na zegarek. Po tej gimnastyce artystycznej siedziałam, bez
      sił, w środku eleganckiego pomieszczenia, które okazało się kibelkiem i
      zupełnie bezmyślnie patrzyłam, jak Tomek penetruje otoczenie. Pod jego okiem
      widniał efekt mojej wędrówki wzwyż - wielki, świeżutki siniak, a na głowie
      tkwił prawdziwy kołtun, spreparowany moim obuwiem. A ja byłam zdolna tylko do
      jednej myśli: jak dobrze, że dzisiaj nie mam na nogach szpilek!...
      • magdajeden Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 13.07.05, 10:57
        - pieniądze już są – męski głos wydobywał się spod ogromnych poduch, pledów i
        innych jasieczków, gdzieś z głębi przepastnego fotela – przelała, idiotka.
        - no to super, bilety już mam zarezerwowane – wydobył się damski głos spod
        drugiego składu miękkości i pluszów.
        W pokoju było ciemno, twarze siedzących rozświetlała tylko nikła, błękitna
        poświata włączonego telewizora.
        - nareszcie zakończymy sprawę, za bardzo się już namieszało, a teraz jeszcze
        Anka z Grześkiem jakieś swoje prywatne śledztwo robią.
        - a bo ja mówiłam od razu, że Grzesiek to jest coś nie tego, za uczciwy jakiś.-
        fotel numer dwa zafalował i podniosła się z niego drobna, szczupła szatynka. –
        chcesz jeszcze drinka?
        - przynieś, i weź no przełącz ten telewizor bo nie mogę już patrzeć na te
        gliny. W życiu gliny, w telewizji gliny, co to w ogóle jest?! Program
        propagandowy – „wstąp do policji, zrobimy o tobie film”, czy co?!
        Dźwięk dzwonka telefonu zmusił fotel numer jeden również do zafalowania.
        - halo? A Boluś, no siema. Załatwiłeś sprawę z Grześkiem? Jak to nie?! A kiedy
        masz zamiar załatwić!? Jak będzie za późno?!! Masz dwa dni na to. Tylko
        pamiętaj to musi wyglądać na wypadek! Żeby najbardziej bystremu „Zawadzie”
        nawet przez szczątek mózgu nie przeszło coś innego. A skąd ja mogę wiedzieć? To
        już twoja brocha, czy ja ci karzę za mnie myśleć? Dobra, dobra, pamiętaj dwa
        dni. Pozdrów Mańkę. Nara. Cześć. – poduszki zafalowały i spomiędzy nich
        wytoczył się niewysoki brunecik z lekką nadwagą i zarostem typu „moja broda ma
        trzy dni i jest bardzo sexy”. Drapiąc się za uchem poczłapał w kierunku kuchni,
        skąd dobywały się odgłosy pogoni za niesforną kostką lodu.
        - dzwonił Bolek, ma dwa dni na zakończenie sprawy.
        - i bardzo dobrze, jak dla mnie to im szybciej się zwiniemy tym lepiej. –
        stęknęło coś spod kuchennego stołu – o mam! Dlaczego ten lód zawsze jest taki
        śliski!
        Mężczyzna westchnął „ach te jej złote myśli, Boże, za co mnie pokarałeś taką
        lotną żoną”.- oj, kochanie, nie trzeba było się tarzać, sam by się rozpuścił,
        albo pies by zjadł.
        - właśnie co my z Urwisem zrobimy? Przecież nie weźmiemy go ze sobą? –
        wystękała czarna czupryna gramoląc się spod stołu.
        - zostawimy go twojej siostrze, później go jakoś odbierzemy, jak już trochę
        przycichnie.
        Kobieta westchnęła, chciała jeszcze coś powiedzieć, ale widząc spojrzenie męża,
        ugryzła się w język.
        Zaopatrzeni w nowe porcje drinków zanurzyli się z powrotem w stosy poduch.
        - a swoją drogą, szkoda, że Anka taka nieżyciowa, przydałaby nam się bardzo a
        tak… trochę szkoda, fajna dziewczyna, naprawdę ją lubię, ee, znaczy lubiłam.
        - lubię, nie lubię. Tu nie ma miejsca na takie słowa, kobieto.
        - nie mów do mnie „kobieto”, nienawidzę tego! Czuję się jak kobieta mafiosa –
        nerwowo zabrzęczał lód w szklance – idę spać, dobranoc – poduchy zafalowały i
        kobieta cmokając męża w czubek głowy, wyszła z ciemnego pokoju.
        - chyba się nie obraziłaś, Kotku? - bez przekonania próbował ją zatrzymać.
        Machnęła ręką ze zniecierpliwieniem i uśmiechnęła się przepraszająco
        jednocześnie szeroko ziewając.
        „i dobrze, niech idzie, jakoś działa mi na nerwy ostatnio. Schudła, zbrzydła i
        ta fryzura, co jej strzeliło do głowy, żeby się tak ostrzyc.” Zamyślił się,
        wpatrując się w wysoką okrągłą blondyneczkę wijącą się wokół rury w nocnym
        klubie. „to już tak późno? O której to takie cuda puszczają w telewizji?”
        zerknął na wiszący na ścianie zegar. „no tak północ”, wyłączył dźwięk w
        telewizorze i przez chwilę nasłuchiwał odgłosów dobiegających z drugiej części
        mieszkania. „Cisza, pewnie już zasnęła, jak można zasypiać jeszcze zanim się
        dobrze głowy na poduszce nie położy.” Zawsze był pełen podziwu dla żony za tę
        umiejętność. On musiał godzinami kręcić się w kółko, liczyć owce, barany, raz
        nawet liczył zające, na nic, swoje musiał przemyśleć i dopiero wtedy zmęczony
        mógł zasnąć.
        Wybrał numer.
        - to ja – wyszeptał – jak się czujesz? – pokiwał głową, jakby w odpowiedzi na
        to co usłyszał w słuchawce.- słyszałaś już? Bartek załatwił już sprawę. Tak,
        tak, ostatecznie, taką mam przynajmniej nadzieję. Bolek? Ma dwa dni. Myślę, że
        w przeciągu tygodnia. Będzie dobrze, znasz mnie, wszystko zapiąłem na ostatni
        guzik. Wiem, wiem, ja ciebie też. Słodkich snów, pa. – rozłączył rozmowę. Kątem
        oka zerknął w telewizor, teraz brunetka w typie jego żony w samym fartuszku
        serwowała drinki pożerającym ją wzrokiem mięśniakom poprzebieranym w garnitury.
        Wzdrygnął się i wyłączył telewizor.
        - Patryczku, kochanie mówiłeś coś? – zaspany głos z sypialni wtrącił go z
        zamyślenia.
        - nie, to w telewizorze, śpij, zaraz przyjdę, tylko pozmywam. - Gwałtownie
        wstał i szurając kapciami poszedł do kuchni umyć szklanki po drinkach.
        • magdajeden Dora 16.07.05, 16:25
          - słuchaj Wacek, a ty myślisz….
          - pewnie, że myślę, jak nie mam domu, to co mózgu też od razu nie mam!?
          - ty mi, Wacek, nie przerywaj, pytałem co myślisz, o tym żebym ja się jej
          oświadczył?
          - komu?
          - jak rany, Wacek! Na jakim ty świecie żyjesz?! Halinie, no, tej Halinie co to
          ci ją wczoraj pod Biedronką pokazywałem.
          - a tej. Ale co ty chcesz o tej Haliny? Zrobiła ci coś, ukradała?
          - Wacek! Oświadczyć się chcę!!
          Wacek, gładko wygolony, elegancko ubrany w garnitur pamiętający czasy Gierka i
          buty „wsuwki z tajemniczą szyszką”, gwałtownie się zatrzymał. Oczywiście
          natychmiast w jego wyświecony zadek wjechał wózek dziecinny z lat
          pięćdziesiątych, zapakowany znacznie ponad normę i to bynajmniej nie dziećmi.
          - no, co jest!? – Wacek z trudem utrzymał równowagę.
          - ja się pytam, co jest? Czego stajesz? Towar przez ciebie pogubię!
          - coś ty powiedział?
          - że towar pogu…
          - nie! Nie o tym! O Helenie?
          - Halinie.
          - niech będzie Halina. A po co ty się chcesz jej oświadczać, Zygmuś? Mało masz
          swoich spraw, jeszcze baba ci potrzebna?!
          - Wacuś, ja ją kocham – drugi bezdomny, całkowite przeciwieństwo Wacka,
          westchnął i wzniósł rozmarzony wzrok ku niebu. – jak ja ją Wacuś kocham, to ty
          nawet nie wiesz.
          - niby skąd miałbym wiedzieć – spojrzenie Wacka odruchowo powędrowało za
          wzrokiem Zygmusia, nic ciekawego tam jednak nie zobaczywszy, Wacek wzruszył
          ramionami i bacznie przyjrzał się przyjacielowi. – a niby po co się jej masz
          oświadczać, jak wy oboje bezdomni jesteście, hę?
          - oj, ty Wacław, przyziemny taki jesteś. To już prawa do szczęścia nie mamy? To
          już miłość zabroniona? – wzburzony Zygmunt przysiadł na puszce po oleju
          silnikowym – niby co, niby takich jak my to do odstrzału, co?!
          - oj, Zygmuś, ty się nie nakręcaj. Kto ci żyć broni, ja się tylko pytam, jak ty
          to sobie wyobrażasz? – Wacek, patrząc na siedzącego kolegę, poczuł
          natychmiastową potrzebę pójścia w jego ślady. Tylko puszka była za mała, żeby
          obaj mogli wygodnie na niej przysiąść. Mniej wygodnie też by się nie dało.
          Rozejrzał się po wysypisku, próbując wyłuskać spośród sterty śmieci jakieś
          wygodne siedzisko.
          - no ale powiedz mi, Wacuś, dlaczego? Dlaczego nie miałbym się ożenić – drążył
          temat Zygmunt.
          - a kto wam da ślub? – burknął Wacek, nadal uważnie rozglądając się wokół.
          Wzrok jego padł na pokaźnych rozmiarów deskę. Uśmiechnął się szeroko i
          poczłapał w jej kierunku. Stanął nad nią, fachowym okiem ocenił jej przydatność
          i zaczął ją wydłubywać spod sterty śmieci. Zygmuś analizował pytanie Wacka
          obserwując jego szarpaninę z deską.
          - o żesz ku…, w morde lewym butem mojej teściowej świętej pamięci kopana!
          Zygmunt! Chodź szybko!
          - ee, sam se ciągnij, dasz radę, zmęczony jestem i myślę…
          - ty nie myśl, tylko migiem tu chodź! Zobacz co znalazłem! – wrzasnął
          zmienionym głosem Wacek. Słowo „znalazłem” jest ważnym słowem dla bezdomnych
          przeszukujących wysypiska śmieci – Zygmunt powoli podniósł się z puszki i
          poczłapał w kierunku przyjaciela. Przed oczami miał wizję pięknego, wytwornego
          ślubu. On w smokingu, Halina w pięknej sukni z trenem…rozmyślania przerwała mu
          noga wystająca spod niedoszłego siedziska Wacka, o którą mało się nie potknął.
          - co to, do jasnej, jest?!- wytrzeszczył oczy i natychmiast sam sobie
          odpowiedział – Boże, to trup!
          Mężczyźni dłuższą chwilę wpatrywali się w wystającą nogę. Następnie
          równocześnie zaczęli odciągać deskę na bok. Współpraca okazała się owocna, po
          krótkiej chwili udało im się przesunąć deskę i oczom ich ukazały się zwłoki
          kobiety. Mimo, że już wyraźnie naruszone upałem i działaniami wygłodniałych
          gryzoni i ptaków, widać było, że ciało należało do atrakcyjnej, niedawno
          jeszcze zgrabnej kobiety. Rudo-blond włosy, nieznacznie zmierzwione, malowniczo
          okrywały twarz kobiety i okoliczne worki z odpadkami.
          - o ku…a!! – jednocześnie wyszeptali mężczyźni.

          cdn
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 18.07.05, 17:28
      Wszystko, co potem nastąpiło, było konsekwencją idiotycznych nawyków. Siedząc w
      tym ekstra ordynaryjnym przybytku, stwierdziłam, że należy wykorzystać go w
      sposób, do którego został stworzony. Korzystanie z eleganckich, pachnących
      toalet zawsze sprawiało mi większą przyjemność, niż wymuszone sytuacją kucanie
      pod krzaczkiem, więc ochoczo przystąpiłam do czynności czysto fizjologicznych.
      A po wszystkim, jak zwykle, odruchowo nacisnęłam guziczek... Kaskada wody
      zabrzmiała w tej ciszy, jak Niagara. Zdrętwiałam z wrażenia, ale nie na tyle,
      żeby nie poczuć, jak otacza mnie aromatyczny obłok płynący gdzieś z boku, a z
      góry spadają dodatkowe dźwięki, które w założeniu, zapewne miały być muzyką
      relaksacyjną. W innej sytuacji doceniłabym należycie ten wściekły luksus, ale
      teraz, zdenerwowana hałasem, wyprysnęłam stamtąd, nie czekając na dalsze
      niespodzianki.
      Tomek właśnie nadlatywał. Bez słowa złapał mnie za ramię i popychając w stronę
      jakiegoś korytarza, warczał mi do ucha, jak młody bulterier:
      - Coś narobiła, głupia! Już prawie miałem klucze w ręku. Żeby to cholera!...
      Spał, jak anioł! Nie umiesz sikać po cichu? Musisz z orkiestrą? Żeby to
      szlag!...
      - Kto spał? – udało mi się wyszeptać w ciemną przestrzeń przed sobą.
      - Goryl! Jednego zostawili, sprawdziłem. Już tu leci. Coś ty robiła w tym
      kiblu? Koncert? Cicho!!
      Przydusił mnie w jakimś ciemnym kącie i zamarliśmy oboje. Faktycznie, ktoś
      biegł po schodach. Po chwili kroki zginęły w miękkiej wykładzinie korytarza, a
      następnie usłyszeliśmy je na płytkach w toalecie. W tym momencie Tomek się
      zerwał i bezszelestnie zniknął w ciemnościach. Poczułam, że muszę coś ze sobą
      zrobić, bo za chwilę pęknę. Przeczołgałam się w stronę, skąd dochodziły szmery
      i wyjrzałam zza węgła. Z uchylonych drzwi przybytku luksusu płynął strumień
      światła. Zajrzałam. Ubrany na czarno, barczysty, podgolony byczek, stał
      obrócony tyłem do drzwi i... niech ja pierzem porosnę, sikał!! Odruchowo
      spuściłam wzrok i zobaczyłam piękny, błyszczący przedmiot. Masywny, elegancki,
      jak wszystko dookoła, stojak na papierowe ręczniki. W zasięgu mojej ręki. Nic
      nie myśląc, gnana wyłącznie negatywnym stosunkiem do łysych, umięśnionych
      byczków, sięgnęłam po narzędzie. I walnęłam. Bez wprawy, na oślep, nim ucichła
      kaskada dźwięków będących mieszaniną plusku wody i kojącej muzyki, do której
      dołączył głuchy łomot osuwającego się ciężkiego ciała. A wszystko spowił wonny
      aerozol odświeżacza powietrza o zapachu morskiej bryzy...
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 18.07.05, 17:35
      Tomek zużył nieco siły, gdy zjawiwszy się z pękiem kluczy w ręku, zastał mnie
      klęczącą, tulącą do łona metalowy przedmiot i wpatrzoną tępo w to coś, co przed
      chwilą było żywym, sikającym facetem, a teraz - tylko kupą luźno rozrzuconych
      po podłodze mięśni.
      - Zabiłam go! Zabiłam go! – zajęczałam, gdy dotarła do mnie groza tego zjawiska.
      Mało brakowało, a rzuciłabym się na zwłoki z zawodzącym lamentem i łkaniem.
      - Zamknij się, do kuźwy nędzy ! I rusz się wreszcie, cholera jasna! Zostaw ten
      pałąk!!
      Tomek, wyraźnie się spieszył, więc usiłował podnieść mnie z podłogi i
      jednocześnie wyszarpać, z moich kurczowo zaciśniętych dłoni, wieszaczek. Słabo
      mu to szło, więc na chwilę zajął się leżącą kupą.
      - Ty! Uspokój się! On żyje! Takie zakute łby są odporne. Ale nieźle go
      walnęłaś, dzielna dziewczynka! – w jego głosie zabrzmiał leciutki podziw -
      Dobra, on jeszcze trochę poleży, a ty nie udawaj żałobnicy. Rusz się, mówię!
      Wstawaj i w nogi!
      Myśl, że jednak NIE ZABIŁAM człowieka, podziałała, jak balsam na otwartą ranę.
      Potężna ulga wyrwała mi z piersi westchnienie, a z ramion wieszaczek. Tomek
      wykorzystał tę chwilę, by wywlec mnie z nieszczęsnej toalety, po czym zgasił w
      niej światło, wyjął klucz i zamknął drzwi od zewnątrz.
      - Na dziś mam dość tego pomieszczenia – powiedział, chowając klucz do
      kieszeni.
      - A jak ci się zechce siku? – zapytałam bezwiednie.
      - To będę lał, gdzie popadnie – warknął.
      Penetracja pomieszczeń nie stwarzała teraz żadnych trudności. Tomek otwierał po
      kolei różne drzwi, zaglądał szybko do środka i nie znajdując niczego
      interesującego, zamykał je bezszelestnie. Domyślałam się, że wciąż znajdujemy
      się w biurowej części tego molocha, zmierzając w kierunku hali fabrycznej,
      która znajdowała się za wielką, przeszkloną ścianą. W ciemności majaczyły
      jakieś monstrualne urządzenia, które mnie z niczym się nie kojarzyły, a Tomkowi
      chyba przeciwnie, bo prowadząc pewnie, jak po sznurku, nagle przyspieszył kroku
      i z wyraźną emocją w głosie sapnął:
      - NO! Zaraz wszystko zobaczysz.
      I wtedy usłyszałam coś, jakby słaby pisk. Myszy? Tutaj? Przystanęłam i zaczęłam
      nasłuchiwać. Tomek znajdował się już pod szklaną ścianą i manipulował przy
      zamku w drzwiach, które dla odmiany, wyglądały, jak metalowe wierzeje w
      krzyżackich warowniach. Pisk się powtórzył. Teraz był nieco dłuższy i wyraźnie
      dolatywał gdzieś z dołu, spod podłogi. Tomek też usłyszał, bo zamarł na chwilę,
      przytrzymując brzęczący pęk kluczy.
      - Co to?? – spytałam, czując gęsią skórę na plecach.
      - Pewnie szczury – powiedział niepewnie.
      W tym momencie znowu pisnęło. Tym razem było słychać, coś w rodzaju
      przeciągłego: iiiiiii... Tomek podskoczył, jak polny konik i położył palec na
      ustach. Zupełnie zbytecznie, bo i tak nie byłam zdolna wykrztusić ani słowa,
      gdyż znowu do mnie dotarło przygłuszone, ale wyraźne: iiiii!...
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 18.07.05, 17:47
      Jakim cudem Tomek wypatrzył w ciemności drzwi ukryte pod schodami, znajdującymi
      się po drugiej stronie korytarza, pozostanie jego słodką tajemnicą. Jeden ze
      stu kluczy, które trzymał w ręku, pasował do nich idealnie. Zejście na niższą
      kondygnację budynku nawet w świetle latarki wydawało się eleganckie, jak
      wszystko dookoła i raczej nie przypominało podziemnych lochów. A właśnie
      stamtąd, gdzieś spod ziemi, znowu rozległ się jękliwy, żałosny pisk. Na palcach
      zaczęliśmy schodzić w dół. Kiedy stanęliśmy pod masywnymi drzwiami jednego z
      licznych pomieszczeń, dopłynęła do nas kolejna porcja pisków. Tomek
      natychmiast sięgnął po pęk kluczy.
      W pełnym świetle, na wielkim łożu, siedziała skulona, rozczochrana, drobna
      istota, tak zajęta ogryzaniem paznokci, że nawet na nas nie spojrzała.
      Przerwawszy na chwilę to absorbujące zajęcie, wydała z siebie przeciągłe,
      piskliwe wycie:
      - Piiiiiić! Piiiić!
      Serce stanęło mi kołkiem, a z gardła wydobył się niemal bliźniaczy skowyt:
      - Aaaśkaa!
      Stworzenie zostawiło w spokoju paznokcie i popatrzyło na nas z lekkim
      przerażeniem. Tak, to była ona, Aśka. Długo i bezowocnie poszukiwana przez
      ekipę złożoną ze sztokholmskiej Asi i Sybilli, którą to ekipę, telefonicznie i
      bez rezultatu, wciąż poganiał Tomek, plujący nienawiścią oraz chęcią zemsty za
      uszczerbek na honorze. A więc nie uciekła z jego forsą! Siedziała tutaj, w tych
      ekskluzywnych lochach, stanowiąc kontrast dla otoczenia i już w niczym nie
      przypominała wampa. Czułam, jak moją niechęć do niej zaczynają wypierać
      bardziej ludzkie uczucia. Tomek stał, jak tępy słup, ale w nim chyba też coś
      drgnęło, gdy usłyszał cichutkie pytanie:
      - Macie może coś do żarcia? Albo do picia?
      Popatrzyliśmy na siebie bez słowa, po czym Tomek potarł czoło znajomym ruchem,
      który świadczył o tym, że właśnie podjął decyzję nie podlegającą dyskusji.
      - Dobra Aśka, dość tych wczasów. Zbieraj się, idziemy, póki droga wolna.
      Na schodach nawet ją podtrzymywał, bo osuwała się wdzięcznie w kierunku jego
      ramion, co znowu zaczęło mnie lekko wkurzać. Ale nie zdążyłam podstawić jej
      nogi, bo kiedy byliśmy w korytarzu prowadzącym do głównego wyjścia, na dole
      rozległ się hałas otwieranych drzwi i jakiś męski, trochę piskliwy i bardzo
      podniesiony głos oznajmił:
      - Wypieprzę go, jak słowo daję, wypieprzę! Znowu pewnie śpi, jełop jeden!
      Natychmiast skręciliśmy w kierunku znanej toalety, w której znajdował się
      wspomniany, trochę uszkodzony wieszaczkiem, jełop oraz otwarte okno. Wprawdzie
      na wysokości 3 metrów nad ziemią, ale cóż znaczył skok z wysokiego piętra wobec
      uwolnienia Aśki z rąk oprawców i wyduszenia z niej całej prawdy. W końcu nawet
      ja wiedziałam, że za niewinność nie trafia się do kazamatów mafii. Można
      najwyżej dostać w łeb i po krzyku. Aśka nie dostała, więc czułam, jak rośnie we
      mnie ciekawość. Nawet większa niż pretensje o to, że wiesza się na Tomku, jak
      omdlała glista, przez którą w końcu nie zobaczyłam tego cudu techniki za
      szklaną ścianą. A tak byłam blisko!

      cdn.
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 19.07.05, 02:13
      Jak wiadomo, opatrzność czuwa nad szaleńcami, więc i nam udało się dotrzeć cało
      do samochodu. W niepojęty sposób, nic sobie nie połamaliśmy skacząc z okna, nie
      zabłądziliśmy w ciemnych chaszczach, a co najważniejsze – uniknęliśmy spotkania
      z facetem, szalejącym za naszymi plecami. Chyba w końcu dotarł do luksusowego
      kibelka i leżącej w nim, nieszczęsnej ofiary wieszaka... Odgłosy pandemonium,
      jakie się tam rozszalało, goniły nas przez pół lasu. Jednym słowem, mieliśmy
      ślepy fart. No i Tomka, który ani na chwilę nie stracił fasonu. Najpierw łapał
      nas pod oknem, jak spadające łabędzice, potem wiódł przez ostępy, jak dwie
      potykające się ofiary, a na końcu wsadził do samochodu i ruszył bez słowa. Mój
      podziw przerastał zmęczenie.
      Mimo deszczu, który rozpadał się na dobre, zamazując resztki widocznego w
      światłach, obcego świata, nagle zaczęły mi się nie zgadzać jego kierunki.
      - Tomek, dokąd? – zapytałam krótko.
      - Do Grzegorza. Stąd najbliżej i najsensowniej. Przynajmniej taką mam nadzieję.
      Aśka, która siedziała z tyłu i dotąd udawała martwą, wydała z siebie jakiś
      dziwny dźwięk. Tomek popatrzył w lusterko i zacisnął zęby, a ja poczułam w
      sobie gejzer wzbierającej furii. Coś takiego ogarniało mnie wyłącznie wtedy,
      gdy dochodziłam do stanu krańcowego wyczerpania. Ta chwila chyba właśnie
      nadeszła. Odwróciłam się do tyłu i wrzasnęłam:
      - Ty bezdenna, ciężka, kosmiczna kretynko! Rozum ci odjęło? Ty wiesz, co się
      dzieje? Nie zdziwię się, gdy Grzesiek i Tomek wyręczą tę całą mafię i ukręcą ci
      łeb. Cicho bądź! – warknęłam do Tomka, który coś mamrotał pod nosem
      Kretynka kiwała się na siedzeniu, zwinięta w kulkę, milcząca i apatyczna, a
      mnie nagle odechciało się awantur. Niech oni sobie z nią głowy urywają, co mnie
      to wszystko obchodzi? Mało mi jeszcze? Bolą mnie wszystkie kości, od wieków nie
      miałam w nic w ustach, oprócz trującego serka, a na dodatek – prawie
      zakatrupiłam człowieka! Fakt, że w jaskini wroga, a więc prawie w obronie
      własnej, ale jednak. Walnęłam go! Ostatecznie, nic mi przecież nie zrobił, a ja
      go trachnęłam, jak knura w rzeźni... Nigdy nie widziałam, jak się uśmierca
      knura, pewnie dlatego mi nie wyszło. A jeśli nie wyżyje?! Wielki miał łeb, ale
      ten wieszak tak mi poleciał... Właściwie sam. Nawet się przecież bardzo nie
      zamachnęłam, sam się majtnął...
      Wyrzuty sumienia tak mnie dobiły, że w końcu usnęłam i przespałam całą drogę,
      aż do posiadłości Grześka, których nigdy wcześniej nie widziałam, ale słyszałam
      o nich mnóstwo ciekawych opowieści.
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 19.07.05, 02:31
      Faktycznie, domostwo było, jak z pisma „Nowoczesność w domu i zagrodzie”.
      Włości pewnie też, ale póki co, nie mogłam ich ocenić, bo ginęły w
      ciemnościach. Za to dom był rzęsiście oświetlony, a nieco rozespany gospodarz,
      od progu czynił honory, okazując tylko odrobinę zaniepokojenia. Dopiero na
      widok Aśki zrobił wypad w przód jednonóż, jakby miał zamiar paść przed nią na
      kolana, albo się na nią rzucić. Ale przypatrzywszy się jej mizernej postaci,
      szybko zrezygnował z obu możliwości na rzecz typowej, polskiej gościnności.
      Wykąpani, odziani w szaty gospodarzy, bo nasze były w pożałowania godnym
      stanie, najpierw pożarliśmy wszystko, co pojawiło się na stole, w tym miednicę
      gotowanego bobu, wypiliśmy dwa dzbanki doskonałej kawy, poprawiliśmy równie
      przednim koniakiem i wreszcie poczuliśmy, że jesteśmy zdolni do kulturalnej
      rozmowy.
      - Ty, a gdzie podziałeś całą familię? – grzecznie zainteresował się Tomek.
      Faktycznie, wcześniej nawet nie zauważyliśmy, że Grzesiek pałęta się sam po
      komnatach, a jego babiniec, czyli Ewa i dwie urocze bliźniaczki, nie kwapią się
      zobaczyć, kto przyjechał w środku nocy. Co u bab jest raczej nie do pomyślenia.
      - Wysłałem na Kanary. Na cały miesiąc. Dopóki się wszystko nie wyklaruje, wolę
      je mieć tam, niż tu. Jak myślisz, zdąży się wyklarować?
      - A bób masz jeszcze na polu? – Tomek kontynuował konwersację, póki co,
      omijając sprawy zasadnicze.
      - Już koniec. Sprzedałem resztę pośrednikowi z Warszawy. Za grosze, ale teraz
      zaczynam żniwa i nie mam czasu na pierdoły. Pszenica mi się sypie, jak głupia,
      bo sucho. Bób też był już...
      - Grzesiek, zamknij się! – zażądałam gwałtownie, bo czułam, że mam już dość
      bobu – Nie po to uwolniliśmy Aśkę z lochów, żebyście teraz gadali o pierdołach.
      Który zaczyna przesłuchanie? Biegiem, ale już!
      Obaj popatrzyli niepewnie na siebie, potem na mnie, a na końcu na Aśkę, która
      najwyraźniej doszła już formy, bo siedziała wdzięcznie, owinięta w jakieś
      kolorowe szmaty i spokojnie ogryzała ostatni paznokieć, jaki jej został z
      eleganckich szponów, które zwykle nosiła. Nie zdradzała żadnych objawów
      niepokoju wobec czekającego ją śledztwa. Więc wizęłam jego ciężar na siebie, bo
      tych dwóch całkiem oniemiało.
      - Gadaj, co wiesz i co zrobiłaś Tomkowi. Tylko po kolei, jasno i bez kręcenia –
      powiedziałam głosem, jak spiż.
      - Nic nie zrobiłam, przecież żyje – popatrzyła na mnie z niewinnym uśmiechem,
      który wyprowadził mnie z równowagi.
      - To widzimy – wysyczałam – I oczywiście nie wiesz, kto i dlaczego chciał go
      rąbnąć, prawda? A z Dorą i resztą tego towarzystwa łączą cię jedynie więzy
      bezinteresownej przyjaźni, która najlepiej rozwija się w podziemiach trefnej
      fabryki, tak? Forsę Tomka widziałaś tylko na papierku, co? Słuchaj, nie
      doprowadzaj nie do szału! Ja dzisiaj już trachnęłam jednego faceta, ciebie też
      mogę!
      Grzesiek zakrztusił się koniakiem i zamarł wpatrzony we mnie, jak w Krwawą
      Lady. Tomek zaczął go walić w plecy, dopóki ten nie złapał oddechu i nie
      krzyknął:
      - Odwal się! Anka, trachnęłaś faceta?! Kogo? I czym, na litość boską?
      - Nie istotne - odparłam – Sikającego. Wieszakiem. Ale mam już wprawę i mogę
      czymś innym. Babę też. Aśka! Do ciebie mówię! Po jaką cholerę poszłaś do tej
      mafii?
      - Wcale nie poszłam. Oni sami przyszli – Aśkę wreszcie odblokowało, raczej ze
      znudzenia, niż ze strachu przede mną – Ja się naprawdę przyjaźniłam z Dorą i
      wcale nie wiedziałam, że ten jej Smalczyk, to mafia. W życiu nie widziałam
      żadnego gangstera, więc skąd miałam wiedzieć? A kiedy znalazłam nieżywego
      Tomka, to wtedy Smalczyk mi powiedział, że tak się wygląda, gdy się go nie
      słucha. I że to ja pójdę siedzieć za zabójstwo, bo wszystkie ślady są moje.
      Więc albo będę grzeczna, albo Dora będzie mi przysyłać paczki z cebulą. A jeśli
      przeleję forsę Tomka na wskazane konto, to wyjadę z Dorą na Karaiby, albo
      gdzie będę chciała i mogę się pluskać w morzu do końca życia. Aha, jeszcze mnie
      przekonał, że właśnie Tomek, to mafia...
      - Czym cię przekonał? – głos Tomka był, jak świst miecza.
      - Pokazał mi zdjęcia, na których robisz narkotyki. Prawdziwe, nie fotomontaż,
      ja się trochę na tym znam. No i przecież już nie żyłeś, więc twoje pieniądze i
      tak by przepadły... A ja się boję więzienia! Samo tak wyszło, wybacz.
      - Ty głupia krowo! Tyle lat mnie znasz, a uwierzyłaś takiej gnidzie? – Tomek
      patrzył na nią z prawdziwym obrzydzeniem.
      Trochę mnie zatchnęło przy jej opowieści, ale jednocześnie kamień spadł mi z
      serca i gruchnął o podłogę. Niech tak na nią patrzy! Niech ją nienawidzi, będę
      miała o jeden problem mniej. Bo czułam, że z samego rana wydarzenia ruszą z
      kopyta i mogę nie mieć czasu pilnować tej zarazy, żeby go na nowo nie omotała.
      Tylko Grzesiek siedział bez ruchu, wodząc oczami po Aśce i po mnie, jakby
      widział nas po raz pierwszy i nagle zaczął żałować, że przyjął dwie obce bestie
      pod własny, przyzwoity dach.

      cdn.
      • marrtawu Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 19.07.05, 14:50
        Cisze, jaka zapadla po tych wyznaniach, przerwal niepoprawnie optymistyczny
        piskliwy dzwiek dochodzacy gdzies z otchlani dlugiego, wylozonego
        ekstrawagancka boazeria hallu. Spojrzelismy na siebie ze zdumieniem, a potem
        nagle rozpoznalam melodyjke. Moj telefon!
        Popedzilam w kierunku wieszaka, na ktorym zawiesilam torebke. Nie zapalilam
        swiatla, po omacku wymacalam telefon i wcisnelam zielony guziczek zanim
        zdazylam spojrzec na ekranik i zastanowic sie co ja, u diabla, wyczyniam.
        - Czesc... zastanawialem sie, czy juz ochlonelas na tyle, ze mozemy spokojnie
        porozmawiac?
        Szalg by to! Archaniola mi tylko brakowalo do pelni szczescia. W ciagu
        minionych kilku dni zdradzil mnie facet, ja zdradzilam faceta, o malo mnie nie
        zabito, ja o malo nie zabilam... Czy kiedykolwiek przyszloby mi do glowy, ze
        bede prowadzic takie bujne, obfitujace w rozrywki, zycie? No i co ja mam mu
        powiedziec? Nie moge przeciez pirzgnac aparatu za siebie...
        - Chyba nawet musimy - westchnelam ponuro odzyskawszy glos. - Jest o czym. Duzo
        sie zadzialo.
        - Wiem. To co, moze przyjade do ciebie?
        On wie. Jak to wie, co wie i skad wie? Szpiegowal mnie? Nic mnie juz nie zdziwi
        po ostatniej probie zapuszkowania moich przyjaciol. Ale skoro mnie obstawial,
        to powinien tez wiedziec, ze mnie nie ma w domu...?
        - Nie wiem, czy to dobry pomysl - rzeklam ostroznie. - Po tym wszystkim nie
        jestem calkiem soba.
        - Domyslam sie, ze to bylo dla ciebie trudne, ale myslalem, ze juz zdazylas sie
        oswoic z mysla, ze tak sie wlasnie koncza takie afery. Poza tym, nawet jej nie
        znalas.
        - Nie znalam jej? - upewnilam sie.
        - No takie tam znanie. Z opowiesci i jednego zdjecia w gazecie?
        - W jakiej znowu gazecie?
        - No w tym dodatku, stu najbogatszych z zonami. Stala tam przeciez kolo
        Smalczyka, komentowalas jej fryzure.
        - Dora! - wykrzyknelam, nagle oswiecona.
        - No a ty myslalas, ze o kim ja mowie? Zaraz, zaraz... czy ty wiesz o jakichs
        nowych zwlokach, o ktorych nasi chlopcy jeszcze nie slyszeli?
        Przed oczami stanal mi widok wygolonego byczka, zwalonego na twarz w pieknej
        lazience. Ale co on w ogole mowi, nowe zwloki? I Dora? Matko kochana...
        - Kto ja trzasnal? - spytalam slabo.
        - To chyba ty powinnas wiedziec lepiej... Widziano twoj samochod, ktory prul za
        nia przez pol miasta. Ale co potem, to juz nie wiemy.
        - Gabrys - powiedzialam stanowczo. - Chyba naprawde musimy porozmawiac. Czy ty
        dzwonisz do mnie po calym cholernym tygodniu tylko po to, zeby mnie troche
        popodejrzewac przez telefon?
        - Popodej... Skad, niech mnie reka boska broni! Chcialem sie z toba spotkac,
        wyjasnic w koncu te cala afere, ktora tak mocno toba wstrzasnela, a teraz juz
        moge ci udzielic pewnych informacji... wczesniej sie nie odzywalem, bo
        wiedzialem, ze bys mi spokoju nie dala, poki bym sie nie sypnal. To co, bede za
        pol godziny?
        - Gabrys, jak mowilam naprawde duzo sie podzialo i... ja nie jestem w domu
        teraz - wyznalam.
        - U Tomka? - spytal po chwili zdlawionym glosem.
        - O nim tez porozmawiamy, ale teraz jestem za miastem. Znaczy, konkretnie to u
        Grzeska.
        Gabrys milczal przez chwile. Ja zastanawialm sie, jak mam powiedziec Tomkowi o
        smierci Dory, kiedy najszybciej uda mi sie dotrzec do domu, czy powinnam gadac
        o tym przy Asce i Grzesku i co dalej poczac z calym tym uczuciowym metlikiem?
        Po czesci Gabrys pomogl mi podjac decyzje.
        - Wsiadaj natychmiast w samochod i jutro o osmej jestem pod drzwiami, bede
        walic dotad, dopoki nie wstaniesz i mi nie otworzysz. Nie przyszlo ci do glowy,
        ze plantacje Grzeska nie sa teraz najbezpieczniejszym miejscem na posiadowy? Do
        jutra - i rozlaczyl sie.
        Mial racje, goryle na pewno uderza tu w pierwszej kolejnosci, cud boski, ze ich
        nie ma jeszcze. Popedzilam z powrotem do kuchni, zgarnelam oszolomione
        towarzystwo i ponaglajac ich niezbyt zrozumialymi okrzykami, ulokowalam w dwoch
        samochodach. Przycisnelam gaz i wyprulam na droge, majac nadzieje, ze Gabrys
        uzyje swoich srodkow, zebym chociaz nie musiala placic gigantycznego mandatu za
        przekroczenie predkosci, jesli spotkamy po drodze niebieskich...
        • magdajeden Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 20.07.05, 01:58
          - To ja. Popieprzyło się. Musimy się spotkać.
          - Tam gdzie zwykle?
          - Tak. O dziewiątej.
          - Ok.
          Patryk rozłączył telefon.
          - Za godzinę wychodzę. Umówiłem się z Cienkim w kasynie.- powiedział wychodząc
          z sypialni.
          - Słuchaj, martwię się. Słyszałeś o Dorce? – Kaja kończyła trzeciego drinka,
          nerwowo pstrykając pilotem. Przez moment zapatrzyła się na zamerykanizowanego
          reportera telewizji polskiej relacjonującego jakieś sensacyjne wydarzenie z
          Białego Domu – musimy jak najszybciej wyjechać.
          - Wiem, kochanie. Jeszcze kilka dni i będzie po wszystkim. Muszę lecieć.
          Właśnie to wszystko muszę obgadać z Bolkiem. Cholera by cię wzięła! – ta
          ostatnia czułość była skierowana do krawata, który w żaden ludzki sposób nie
          dawał się zawiązać porządnie. Ciągle wychodził albo przykrótki albo za cienki.
          najwyraźniej jemu też nie służyły nerwy ostatnich dni. – ktoś cały czas robi
          nam krecią robotę. Domyślam się kto to może być, obgadam to z Bolkiem i coś
          ustalimy. Trzymaj się, uciekam. – cmoknął żonę w czoło i wygładził krawat.
          - Już wychodzisz? Mówiłeś, że za godzinę się umówiliście? – Kaja spojrzała na
          niego z wyrzutem robiąc minę smutnego spaniela. (zawsze działało)
          - Mam jeszcze sprawę na mieście – tym razem wyglądało jakby Patryk nawet nie
          zauważył Kai, nie mówiąc już o jej minie numer 5.
          Odwrócił się na pięcie i wyszedł, zabierając po drodze kluczyki od samochodu z
          wieszaczka przy drzwiach.
          Trzasnęły drzwi i Kaja została sam na sam ze swoimi myślami i przystojnym
          reporterem, który najwyraźniej nie mógł przestać mówić. „płacą mu za ilość
          słów, czy co?” przemknęło jej przez myśl.
          • magdajeden Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 20.07.05, 02:10
            Patryk wsiadł do samochodu i wyjął telefon. Przez chwilę trzymał go w ręku
            oglądając z każdej strony. Westchnął i odłożył na siedzenie obok. Przekręcił
            kluczyk w stacyjce i ruszył w kierunku jedynego kasyna w mieście. Jechał
            prawie pustą ulicą zerkając co jakiś czas na leżący obok telefon. „no jasna
            cholera, wszystko było dokładnie zaplanowane, wszystko szło jak po maśle, po
            kiego ta głupia baba się w to wtrąciła?! Wszystko popsuła. Ha! I ma za swoje! A
            swoją drogą szkoda kobity, Bogu ducha winna…”
            Myślenie przerwało mu przeciągłe wycie syreny policyjnej. Zerknął w lusterku i
            zamarł. Za nim jechał radiowóz i jego kierowca wyraźnie dawał mu do
            zrozumienia, że to wycie było skierowane do Patryka. Włączył kierunkowskaz i
            zjechał na pobocze. W ułamku sekundy spocił się jak mysz. Palce nerwowo zaczęły
            same stukać w kierownicę. Nie zdążył nawet pomyśleć i już zobaczył z lewej
            strony poważną twarz mundurowego.
            - Aspirant Kowalik, dzień dobry panie kierowco, dokumenciki proszę.
            - Dzień dobry, a coś nie tak zrobiłem? – Patryk za wszelką cenę starał się
            opanować drżenie głosu, sięgając jednocześnie po dokumenty.
            - Się okaże. Pan zaczeka. – policjant wyciągnął rękę, na której Patryk złożył
            dowód rejestracyjny i prawo jazdy – proszę wyłączyć silnik i pozostać w
            samochodzie. – oficjalny ton policjanta przytwierdził Patryka do fotela a
            policjant oddalił się do radiowozu dzierżąc w wyprostowanej ręce dokumenty jak
            trofeum myśliwskie.
            „jakby chodziło im o >to<, to już bym leżał skuty na glebie” – pocieszał się, a
            właściwie swoje trzęsące ręce, Patryk zerkając w lusterko. „pewnie kontrola
            drogowa, nic takiego, rutynowa, tylko akurat teraz musiało na mnie trafić,
            cholera”. Zobaczył wracającego policjanta.
            - proszę wysiąść, zamknąć samochodzik i pozwoli pan do radiowozu – twarz
            policjanta była kamienna i Patryk nie był w stanie nic z niej wyczytać. A tak
            marzył, żeby zobaczyć w niej cokolwiek, co mogłoby go choć trochę uspokoić.
            Jego i jego roztrzęsione ręce. Powoli, dając sobie czas na wyciszenie oddechu,
            wysiadł z samochodu, zamknął go dokładnie i poszedł do radiowozu.
            - proszę, pan wsiądzie z tyłu. – otworzył drzwi aspirant Kowalik sam
            jednocześnie siadając z przodu na miejscu pasażera. „cholera, komórkę
            zostawiłem” przypomniał się Patrykowi jego własny fotel pasażera.
            W samochodzie było już dwóch innych mężczyzn. Mundurowy kierowca i cywil. „jaki
            on ma stopień? Dlaczego ja nigdy nie mogę zapamiętać tych belek i gwiazdek”
            kolejna myśl nie na miejscu utkwiła Patrykowi w głowie. Zważywszy na sytuację,
            była ona zupełnie abstrakcyjna. Usiadł obok mężczyzny na tylnym siedzeniu i
            nerwowo zerkając na zegarek rzucił od niechcenia – panowie, co jest? Ja się
            bardzo spieszę. Możemy to załatwić szybko? Czyżbym za szybko jechał – „jakoś
            ten słowotok wyszedł mało naturalnie”, pomyślał.
            - musimy coś sprawdzić – mruknął aspirant Kowalik a mężczyzna, obok którego
            usiadł Patryk sięgnął do kieszeni kurtki. „o katar ma” a chwilę później
            chusteczka szczelnie zakryła mu usta i nos.
            - co jest!!? Co się dzieje!!? – krzyknął, ale chusteczka przylegała mu do
            twarzy dociskana ręką mężczyzny. Robiła się coraz większa i większa, potem
            wszyscy mężczyźni w samochodzie stali się podobni do nauczyciela PO z
            podstawówki i zrobiło się ciemno…
            • magdajeden Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 20.07.05, 02:14
              Bolek siedział przed jednorękim bandytą i od niechcenia co jakiś czas wrzucał
              żeton i pociągał za wajchę. Ale bardziej od zmieniających się okienek
              interesował go własny zegarek „gdzie on się do cholery podziewa? Spóźnia się
              już pół godziny” rozejrzał się po sali. ”dlaczego nie odbiera komórki?” Bolek
              zaczął się nerwowo kręcić na krześle. Gdyby tylko mógł w tej chwili się
              zobaczyć, na pewno natychmiast przestałby się kręcić. Ba! Wstałby w ogóle z
              tego krzesła. Wyglądał jak cyrkowy słoń robiący piruety na własnym ogonie. Na
              szczęście dla niego, jak to bywa w kasynie, każdy zajęty był sobą i swoją
              rządzą wygrania. Co niewątpliwe uchroniło go przed niepotrzebnymi chichotami
              zwolenników słoni cyrkowych. „za dużo się dzieje, za dużo ludzi znika. Za gęsto
              się zrobiło. Najpierw ten facet w mieszkaniu Tomka. Ewidentnie wyglądał na
              żołnierza Smalczyka. Potem Smalczyk i Smalczykowi. Teraz Patryk. Boże! Jaki
              Patryk! Co ja plotę, przecież oni nie żyją a on się tylko spóźnia” –
              niedowierzając we własne czarnowidztwo Bolek pokręcił głową. „o co w tym
              wszystkim chodzi? Wszystko było przemyślane i dopięte na ostatni guzik.
              Mieliśmy bardzo dobry plan, dlaczego się sypnął? Czyżby ktoś się postarał, żeby
              Smalczyk się o nas dowiedział? Ale kto? Przecież nikt prawie nie wiedział co
              robiliśmy za plecami Tomka. A Może to nie Smalczyk? Przecież on nie żyje. Kto i
              po co go zabił? Tomek? Nie, niemożliwe. A może jednak? Może domyślił się, że
              jest dwustronnie wkręcany i postanowił sam …”
              - Co za bzdury! – prawie krzyknął Bolek i w tym momencie ciszę kasyna przerwał
              przeraźliwy pisk, brzdęk i melodyjki. Ze zdziwieniem spojrzał na swój automat,
              którego dokarmiał żetonami przez cały czas i zobaczył, że wylatuje z niego
              kaskada, niekończący się potok żetonów.
              - o! gratuluję - krzyknęła kobieta siedząca na krzesełku obok. Nagle Bolek stał
              się najważniejszą i za sprawą automatu – najgłośniejszą osobą w kasynie.
              - Tego mi akurat dzisiaj najbardziej potrzeba – wycedził przez zęby szczęśliwy
              zwycięzca.

              cdn
              • marrtawu Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 20.07.05, 11:29
                Towarzystwo uparlo sie na nocleg w mieszkaniu Aski, co mi zbytnio nie
                przeszkadzalo, bo chcialam pobyc sama i pomyslec nad cala afera. Zrobilam sobie
                mocna kawe, zeby doczekac jakos do bladego switu o osmej rano, kiedy to
                archaniol ma przybyc na rozmowe i usiadlam na kanapie. najwyrazniej bardzo
                dobrze mi kawa zrobila, bo obudzilam sie zaledwie trzy godziny pozniej,
                dochodzila siodma i bylo juz calkiem jasno, a nawet, jak na moj gust, za
                goraco. Nie bardzo mialam co zrobic z ta godzina, doprowadzilam sie wiec tylko
                jakos do porzadku i przypomnialam sobie o zakupach w bagazniku. Przytargalam
                siaty na gore i oczywiscie, pierwszym artykulem, na ktory sie natknelam, byly
                doprawione jagodki. Ze zloscia zaczelam wytrzasac je ze sloika nad zlewem.
                Wiekszosc ladowala tam, gdzie powinna, czesc jednak rozsypala sie po szafkach i
                podlodze. Nie mialo to teraz znaczenia, wytrzasalam z siebie wlasny strach i
                wscieklosc razem z tymi jagodami ze sloika, jakby od tego mialo zalezec moje
                zycie. Miotalam sie wsciekle, do taktu podrzucajac wlosami, az sloik byl pusty.
                Dla podkreslenia swojej irytacji tym faktem, telepnelam nim jeszcze kilka razy.
                Na sterte jagos w zlewie opadl z cichutkim mlasnieciem plastikowy zamykany
                woreczek, taki jak te, o ktorych wiedzialam, ze dealerzy rozprowadzaja w nich
                dzialki narkotykow. zastopowalo mnie to nieco w mojej galopujacej furii.
                Nieufnie obejrzalam woreczek pod swiatlo. W srodku tkwila niebieskawa,
                poskladana karteczka. Testament czy instrukcje zza grobu tej kretynki, jak to
                ja Cienki Bolek okreslil? Aha, kretynka wdowa do pilnowania... chyba jednak jej
                nie upilnowal.
                Wydlubalam niebieskie cos i rozlozylam na stole, wygladzajac piescia. Wygladalo
                bardzo znajomo na pierwszy rzut oka. Przyjrzalam sie podejrzliwie i az mnie
                zatchnelo. Kwit, na wielka sume, z imieniem i nazwiskiem Dory, odrecznie
                podpisany skomplikowanym zawijasem... Bolus sie pomylil, to nie byla kretynka,
                umiala schowac dowod rzeczowy! A wiec to musiala byc ta faktura, o ktora mu
                chodzilo...!!!
                Drzacymi rekami wlozylam fakture znowu do woreczka. Rozejrzalam sie nerwowo po
                kuchni i wreszcie, nie znajdujac lepszej kryjowki, wsunelam go sobie w stanik.
                Myslec, myslec, myslec! Przeciez jakby mnie zabila tymi jagodami, to bym tego
                nie znalazla! wtedy dostaloby sie w rece policji, a ja juz dawno bylabym w
                stanie nie do identyfikacji... tego chciala, czy chciala mi to dac? Ale
                dlaczego mnie? Musze zmusic Gabrysia, zeby sie dowiedzial, co jest w tych
                jagodach!!!
                • marrtawu Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 20.07.05, 12:34
                  Moja rozmowa z Gabrysiem przebiegla bardzo przyzwoicie. Krazylismy glownie
                  wokol tematow kryminalnych, powoli zahaczajac o prywatne. Noc z Tomkiem wydala
                  mi sie odlegla o lata swietlne i przygladalam jej sie z dystansem, zupelnie
                  jakby to nie mnie dotyczyla. Ustalilam z Gabrysiem, ze na razie nie podejmujemy
                  ostatecznych decyzji, poczekamy przynajmniej, az cala afera sie wyjasni. Na
                  pozegnanie czule sie usciskalismy, on zabral kilka jagodek ze zlewu i obiecal
                  wpasc wieczorem z wynikami ekspertyzy. Ja uspokoilam sie znacznie po jego
                  wizycie, spedzilam dzien na przyjemnosciach, wysypianiu sie, objadaniu i
                  rozpakowywaniu kraciastej walizy. Wlasnie wrzucalam ja na pawlacz, kiedy
                  zadzwonil telefon. Nie lecialam z drabiny na zlamanie karku, pozwolilam wlaczyc
                  sie automatycznej sekretarce.
                  - Tu Gunia... nie moge juz dluzej czekac na twoj telefon, przykro mi, ze sie
                  nie spotkalismy. Na razie wracam na dwa tygodnie do Kanady, wlasnie zaczeli
                  boardnig na moj samolot. Mialem tego nie mowic, ale pani przyjaciel jest ze
                  mna, Tomek znaczy, on chce chyba znalezc cos w Ottawie, nie wiem zreszta.
                  Odezwe sie jak bede znow w Polsce, do widzenia.
                  Nie obeszlo mnie to ani troche. Chcialam odzyskac utracona rownowage, te,
                  ktorej kiedys tak bardzo mialam dosyc. Tomek - meteor moze robic wielkie
                  tajemnice z wyjazdu do Kanady i nadstawiac swojego glupiego karku, nie bede tu
                  lez przeciez wylewac po nim, znam go az za dobrze, zeby wiedziec, czego
                  moglabym oczekiwac. Niczego, wlasnie.
                  Kiedy wieczorem otworzylam drzwi Gabrysiowi, ktory trzymal w rekach bukiet
                  slonecznikow i butelke wina, mialam na sobie swoje nowe seksowne buty i
                  staranny, wieczorny makijaz. Usiedlismy na kanapie i wznieslismy pierwszy
                  toast, zyczac aferze rychlego konca. Nie wytrzymalam i spytalam:
                  - Dlaczego przez caly ten czas nie powiedziales mi, ze jestes policjantem?
                  - Bo nie jestem. Bylem kiedys, przez dluzszy czas, ale mialem tego dosyc. Potem
                  poznalem ciebie i twoj stosunek do smerfow, ktory bylas uprzejma wyrazic juz na
                  drugiej randce i uznalem, ze nie ma sensu wracac do przeszlosci.
                  Stropilam sie. Faktycznie, kazdy znal moj malo przychylny stosunek do sluzb
                  mundurowych, nigdy sie z tym nie krylam i moze faktycznie wykrzyczalam kiedys
                  kilka epitetow pod adresem niebieskich ludzikow. Cos jednak nie dawalo mi
                  spokoju.
                  - No ale jak to? A wtedy, w mieszkaniu z tym trupem, kiedy aresztowales Tomka i
                  Grzeska?
                  - Znalazlem sie tam na wlasne zyczenie. To nie jest pierwsza afera narkotykowa
                  zwiazana ze Smalczykiem. Wiele lat temu pracowalem nad taka sprawa, ale to byly
                  zupelnie inne czasy i dla policji i dla bogatych szych i dla narkomanow nawet.
                  Rozeszlo sie wszystko po kosciach, ale jak uslyszalem, co teraz jest grane,
                  odnowilem swoje kontakty i zaczalem sie wtracac, bo bylem ciekaw tak jak i ty.
                  - To nie jestes komisarzem?
                  Gabrys rozesmial sie i pochylil w moja strone.
                  - Wtedy, przy tym trupie, chcialem tylko zrobic wieksze wrazenie na Tomku i
                  Grzesku. Ktorzy sa tak zamieszani w to wszystko, ze nawet jesli nie maja nic na
                  sumieniu, w co dalej nie wierze, to moze bezpieczniej byloby dla nich, zeby
                  posiedzieli troche w kiciu.
                  Nie chcialo mi sie z nim klocic na ten temat. Zreszta, kto ich tam wie
                  naprawde, jakie drobne grzeszki po drodze popelniali, ze wynily z tego takie
                  konsekwencje. Znajomosc z mafiozami jest co najmniej lekkomyslna, nie mowiac o
                  interesach.
                  Archaniol patrzyl na mnie przez chwile blyszczacymi oczami. Katem oka
                  spostrzeglam, ze wytrabilismy juz prawie cala butelke. Potem pocalowal mnie.
                  Kto by sie oparl archaniolowi? Przyjelam wygodniejsza pozycje na kanapie,
                  pozwalajac Gabrysiowi pochylic sie nad soba i zajac sprawami przyjemniejszymi
                  niz trupy i fabryki smierci. Skupilam sie na jego zapachu i delikatnym szumie w
                  mojej malo odpornej na alkohol glowie. Czesci mojej garderoby kolejno spadaly
                  na podloge, poczawszy od butow. W pewnej chwli Gabrys jednak zamarl bez ruchu.
                  Otworzylam jedno oko, zasnal, czy co?
                  - Asiu, co to jest? - spytal z rozbawieniem. - Moim zdaniem nie potrzebujesz
                  zadnych wypelniajacych wynalazkow....
                  Otworzylam drugie oko. A, prawda, w biegu wydarzen zapomnialam o celu jego
                  wizyty, wynikach ekspertyzy, jagodach i tym nieszzcesnym kwicie...
                  - To jest dowod rzeczowy w sprawie. Ale moze zaczekac - dodalam stanowczo
                  widzac ciekawosc na jego twarzy i majtnelam kwitem niefrasobliwie za siebie.
                  - Tez tak uwazam - usmiechnal sie anielsko Gabrys.
    • kmsanczia Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 21.07.05, 01:18
      Po jakimś niesprecyzowanym, aczkolwiek dość miło spędzonym czasie wypoczywałam
      na własnym wygodnym łóżku we własnej sypialni, do której trafiliśmy wprost z
      niewygodnej kanapy (ach ten pragmatyzm Archanioła!). Mój własny detektyw trzymał
      mnie w ramionach i przyznam, że pierwszy raz od wielu dni poczułam się
      bezpieczna. Mimo to afera nadal nie dawała mi spokoju, a łóżko jest jak wiadomo
      najlepszym miejscem na wydębienie z faceta paru informacji.
      - Wytłumacz mi kochanie jakim cudem Tomkowi udało się wyjechać z kraju? Miałam
      wrażenie, że nasi dzielni mundurowi ograniczyli mu swobodę ruchów?
      - Owszem, ale udał mi się to załatwić - odparł Gabrys z szelmowskim błyskiem w oku.
      Przez chwilę nie rozumiałam o co mu chodzi.
      - Załatwić? Ale po co, czy on... czy ty... Gabryś, czy ty pozbyłeś się Tomka ze
      względu na mnie??!
      - On też na tym skorzysta, nie martw się. Dosyć już się naraził paru osobom. To
      nie jest zabawa, a Tomasz zdaje się o tym zapominać.
      Po namyśle doszłam do wniosku, że i mnie się przyda trochę urlopu od Tomka.
      Kilka dni spokoju z pewnością dobrze mi zrobi.

      ***

      W zaparkowanym na poboczu samochodzie wściekle dzwoniła komórka. Na
      podświetlonym ekranie widniało imię Sywia...
      • kmsanczia Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 21.07.05, 01:35
        Dwudniowy wyjazd na Mazury dobrze nam zrobił. Szaleliśmy z Gabrysiem jak za
        dawnych lat i udało mi się całkiem zapomnieć o aferze. Nie stety afera nie
        zapomniała o mnie, o czym przekonałam się natychmiast po włączeniu komórki.
        "Dżoana, Tomek zniknął! Naprawdę nie udało nam się go upilnować. Powiedz
        Gabrielowi, że tu w Sztokholmie go nie ma, przeszukaliśmy wszystko. Gunia jest
        zrozpaczony, bo dostał Tomka niejako pod swoje skrzydła. Odezwijcie się, bo my
        tu wariujemy!". Odsłuchałam tą wiadomość w poczcie głosowej i gdyby nie to, że
        rozpoznałam głos mojej własnej przyjaciółki nigdy bym nie uwierzyła w to, co
        słyszę. Z rozpędu powtórzyłam wszystko Gabrielowi, a on tylko docisnął gaz i tak
        jechaliśmy w milczeniu aż do samej Warszawy. Nie miałam siły się odezwać, a w
        głowie miałam tylko jedną myśl: czego jeszcze mi nie powiedział?!
        • marrtawu Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 26.07.05, 11:11
          Wpadlismy do mieszkania i jednoczesnie rzucilismy sie na telefon. Zadne takie,
          kobiety maja pierwszenstwo! Wyrwalam sluchawke z zacisnietych palcow Gabrysia i
          kazalam mu zejsc do samochodu po nasze bagaze i miedzy innymi, komorki, ktore
          tam zostawilismy. Sama zas zaczelam wystukiwac numer Asi w Sztokholmie..
          Na szczescie szybciutko odebrala i moglam zaczac ja wypytywac o cale to kolejne
          zamieszanie z udzialem Tomka. Otoz okazalo sie, ze Tomek co prawda wybral sie z
          Gunia do Ottawy i spedzil tam cale dwa dni, po czym zniknal bez sladu. Gunia
          sprawdzil, wymeldowal sie z hotelu, zamowil taksowke na lotnisko i tyle go
          widzieli. Z lotniska skontaktowal sie z Asia i uprzedzil, ze wybiera sie do
          Skandynawii i prawdopodobnie zawita w jej progi, bo cos nie daje mu spokoju,
          nie chcial przez telefon powiedziec co. Nastepnie zadzwonil do niej z hotelu
          Renstierna w Sztokholmie i umowil sie na spotkanie, na ktore nie dotarl. Slad
          urywa sie na hotelu wlasnie, Tomek wywinal ten sam numer co w Ottawie.
          Chcialysmy wierzyc, ze udal sie na zwiedzanie Szwecji, ale jasne bylo, ze jesli
          zdobyl w Ottwie jakas informacje, ktora chcial przekazac Asce, po czym zapadl
          sie w podziemie w okolicach Södermalm, to albo naprawde ktos go dopadl i
          wyrzadzil mu krzywde, albo grunt na tyle zaczal mu sie palic pod nogami, ze
          zmuszony byl do ucieczki... Staralam sie uspokoic te wariatke, ktora zadala od
          nas natychmiastowego przyjazdu na polnoc, oferujac nam zalatwienie rezerwacji
          miejsca w samolocie, noclegu i czego tam jeszcze, nawet na miesiac, jesli
          zajdzie taka potrzeba. Nie usmiechala mi sie eskapada po dalekich krajach w
          pogoni za Tomkiem, skoro nawet nie mamy pojecia, w ktorym kierunku zaczal
          znikac, ale obiecalam jej, ze naradze sie z archaniolem i dam znac. Splawiwszy
          ja niejako tymi przyrzeczeniami, zdalam relacje Gabrysiowi...
          • marrtawu Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 28.07.05, 12:47
            Gabrys, co bardzo mnie zdziwilo, uparl sie na poscigi za znikajacym Tomaszem.
            Mialam nadzieje, ze robi to bardziej sluzbowo lub z wlasnej ciekawosci niz z
            checi konfrontacji i uszkodzenia jego oblicza. Nakrecana dodatkowo jekliwymi
            blaganiami trzepnietej przyjaciolki zza morza i mamiona obietnica cudownej
            resztki urlopu blisko natury, tak jak lubie, grzyby, jagody... poddalam sie po
            argumencie z losiem na przystanku autobusowym. Jezeli on tam naprawde bedzie
            stal i nie trzeba bedzie za nim gonic przez pol Kampinosu z miernym skutkiem,
            to ostatecznie, moge jechac. Pod warunkiem, ze afere zepchniemy na plan dalszy
            i bedziemy spac pd namiotem, jak za studenckich lat.
            Asia czekala na nas pod Sztokholmem, w porcie o nazwie niemozliwej do
            wymowienia, aby pokazac nam droge na kemping. Nakazalam Gabrysiowi prowadzic
            nasz samochod, a sama wpakowalam sie obok Aski do jej Toyoty.
            - Wyjasnisz mi jeszcze raz, po co Tomek sie w ogole ruszal z tej Warszawy?
            Prychnelam ze zloscia.
            - Za dobrze mial chyba, bohatera chce z siebie robic, niewazne, jakim kosztem.
            Cos mi sie widzi, ze uparl sie dopasc tego miedzynarodowego blizniaka Guni i
            dlatego uczepil sie biednego Leszka, kazac sie wiezc do Ottawy.
            - Ale po diabla tutaj...?
            - Setny raz mowie, ze wiem tyle co i ty! Moze ten blizniak jest bardziej
            miedzynarodowy niz na sie wydawalo?
            - No ale musimy przeciez od czegos zaczac!
            - Zaczac co?
            - Poszukiwania!
            Westchnelam ponuro.
            - Wiem, ze nie odpuscicie i chcac, nie chcac, przemierzymy pol kraju bez
            zadnego celu. Ale ja dosyc mam juz Tomkowych zagrywek jak z komiksu i wcale mi
            sie nie usmiecha spotkanie z nim... przynajmniej na razie nie.
            Aska spojrzala na mnie podejrzliwie.
            - Czy jest cos co powinnam wiedziec o tobie i o nim?
            - Sadzilam, ze sie domyslasz...
            Asia nie spuszczala ze mnie wzroku a ja nie ufalam jej umiejetnosciom
            prowadzenia samochodu az do tego stopnia.
            - Blagam cie, patrz na droge, w przeciwienstwie do ciebie, nie wybralam sobe
            jeszcze zadnego cmentarza w okolicy...
            Odwrocila sie od mnie i poslusznie spojrzala przed siebie, ale nie bylam pewna,
            czy cos w ogole dostrzega przed maska samochodu, wzrok miala raczej nieobecny.
            - No, no - powiedziala w koncu, a w jej glosie zabrzmial i podziw i
            niedowierzanie. - No, no. No, no!
            Swoim irytujacym "no, no" raczyla mnie az do samego kempingu, ale postanowilam
            nie zwracac na to uwagi, koncentrujac sie na urokach zblizania sie do natury.
            Mialam ogromna chec jeszcze dzisiaj poplywac, a Asia obiecala mi, ze kemping
            Bredäng, na ktory ans zawiezie, bedzie dysponowal malutka plaza. Gdy tylko
            dojechalismy, pozwolilam Gabrysiowi na zajecie sie rozbijaniem namiotu, a wciaz
            oszolomiona Asie pociagnelam za soba w glab lasu, gdzie, jak obiecala pani w
            recepcji, powinna znajdowac sie plaza jeziora Mälaren. Cos tam niby bylo, ale
            zeby to szumnie plaza nazywac? Woda byla bardzo zimna, ale zaparlam sie na te
            wczasy blisko natury i krok po kroku zanurzalam sie w ten lod. Asia na brzegu
            pukala sie palcem w czolo, po czym odwrocila sie na piecie i pomaszerowala z
            powrotem do namiotu, zapewne nie mogac zniesc mojego widoku. Ja jednak
            zanurzylam sie, poplynelam wzdluz brzegu, zawrocilam, polozylam sie na wodzie,
            przymknelam powieki, rozkoszujac popoludniowym sloncem i postaralam
            zrelaksowac. Szum drzew, odglosy motorowek, krzyki plazowiczow... Nie dzialalo.
            Moj umysl obsesyjnie wracaal do niewyjasnionego - gdzie zaczac szukac Tomka? Co
            niby mamy zrobic, objezdzac kazde miasto z jego fotografia? Kazde duze miasto,
            czy male szwedzkie miasteczka tez? Male szwedzkie miasteczka... male szwedzkie
            miasteczka... cos zaczelo mi sie powoli przypominac i nie moglam sie oprzec
            wrazeniu, ze to moze byc istotne. Male... szwedzkie... male...
            uniwersyteckie!!!! Zatrzepotalam gwaltownie rekami i nogami, poszlam pod wode
            i zachlysnelam sie. Wynurzylam sie, z lomoczacym sercem. Wiem, gdzie mogl
            pojechac Tomek! Ale ze mnie kretynka, przeciez wtedy, na imprezie, podczas
            ogladania filmu z wesela, Tomek nachylil sie do mojego ucha i powiedzial:"ta
            kobieta wyglada zupelnie jak moja ciotka z... to takie male, uniwersyteckie
            miasteczko w Szwecji."
            Juz chcialam biec do Asi, zeby podpowiedziala mi nazwe owego miasteczka, ale
            sie powstrzymalam. Gabrys i ona gotowi od razu zwinac namiot i odjechac, a ja
            mam plan zobaczyc chociaz ten ratusz od Nobla!
            Powloklam sie do namiotu. Byl juz rozbity, Asia i gabrys siedzieli przed nim,
            objadajac sie krakersami. Pogrzebalam w mojej torbie, ktora stala obok,
            wyciagnelam przwodnik i rowniez usiadlam. Zaczelam przegladac ksiazeczke
            kartka po kartce. Dojechalam do polowy, zanim znalazlam to, czego
            szukalam. "Male uniwersyteckie maisteczko Lund, to miejsce, do ktorego powinien
            zajrzec kazdy turysta, jesli tylko..." Nie dowiedzialam sie, czy spelniam
            warunki, aby tam zajrzec, bo Gabrys zajrzal mi przez ramie i zamknelam
            przewodnik z trzaskiem.
            - Co tam znalazlas ciekawego?
            - Sprawdzalam tylko, jakie sa atrakcje turystyczne na calym tym starym miescie.
            - W zasadzie wszystko, co chcesz zobaczyc, znajduje sie na Gamla Stan, poza
            ratuszem - oswiecila mnie Asia i siegnela po nastepnego krakersa.
            Pokiwalam glowa w zadumie.
            Lund...
            • magdajeden powieść bardzo sensacyjna, wątek polski 03.08.05, 20:02
              - Patryk! Patryczku! Słyszysz mnie? Odezwij się, otwórz oczy.
              Przeraźliwy gwizd w uszach i głowie Patryka nie pozwalały mu na otwarcie
              czegokolwiek a oczu w szczególności. Z każdą próbą poruszenia jakimkolwiek
              mięśniem przeraźliwy ból przeszywał mu ciało.
              - Patryk, na litość boską, otwórz choć jedno oko!
              „kto to mówi?, czyj to głos? Co się dzieje?” myśli powoli przepływały po
              obolałej głowie a oczy w żaden sposób nie chciały się otworzyć. Nagłe,
              przeraźliwe zimno zmusiło oporne powieki do podniesienia się. W jednej chwili
              Patryk stracił oddech i poczuł że się topi – usiadł i zobaczył czyjąś głowę tuż
              przy swojej.
              - co jest kurna?! – chciał wrzasnąć ale tylko żałośnie zapiszczał.
              - musiałam polać cię wodą, bo wcale byś tych oczu nie otworzył.
              - dzięki, najpierw mnie zabili policjanci a teraz ktoś mnie chciał utopić!
              Dzięki!
              - po pierwsze nie policjanci, i nie zabili, bo jakby zabili to ja bym już nie
              musiała cię topić. A po drugie nie ktoś tylko ja i nie topić tylko cucić.
              Mógłbyś być odrobinę precyzyjniejszy. I wdzięczniejszy.
              Wzrok Patryka powoli wracał do normy i zamglona postać zmieniała się w znajomą
              twarz Sylfidy.
              - co ty tu robisz? – zapytał, już prawie swoim głosem.
              - co ja robię? co TY robisz na mojej werandzie!? Wszyscy szukają cię od wczoraj
              a ty tu do snu zimowego się układasz? – głos Sylfidy z zatroskanego powoli
              zaczynał stawać się oburzony.
              - na twojej werandzie? Co ja robię na twojej werandzie?
              - liczyłam, że ty mi to wyjaśnisz? Przeprowadzasz się do mnie?
              - no co ty!
              - dzięki – syknęła prawie mimo woli Sylwia.
              - zaczekaj, jechałem na spotkanie z Bolkiem i miałem kontrolę drogową i … dalej
              nie pamiętam. – Patryk pomasował obolałą głowę – Może zaprosisz gościa do
              środka, napiłbym się czegoś i jakoś wygodniej usiadł, bo tu, na tych deskach
              jakoś twardawo.
              - chodź – Sylfida przypomniała sobie o obowiązkach pani domu – Misiek pojechał
              do Poznania na targi, możesz nawet butów nie zdejmować.
              Patryk docenił zaszczyt jaki go kopnął, nie zdejmować butów w domu Sylfidy –
              chyba rzeczywiście kiepsko wygląda, trzeba jakieś lusterko złapać i obejrzeć co
              na tej głowie tak przeraźliwie pulsuje z tyłu.
              Sylwia pomogła mu wstać i założywszy sobie jego ramię na plecy wprowadziła do
              domu.
              Przypomniała sobie o kontynuowaniu obowiązków gospodyni jak już oboje wygodnie
              rozsiedli się na kanapie przed kominkiem.
              - oj, nadal cię boli? Znaczy nie weźmiesz sobie sam piwa z lodówki? Muszę ci
              przynieść?
              - jak byś była tak uprzejma – syknął chłodno.
              Po chwili znów siedzieli na kanapie, Patryk w suchym podkoszulku Miśka i z
              piwem w dłoni, Sylfida z piwem i ręcznikiem przygotowanym na ewentualne resztki
              wody spływające z głowy Patryka.
              • magdajeden Re: powieść bardzo sensacyjna, wątek polski 03.08.05, 20:06
                - no to, Złotko, po kolei, mów co pamiętasz. Zatrzymali cię do kontroli, tak?
                - no, tak. I dalej już nic nie pamiętam. – westchnął Patryk.
                - no, toś się naopowiadał. To ja ci powiem. Od wczoraj wieczorem wszyscy cię
                szukają, Kajka wydzwania do mnie co kwadrans, Bolek dzwoni akurat wtedy kiedy
                kończę rozmawiać z Kają. Odebrałam jeszcze ze dwa telefony od twojej teściowej,
                która poinformowała mnie uprzejmie, że jak będę cię ukrywać i przyczyniać się
                do rozpadu rodziny to ona już mnie coś tam, nie udało mi się zapamiętać co ona
                mnie tam, bo za szybko mówiła.
                - no tak, ona w momentach wzburzenia łapie przyspieszone obroty- wyjaśnił
                Patryk – ale zaraz, dlaczego ona do ciebie dzwoniła? Skąd wie?
                - a o to, to ja chciałabym się ciebie zapytać, Złotko. Ale zostawmy to na drugą
                puszkę piwa, teraz, skorzystamy z okazji, chwilowej ciszy na łączach
                telefonicznych i spróbujmy wyjaśnić twoje tajemnicze zniknięcie i cudowne
                odnalezienie na moim tarasie.
                - wygląda na to, że komuś w czymś przeszkadzałem i chciał mnie usunąć z drogi
                na chwilę…
                - albo delikatnie zasugerować, żebyś nie pchał palców między drzwi.
                - myślisz? – Patryk rozejrzał się nerwowo po pokoju – ale kto? Myślisz, że się
                kapnęli, że zrobiliśmy ich w konia?
                - na moje oko, na to wygląda. Weź ten ręcznik, bo mi kapiesz na kanapę.
                - nie trzeba było mi lać wiadra wody na łeb toby nie kapało- odburknął.
                Przeraźliwy dźwięk zardzewiałych pił łańcuchowych przeszył pokój. Patryczek
                wzdrygnął się i rozejrzał nerwowo.
                - ty weź wreszcie zmień ten dzwonek, bo ja kiedyś na zawał padnę! – wrzasnął
                próbując przekrzyczeć dzwoniący telefon.
                - gupiś! Nic nie zmienię, to jest stary telefon i ma mieć stary dzwonek. Jak to
                poszukiwacze, to odnalazłeś się już czy jeszcze nie?
                - nie, lepiej nie, trzeba jeszcze przemyśleć to i owo.
                Sylwia podniosła słuchawkę.
                - halo? Nie, Kajeczko, nic nie słyszałam, nie nic nie wiem. Tak oglądam
                wiadomości, nic nie mówią. Kaja, uspokój się, po co mieliby o nim w
                wiadomościach gadać?! No tak, rozumiem. Spokojnie, tak, wiem, ostrzegałaś, tak,
                tak, ale popraw mnie, jak się mylę, ale to ty chciałaś nowe Volvo? Dobra, nic
                nie mówię. Tak zadzwonię. Pa.
                Odłożyła słuchawkę.
                - żona cierpi, Złotko.- powiedziała z przekąsem.
                - a ty musisz ją wyrzutami dobijać jeszcze?
                - myślałby kto, że taka delikatna! Nie będę przypominać kto wpadł na pomysł
                zrobienia Tomka i Smalczyka na te lewe faktury na Dorkę i innych.
                - pomysł jej ale realizacja wspólna, żebyś nie próbowała się teraz wymigać. Bo
                do brania kasy to chętnych na pęczki a do obrywania w łeb tylko ja!
                - no, wybacz, że nie dałam ogłoszenia w Wyborczej, w łeb zarwę, bo mam za dużo
                pieniędzy.
                - brudnych pieniędzy, nie zapomnij dopisać.
                - żeby Skarbowy mi na obolały łeb jeszcze wszedł?
                - obolały łeb to na razie mam tylko ja i jeszcze jedno piwo poproszę bo mnie z
                tego bólu strasznie suszy.
                Sylfida westchnęła i poszła następne puszki do kuchni. Patryk w tym czasie
                postanowił zrobić przegląd swojego dobytku. Od razu zauważył brak komórki i
                samochodu. O ten drugi w pokoju Sylwii i tak byłoby trudno.
                • magdajeden Re: powieść bardzo sensacyjna, wątek polski 03.08.05, 20:08
                  - a mojego samochodu to gdzieś nie widziałaś? – krzyknął do kuchni.
                  - no wybacz, musieli dostarczyć cię tu w inny sposób niż własnym autem, bo
                  jakoś nie zauważyłam na ogródku nic co mogłoby przypominać twój samochód.
                  - cholera! Jeszcze samochód mi ukradli!
                  - eee, wątpię, pewnie znajdzie się gdzieś w lesie albo na jakimś parkingu-
                  powiedziała Sylwia wręczając mu kolejną puszkę piwa.
                  Piekielny telefon znów zaczął dzwonić.
                  - nadal zaginiony?
                  Patryk skinął głową.
                  - halo?- Sylwia lekko pobladła i przysiadła na oparciu kanapy – kto mówi? Jakim
                  prawem….?! Tak. Tak. Dobrze.
                  Odłożyła słuchawkę.
                  - twoi policjanci – jej głos zaczął prawie niezauważalnie drżeć – dzwonili twoi
                  policjanci – powtórzyła.
                  - to już wiem, ale co chcieli?! – Patryk nie próbował nawet ukrywać
                  zdenerwowania.
                  - powiedział, bo to właściwie jeden facet mówił.
                  - domyśliłem się, że nie robili duetu słuchawkowego! Mów!
                  - powiedział, że tym razem tylko głowa cię boli i żebyś trzymał się z dala od
                  nie swoich spraw, i że z szacunku dla naszego sprytu nie rozwalili ci tego łba
                  doszczętnie, i że mamy przelać pieniądze z powrotem i że drugi raz nie będą
                  powtarzać i że zadzwonią jeszcze w sprawie kwitów i że współczują Kajce.
                  Oboje przez chwilę w milczeniu analizowali usłyszane słowa.
                  - jak to przelać? Tyle ryzyka, tyle wysiłku, tyle … i teraz przelać ot tak!? –
                  Sylwia pierwsza odzyskała mowę.
                  - mądrala, to nie twoją głowę chcą doszczętnie – Patryk pokazał wiele mówiący
                  gest przykładając dwa palce do skroni.
                  - tyle wysiłku, tyle kłopotów – powtórzyła Sylfida.
                  - a czego oni mogą współczuć Kajce? Że mnie zabiją i wdową będzie?
                  - że ją zdradzasz, palancie, tego jej współczują!
                  - dzwoń do Bolka, niech tu przyjeżdża, nie mów mu że jestem, tylko go tu migiem
                  ściągnij. Musimy obgadać sprawę. Szybko, bo ja mu dopiero co kazałem grześkowe
                  włości podpalać!
                  - czyś ty już kompletnie rozum stracił?! Po co?!
                  - bo to najlepszy sposób na pozbycie się tych kwitów. Wiesz jakby ktoś je
                  dostał, to mogiła. a teraz mogiła jak nie dostanie. Dzwoń!
                  Sylfida wybrała numer Cienkiego Bolka.

                  cdn
                  • magdajeden Re: powieść bardzo sensacyjna, wątek polski 19.08.05, 23:10
                    - No i tak to wygląda – Patryk odstawił pustą butelkę po piwie.
                    - Pięknie, kurna, pięknie. Tośmy sobie biznesik skręcili, w mordę jeża! –
                    stęknął Bolek – a miało być pięknie i wszystko proste jak budowa cepa! Mówiłem
                    od razu, że trzeba wiedzieć kogo okradać. Państwo – rozumiem. Zwykłych
                    ciułaczy – rozumiem. Ale mafiosów??!!
                    - Teraz to narzekasz, a jak dobrze szło, to sam łapy pchałeś po więcej! –
                    ofuknęła go Sylfida.
                    Było już grubo po północy, wypili wszystkie piwne zapasy, opróżnili lodówkę –
                    to akurat nie było wielką sztuką – lodówka Sylfidzie służyła przede wszystkim
                    do przechowywania kremów, tuszów do rzęs i innych, raczej niejadalnych,
                    utensyliów. Kończyli dojadać orzeszki rozrzutnie kilka godzin wcześniej
                    rozsypane na stole.
                    - Słuchaj Bolek, spokojnie, wszystko ustaliliśmy, mamy dwa dni na zwinięcie się
                    ze wszystkim i szukaj wiatru w polu, nikt nas nie namierzy. Kasa przelana,
                    bilety kupione – przecież jakby wiedzieli coś o naszych planach, nie
                    siedziałbym tu z wami teraz – Patrykiem aż trząchnęło na myśl o tym gdzie
                    mógłby teraz siedzieć, a może leżeć.
                    - Słuchajcie, a nie sądzicie, że warto byłoby porozmawiać z innymi? Znikniemy
                    ot tak, z dnia na dzień bez słowa wyjaśnienia – Sylwia przypomniała sobie o
                    reszcie przyjaciół.
                    - Napiszemy do nich jak sprawy przycichną, teraz trzeba jak najszybciej się
                    zwinąć z widoku.
                    - Słusznie Bolek, teraz nie ma co ich drażnić, jeszcze ktoś mógłby się obrazić
                    za te fakturki – zachichotał Patryk.
                    Zza okna dobiegł dźwięk klaksonu. Patryk powoli wstał, zerkając na Sylfidę
                    - Moja taksówka, to spadam na łono rodziny, będziemy się zdzwaniać, ale
                    uważajcie, telefony mogą być na podsłuchu.
                    - Spadaj już bo łapiesz manię prześladowczą – wysyczała Sylfida.
                    Bolek zarechotał.


                    *
                    • magdajeden Re: powieść bardzo sensacyjna, wątek polski 19.08.05, 23:11
                      Patryk wysiadł z taksówki i odruchowo zerknął w okna swojego mieszkania. Lampka
                      w sypialni się świeciła „Kaja nie śpi jeszcze” pomyślał ciepło o żonie,
                      pierwszy raz od wielu miesięcy. Wszedł do mieszkania, podświadomie oczekując
                      jakiegoś komitetu powitalnego, w końcu nie co dzień człowieka porywają.
                      - Kochanie! Wróciłem! Gdzie jesteś?
                      Odpowiedziałoby mu echo, gdyby mieszkanie było o jakieś 200 metrów większe, a
                      że miało standardowe wymiary budownictwa późnogierkowego – nie odpowiedziało mu
                      nic. A tym bardziej nikt, tym nikim była jego żona, a właściwie to jej nie
                      było. „Jak to możliwe, ja wróciłem z porwania, mogłem nie wrócić wcale, mogłem
                      wrócić w worku, poćwiartowany a jej nie ma? Może ją też porwali? Może
                      poćwiartowali?” wzdrygnął się i popukał w głowę.
                      Przegalopował po całym mieszkaniu. Przewracając po drodze krzesło i strącając
                      wazonik wparował do sypialni. „Uff!” Sapnął, „śpi, nie usłyszała jak wszedłem”
                      z czułością zerknął na wybrzuszenie kołdry. Wybrzuszenie - dziwnie małych
                      rozmiarów, nawet jak na Kajkę - zaczęło się poruszać coraz szybciej, kotłować i
                      merdać ogonem.
                      -Urwis! Co ty robisz na łóżku?! – krzyknął Patryk – Gdzie jest pani? – zapytał,
                      osłaniając się jednocześnie przed atakami radości psa i kołdry, w którą
                      dokumentnie zaplątany okazał się Urwis. Taniec psiej radości w połączeniu z
                      wirującą puchową kołdrą w za dużej poszewce, spowodowały bliskie spotkanie
                      twarzy Patryka z nocną szafką.
                      - Żesz ty! – jęknął, chciał coś jeszcze dodać pikantnego bo czuł pulsujący ból
                      w skroni ale jego wzrok padł na kopertę opartą o lampkę. Spacyfikował psa i
                      kołdrę oparł się o łóżko i rozerwał kopertę.
                      KOCHANY PATRYCZKU,
                      MAM NADZIEJĘ, ŻE NIE BĘDZIESZ ŻYWIŁ DO MNIE ŻALU, ALE WYJECHAŁAM Z KRAJU.
                      CZEKAŁAM NA POTWIERDZENIE CZY WSZYSTKO Z TOBĄ W PORZĄDKU. WIEM, ŻE ŻYJESZ I
                      MASZ SIĘ NIEŹLE. ZNUDZIŁO MI SIĘ UDAWANIE, ŻE WSZYSTKO JEST W PORZĄDKU, ŻE
                      JESTEŚMY SZCZĘŚLIWYM MAŁŻEŃSTWEM. ŻYCZĘ CI SZCZĘŚCIA Z SYLWIĄ (TAK, WIEM OD
                      DAWNA), JAKO ZADOŚĆUCZYNIENIE MOICH STRAT MORALNYCH POZWILIŁAM SOBIE WYPŁACIĆ Z
                      KONTA PIENIĄDZE (o żesz, ku*wa!), O TO TEŻ NIE POWINIENEŚ MIEĆ ŻALU – W KOŃCU
                      ZOSTAJE WAM JESZCZE CZĘŚĆ SYLWII. ZOSTAWIAM CI URWISA, WIEM JAK BARDZO JESTEŚ
                      DO NIEGO PRZYWIĄZANY, A POZA TYM NIE UDAŁO MI SIĘ ZAŁATWIĆ W TAK KRÓTKIM CZASIE
                      POZWOLENIA NA WYWÓZ GO Z KRAJU.BĘDĘ ZA NIM TĘSKNIĆ.
                      POZDRÓW WSZYSTKICH NASZYCH PRZYAJCIÓŁ. WIERZĘ, ŻE W JAKIŚ SPRYTNY SPOSÓB
                      WYTŁUMACZYSZ IM MÓJ NAGŁY WYJAZD. W KOŃCU W KŁAMSTWACH JESTEŚ MISTRZEM. TOMKA
                      MOŻESZ NIE POZDRAWIAĆ – SAMA TO ZROBIĘ, PRAWDOPODOBNIE JUŻ JUTRO.
                      CAŁUJĘ CIĘ I NIE BĘDĘ TĘSKNIĆ.
                      TWOJA (PRAWIE) BYŁA ŻONA
                      KAJA
                      P.S. NA OTARCIE ŁEZ ZOSTAWIAM CI MIESZKANIE.
                      K.

                      Patryk jęknął rozdzierająco, spojrzał na psa i puścił wiązkę jakiej nie
                      powstydziłby się niejeden recydywista.



                      cdn
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 19.09.05, 22:23
      - ... mówię ci, przyjeżdżaj natychmiast, bo ja nie wiem, co teraz.... – głos
      Krzyśka był dramatyczny i posępny, jak jęk puszczyka wśród nocnej ciszy – Wcale
      się nie zdziwię, jak ona mnie w końcu trzaśnie. I dobrze! Będę miał wreszcie
      spokój. Jezu, jaki ja jestem zmęczony... Anka, ja mówię poważnie! Już nie
      wyrabiam. Wracaj natychmiast!
      - Dobra, spokojnie. Będę pojutrze. Siedź na czterech literach i odpoczywaj w
      spokoju. Cześć.
      Wyłączyłam komórkę i zobaczyłam, że towarzystwo przy stoliku wpatruje się we
      mnie, oczekując wyjaśnień. Asia zamiast oczu miała dwa wielkie znaki zapytania,
      a Gabriel patrzył uważnie, z cieniem kpiącego uśmieszku w kącikach ust. O, żesz
      ty...! Prędzej wrosnę w tę skandynawską glebę i wypuszczę świeże pędy, niż przy
      nim puszczę parę z gęby. Najpierw muszę ochłonąć po rewelacjach usłyszanych od
      spanikowanego Krzyśka, a potem... Już ja cię przyduszę, ty moja słodka,
      tajemnicza cholero! Odechce ci się gruchania i albo zaczniesz gadać na temat,
      albo całkiem przestanę cię lubić.
      - Czego? – zapytałam ponuro i sięgnęłam po filiżankę z kawą, która w czasie
      rozmowy z Krzyśkiem zdążyła zmienić się w zimną lurkę. Fu!
      - Niczego. Słyszę, że wracacie do Warszawy? – zapytała Asia, taktownie
      pomijając wszystkie inne szczegóły podsłuchanej rozmowy. Jak ta dziewczyna
      potrafi wyczuć pismo nosem! Jakby czytała w moich myślach.
      - Wracamy – niespodziewanie Gabriel wyręczył mnie wodpowiedzi – Ale najpierw
      proponuję po jeszcze jednej filiżance kawy, bo twoja wystygła, a w Asi utopiła
      się mucha. Ja z przykrością muszę was na chwilę opuścić. Spotkamy się w
      namiocie za godzinę, ok.? I wtedy pogadamy poważnie. Zanim mnie zamordujesz
      oczu swych sztyletami.
      Kiwnął głową w moja stronę i poleciał, nim zdążyłam zaprotestować. Asia z
      obrzydzeniem patrzyła na resztki kawy, w której pływał dorodny owad.
      - Matko kochana, jak dobrze, że z tego wszystkiego zapomniałam o kawie.
      Przecież bym ją połknęła! – otrząsnęła się z obrzydzeniem – Przepraszam, czym
      ty go masz zamordować?
      - Wyjmij to stworzenie, niech się nie męczy, zamów następną i przestań zajmować
      się głupotami! Słuchaj, szwagier Krzyśka dorwał się do takich rewelacji, że
      skronie siwieją! Wreszcie zaczyna mi się krystalizować całość tej draki. Ale...
      - W tę całość uwierzę, jak usłyszę – przerwała mi cierpko Asia – O ile będzie
      się to w ogóle kupy trzymało.
      - Jak sama ruszysz tym pustym czerepem, zamiast się czepiać, to może wreszcie
      zacznie. Ale teraz bądź uprzejma zamknąć na chwilę swój szanowny dziób i
      zechciej przyjąć do wiadomości, że co najmniej dwie nasze przyjaciółki zostały
      najprawdopodobniej poślubione mafii i coś z tym trzeba zrobić.
      - Najlepiej żywcem zakopać, będzie pożytek dla robali. Ty?! Jakie dwie?! – Asia
      popatrzyła na mnie z błyskiem w oku – Która druga? Bo domyślam się, że
      pierwsza, to Aśka i jakoś dziwnie mnie to nie rusza. Ale jaka druga? Sylfida??
      Nie gadaj głupot!
      - A jednak... Krzyś coś zwęszył na jej temat, ale bał się mówić przez telefon.
      On chce, żebym natychmiast wracała do Warszawy. I ja się z nim całkowicie
      zgadzam. A Gabriel może sobie siedzieć tutaj do uśmiechniętej śmierci i udawać,
      że trzyma rękę na pulsie. Wisi mi to. Posłuchaj, z grubsza ta cała chryja
      wygląda tak...
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 19.09.05, 22:53
      Opowiedziałam jej wszystko, co wiedziałam od Krzyśka, a on od swego szwagra, a
      także w wielkim skrócie to, czego sama zdołałam się domyślić. O rozbiciu gangu,
      który wprowadził na nasz rynek super narkotyk, rozprowadzany w postaci
      niewinnego, mrożonego bobu, o powiązaniach tej bandy z drugim gangiem,
      trudniącym się wpuszczaniem Bogu ducha winnych biznesmenów w kanał,
      oskubywaniem ich z majątków i zostawianiem ich w samych skarpetkach, a także o
      mafijnej wojnie interesów, która zaowocowała licznymi, znanymi mi niejako
      osobiście, zwłokami. W tym samego herszta bandy od narkotyków, niejakiego
      Smalczyka i jego dwóch piesków, którzy, dziwnym trafem, zakończyli żywot w
      mieszkaniach naszych przyjaciół. Wspomniałam również o największej zgryzocie
      Krzyśkowego szwagra, czyli próbach tuszowania niektórych faktów i hamowaniu
      śledztwa z góry, na której niewątpliwie siedział ktoś, kto czerpał niezłe
      apanaże z tego całego bajzlu, zapewniając mu urzędową ochronę. Oraz o tym, że
      najważniejszy i wciąż nieuchwytny jest ten, kto zapragnął podporządkować sobie
      cały rynek narkotykowy w Polsce i ja chyba wiem, o kogo chodzi. Tomek też wie.
      I Tomek nie jest żadnym podejrzanym, tylko jako poszkodowany, oskubany z całego
      mienia i ciężko obrażony na cały świat, z Gabrielem na czele, sam postanowił
      wyręczyć wymiar sprawiedliwości i jak głupi pojechał szukać międzynarodowego
      guza. Aśka już siedzi, bo na jej bardzo czynny udział w życiu mafii istnieją
      ponoć niezbite dowody, a Krzysiek zaczął wpadać w obsesję i boi się własnego
      cienia. Doszedł do wniosku, że skoro Aśka, to i reszta jest umoczona po same
      uszy. Na pierwszy ogień poszła Sylfida, co mnie nie dziwi, bo on zawsze bał się
      jej panicznie, ale jednak coś mi się w tym wszystkim nie podoba i to trzeba
      sprawdzić na miejscu. Krzysiek woła o pomoc, bo inaczej zabarykaduje się w
      domu i zniknie nam z oczu, jak Grzesiek. Coś tam jeszcze miauczał o Patryczku,
      ale nic z tego nie zrozumiałam, więc nie umiem powtórzyć. Za Patryczkiem i jego
      żoną nigdy nie nadążałam. W każdym razie, trzeba wracać, bo coś się wreszcie
      zaczyna wyjaśniać i ja muszę przy tym być.
      - Faktycznie, jasność całej sprawy wręcz mnie oślepiła – powiedziała z goryczą
      Asia – Jeśli ci się zdaje, że to wszystko, co powiedziałaś, trzyma się kupy, to
      ja jestem hrabina Kunegunda Małokumska z Durnołazów.
      - A nie jesteś? – spytałam słodko – Jak ci się nie podoba, to poczekaj, aż cię
      Gabriel oświeci. Wtedy dopiero poczujesz się, jak prawdziwa hrabina z
      niepełnym, domowym wykształceniem. Idziemy?
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 20.09.05, 14:47
      Gorąca dyskusja zajęła nam całą drogę do pola namiotowego, co tak wyzuło nas z
      sił, że do namiotu dowlokłyśmy się już w całkowitym milczeniu. Było to zjawisko
      rzadsze, niż spotkanie ducha w biały dzień. Gabriel, zajęty szykowaniem
      jakiegoś jedzenia, popatrzył na nas z ciekawością.
      - Napadł was ktoś i zgwałcił, czy wy kogoś? – zapytał uprzejmie.
      Popatrzyłam na niego z politowaniem, a Asia popukała się wymownie w czoło. W
      milczeniu przeczekałyśmy całą kolację, w końcu przy kawie Gabriel nie wytrzymał
      cichej presji i pękł.
      - Dobra, macham białą płachtą. Wiem, że nie mam wyboru – albo powiem wszystko,
      co wiem, albo w końcu utopisz mnie w najbliższym bajorze, a ta harpia ci w tym
      pomoże z największą ochotą – machnął głową w stronę Asi, która prychnęła z
      dezaprobatą – Wybaczcie, ale musiałem mieć pewność, że moje podejrzenia co do
      niektórych naszych przyjaciół są uzasadnione. Nie lubię mieć wydrapywanych
      oczu, a obie robiłybyście to bez znieczulenia w ich obronie. Teraz już się nie
      boję, bo mam argumenty. Aśka siedzi. I nawet coś tam mówi, choć bardziej
      przypomina to zgrzytanie zębami i syczenie kłębowiska żmij. Wielka miłość do
      niejakiego Leszka Dobrowieyskiego, przez „y”, jeszcze jej nie opuściła. W
      przeciwieństwie do kochasia, który zrobił to bez mrugnięcia okiem, jak tylko
      grunt zaczął mu się tlić pod nogami.
      - Zwiał?! Tego można się było spodziewać. Patałachy. Tomek go złapie, spokojna
      głowa. A wiecie chociaż, gdzie jest Gunia, czyli jego lustrzane odbicie? -
      warknęłam
      - Przepraszam, pozwolisz, że powiem tyle, ile mogę. A jeśli będziesz czuła
      niedosyt, to Krzysiek cię doinformuje, zasięgając języka u swego szwagra,
      dobrze? – cierpko powiedział Gabriel, bo uwaga o Tomku dziabnęła go nieco. Nie
      przejęłam się tym wcale.
      - Odwal się. Każdy ma swoje kanały informacji, ja się twoich nie czepiam. A
      teraz, zamiast bezproduktywnie mleć ozorem, może podzielisz się swoją wiedzą na
      temat, który w tej chwili najbardziej mnie interesuje? Jak wyglądają wyniki
      śledztwa od twojej strony?
      Gabriel całym ciężarem ciała oparł się o maszt, przez co namiot zachwiał się
      niebezpiecznie, a my wrzasnęłyśmy jednocześnie:
      - Uważaj!
      Przestraszony, odsunął się od masztu, stracił równowagę i z rozpędu usiadł na
      kubku pełnym gorącej kawy. Usuwanie skutków katastrofy spowodowało, że niechęć
      do namiotowego szaleństwa, którą zawsze w sobie czułam, teraz ugruntowała się
      we mnie na mur. Nie dodało mi to łagodności, wręcz przeciwnie. Jednym ruchem
      wyrzuciłam zgnieciony kubek z namiotu, przykryłam mokrą plamę jakąś szmatą i
      niecierpliwie popchnęłam Gabriela.
      - Usiądź wreszcie spokojnie i przestań trzepać tymi portkami! Same ci wyschną
      na tyłku, ciepło jest! Potem się przebierzesz, teraz gadaj, co z tym śledztwem.
      Już!
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 20.09.05, 14:50
      - No więc, śledztwo w sprawie potrwa pewnie dłużej niż lot na Marsa, co nie
      wydaje się dziwne, gdy weźmiemy pod uwagę ilość zwłok i wątków – zaczął
      rozwlekle - Mamy do czynienia ze sprawą wyjątkowo rozbudowaną o międzynarodowym
      zasięgu i powiązaniach...
      - Gabriel, błagam, nie zaczynaj od Adam i Ewy. My jesteśmy już na wyższym
      etapie rozwoju – przerwała mu niecierpliwie Asia.
      - Jemu się wydaje, że tym nas zniechęci – warknęłam – Do jasnej cholery!
      Natychmiast przestań motać i nie rób z siebie idioty. Co z tymi powiązaniami?
      Gabriel błysnął zębami w uśmiechu, powoli nalał sobie kawy do nowego kubka i
      powiedział normalnym głosem:
      - Proszę mnie nie poganiać, bo nic nie powiem. Nie lubię być popędzany, jak koń
      na wyścigach. A same wiecie tyle, co kot napłakał. Dobra, cicho! Może trochę
      więcej. Wiecie na przykład, co oficjalnie eksportowano od nas do Kanady, jako
      przebój sezonu? Mączkę z bobu, która miała być składnikiem rewelacyjnego
      kosmetyku, odmładzającego podstarzałe podlotki w trybie natychmiastowym.
      Przynajmniej taki plan przedstawiła pewna kanadyjska firma, która ręką pana
      Wielowieyskiego podpisała intratną umowę z kilkoma naszymi bossami, będącymi u
      steru. A co naprawdę znajdowało się w tej mączce i kto tutaj rozkręcił ten
      interes, chyba nie muszę wam mówić? Podobno na własne oczy widziałaś fabrykę
      niejakiego Smalczyka, a pewnego pana z Kanady, to nawet gościłaś u siebie w
      domu? – popatrzył na mnie złośliwie - To jedna strona medalu. Druga, to ci od
      podporządkowywania sobie niegrzecznych biznesmenów. Tomek nadział się na
      jednych i drugich jednocześnie, bo nie zauważył, że od dłuższego czasu wrabiają
      go, jak chcą, między innymi za pomocą Aśki. Cóż, lekkość bytu nie idzie w parze
      z czujnością... Anka, spokojnie! Bo nie powiem ani słowa o tym, że pan
      Wielowieyski własnymi rękami nie pozbywał się niewygodnej konkurencji, miał
      solidne zaplecze, a gdy musiał zwijać żagle, to na miejscu pozostawił kogoś do
      posprzątania. I wszystko wskazuje na to, że jest to kolejna kobieta, która
      uległa jego czarowi osobistemu, hehe. Musimy natychmiast wracać do Warszawy, bo
      obawiam się, że ten twój detektyw od siedmiu boleści naprawdę może dostać w
      czapkę. Jeśli wywęszył o kogo chodzi i chlapnie coś ozorem, to przepadł. A
      nawet jeśli ocaleje, to wtedy dobije go Sylfida, za bezpodstawne rzucanie na
      nią podejrzeń. Ale dopóki tego wszystkiego nie sprawdzę, nie powiem ani słowa.
      Choćbyście mnie obie całowały po stopach i dmuchały na mokre spodnie, teraz już
      nic ze mnie nie wydusicie.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka