Zapewne wiele osób, zainspirowanych twórczością Pani Joanny, próbuje pisać
opowiadanka, ku "podniesieniu ducha i pokrzepieniu nastroju". Pozwalam sobie
umieścić historyjki, pisane przeze mnie,oparte na rzeczywistych wydarzeniach
i pisane w "chmielewskim" stylu.
Hmm - właściwie historia powinna być poprzedzona krótkim wstępem.
Rzecz dzieje się w pewnym biurze poważnej instytucji, w pokoju "zamieszkałym"
przez cztery lekko zwariowane i zaprzyjaźnione ze sobą osoby: Mateusza, Ankę,
Wańdzię i Autorkę niniejszego wpisu. Poza tym, że zajmujemy się rzeczami
niepoważnymi, jednak pracujemy, choć może się wydawać odwrotnie.
Tło historii jest prozaiczne. Mateusz posiada kotkę, którą znalazłam ja pod
swoją własną skrzynką pocztową w pudełku po butach. Była tam wraz z trójką
swojego rodzeństwa, które z braku powietrza udusiło się (pomijam komentarz do
tego zdarzenia i "tego coś" co tak zrobiło

). Znalazłam pudełko wychodząc do
pracy i koteczkę siłą rzeczy przyniosłam ze sobą. W planach było, że koteczka
zostanie u mnie, ale Mateusz tak się uparł, że podarowałam mu Znajdkę, która
wyrosła na przeuroczą koteczkę, która nie gorzej niż Kochana Kobieta jakiemuś
Zakochanemu Panu - "zawróciła" w głowie Mateuszowi. Mateusz nie upilnował i w
odpowiednim czasie Znajdunia (w skrócie Dunia) udała się na "rekonesans", co
zaowocowało tym, że Mateusz "awansował" do posiadania koteczki w stanie
błogosławionym. Rzecz rozpocznę opowiadać od momentu, gdy w nocy obudziła
mnie dzwoniąca w środku nocy komórka...
Pozdrv.