Dodaj do ulubionych

Rogatek, czyli przygody kota.:)

29.11.03, 15:42
Zapewne wiele osób, zainspirowanych twórczością Pani Joanny, próbuje pisać
opowiadanka, ku "podniesieniu ducha i pokrzepieniu nastroju". Pozwalam sobie
umieścić historyjki, pisane przeze mnie,oparte na rzeczywistych wydarzeniach
i pisane w "chmielewskim" stylu.

Hmm - właściwie historia powinna być poprzedzona krótkim wstępem.

Rzecz dzieje się w pewnym biurze poważnej instytucji, w pokoju "zamieszkałym"
przez cztery lekko zwariowane i zaprzyjaźnione ze sobą osoby: Mateusza, Ankę,
Wańdzię i Autorkę niniejszego wpisu. Poza tym, że zajmujemy się rzeczami
niepoważnymi, jednak pracujemy, choć może się wydawać odwrotnie.

Tło historii jest prozaiczne. Mateusz posiada kotkę, którą znalazłam ja pod
swoją własną skrzynką pocztową w pudełku po butach. Była tam wraz z trójką
swojego rodzeństwa, które z braku powietrza udusiło się (pomijam komentarz do
tego zdarzenia i "tego coś" co tak zrobiłosad). Znalazłam pudełko wychodząc do
pracy i koteczkę siłą rzeczy przyniosłam ze sobą. W planach było, że koteczka
zostanie u mnie, ale Mateusz tak się uparł, że podarowałam mu Znajdkę, która
wyrosła na przeuroczą koteczkę, która nie gorzej niż Kochana Kobieta jakiemuś
Zakochanemu Panu - "zawróciła" w głowie Mateuszowi. Mateusz nie upilnował i w
odpowiednim czasie Znajdunia (w skrócie Dunia) udała się na "rekonesans", co
zaowocowało tym, że Mateusz "awansował" do posiadania koteczki w stanie
błogosławionym. Rzecz rozpocznę opowiadać od momentu, gdy w nocy obudziła
mnie dzwoniąca w środku nocy komórka...

Pozdrv.smile
Obserwuj wątek
    • white.falcon Początki nieszczęść. :) 29.11.03, 15:45
      Obudziła mnie w nocy dzwoniąca komórka. Wygrzebałam się ze snu, w którym
      krążyłam po tajemniczym mieście i wymacałam ją na stoliku, zrzucając jeden z
      budzików.
      - Tak, - wychrumkałam półsennie.
      - Są, są, aż cztery, - usłyszałam zachwycony wrzask Mateusza, - Są. Urodziły
      się w szafie. Dunia je teraz myje.
      Odsunęłam telefon od ucha: - Mateo, rozumiem. Są cztery kociątka, ale dlaczego
      w szafie?
      - Bo tak Dunia wybrała, - rzeczowo wytłumaczył Mateusz, - Na moich koszulach.
      - To nie położyleś jej kocyka? - zdziwiłam się.
      - Nie. Dunia nie pozwoliła. Zresztą nie miałem czasu. Da sie je jakoś uprać?
      Mam na myśli koszule, - zapytał rzeczowo.
      - Raczej wyrzucić.
      - To w czym ja będę chodzić? - z rozpaczą spytał Mateusz.
      - Miałeś tam wszystkie koszule?
      - Tak. Nie - jedna wisi na garniturze - uprasowałem.
      - Wariat, - stwierdziłam.
      - Ale Dunia tak chciała, - wyjęczał.
      - Wiesz, pogadamy w pracy, - stwierdziłam.
      - Ale jak ja zostawię Dunię, - zajęczał Mateusz.
      - Masz być w pracy. Nic jej nie będzie.

      Rano Mateusz spóźniał się. Siedziałyśmy z Anką przy porannej kawie i smętnie
      wpatrywałyśmy się w drzwi. Ankę też uszczęśliwił telefonem i koszulami.
      Nareszcie, pół godziny spóźniony, wleciał Mateusz. Pierwsze co zrobił, to
      dopadł czajnika i po zrobieniu herbaty, wpił się zębami w bułkę.
      - Mógłbyś coś powiedzieć, - powiedziała Anka z lekka naganą w głosie, - Choćby
      dzień dobry.
      - Mają ogi, - wyciamciał Mateusz znad bułki.
      Popatrzyłam na Ankę, Anka popatrzyła na mnie. Stwierdziłam, że przeżywamy
      podobny zamęt w umyśle.
      - Wszystkie koty maja nogi, - powiedziałam łagodnie, by nie
      drażnić "szczęśliwego Ojca", - Ściślej - łapki.
      - Jeden ma ogi, - wyszemrał Mateusz.
      - Inne nie? - ze zgrozą spytała Ania.
      - Inne nie. Jeden ma rogi, - powiedział Mateusz bardziej przytomnie, bo bułkę
      przełknął.
      Otworzyły się drzwi. Stanął w nich naczelnik i po powitaniu, stwierdził: "Panie
      Mateuszu, jedziemy na naradę do Centrali. Zabieram Pana." Mateusz chwycił
      teczkę i już go nie było.

      W ten sposób w nasze życie wkroczył Rogatek. Nie wiedziałyśmy, że wkroczy - jak
      góra Mahometa, na stałe i z uporem będzie nas uszczęśliwiał różnymi swoimi
      przypadłościami życiowymi, o których będzie mowa dalej. Oczywiście, jeżeli
      chcecie wiedzieć dalej, co dzieje się z rogatym kotem, bo istnieje, jest i jego
      przygody są spisywane na bieżąco przeze mnie od trzech miesięcy.smile

      Pozdrv.smile
      • aniutka77 Re: Początki nieszczęść. :) 29.11.03, 15:48
        chcemy! kot z rogami? wychowałam dwa pokolenia kotów, odbierałam trxzy porody,
        ale z rogami mi się jeszczxe nie trafił, był tylko taki z połową ogonka, ale
        to już inna historia...
        • lol21ndm Re: Początki nieszczęść. :) 29.11.03, 17:01
          Wprawdzie wole psy, ale moze byc i kot... wink
          Pisz dalej, czytam bardzo chetnie (- tym bardziej, ze wszystkie Chmielewskie
          przecyczytalam juz po kilka razy). big_grin
    • aniutka77 Re: Rogatek, czyli przygody kota.:) 29.11.03, 15:45
      ooooo, ja czytam!
    • white.falcon "...ogi" Rogatka :) 29.11.03, 15:46
      Mateusz znikł, komórki nie odbierał przez cały dzień, co było jeszcze
      zrozumiałe, gdyż był na naradzie. Natomiast to, iż nie odbierał jej w domu
      zinterpretowałyśmy jako informację, iż nie chce zakłócać Wielkiego Spokoju
      Duni. "Na umysł mu padło," - stwierdziła Ania.

      Dwa dni przeżyłyśmy, snując domysły na temat możliwości wystepowania rogów u
      zwykłego skądinąd kota. Pojawienie się Mateusza zaowocowało "przyparciem" go
      do "muru" przez trzy harpie, żądne wytłumaczenia. To, że mówiłyśmy równocześnie
      nie miało znaczenia. Mateusz zaś domagał się oddania mu torebki z drugim
      śniadaniem, które zabrałyśmy mu, by usłyszeć sensowną relację.

      Mateusz powiódł po nas zmęczonym wzrokiem: - Jeden kotek ma rogi. Jest
      najmniejszy ze wszystkich. Na pozostałe mam już chętnych po odchowaniu, a tego
      chyba nikt nie zechce. Zresztą mi go szkoda, bo jest chyba niedojdą. Muszę go
      podstawiać pod brzuch Duni, bo ona chyba mniej na niego zwraca uwagi. Jest
      maleńki i ma takie pieńki na główce pod skórą, takie, jak miewają małe baranki,
      gdy im różki się "wykluwają". Chyba rogi, jak myślicie?
      - Koty nie miewają rogów, - oświadczyła Ania z przekonaniem, - Moja Niuńcia nie
      ma i jej dzieci też nie miały. Zanieś go do weterynarza.
      - Jeszcze wcześnie, - stwierdziła Wańdzia, - To jeszcze maleństwo. Ty, Mateo,
      lepiej odczekaj. Może jest genetycznym mutantem...
      Nie zdążyła dokończyć, bo Mateusz "zapienił się": - Nie może być mutantem. To
      będzie dobry normalny kot. Przejdzie mu, może to fałdki skóry.
      - Zobaczymy, Mateo, - powiedziałam ugodowo, - Zrób mu zdjęcie, to zobaczymy...

      Następnego dnia nasza uwaga skupiła się na zdjęciu malutkiego, które leżało
      sobie na poduszce z "chwaścikami" i miało bardzo "nie-kocięcy" wyraz kociej
      mordki. Rzeczywiście, po dwóch stronach łebka symetrycznie występowały
      małe "kopczyki", coś, co można było uznać za różki, szczególnie dlatego, że
      Mateusz zrobił zdjęcie tak, że cień główki na ścianie robił wrażenie własnie -
      rogate.
      - Ma rogi, czy nie ma? - dopytywał się Mateusz.
      - Ma, - stwierdziłyśmy jednoznacznie, - Idź Ty z nim do weterynarza, jak się
      trochę odchowa.

      Teraz Rogatek rośnie w moich notatkach i póki co nie robi nic ciekawego, co
      wyróżniałoby go z rzeszy kociąt w jego kategorii wiekowej. Mijają trzy
      tygodnie...


      Pozdrv.smile
    • white.falcon Rogatkowe "rogate bitwy". :) 29.11.03, 15:48
      Mateusz po patu tygodniach wszedł "na pokoje urzędowe" z miną marsową. Guziki
      kurtki miał zapięte nieodpowiednio, i, co mu się zdarza wyjątkowo rzadko -
      nieogolony. "Opadł" na fotel i nic nie mówiąc wpatrzył się w okno.

      Nastrój Mateusza momentalnie dostrzegłyśmy, więc przeprowadziłyśmy stosowne
      działania, podtykając mu pod nos herbatę, ciasteczko, usłużnie "w zębach"
      przynosząc mu korespondencję z jego teczki w sekretariacie. "Pękł" gdzies około
      południa: - Byłem z Rogatkiem u weterynarza wczoraj. Wiecie, że to, co ma na
      łbie to jest niewiadomo co? Doktor stwierdził, że to chrząstkowo-kostne
      narośle, które raczej niewarto usuwać chirurgicznie, bo... niewiadomo, z czym
      są powiązane i wogóle to niewiadomo, co to jest. Powiedział, i to jest
      pocieszające, że kotu to nie przeszkadza w żaden sposób. Poprostu do końca
      swoich dni będzie miał rogi i już.
      - I tym się zmartwiłeś? - zainteresowała się Wańdzia.
      - Nie, - Mateusz popatrzył w sposób, sugerujący otępiałość, - Nie mówiłem Wam.
      On mnie bodzie.
      - Co robi? - nieomalże chóralnie zadałyśmy pytanie. Anka strąciła ze stolika
      pudełko pinezek, które malowniczo rozsypały się po podłodze. Nikt jakoś nie
      kwapił się zbierać deficytowego produktu.
      - Bodzie, - westchnął Mateusz, - Wiecie - jest najmniejszy i braciszek z
      siostrzyczkami upodobali gnębienie go. Więc w jakiś sposób odkrył, skubany,
      swoistą broń. Gdy już mu dokuczą, to najpierw ucieka, a potem zawraca i nachyla
      łeb i tymi rogami bodzie dowcipnisia. Koty tak się nie zachowują. Dzisiaj z
      rana, gdy zamiast napełnić odrazu karmidełko, odebrałem telefon, rozpędził się
      i ubódł mnie. Mało - bodzie i nie odzywa się. I potem znowu - do skutku. Czy on
      jest - ten-tego - normalny?
      No i co można było powiedzieć? Milczałyśmy najpierw, a potem nagle zaczęłyśmy
      się śmiać jak dzikie. Wszystkie bowiem wyobraziłyśmy kota, który bodzie jak
      baranek.

      To pierwszy wyczyn Rogatka. Zachowuje się tak nadal, jeżeli ktoś mu dokuczy,
      albo czegoś chce. Szczęśliwie te rogi mu nie wyrosły, choć są widoczne, więc
      bardzo bolesne to nie jest, choć jak dobrze wyceluje, to zostawia dwa małe
      sińce. Osobiście doświadczyłam przyjemności kontaktu z "rogami".

      C.d.n.

      Pozdrv.smile
    • white.falcon Rogatkowe odkrycie.:) 29.11.03, 15:54
      - Lubicie gołąbki, takie z ryżem i mięsem w środku? - któregoś dnia zapytał
      Mateusz.
      - Mogłabym zjeść, a co - zrobiłeś i przyniosłeś do spróbowania? -
      zainteresowałam się. Od czasu pojawienia się Duni Mateusz robi różne dziwne
      rzeczy, więc nie zdziwiłaby mnie "produkcja" gołąbków w jego wykonaniu. Ale
      miałam spore wątpliwości - reklamówki ze słoikiem nie przyniósł ze sobą, a w
      teczce zapewne się nie zmieściłyby się.
      - A na taki przykład, jak ugotujecie ich dużo w dużym garnku i chcecie je
      ostudzić, to wystawiacie na balkon? - zapytał Mateusz, - Co jeszcze z jedzenia
      wystawiacie na balkon?
      - Ja w zimie "zimne nóżki". Szybciej ścinają się na mrozie, - powiedziała
      Wańdzia.
      - Szampana, by się schłodził przed Sylwestrem, - dodała Ania, - Ale, Mateo, o
      co chodzi?
      Mateusz z zadumą wertował dokumenty i nie podnosząc głowy odrzekł: -
      Pamiętacie, jak wygląda mój balkon? Chodzi mi o to, że jest sprężony z balkonem
      sąsiadów. Ich pnącze - takie ozdobne, zwisają na moja stronę. Zamilkł.
      Popatrzyłyśmy na siebie z zainteresowaniem, bo związek pomiędzy pnączami,
      gołąbkami i sprężonym balkonem klarował się w dość zagadkowy sposób.
      - No i? - pogoniłam Mateusza.
      - Od dwóch dni u siebie na biurku za słownikiem znajdowałem "wypatroszone"
      liście gotowanej kapusty. Wcześniej odkrywałem tam okruszki gotowanego mięsa.
      Wiecie, okruszki mogły jeszcze pochodzić z karmidełka, ale liście kapusty? Mi
      się skojarzyły z gołąbkami. Dzisiaj dokonałem odkrycia. Rogatek kradnie.
      Sąsiadka, jak się okazuje, wystawia gar na balkon po to, by ostygł przed
      wstawieniem do lodówki, czasem jej się nie mieści i stoi w cieniu pod pnączami.
      Skąd o istnieniu garnka dowiedział się Rogatek - nie wiem, ale dziś widziałem
      sam, jak on to robi. Od mojej strony włazi na stołek, potem wdrapuje się na
      krawędź donicy i po pnączach wspina się na sąsiedzki balkon. Strąca nie do
      końca pokrywkę i wyciąga to, co akurat jest na wierzchu. Potem "transportuje"
      to na mój balkon i, by uchronić zdobycz przed rodzeństwem, chowa się z nią za
      słownik i zjada. Czy ja go nie karmię? - Mateusz powiódł smutnym wzrokiem po
      nas.
      - On pppollujjeee, - wyjęczałam, płacząc ze smiechu.
      - A nie pomyślałeś o tym, że on postanowił Ciebie dokarmiać? - prychając
      śmiechem, spytała Wańdzia.
      - Tak myślicie? To może on mnie lubi?, - rozpromienił się Mateusz.

      C.d.n.
    • rubeus Re: Rogatek, czyli przygody kota.:) 29.11.03, 16:43
      falconeto, zmniejsz dawki... bo współforumowicze pękną ze smiechu... smile))
      • lol21ndm Re: Rogatek, czyli przygody kota.:) 29.11.03, 17:12
        Pisz, pisz... ale tylko pod warunkiem, ze masz materialu sporo.... inaczej
        bedzie zle... wink
        • rubeus Re: Rogatek, czyli przygody kota.:) 29.11.03, 17:51
          hmm... znam opowieści o rogatku z innego forum... jeszcze jest ich trochę smile
          Zebrane cuzamen i wydrókowane zajmują powyżej 10 stron smile)) i to czcionką 11-tką smile
          • white.falcon Re: Rogatek, czyli przygody kota.:) 29.11.03, 18:04
            Wiem, że znasz, Rubeus. Tam jest oryginał, a tu "ciurkam" powoli kopią. Chcę
            poznać zdanie ludzi z tego forum.smile

            Pozdrv.smile
    • white.falcon Przyjaciel Rogatka :) 29.11.03, 17:30
      - Miałem kapcie, - któregoś pięknego dnia, wynurzając się z otchłani recepcji,
      powiedział Mateusz.
      Jak jeden mąż - a raczej, jak jedna Pani, zerknęliśmy podejrzliwie na nogi
      Mateusza. Chadzał raczej w normalnym męskim obuwiu i kapci u niego nigdy nie
      zaobserwowałyśmy.
      Mateusz usiadł ciężko, odkładając na bok dokumenty. - Miałem paputki, - z
      pewnym żalem oświadczył raz jeszcze.
      - Rogatek?! - domyślnie nawet nie spytałam, a oświadczyłam.
      - A żebyś wiedziała, - z niejaką zaciętością w głosie powiedział Mateusz.
      Złożyłam to na karb trudnej rozmowy z zaturbanionym Hindusem, który uporczywie
      od kilku dni nas prześladował na recepcji, choć załatwienie jego sprawy
      ewidentnie nie należało do naszych kompetencji, co wszyscy usilnie próbowali mu
      przekazać, a nie docierało do niego nic. Teraz "padło" na Mateusza.
      - Nie duś w sobie, powiedz, co "rogi" znów umyśliły, - powiedziałam w miarę
      łagodnie.
      Mateusz wyciągnął nogi i zadał retoryczne pytanie, wpatrując się w obuwie,
      tkwiące na jego nogach: - Pewna pociecha, że to nie moje buty wyjściowe.
      - Mów, bo Ci je przedziurkuję dziurkaczem, - zagroziła Anka.
      - Sądzę, że Rogatkowi brakuje przyjaciół, - powiedział smętnie Mateusz.
      Takie oświadczenie nas zaskoczyło. Do odbioru przez chętnych reszty rodzeństwa
      zostawało trochę czasu, więc naszym zdaniem, niczego mu póki co nie brakowało,
      a w szczególności rozrywki.
      - I co?, - spytałam podejrzliwie. Znając Mateusza, to mógł wpaść na równie
      genialny pomysł "umilenia" życia Rogatkowi, co sam rogaty kotek.
      - Miałem klaputki, - smętnie powiedział Mateusz.
      - Mam dość. Miałeś i nie masz? - Wańdzia zsunęła na czoło okulary, - Mów po
      ludzku, co się stało!
      - Nie mogę ich założyć, bo tam mieszka przyjaciel Rogatka. Rogatek go przyniósł
      i tam ulokował i przynosi mu kawałeczki jedzenia z karmidełka i mu wpycha do
      kapcia, - powiedział ze smutkiem Mateusz.
      Zamknęłam oczy na dłuższą chwilę, zatchnęło mnie. Nie mogłam sobie wyobrazić,
      co żywego mógł kot przywlec, ulokować w kapciu i dokarmiać. Nie mieściło to mi
      się w głowie.
      Po dłuższej chwili zorientowałam się, że panuje cisza jak makiem zasiał.
      - Kto to jest? - spytałam słabo, nie wiedząc, czego się spodziewać.
      - Jaszczurka, - odpowiedział Mateusz. - Co mam robić? Nie chcę zabrać Rogatkowi
      przyjaciela.
      - A rodzeństwo?
      - Rogatek pilnuje kapcia. Nie dopuszcza ich do kapcia, "wwindował" go na
      parapet, a Dunia patrzy na to łaskawym okiem.
      - Nie bądź taki łaskawy, - nagle powiedziała Wańdzia, - Rozbestwiasz kota,
      pozwalając mu mało, że na kradzież gołąbków, to jeszcze na sprowadzanie
      przyjaciół do domu. Wyrzuć jaszczurkę gdzieś na polance razem z kapciem. Chyba
      nie sądzisz, że będziesz go nosił.
      Mateusz podobno tak zrobił. Podobno, bo zapytany o realizację rady Wańdzi,
      zawsze wymiguje się od sensownej odpowiedzi.

      C.d.n.

      Pozdrv.smile
      • aniutka77 Re: Przyjaciel Rogatka :) 29.11.03, 18:05
        kapiesz tym kotkiem -rogatkiem, powolutku, kropelka po kropelce... Jak jeszcze
        raz dziś włączę komuter, to chyba pobiję swój rekord!
      • aniutka77 Re: Przyjaciel Rogatka :) 29.11.03, 18:06
        moja kotka też miała przyjaciela, ściślej mówiąc, przyjaciółkę, ćmę, bawiła
        się z nią 3 dni, a potem...ją ściamała!
        • jolajola1 Re: Przyjaciel Rogatka :) 29.11.03, 18:36
          tu tez Rogatek, pomysłowe zwierzę ????
          hehehe, a miałam się smiać tylko na jednym forum, to nie - drugie przybyło
      • edeka5 Re: Przyjaciel Rogatka :) 30.11.03, 00:58
        Kiedy ciąg dalszy nastąpi?
        • aniutka77 Re: Przyjaciel Rogatka :) 30.11.03, 01:00

    • white.falcon Rogatek kontra listonosz.:) 30.11.03, 01:06
      - Ciekawość Rogatka nie zna granic, - tonem zmęczonego bawoła stwierdził
      Mateusz, siadając na krześle, - Mam przerąbane u wszystkich. Powinienem się
      zamknąć z Rogatkiem i nie wychodzić na świat Boży. Póki był mały, to jeszcze
      dawało się przetłumaczyć ludziom, że głupie to-to. Teraz wygląda na normalnego
      podrośnietego kotka, aczkolwiek z rogami, ale to szczegół, ale zachowania nie
      zmienił. Dalej jest taki sam i rozwija swoje umiejętności.
      - Nie wątpię, - stwierdziła autorytatywnie Wańdzia, w końcu jakiś autorytet, bo
      jako jedyna w pokoju "dorobiła się" już wnuczka, - Musiałbyś lecieć do
      weterynarza, gdyby czegoś nie umyślił w ciągu tygodnia, by Ci "umilić" życie.
      Ania i ja milczałyśmy, wiedząc, że zapewne Rogatek coś znów "zmalował".

      - Był u mnie listonosz z listem poleconym, - powiedział Mateo, odrywając się od
      absorbujących go rozmyślań na tematy Rogatkowe, - Jest to starszy nobliwy Pan,
      którego znam tyle, ile mieszkam w swoim mieszkaniu. Poczęstowałem go herbatą, -
      powiedział Mateo z niejakim smutkiem.
      Oczami duszy ujrzałam listonosza, który napił się herbaty, w przyrządzaniu
      której przez niedopatrzenie Mateusza, brał chyba udział Rogatek. Nie chciało mi
      się patrzeć na ten obraz duszy. Ania widocznie wyobraziła coś podobnego, albo
      gorszego, bo lekko zbladła. - I co? - zapytała.

      - Nic, - odpowiedział Mateo, - Wypił herbatę, zjadł ciasteczko i poszedł sobie
      z torbą... Minęło pół godziny i wrócił. Rogatek wszedł mu do torby i rozdydolił
      pakiet z emeryturami, czy rentami, czy czymś takim. Mało, że listonosz natknął
      się na łeb Rogatka, gdy wymacywał pakunek z pieniędzmi, to jeszcze pakunek i
      pieniądze zostały uszkodzone - podziurkowane pazurkami i obślinione.
      Szczęśliwie zna mnie i wie, że kocio jest mój, bo nikt dookoła - jak mi
      powiedział: "nie ma takiego cudaka" i mi go odniósł. Ja nie chcę mieć problemów
      z Pocztą Polską, jeszcze mi brakuje, bym był podejrzany o próbę podwędzenia
      jakichś pieniędzy.

      Wzięłyśmy czynny udział w uspokajaniu Mateusza, wykonując kilkanaście telefonów
      do Poczty Polskiej i zadając kretyńskie pytania. Wyszło na to, że nic
      Mateuszowi za rozdydolenie przez kota pakietu, zawierającego pieniądze, nie
      grozi. Odetchnęłyśmy. Perspektywa przebywania Mateo i Rogatka w jakimś areszcie
      i donoszenia im paczek nam się bardzo nie podobała. Tym bardziej, że znając
      pomysłowość Rogatka, mógłby sprowadzić na manowce, i to licho wie, jakie, każdą
      porządną instytucję, łącznie z jakimś aresztem i jego klientami. Wolałyśmy mieć
      pewność, że takie coś nie nastąpi. wink

      C.d.n.smile

      Pozdrv.smile
      • aniutka77 Re: Rogatek kontra listonosz.:) 30.11.03, 01:14
        ja jak ten rogatek, wisze nad komputerem, i czekam na dalszy ciąg, a tu się
        okazuje, ze czekasz tylko na zaproszenie! No to masz moje oficjalne, czy jeden
        odbiorca wystarczy?
        • edeka5 Re: Rogatek kontra listonosz.:) 30.11.03, 01:23
          Dwóch!!!!!
          • aniutka77 Re: Rogatek kontra listonosz.:) 30.11.03, 01:27
            trzeba być wyrozumiałaym, takie pisanie może trochę trwać....ale ja dziś już
            od 18 tak czekam
          • lol21ndm Re: Rogatek kontra listonosz.:) 30.11.03, 11:56
            edeka5 napisała:

            > Dwóch!!!!!


            A ja to co? Dorsz? A dorsz to nie ryba?
    • white.falcon Rogatkowa "przygoda":) 30.11.03, 01:33
      Najpierw ciężką smugą wpłynęła do pokoju ohydna, koszmarna woń. Mało, że
      smród "nadszedł" nagle, to odrazu zaczęłyśmy kichać i kaszleć jak oszalałe.
      Smród się nasilił, a w chyba jego szczytowej fazie w drzwiach stanął Mateusz,
      trzymając pod pachą teczkę i spore zawiniątko, na które składały się ręczniki,
      ścierki, reklamówka i jakieś inne szmaty, nie byłyśmy pewne, czy nie skarpetki.
      Za Mateuszem zlecieli się lokatorzy sąsiednich pokoi i naczelnik.

      - Panie Mateuszu, co to znaczy? Co Pan do jasnej cholery przyniosłeś? - spytał
      się głosem obrażonego tygrysa naczelnik, choć raczej głos był na pokaz, bo
      naczelnika mamy "do rany przyłóż".
      - Kota, - Mateusz miał łzy w oczach i sam wyglądał tak, jakby obejrzał z
      dziesięć odcinków serialu o Isaurze ciurkiem.
      - Dlaczego kot śmierdzi? - zainteresował się naczelnik.
      - Bo nie miałem czasu go wymyć, a nie chciałem się spóźnić do pracy, - wyjaśnił
      Mateusz.
      - To Pan go chce tu prać? - zdziwił się naczelnik.
      - A gdzie?! - z rozpaczą w głosie wyjąkał Mateusz.
      Naczelnik popatrzył po wszystkich dziwnym wzrokiem, machnął ręką i odchodząc w
      dal korytarza, rzucił przez ramię: - Koleżanki niech Panu pomogą - hiiiii -
      uprać kota. Tylko potem - hiiii - porządnie wywietrzcie pokój - hiii.

      Na polu bitwy zostaliśmy my, Mateusz i lekko szamoczący się pakunek. Wańdzia,
      przewidując wydarzenia, udała się do sprzątaczki w celu wyżebrania jakiejś
      balii, bądź wiaderka.
      - Odwiń Rogatka, - poleciłam Mateuszowi.
      - A skąd wiesz, że to Rogatek? - zdziwił się niepomiernie Mateusz.
      - A jak myślisz, kto inny miałby to być? Dunia? To porządna kotka, a nie taki
      komplikator życia, jak Rogatek, - odparłam.
      Mateusz powoli zaczął wyciągać kotka z łachów. Wyłoniło się coś, co mało
      przypominało kota. Ściślej - do połowy przypominało kotka z różkami, bo tylna
      część ciałka była usmarowana ściśle i na amen czarną substancją, wydzielającą
      ten obrzydliwy fetor.
      - Gdzie wlazł? - rzeczowo spytała Anka.
      Mateusz nie zdążył odpowiedzieć, bo rogaty kotek, dotąd spokojnie siedzący na
      łachach i sprawiający wrażenie lekko przymulonego nagle... otrzepał się.
      Kawałki substancji, oblepiającej jego futerko rozbryzły się dookoła, ozdabiając
      ściany, sufit i biurka malowniczą masą mniejszych i większych "ciapków". Woń
      wydatnie zwiększyła się. - Miau, - żałośnie powiedział Rogatek, i potrząsnął
      tylną łapką. Pac. Większy kawałek tego czegoś wylądował na ekranie komputera.
      - Zawiń go, - wrzasnęła Ania.

      W drzwiach pojawiła się Wańdzia z kubełkiem wody i rękawiczkami. Popatrzyła
      smutnym wzrokiem na "ozdobienie pokoju" i stwierdziła łamiącym się głosem: -
      Dziś do domu chyba nie wyjdziemy.

      Czym jest umycie kota w wiaderku przy pomocy zwierzęcego szmponu do włosów w
      warunkach ku temu nie sprzyjających wie tylko ten, kto dokonał tego czynu.
      Rogatek zniósł to dzielnie, choć usiłował spróbować organoleptycznie smaku
      wody, przebiegł kilka razy po pokoju, zostawiając czarne smużki na wykładzinie
      i dopiero po trzecim kubełku wody odzyskał wygląd zbliżony do kociego. Później,
      zawinięty w ciepły ręcznik, i, zapewne zmęczony przygodami, przedrzemał cały
      dzień, ulokowany na szerokim parapecie. Wyraz rogatej mordki wyraźnie
      sugerował, że czuje się niebiańsko szczęśliwy po pozbyciu się smarowidła i
      zapachu, którym obdarował... sam siebie. Gdzie - to pozstało jego słodką
      tajemnicą.

      - Wiecie, co? - spytał Mateusz, gdy zziajani praniem kotka i myciem pokoju
      nareszcie usiedlismy spokojnie przy biurkach, - Ja muszę jeszcze dziś dom
      wysprzątać i zmienić pościel, bo gdy wrócił, to o nią się wycierał chyba.
      Tarzał się po niej i darł się tak, że sąsiedzi mnie teraz będą uważać chyba za
      dręczyciela zwierząt. Skubany poszedł na spacer (gwoli wyjaśnienia - Mateusz
      mieszka na parterze) w nocy i musiał gdzieś znaleźć szambo i - to już mój
      domysł - chyba ćwiczył skoki. Dobrze, że się nie utopił. Wyobrażacie sobie, co
      by było, gdyby wpadł głową.
      Solidarnie wzdrygnęłyśmy się, a sprawca zamieszania cichutko chrumkał na
      parapecie, śniąc tajemnicze kocie sny.

      C.d.n.

      Pozdrv.smile
      • aniutka77 Re: Rogatkowa "przygoda":) 30.11.03, 01:55
        Moja kotka tez się utaplała, ale w krowim łajnie, gdzie go w mieście znalazła,
        to nie wiem, ale skuteznie bardzo pachniała!
        jeszcze!
    • white.falcon Rogatkowy "skarb". :) 30.11.03, 15:43
      - Jak tam Twój remont, Mateusz? - zapytała Ania po powrocie z delegacji,
      rzucając torbę podróżną na fotel, - Nie było mnie parę dni, więc nie jestem
      w "temacie".
      Mateusz radośnie uśmiechnął się: - Od przedwczoraj mam już spokój i
      przestaliśmy wraz z Dunią and company mieszkać na ruinach Groznego. Łazienkę
      wyrychtowali mi na super lux, tylko Dunia jest niezbyt zadowolona. Chyba ma
      pretensje, o to, iż na kafelkach jej łapki się ślizgają, gdy tam raczy wdreptać.
      - Kup dywanik, są takie, które można prać w pralce, - poradziła Wańdzia.
      - No to wszyscy jesteśmy, - stwierdził Mateusz, - Dziś piątek, a pamiętacie,
      Dziewczyny, co Wam obiecałem kiedyś?

      Jak było nie pamiętać. Na imieniny Mateusz otrzymał między innymi w prezencie
      od nas dużą, niezmiernie brzydką glinianą świnię-skarbonkę. Przyobiecał nam
      wtedy solennie, że będzie gromadził w niej dwuzłotówki na wspólne świętowanie
      tego wspaniałego dnia, gdy zakończy rozpoczęty i niemrawo ciągnący się remont
      łazienki. Fachowcy widocznie szybko "poznali" sie na ewidentnym braku
      jakiegokolwiek rozeznania Mateo w kwestiach prowadzenia remontu i prace
      wykonywali powoli, choć sumiennie. Najpierw zgromadzili w niemrawym tempie
      potrzebne materiały, następnie równie powoli zrujnowali mu łazienkę, robiąc
      kilkudniowe przerwy, zapewne na wykonanie robót gdzie indziej, tłumacząc
      przestoje chorobami, licznie nękającymi ich krewnych i powinowatych, ślubami i
      pogrzebami znajomych i przyjaciół, w których robotnicy uczestniczyli z wielkim
      zapałem i poświęceniem. Mateusz wierzył długo i cierpliwie, narzekając tylko
      sporadycznie na niedopałki, które robotnicy zwykli byli zostawiać we wszelakich
      pustych pojemnikach i które Mateusz ze wstrętem wyrzucał, bowiem sam nie palił
      i ze wzgardą spozierał na palaczy, w tym na mnie. Od jakiegoś czasu dzielił się
      radosną wieścią, że nareszcie chyba zmusił robotników do palenia poza miejscem
      pracy, bo niedopałków nie znajduje. Zapewne nawet potajemnie sądził, że może
      przekonał ich do niepalenia, co dla mnie z Anią wydawało się absurdem i jakimś
      kantem ze strony robotników.

      Cóż nareszcie nastał piękny dzień i Mateusz, postawiwszy na uprzednio
      rozłożonej gazecie glinianą świnię, popatrzył na trzy koleżanki-harpie i
      powiedział: - Już nawet dwuzłotówki mi źle się mieściły. Starczy chyba na
      szampana. Po czym odwrócił świnię brzuchem do góry lekko nadtłukł dziurkaczem
      jej brzuszek i wysypał zawartość na gazetę.

      Zamarłyśmy, bo zawartość świni była wielce nietypowa. Owszem, prawie połowę
      brzuchatego "majątku" stanowiły rzeczone dwuzłotówki, resztę zaś... pety i całe
      papierosy, guziczki, kuleczki papieru, kilka niemiłosiernie "skłębuszkowanych"
      sznurówek i nawet kawałek ołówka.
      - Co to jest? - zdumiał się Mateusz, - Robotnicy mi zrobili popielniczkę ze
      świni?
      - Aha, dodatkowo zabrali Ci sznurówki, ołówek i dla zabawy Ci wepchnęli do
      skarbonki, - zaczęłam się śmiać, - A ulubionym ich zajęciem było wciskanie do
      świnki kulek papieru i waty.
      Ania i Wańdzia nie powiedziały nic - zwijały się ze śmiechu.

      Po dobrej chwili poradziłam Mateuszowi, by po powrocie do domu umieścił świnię
      na stałym miejscu i bacznie ją obserwował. Minęło kilka dni...

      Mateusz wpadł jak burza do pokoju, gromko obwieszczając: - Mam. Przyłapałem.
      - Kogo? - spytała Wańdzia.
      Mateusz swiecił się jakimś wewnętrznym światłem: - Żartownisia. Wiecie kto to
      jest?
      - Nie musisz mówić, - powiedziała spokojnie Ania, nie poświęcając zbytniej
      uwagi radości, kipiącej w Mateuszu.
      - Tak, Rogatek, - powiedział Mateusz, - On bardzo się z tym kryje. A
      przyłapałem go przypadkowo, wtedy, gdy odbierałem nadgodziny i pisałem w domu.
      Chyba zapomniał o mojej obecności i gdy rodzeństwo udało się na sjestę, wyszedł
      i potem wrócił, potem tak zrobił jeszcze parę razy.
      - Gdzie wyszedł? - zainteresowało mnie, - I po co?
      Mateusz usmiechnął się z wyższością osoby wszystko wiedzącej: - Na dwór - przez
      balkon. Nie uwierzycie, ale popatrzcie, co jako skarb gromadzi. Mateusz wyjął
      znaną nam świnię i dokonał operacji opróżniania zawartości. Na gazetę wysypały
      się... niedopałki papierosów.

      - No tak, - powiedziała po chwili milczenia Wańdzia, - Jaki Pan, taki
      kram. "Zapatrzył" się w Ciebie, Mateo, i teraz z rozpędu sprząta okolice, bo w
      domu tego "towaru" zabrakło. Przecież Ty nie palisz.
      - Może powinienem? - zastanowił się Mateusz i podrapał się po czuprynie.

      Dużo czasu nam zajęło przekonanie Mateusza, że dla przyjemności
      gromadzenia "skarbów" przez Rogatka wcale, a wcale nie musi zaczynać palić.

      C.d.n.

      Pozdrv.smile
    • white.falcon Rogatek straszy. :) 01.12.03, 18:47
      Mateo był niespokojny. Ciągle zerkał na zegarek, w zdenerwowaniu czochrał się
      po czuprynie i w końcu zaczął przypominać młodego Chopina tyle, że z ciut
      krótszymi włosami. O jakiejkolwiek sensownej reakcji z jego strony nie było
      mowy. Najpierw nasypał sobie do kubka herbaty, później - po krótkiej nerwowej
      przechadzce po pokoju w oczekiwaniu na zagotowanie się wody w czajniku -
      dosypał to tego samego kubka kawy mielonej. Podbiegł do komputera, sprawdził
      pocztę. Znów włączył czajnik, dosypał do kubka tym razem Wańdzinej kawy
      rozpuszczalnej.

      Ja - siedząc twarzą do czajnika zaczęłam intensywnie "wślipiać" się w jego
      poczynania. Ania, siedząca naprzeciwko mnie, także się odwróciła, co zostało
      zauważone przez Wańdzię, która oderwała się od swoich statystycznych papierów,
      nad którymi trudziła się dwa dni, ubłagując nas o ciszę.

      Mateusz wreszcie nalał do kubka wrzątku, zamieszał zawartość i przeniósł się za
      swoje biurko.
      - Co to takiego? - usłyszałyśmy zdziwiono-narzekającą pretensję, - Żarty ze
      mnie robicie? Ja mam to pić??? Ja chciałem herbatę.
      - Najpierw nasypałeś herbaty, potem dosypałeś mojej kawy, a później było Ci
      widocznie mało i sypnąłeś rozpuszczalną kawę Wańdzi, - wyjaśniłam.
      - Ja to zrobiłem? - niepomiernie zdziwił się Mateusz.
      - Nie - Rogatek, - dusząc się ze smiechu powiedziała Ania, - Czemu tak się
      denerwujesz?
      - Bo dzisiaj przychodzi człowiek, by zainstalować mi nowego "Junkersa" w
      łazience.
      - I boisz się go? - zdziwiła się Wańdzia.
      - Nie boję się o Rogatka, - powiedział w zadumie Mateusz i więcej nie dał nam
      możliwości zrozumienia nietypowej zależności pomiędzy piecykiem gazowym, a
      Rogatkiem.

      ... Dzięń następny do momentu przyjścia Mateusza zapowiadał się sennie. Petenci
      też byli niemrawi, nie awanturowali się, nie przychodzili z dziwnymi sprawami z
      rodzaju: "W Armenii miałem super Dziadka, który zmarł w 1980 roku i ja musiałem
      wyjechać do Polski, gdzie mieszkałem u dobrych ludzi, którzy mnie utrzymują, a
      teraz chcę zalegalizować pobyt." Logicznych powiązań pomiędzy zmarłym super
      Dziadkiem, a nielegalnym pobytem w Polsce można doszukiwać się w tym samym
      stopniu, co powiązań pomiędzy inspiracjami Rogatka, a zdarzeniami, które
      prowokuje. Szczęśliwie na ten dzień dziwne sprawy nas też omijały.
      - Cisza przed burzą, - złowieszczo orzekła Wańdzia.
      - Wypluj to słowo, - natychmiast odpukała w biurko Ania.
      Biurko było ze sklejki, dlatego widocznie "odpukiwanie" nie przyniosło
      oczekiwanych skutków.

      Mateusz wślizgnął się do pokoju w postaci obłoku źle skrywanej rozpaczy.
      Opowiadać zaczął właściwie od progu:
      - Nagrabiłem sobie u "Junkersa", - przyznał się smętnie harpiom, zamarłym w
      oczekiwaniu, - Rogatek zachowywał się poprawnie - tylko schował mi kapcia. Poza
      tym zjadł i poszedł poleżeć na komputerze. Myślałem, że nie zwróci uwagi na
      wizytę fachowca.
      Mateusz umilkł na dłuższą chwilę.
      -I???? - pogoniłyśmy go równocześnie w opowiadaniu.
      - Fachowiec przyszedł, zaczął instalować piecyk. Wchodził na stołek, schodził.
      Ja robiłem mu herbatę. Nagle usłyszałem wrzask. Wiecie, co zrobił najpierw
      Rogatek? Wlazł do świezo upranej poszewki na poduszkę i przespacerował się w
      niej do łazienki. Fachowiec usłyszał szmer i się odwrócił i zobaczył w progu...
      żwawo poruszającego się ducha, który skoczył na krawędź wanny... Nagrabiłem
      chyba sobie u "Junkersa". Fachowiec mało palpitacji serca nie dostał.

      My mało nie dostałyśmy palpitacji serca ze śmiechu, wyobrażając sobie Rogatka w
      roli ducha.

      Pozdrv.smile

      C.d.n.smile
      • aniutka77 Re: Rogatek straszy. :) 01.12.03, 23:22
        A juz myślalam, że wicznosć mam czekać na dalszy ciąg
    • white.falcon Rogatek naraża się..:) 01.12.03, 23:31
      Mateusz chyba w końcu odzwyczai nas od sypiania - jak Bóg przykazał - w nocy.
      Takie wyrwanie z łagodnych marzeń sennych - to nic dobrego, szczególnie, gdy
      dzwoni komórka i na ekraniku wyświetla się napis "Mateo". Tak stwierdziłyśmy
      wspólnie i tak sobie siedziałyśmy, nękane losami Rogatka, a pośrednio -
      Mateusza. Ostatnie jego nocne telefony wyprowadziły nas z równowagi kompletnie.
      Mało, że dzwonił z jakiejś knajpy, która chyba nie należała, sądząc z
      wdzierającyh się odgłosów otoczenia, do restauracji, gdzie serwują łososia z
      grilla i pytają o rocznik wybranego wina, to rozmowa nie miała sensu, gdyż
      uporczywie przewijały się słowa: "Rogatek" i "co mam robić" i nic poza tym.

      Mateo wkroczył w końcu "na pokoje" jakoś - z jednej strony dumny, a z drugiej -
      jakiś przytłamszony. Usiadł, rzucił niedbale teczkę na stół i wygłosił: - Mafia.

      Tąpnęło nami lekko. Znając praworządny charakter Mateusza, który umarłby ze
      strachu, gdyby przejechałby się autobusem "na gapę" (za co tępi mnie, bo ja
      robię to namiętnie, uznająć, że 2.40 zł za przejechanie jednego - fakt -
      długiego przystanka, to za dużo - ale to szczegół) lub zrobił coś w tym stylu,
      zamarłyśmy w oczekiwaniu na opowieść. Mateusz nie kwapił się z opowiadaniem.
      Trochę poszperał w papierach i nagle spytał: - Drogo by mnie kosztowało, gdybym
      nabył broń?

      Wańdzia skamieniała. Dosłownie. Zamieniła się w słup soli, czy w pomnik "Matki-
      Polki" - jak kto chce. - Mateusz????!!! - wysyczała ze zgrozą. Ja i Ania, jako
      to młodsze pokolenie, zamarłyśmy w totalnym bezruchu. A Mateusz - nic. Nie
      zareagował nijak na Wańdzię.

      Ania nie wytrzymała. Wstała, wzięła zszywacz i walnęła nim przed nosem
      Mateusza. - Po co Ci broń? Zwariowałeś? - zapytała tonem nie znoszącym
      sprzeciwu. Mateusz niejako się ocknął. - Rogatek, - powiedział jednak
      małoprzytomnie. - Co, Rogatek? - tym razem Ania wrzasnęła.

      - Zadał się z mafią, - powiedział Mateusz i powiódł po nas wzrokiem,
      wyrażającym coś takiego, że nie szło tego określić, ani nazwać w ludzkim
      języku. Wańdzia wróciła do postaci zwykłej Wańdzi. - Powiedz normalnie, -
      poprosiła.

      Mateusz westchnął i opowiedział: - Nie wiem, po co, nie wiem, jak, ale Rogatek
      podczas swoich spacerów gdzieś się natknął na tzw. "Igora". Tak go tu nazywają -
      to znaczy u mnie. Podobno "trzęsie" Stadionem X-lecia, a na moim osiedlu
      wynajmuje mieszkanie. Podobno nienawidzi zwierząt, a Rogatek mu się ...
      spodobał. Ja na wewnętrznej stronie obróżki Rogatka wypisałem na wszelki
      wypadek numer komórki, bo chcę mieć pewność, że gdyby coś, to ktoś mnie
      powiadomi. I powiadomili... Musiałem lecieć do knajpy i nieomal błagałem, by
      Igor oddał mi kota. Igor nie chciał, bo stwierdził, że kot ma specyficzną
      inteligencję, która nie przysługuje zwierzakom i dlatego chce go mieć, bo kot
      będzie miał u niego dobrze i będzie mógł rozwinąć swój talent. Jaki??? Ja muszę
      bronić Rogatka!!!

      Faktem jest. Mateusz nie nabył broni, choć zmienił numer komórki, a Rogatek
      mieszkał przez trzy tygodnie - po kolei - u koleżanek-harpii. Kotek miał
      dobrze, gorzej - my. Ale czego się nie zrobi dla kolegi. smile

      Pozdrv.smile
      P.S. Opowieść o tym, co nam zrobił, zostawię na potem.smile
      • edeka5 Re: Rogatek naraża się..:) 02.12.03, 08:19
        Rodzina mnie wczoraj odsadziła od komputera, ale za to mogłam więcej przeczytać
        na raz o Rogatku. Nie wydrukujesz tego w całości?
        • rubeus Re: Rogatek naraża się..:) 02.12.03, 12:10
          nie narzekacjie i tak macie dobrze... bo macie w dużych dawkach na raz...
          na pierwotnym miejscu 'wystwieniczym' dostawaliśmy raz na dzień, bo falconetta musiała spisywać z notatek...

          Mam zebrane wszystkie dotychczas opublikowane opowieści w jednym pliku...
          tak więc za jakiś czas mogę udostępnić...
          • smitte Re: Rogatek naraża się..:) 02.12.03, 12:16
            rubeus napisał:

            > nie narzekacjie i tak macie dobrze... bo macie w dużych dawkach na raz...
            > na pierwotnym miejscu 'wystwieniczym' dostawaliśmy raz na dzień, bo
            falconetta
            > musiała spisywać z notatek...
            >
            > Mam zebrane wszystkie dotychczas opublikowane opowieści w jednym pliku...
            > tak więc za jakiś czas mogę udostępnić...


            A na jakim forum to było? Bo szukałam i nie mogłam znaleźćsad((((
            • rubeus Re: Rogatek naraża się..:) 02.12.03, 12:57
              hmmm... To jest ukryte forum prywatne, największe (czyt. z największa iloscią postów) na portalu gazety...
              Ale jak bardzo chcesz, mogę ci podesłać rogatkowe opowieści smile, ale nie wiem czy warto, bo u 'nas'jest tylko o 5 opowiastek więcej... a falconetta daj tu odrazu po kilka...
              • aniutka77 Re: Rogatek naraża się..:) 02.12.03, 13:17
                Ja chyba poczekam, właściwie to dzięki tym opowieściom chce mi sie rano do
                pracy wychodzić....
    • white.falcon Rogatek z wizytą u Wańdzi.:) 02.12.03, 19:48
      Wańdzia po kilku dniach "goszczenia" u siebie Rogatka wykazywała pewne
      objawy "mateuszowate". Zdążyła przyjść do pracy w różnych klipsach, spódnicy,
      zdradzającej objawy nie prasowania (co jej się nigdy nie zdarzyło), zapomniała
      o zabraniu ze sobą przepustki. No nieznana nam Wańdzia to była i już. Mateo w
      pracy nękał ją pytaniami o stan zdrowia i zachowanie Rogatka. Podobno, jak
      wyznała, czynił to też przez komórkę i to o różnych porach, bo mu na przykład
      przypomniało się, że ulubiona gumowa piłeczka Rogatka została w domu i był
      zdecydowany o pierwszej w nocy ją wieźć z Pruszkowa na Sadybę, co musiała mu
      wyperswadowywać wszelkimi siłami, m.in. uzywając argumentu pod postacią
      autorytatywnego stwierdzenia, że Rogatek śpi i naprawdę w tej chwili nie
      potrzebuje zabawki.

      Piątek był feralny. Mateo jeszcze nie było, ale Wańdzia i owszem. Minę miała
      bardzo "mateuszowatą". Ania czekała na mnie przed pracą. Tupała nogami i
      osłaniała się parasolką, bo było wstrętnie zimno i lało.
      - Zwariowałaś? Przeziębisz się, - zamiast "cześć", wystrofowałam przyjaciółkę.
      - Wańdzi coś jest, ale nie wiem co, tylko myślę, że to ma - hmmm -
      "rogatkowate" podłoże, - powiedziała smętnie.
      - Dopytamy się - chodź, - stwierdziłam.
      - Kiedy chcę poczekać jeszcze na Mateusza. Może będzie lepiej, jak nie pojawi
      się odrazu w pokoju? - wyraziła wątpliwość Ania.
      - A myślisz, że jak pojawi się później, to mu się "upiecze"? - zapytałam.
      Wróciłyśmy do pokoju.

      - A, jesteście, - powiedziała Wańdzia z lekką ulgą, - Chce Wam coś opowiedzieć,
      póki ta ofiara - Mateo - jeszcze nie przyszła. Ja mu nie powiem tego za skarby
      świata, bo jestem dobrze wychowana, ale Wy wiedzieć musicie, bo będziecie
      gościć Rogatka u siebie i musicie wiedzieć, co mały kotek może zrobić.

      - Nie gotujcie barszczu, - po chwili milczenia powiedziała Wańdzia.
      Oświadczenie zainteresowało nas ogromnie. - Nie gotujcie barszczu, - z
      naciskiem powtórzyła Wańdzia.
      - Przestań mówić tak, jak Mateo, - poprosiłam, - Opowiedz normalnie.
      Wańdzia popatrzyła na nas smutno. - Wiecie, Rogatek jest kotem z rodzaju "do
      rany przyłóż", nawet z tymi jego rogami i bodzeniem. Tyle że pomysły ma bardzo
      nie-kocie. Ugotowałam barszcz na dużym kawałku mięsa. Zupa stygła sobie na
      kuchence, a ja zdjęłam wysuszone pranie - akurat uprałam białe rzeczy, no i
      położyłam na fotelu, by później poprasować sobie, oglądając telewizję. Wyszłam
      do sąsiadki i gdy wróciłam, to pokrywkę z garnka zastałam odsuniętą, barszczowe
      ślady prowadziły na fotel z praniem i na moim pięknym haftowanym obrusie
      odkryłam ślady konsumpcji i resztę z tego kawałka mięsa.
      - Hiiii, zapomniałaś o tym, że Rogatek kradnie gołąbki? - zapytała Ania.
      - A na czym miał konsumować, jak nie na obrusie - przecież jest wychowanym
      kotkiem, - skomentowałam ja.
      - Pozyjecie, zobaczycie, - stwierdziła kąśliwie Wańdzia, - Ja nim jeszcze
      opiekuję się przez dwa dni, a potem same będziecie płakać. Przejdzie Wam ochota
      do śmiechu.

      Zapowiedź Wańdzi była trafna. Oj, przeszła nam ochota do śmiechu, przeszła.
      Teraz podziwiamy Mateo za jego cierpliwość i wyrozumiałość wobec Rogatka, ale o
      tym w części dalszej. smile

      Pozdrv.smile

      C.d.n.smile
    • white.falcon Rogatek "wizytuje" Anię.:) 02.12.03, 23:43
      Przeniesienie kotka z Sadyby na Mokotów teoretycznie nie powinno sprawiać
      trudu. Może to się i sprawdza w przypadku porządnych kotów, ale nie w przypadku
      Rogatka, przyzwyczajonego jeżeli już - to do wygodnej podróży samochodem Mateo,
      a to, że czasem w naręczu łachów i w postaci mocno smrodliwej - to już
      nieistotny drobiazg. Rogatek bowiem organicznie nie cierpi, jak się okazało,
      kociego koszyka.

      My, naiwne, sądziłyśmy, że skoro Mateo posiada koci koszyk, to wykorzystuje go
      czasem do noszenia Rogatka. Jak później wyjaśniło się - koszyk należy do Duni,
      która uważa, że szanujące się księżniczki powinny być odpowiednio izolowane od
      gruboskórnych dwunożnych istot na czas jakiejkolwiek podróży. Natomiast Rogatek
      ma odmienne zdanie na ten temat, o czym świadczy też jego zawieranie kompletnie
      nieodpowiednich znajomości, ale to też jest nic nie znaczący szczegół.

      Traf chciał, że Mateusz oddalił się z Warszawy w delegację służbową, mąż Ani
      zabrał się zaś samochodem na działkę i Ania, uzbrojona w koci koszyk swojej
      Niuńci udała się do Wańdzi odebrać Rogatka, mając zamiar przejechać się z nim
      zwykłym autobusem, szczególnie że był piękny słoneczny dzień. Gdybym ja
      wiedziała o tym zamiarze, to wybijałabym z całej siły jej podobny pomysł z
      głowy. Ale Rogatek ma to do siebie, że sprawia wrażenie łudzące i ludzie
      nagminnie zapominają o pewnych cechach jego charakterku, objawiających się w
      najbardziej nieoczekiwanych po temu chwilach.

      Niechęć do koszyka przez Rogatka nie została zaprezentowana tak odrazu.
      Widocznie był ciekaw, co też jego Mamusia widzi w noszeniu jej w tym dziwnym
      czymś. Ale już na przystanku stwierdził, że jest to wyjątkowo nudny sposób
      podróżowania, szczególnie, że słyszał ciekawe dźwięki dookoła, głosy jakichś
      nieznanych mu osób, które uznał za niezbędne chyba w jego życiu. Najpierw
      drapał delikatnie, potem chyba zaczął "bodać" drzwiczki koszyka, a potem
      do "bodzenia" dołączył krzyk. Krzyk p.t.: "Ratunku, zamknęli mnie, wolnego i
      nieubezwłasnowolnionego, zdrowego na ciele i umyśle kota." Nie był to krzyk
      strachu - jak opowiadała Ania - to był wrzask żądający i chyba, ale nie
      jesteśmy tego pewne, padały inwektywy w języku kocim. Wrzask ulegał nasileniu,
      przechodząc w jakieś tygrysie warczenie. Rogatek nasilił atak na drzwiczki i
      plastikowa obudowa nie wytrzymała i pękła. Ania schwytała w objęcia Rogatka w
      ostatniej chwili. Pół przystanku prawie leżało na ziemi ze śmiechu. Rogatek
      lekko się uspokoił, uznając, że odzyskał wolność i liznął Anię w nos. Natomiast
      odrazu wydarł się, gdy Ania chciała wepchnąć go do zdemolowanego koszyka. Swój
      protest poparł szamotliwym bodaniem, co jeszcze bardziej rozbawiło ludzi na
      przystanku.

      Starsza Pani, wycierając chusteczką mokre od śmiechu oczy, powiedziała do Ani: -
      Niech Pani go wiezie na ręku. On widocznie nie lubi koszyka.
      Ania usłuchała. Lepiej by jednak było, gdyby pozostała przy swoim
      dotychczasowym zamiarze.

      Do autobusu kotek i Ania wsiedli bez przeszkód. Rogatek pozwolił Ani skasować
      bilet, żywotnie zainteresowany dziwnie świszczącym urządzeniem, wypluwającym
      kartoniki. Nawet chciał wepchnąć na próbę łapkę w szczelinkę, "połykającą"
      bilety. Zapewne celem otrzymania nadruku i udowodnienia wszystkim, że nie jest
      gapowiczem. Ania usadowiła się na wolnym miejscu, drzwi się zamknęły, a
      Rogatek, dotąd nie podejmujący prób wyrwania się z objęć Ani, nagle dał susa i
      z rozmachem i ułańską fantazją i rozradowanym uśmiechem na mordce wylądował
      parę siedzeń dalej w koszyku jakiejś Pani. Pasażerowie, siedzący z przodu,
      oniemieli. Jakbyście się czuli, gdyby nad Wami, w miejskim autobusie przeleciał
      dziwny obiekt skacząco-latający i dodatkowo wylądował w Waszym koszyku?

      Ania wrzasnęła, Pani wrzasnęła, a Rogatek, widocznie sądząc, że tak trzeba -
      odwrzasnął. Powstało małe zamieszanie. Rogatek w koszyku stłukł jajka, rozwalił
      pojemnik z jogurtem i się umazał, Ania też się umazała, bo jak niby miałaby
      usunąć jajkowo-jogurtową zawartość z Rogatka w autobusie? Pani nie była zła, bo
      Ania uczciwie zwróciła jej pieniądze za szkody, poczynione przez Rogatka.
      Natomiast cały autobus ryczał ze śmiechu. Rogatek roglądał się dumnie i
      ciekawie. Jestem pewna, że wiedział, iż jest sprawcą tej radochy otoczenia.

      - Ma Pani gazetę, bo tak to Pani załkowicie zaświni sobie płaszcz, - powiedział
      młody chłopak i oddał Ani czytane pismo.
      - Nie szkoda Panu? - zapytała Ania.
      - Nie, absolutnie, - roześmiał się, - Nigdy czegoś tak zabawnego nie widziałem
      w życiu. Poratuję więc Panią.

      Ania dotarła do domu w poplamionym płaszczu, z brudnym kotem, ciekawsko
      gapiącym się na okolice z rulonu gazety i ze zdemolowanym koszykiem kocim
      Niuńci. Natychmiast powiadomiła nas o zdarzeniu na przemian wyjąc i płacząc ze
      śmiechu.

      Natomiast Rogatek widocznie uznał, że może przestać być niejako "na siłę"
      grzecznym, tak, jak u Wańdzi (mięso się nie liczy) i pokazał Ani, co tak
      naprawdę potrafi...

      C.d.n.

      Pozdrv.smile
      • aniutka77 Re: Rogatek "wizytuje" Anię.:) 02.12.03, 23:50
        też kiedyś wiozłam kota, w koszyku, do weterynarza....całkowicie rozumiem te
        sytuację, z tymże mój kotek, wyładował złosć na mnie, kopał, i wierzgał.
        Podobnie było u weterynarza. Od tamtej pory weterynarz przychodził do mnie, do
        domu.
    • white.falcon Rogatek chowa.:) 03.12.03, 19:15
      Tym razem Ania przyszła w postaci "mateuszowatej". Wańdzia uśmiała się - Też
      Cię trafiło, ale nie wiem, co.
      - Mów, póki Mateo nie przyszedł, - poprosiłam ja.
      - Dajcie mi spokój. Mąż się ze mną rozwiedzie, - powiedziała Ania, a w jej
      dużych niebieskich oczach zobaczyłam autentycznie kłębiące się łzy. - Dajcie
      spokój, - powtórzyła.
      - Anka, nie wygłupiaj się, co się stało? - przez stolik podałam jej chusteczkę.
      Ania się poryczała: - Rogatek schował klucze od samochodu. Nikt nie wie, gdzie.
      - Macie chyba zapasowe? - spytała najbardziej przytomna z nas Wańdzia.
      - Mieliśmy, - powiedziała Ania, - Ale najpierw schował te zapasowe. Rogatek
      chowa klucze. Nie wiem, czy go bawią, czy daje mu niewymowną satysfakcję, że
      potem ludzie przewracają do góry nogami cały dom. Nie wiem. Nie możemy
      korzystać z samochodu, a co o nas pomyślą w serwisie, gdy powiemy, że to kot
      zapodział klucze i to w trzech kompletach.

      - Znamy zwyczaje Rogatka, to może wyliczmy teoretycznie, co z nimi zrobił, -
      powiedziała Wańdzia, - Za kanapą poszukaj, za książkami.
      - Szukałam, - wychlipała Ania.
      - Po pracy poszukamy, - stwierdziłam ja, - A może je oddał w prezencie Igorowi?
      - Przestań, - powiedziała Wańdzia, - Nabijasz się. Gdzie Igor, a gdzie Rogatek.
      - No to musimy poszukać, - stwierdziłam ja, - Pacan i tak nie pokaże, co zrobił
      z kluczami, więc musimy domyślić się my.

      Ile pracy umysłowo-fizycznej nas kosztowało przebrnięcie w poszukiwaniach
      kluczy przez trzypokojowe mieszkanie Ani wie tylko ten, kto to zrobiłby. Nagle,
      gdy opadnięte z sił, czekałyśmy na przybycie męża Ani i byłyśmy nastawione na
      zapobieganie awanturze, coś zwróciło moją uwagę.

      - Anka, Ty zawsze tak ozdabiasz paprotki? - spytałam.
      Pozostałe harpie podniosły głowę. Z doniczki z paprotką zwieszał się
      breloczek...
      - Pacanie, jak to zrobiłeś? - zapytała Wańdzia, głaszcząć po rogatym łebku
      pacana, - Tam przecież nie ma szans dotarcia.
      Jak rogate cudo dotarło do doniczki, zawieszonej pod sufitem, nie wie dotąd
      nikt. Schował tam trzy komplety kluczy od samochodu i dziesięciozłotowy banknot.

      Pozdrv.smile

      C.d.n.
      • edeka5 Re: Rogatek chowa.:) 04.12.03, 00:21
        Falconetto, przerzuciłam sobie Rogatka do worda, żeby lepiej mi się czytało i
        czekam na następne odcinki smile)
    • white.falcon Rogatek uprawia slalom :) 04.12.03, 00:34
      Tego nie spodziewał się nikt, chyba nawet doświadczony i obyty z rogatkowymi
      zwyczajami Mateo. Szlismy sobie niewinnie na kawę do Ani, gdyż Mateo wyraził
      chęć odwiedzenia nowego miejsca pobytu Rogatka. Z dołu Ania zadzwoniła do męża,
      by nam otworzył drzwi. Jacek, zapewne w odruchu gościnności, otworzył nie tylko
      drzwi wejściowe do bloku, ale też drzwi do mieszkania, stając w nich. Już
      docierałyśmy. Pierwsza szła Wańdzia, za nią - ja i Ania, a na końcu niemrawo
      wlókł się Mateo.

      Wańdzia kryknęła wesoło: "Część!", kierując swe słowa do Jacka, ale więcej
      powiedzieć nie zdążyła. Nagle z mieszkania "wychynął" jakiś niezidentyfikowany
      obiekt latająco-ślizgający, który z impetem, podskakując na schodach, minął
      Wańdzię, przejechał pomiędzy nogami Ani, otarł się o Mateusza i zniknął za
      zakrętem schodów. Dał sie słyszeć lekki rumor, jak domyśliliśmy się, zleciała z
      podstawki palma, ulokowana na półpiętrze i lekkie "klap". Nie skamieniałyśmy
      tylko dlatego chyba, że zaskoczyło to nas w stopniu niezmiernym. W tempie
      ruszyłyśmy na półpiętro, gubiąc po drodze - ja - parasol, Mateusz, rękawiczki,
      a Ania - ciastka w firmowej torebce.

      Obraz, który nam się ukazał, był co najmniej niezapomnianym widokiem grozy i
      rozpaczy. Wśród szczątków rozbitej glinianej donicy, poniewierającego się
      zielska i ziemi, tkwił kapeć Jacka, a uczepiony żałosnie sterczącego
      sponiewieranego pieńka palmy siedział - któżby inny - jak nie Rogatek z mordką
      uśmiechniętą, aczkolwiek lekko zestresowaną.

      - O, Mamo, - powiedziałam ja i usiadłam na schodku.
      - Mamo, - powiedziały dziewczyny i uczyniły to samo, co ja.
      Tylko Mateo, widocznie czując się na siłach, oderwał kotka od palmy i tuląc go
      do swojej kurtki, zaczął delikatnie otrząsać z ziemi i trocinowych farfocli, -
      Nic Ci się nie stało?, - dopytywał się kotka z niepokojem.
      - Jemu nic nie będzie, ale nam chyba tak, - stwierdziła Wańdzia, - Chyba
      dostanę zawału serca kiedyś. Co z tego pacana kiedyś wyrośnie? - zapytała się
      retorycznie, rozluźniając szalik.

      Co wyrośnie - nie wiemy, ale pytanie nas ciągle dręczy, bo chyba jeszcze żaden
      kot nie praktykował w ramach gestu powitalnego, skierowanego do lubianych przez
      niego osób, jazdy w kapciu po schodach.

      Pozdrv.smile

      C.d.n.
    • white.falcon Rogatkowe sprzątanie. :) 04.12.03, 20:25
      Ania po wizycie rogatego pacana otrząsała się dość długo. Ja, by nie ryzykować
      jakichś jajeczno-jogurtowych przygód, zmusiłam nieomalże krzykiem Mateusza do
      przewiezienia Rogatka do mnie jego autem. Moja argumentacja została poparta
      solidarnie przez Wańdzię i Anię. Mateusz zaś poczuł się z lekka obrażony.
      - Co Wy od niego chcecie? No stłukł komuś tam jakieś jajka, no rozwalił palmę,
      ale on się nie powtarza w swoich czynnościach.
      - I o to mi chodzi, że się nie powtarza, - stwierdziłam ja, - Nie wiem, jakie
      coś by umyślił znów, ale ja nie chcę mieć do czynienia z jakimś zezłoszczonym
      taksówkarzem, czy kimś tam. Masz rację, Mateo, tylko w tym, że napewno nie
      poznam żadnego gangstera jakiegoś tam autoramentu, bo to już
      zostało "przerobione". Ale ja wcale nie chcę przygód.
      Po wielu wachaniach Rogatek dotarł do mojego mieszkania w aucie Mateusza i bez
      przeszkód został dotargany do mojego mieszkania.
      - Czy aby napewno mu tu będzie dobrze? - dopytywał się Mateo, - Ty nawet nie
      masz balkonu.
      - A u Igora byłoby mu zapewne lepiej, - powiedziałam zgryźliwie ja,
      rozstawiając karmidełka. Mateusz wycofał się z dalszej dyskusji.

      Zostałam sama z Rogatkiem. Rogatek ufnie poprzyglądał się mi, pokręcił się po
      mieszkaniu, obejrzał liczne doniczki z kwiatkami, nie przejawiając jednak chęci
      wytrząchnięcia ziemi na zewnątrz, przeleciał się po półkach, zapewnie oceniając
      księgozbiór, zainteresował się przelotnie dużą muszlą, wsadzając do niej
      łepetynkę i wyjmując ją bez przeszkód i w końcu spoczął na fotelu w zamyśleniu
      oglądając własną łapkę. - Co Ty mi umyślisz i zmalujesz? - spytałam go na głos,
      nie spodziewając się odpowiedzi. - Mniau, - powiedział godnie Rogatek, nie
      przerywając kontemplacji swojej łapki. To mogło znaczyć wszystko.

      Postanowiłam dokończyć sprzątanie. Włączyłam odkurzacz w mniejszym pokoju i
      zapomniałam o istnieniu Rogatka. A on nie przypominał się nijak. Przez warkot
      odkurzacza usłyszałam dzwonek telefonu. Wyłączyłam odkurzacz i poszłam odebrać.
      Dzwoniła moja Mama, więc, nastawiona na co najmniej półgodzinną rozmowę,
      przysunęłam sobie stołek i usiadłam. Dwadzieścia minut rozmowy zleciało szybko,
      gdyż miałyśmy interesujący temat do omówienia. - Kto u Ciebie sprząta? - nagle
      bez związku z tematem spytała Mama. - Masz jakąś pomoc domową? - zainteresowała
      się. Włosy mi dęba stanęły, bo przypomniałam o obecności w domu Rogatka. -
      Rogatek, mam na przechowaniu Rogatka, - wrzasnęłam do słuchawki. Mama, która
      jest na bieżąco z rogatkowymi przygodami, prychnęła dziwnie i kazała mi się
      rozłączyć: - Idź zobacz i zadzwoń sama, jak pozbierasz to, co rozwalił.

      Z niejakimi obawami weszłam do pokoju i mnie zatkało. Pokój był usiany tym
      wszystkim, co znajdowało się w worku odkurzacza, bo Rogatek, wyręczając mnie w
      sprzątaniu, najpierw usunął z odkurzacza worek ze śmietkami, rozdydalając go na
      miałkie strzępki, a następnie zabawił się w sprzątanie, skacząc na klapkę i na
      przemian włączając i wyłączając odkurzacz.

      Do Mamy zadzwoniłam wieczorem, upewniając się przedtem, że Rogatek jest w
      zasięgu mojego wzroku.

      Pozdrv.smile

      C.d.n.
      • edeka5 Re: Rogatkowe sprzątanie. :) 04.12.03, 22:55
        Bis, bis !!!!!
        • aniutka77 Re: Rogatkowe sprzątanie. :) 06.12.03, 01:18
          buuuuu, dzis nie będzie rogatka?
    • white.falcon Rogatkowy wodny świat. :) 06.12.03, 11:55
      Noc spędziłam jak królik. Przysypiałam na trochę, ale mając świeżo w pamięci
      obecność i ostatni wyczyn rogatego lokatora, budziłam się na każdy szelest. A
      lokator sobie spał, cichutko pochrapując, malowniczo przewieszony przez mój
      pantofel. Niezbyt się mieścił, ale z dwojga złego wolałam, by spał w pantoflu,
      niż odkurzał mi mieszkanie. Wygoda - to rzecz względna. Mi by tam nie pasowało
      ulokowanie się w bucie i zwisanie z różnych stron.

      Około czwartej nad ranem jednak przysnęłam. Obudziło mnie dziwne dyszenie mi w
      nos. Wyrwana ze snu, otworzyłam oczy i mało nie wypadłam z łóżka. Jakbyście się
      czuli, gdyby pierwszą rzeczą, którą widzicie w odległości dwóch centymetrów od
      Waszego nosa byłby rogaty pyszczek, wślipiający się w Was i dmuchający Wam w
      nos?

      Wylazłam z łóżka i poczłapałam napełnić karmidełko, Rogatek w radosnych
      podskokach zabrał się za jedzenie, a ja udałam się do łazienki Pamiętając
      umiłowanie Rogatka do tubek, przed jego wizytą pochowałam wszystko, co mogłam
      do szafek, dzięki czemu przykre niespodzianki mnie nie spotkały. Następnie
      udałam się na zakupy.

      Jakoś dziwnie zaopatrzyłam się w masę rzeczy i cieszyło mnie, że nareszcie
      wracam z siatkami prawie w zębach do mieszkania. Weszłam jednak ostrożnie,
      nastawiając się na widok niezapomniany. A tu - nic. Porządek, spokój, gra
      radio. Rogatka nie widać. To już powinno było wzbudzić niepokój, ale pomyślałam
      naiwnie, że kotek uciął sobie poranną drzemkę. Pozbyłam się siatek w kuchni i
      postanowiłam umyć ręce przed przystąpieniem do skomplikowanych kuchennych
      czynności.

      Weszłam do łazienki i o... Mamo. Najpierw zamieniłam się w słup soli, a
      następnie rzuciłam się ratować sytuację w jedyny możliwy sposób. Jednym ruchem
      nacisnęłam na kurek, zamykając dopływ wody do wanny, drugą ręką wyławiałam z
      upiornie zimnej wody ręcznik, zatykający odpływ wody. Rogatek, siedzący we
      wnęce na szampony i mydło, po drugiej stronie wanny, przyglądał mi się z
      zainteresowaniem. Dlatego go nie było w mieszkaniu! Nalał wody do wanny i
      ugrzązł we wnęce, zapewne zainteresowany zawartością półki. Wanna napełniła się
      wodą i Rogatek został niejako odcięty od świata jak rozbitek na bezludnej
      wyspie.

      Wszystkie możliwe szmaty w domu posłużyły mi do zebrania wody z terrakoty w
      łazience. Dziękowałam w duchu fachowcom, którzy robili u mnie remont. Terrakota
      i kafelki zostały położone tak solidnie, że woda nie zdążyła przedostać się do
      szczelin i przejść do sąsiadki. No i dziękowałam sama sobie, że nie poszłam na
      dłuższe zakupy, gdyż krytyczny moment przelania się wody do przedpokoju był
      bardzo blisko.

      Rogatek z wielkim zainteresowaniem przyglądał się moim poczynaniom, jednak nie
      kwapił się do umoczenia łapek. Po zakończeniu skomplikowanych czynności,
      zgarnęłam rogatego pacana i z Rogatkiem na ręku poszłam zadzwonić do Mateusza.
      - Mateo, wybieraj, - powiedziałam, - Albo przywiążę Rogatka do siebie
      sznurkiem, albo mi powiesz, skąd ma tendencje do odkręcania kurka z wodą. Mało
      mi nie zalał sąsiadki. Może mi powiesz łaskawie, co on jeszcze lubi regulować,
      bo mam dość eksperymentów.
      - Kurki od kuchenki gazowej, - tchnęło z drugiej strony, - Zabezpiecz je jakoś,
      bo czasem lubi nimi się pobawić.
      Pociemniało mi w oczach, a po zakończeniu rozmowy najpierw poszłam do kuchni i
      zdjęłam pokrętła, chowając je do szufladki, a następnie podziękowałam
      Rogatkowi, że tym razem wolał jednak zabawić się wodą, a nie gazem.

      Pozdrv.smile

      P.S. Wczoraj nie zdążyłam, sorry.smile
      • aniutka77 Re: Rogatkowy wodny świat. :) 06.12.03, 18:06
        To dzis muszą być dwa kawałki! za wczorajsze niedopatrzenie.A ja czekałam...
    • white.falcon Rogatek z rajstopami. :) 06.12.03, 19:57
      Ranek powitał mnie przeraźliwym zimnem w mieszkaniu. Nie zdziwiłam się - śpię
      przy otwartym małym okienku w kuchni, natomiast zimniej było dlatego, że wiatr,
      uparcie dmuchający przez cały wieczór w okno, wreszcie je zwalczył: okazało
      się, że jest to okno niedomknięte i otworzyło się na oścież. Najpierw schowałam
      nos głębiej pod kołdrę, łudząc się, że okno samo się zamknie, albo nastąpi
      cudowna zmiana pogody na lepsze. Nie zanosiło się ani na jedno, ani na drugie.
      Dodatkowymi motywacjami była potrzeba udania się do pracy i macanie małej łapki
      po włosach. Oczywiście - "zakopałam się" głęboko pod kołdrę i Rogatek nijak nie
      mógł mnie dosięgnąć, bym wstała i napełniła jego karmidełko.

      "Raz kozie śmierć," - pomyślałam i zanurkowałam w zimne i wilgotne powietrze w
      mieszkaniu. Dopadłam obydwu okienek, napełniłam karmidełko i znikłam w
      łazience, gdzie szczęśliwie było przytulnie ciepło. Jak zwykle rano, krzątałam
      się po mieszkaniu, starając się nie nadepnąć na ciekawskiego pacana, który
      zamiast po napchaniu brzuszka - porannie podrzemać, postanowił mi towarzyszyć.
      Akurat wciągałam rajstopy, gdy Rogatkowi zechciało się sprawdzić, co takiego
      przywdziewam. Najpierw lekko ubódł mnie, a gdy go odsunęłam na bok, podskoczył
      radośnie do góry i klepnął obydwiema przednimi łapkami po nodze. Nie wypuścił
      pazurków, bo nigdy nie przepada za drapaniem kogoś, ale tego
      starczyło. "Drrrr," - poleciały na całej długości oczka. Machnęłam ręką i
      sięgnęłam do małej szufladki, gdzie od dawien dawna przechowuję zapasowe
      rajstopy.

      Zgarnęłam kilka kłębuszków i udałam się do łazienki. "Co za cholera," -
      stwierdziłam po dłuższej chwili. Wszystkie kłębuszki prezentowały po ich
      rozwinięciu mniejsze lub większe dziury. Wyszłam jeszcze raz z łazienki,
      świadoma, że zabawa w rozwijanie kłębuszków grozi mi spóźnieniem się na
      autobus. Po rozwinięciu ostatniej pary wpadłam w lekki popłoch. No niemożliwe,
      bym chowała do szufladki same dziurawe rajstopy, przy czym w stanie
      kwalifikującym je na wyrzucenie do kosza. I tu przypomniałam sobie, jak parę
      dni wcześniej zastałam Rogatka, smacznie śpiącego w szafce z rajstopami.

      Przywdziałam najmniej dziurawą parę, złapałam kotka i patrząc mu prosto w jego
      ślipka, powiedziałam: "Chciałeś mnie zatrzymać tym sposobem w domu. Nie uda Ci
      się. Kiosk z rajstopami mam pod domem i, nie wiesz o tym, ale ja mam długaśny
      płaszcz, a w pracy zdążę zmienić potargane rajstopy na całe". Rogatek tylko
      chytrze się uśmiechał.

      Oczywiście po przyjściu do pracy powiedziałam Meuszowi o tym, co nastąpiło.
      - Mi tam nigdy nic nie "pooczkował", - stropił się i zdziwił Mateo.
      - A nosiłeś kiedykolwiek rajstopy? - dławiąc się ze śmiechu spytała Ania.
      - No nie, - przyznał się Mateusz, - Ale skoro rajstopy tak podobają się
      Rogatkowi, to kupię mu kilka par.

      Nie wiemy, co robią Mateo i Rogatek z nabytymi rajstopami, ale jestem więcej
      niż pewna, że Mateusz rajstopy nabył i to w ilości większej, niż jedna para.smile

      Pozdrv.smile
      • lol21ndm Re: Rogatek z rajstopami. :) 06.12.03, 20:41
        LOL!!!!! ROTFL!!!
    • white.falcon Rogatek pisze doktorat.:) 07.12.03, 18:03
      Po długiej bieganinie, nerwówce, wiecznym niedosypianiu nastał piękny dzień dla
      Mateusza. Zakupiony szampan grzecznie czekał, harpie ustawiły na ozdobnym
      obrusiku ciasto i szklaneczki. Nudne akta i dokumenty, szpecące swoim
      codziennym widokiem całkiem zgrabne biureczka, zostały bezlitośnie wepchnięte w
      pewnym bałaganie do szafy pancernej. Ołóweczki, spinacze, dziurkacze i inne
      przygnębiające "biurotworki" zostały pieczołowicie złożone w ciemnicy szuflad.
      Zamilkło ksero, warczące za drzwiami niczym obżarty smok i plujące we
      wszystkich zamiast ognia - papierem. Nastał wielki dzień Mateusza. Wczoraj
      bowiem wszystkie otrzymałysmy pełne radości i zachwytu nad samym sobą SMS-y
      Mateusza o treści: "Praca została oprawiona. Spoczywa u mnie na biurku.
      Egzemplarze trzy. Jestem wielki. Mateo."

      Było co świętować, gdyż Mateo wreszcie ukończył pisanie pracy doktorskiej,
      która została zaakceptowana przez recenzentów, w tym recenzentów z pewnego
      wielce egzotycznego kraju. Teraz Mateusz mógł marzyć o jej wydaniu w postaci
      książki, oczywiście - po drobnej formalności - obronie. Zaś narazie były to
      trzy pieczołowicie oprawione egzemplarze, przeznaczone do prezenctacji wielce
      szanownej komisji.

      Mateusz wkroczył godnie do pokoju, piastując w ramionach pakunek, niezbyt
      zgrabnie owinięty w papier pakowy i przewiązany dużą ilością sznurka. Trochę
      przypominał świąteczną szynkę domowej roboty, gdyby ja robiono w postaci
      kwadratu. Po wyplataniu z papieru wiekopomnego dzieła, każda z nas otrzymała do
      wglądu niby książkę. Mateusz promieniał.

      Otworzyłysmy prawie równocześnie pachnące drukarnią egzemplarze, zaczęłyśmy
      wertować, choć treść była nam doskonale znana, gdyż Mateusz zwykł był
      przedyskutowywać zagadnienia z koleżankami. Jak twierdził, miewałyśmy odkrywcze
      myśli. Na czym polegała odkrywczość - nie dociekałyśmy, gdyz na materiipracy
      znałyśmy się jak królik na hodowli buraków cukrowych, niemniej komentowałyśmy
      całe akapity, wnosiłysmy dziwne zapewne propozycje uzupełnień.

      W pewnym momencie dostrzegłam minę Ani - zamarła, pobladła i poszukała ratunku
      wzrokowego u mnie. Nie miałam pojęcia, o co jej może chodzić, gdyż Wańdzia
      rozpływała się w pochwałach nad wycyzelowanymi przez Mateo kolorowymi mapkami i
      nie mogłam ot tak sobie jej odsunąć z drogi, by podejść do Ani. Jeszcze nie
      wiedząc, czego szukam, zaczęłam stronę po stronie wertować otrzymany
      egzemplarz. Nie dostrzegałam niczego podejrzanego, więc wróciłam do początku,
      otworzyłam księgę na stronie tytułowej i... zamarłam z wrażenia. Poniżej
      imienia i nazwiska autora dzieła widniał bardzo wyraźny odcisk... kociej łapy.
      Mechanicznie przerzuciłam następnych kilka stron i po słowie wstępnym
      recenzentów, poniżej ich podpisów znalazłam mniej wyraźny odcisk tejże,
      dodatkowo zaznaczony paroma dziureczkami w papierze, jak nic - powstałymi od
      kontaktu papieru z pazurkami.

      Ania nareszcie dotarła do mnie i zaprezentowała swój egzemplarz. Rogatek -
      zapewne w zapale czytania - w jej egzemplarzu zostawił więcej śladów kocich
      łapek, widocznie ich odciskami zaznaczając co lepsze, w.g. jego uznania kawałki.
      Jedynie egzemplarz Wańdzi uchował się w całości.

      Obawiałyśmy się, że Mateusz popadnie w histerię, ale nic podobnego nie
      nastapiło. Mateo tylko się uśmiechnął: - Wiecie, to że Rogatek postawił swoją
      sygnaturke pod miejscem, przeznaczonym na umieszczenie danych Autora, jest
      jednak sprawiedliwe. Przecież pisałem doktorat, trzymając go na kolanach. Chyba
      poczuł się współautorem. Tylko kiedy on to zdążył zrobić? Przecież oprawione
      egzemplarze były w domu tylko przez jeden wieczór.

      Nikt z nas dotąd nie wie, kiedy Rogatek zdążył powertować twórczość Mateusza.
      Natomiast sekret odcisków wykryć było łatwo - wieczorem i w nocy padało.
      Zyskalismy kolejne doświadczenie: umiemy wywabiać ślady kocich łap z papieru. Z
      tak nabytym doświadczeniem zapewne, jako emeryci, z pocałowaniem w rękę
      zostaniemy przyjęci do pracy do każdej pralni chemicznej. O referencje
      poprosimy Rogatka, a kogoż by innego. smile

      Pozdrv.smile

      C.d.n.
    • white.falcon Jak Rogatek pomógł.:) 08.12.03, 20:02
      Mateusz przyszedł do pracy z "kocim koszykiem". A miał po ostatnich
      wydarzeniach, związanych z praniem Rogatka, surowo wzbronione przynoszenie do
      pracy kogokolwiek podobnego do kota. Naczelnik wyraził się jasno i dobitnie: -
      Panie Mateuszu, ja rozumiem wszystko i to, co się przydarza Panu, rzeczywiście
      jest śmieszne. Ale ostatnio Dyrektor stwierdził, że zdziwiło go, gdy podczas
      ostatniej wizyty (nastąpiła ona szczęśliwie już po upraniu Rogatka i
      uprzątnięciu "śladów przestępstwa", choć tego samego dnia) wszędzie śmierdziało
      jak w miejskim WC. Zwaliłem to na petentów, ale nie wiem, czy uwierzył. Ja Pana
      błagam, żadnych kotów do prania! I Pan wogóle jest pewien, że to jest kot?
      - A kto? - zdziwił się Mateusz, solennie obiecując, że żadnych prań kotów
      więcej nie będzie.

      A teraz Mateo pojawił się z koszykiem. Zgodnie stwierdziłyśmy, że jest mocno
      niedobrze, tym bardziej, że w koszyku coś się szamotało. Jednak niewiadomo
      czemu byłyśmy pewne, że nie jest to Rogatek, chociaż ten "ktoś" napewno w jakiś
      tajemniczy sposób ma coś wspólnego z rogatym utrapieniem.

      Mateusz ustawił koszyk na biurku, zamaskował go gazetami, zasłonił wazonem z
      suchymi chwaścikami, ozdabiającym dotąd komputer, i, pewny, że koszyk jest
      niewidoczny, udał się w nieznanym kierunku. Koszyk przyciągał wzrok każdej
      wchodzącej osoby bardziej, niż gdyby Mateo go nie maskował. Na wszelki wypadek
      nie dotykaliśmy koszyka. Mało kto tam mógł siedzieć. Chociaż ciekawe byłyśmy
      niezmiernie. Natomiast ostrożność kazała nam nie ruszać kosza, gdyż znając
      litościwość Mateusza i pomysłowość Rogatka, mógł tam siedzieć nawet diabeł
      tasmańki.

      Szczęśliwie Mateo wrócił szybko. - Odbieram nadgodziny, - powiedział, i już
      chciał wymknąć się, unosząc tajemniczy koszyk. Drogę zastapiła mu Wańdzia: -
      Możesz sobie je odbierać, ale dopiero jak opowiesz, coście z Rogatkiem znów
      wymodziliście.
      - Ja - nie, - ugodliwie powiedział Mateo, siadając na biurku i nadal piastując
      w objęciach kosz. - To Rogatek. On jest dobrym kotkiem, ale czasem mu niektóre
      pomysły szwankują.
      Co do takowej oceny Rogatka nie miałyśmy wątpliwości, chyba że należałoby
      uznać, iż dotychczasowe poczynania miały służyć zapewnieniu rozrywki Mateo i
      otoczeniu.
      - No to mów, - powiedziała Ania. Wewnętrznie nastawiłyśmy się na coś bardzo
      dziwnego. Mateo widocznie zauważył odźwierciedlenie niepokoju na naszych
      twarzach i uspokajająco pomachał ręką: - Nie to, co myślicie. Teoretycznie
      powinienem zabronić Rogatkowi tych spacerów po okolicy, ale nie mogę go
      przeistoczyć w kota zamkniętego. Parę dni temu stwierdziłem, że Rogatek i Dunia
      zbyt dużo jedzą. Nigdy nie zdarzyło im się "wymieść" z miseczek wszystko,
      łącznie z suchą karmą. Zawsze do mojego powrotu coś tam zostawało w
      karmidełkach. A od kilku dni - nic. Najpierw myslałem, że koty cierpią na efekt
      gromadzenia tłuszczyku na zimę, ale nie przybierały na wadze i już.
      Stwierdziłem, że musi w tym być coś innego. No i jest. Dzisiaj przypadkiem
      dowiedziałem się, że mam dodatkowego lokatora.

      - Kogo? - spytałyśmy nieomalże chórem.
      - A - o - popatrzcie, - powiedział Mateo, i wyjął z koszyka straszliwie
      zaniedbanego i chudego kotka. Kotek płaczliwie zaprotestował wyjmowaniu go z
      cieplutkiego koszyka.
      - Rogatek go przyprowadził i, widocznie po przygodzie z jaszczurką, stwierdził,
      że kolega, któremu chce pomóc, powinien się chować przede mną. Nie przyszło mu
      do głowy, że chorego kociaka bym nie wyrzucił. Wiecie, gdzie kazał mu chować
      się przede mną? Pod wanną. A ja cały czas zastanawiałem się przez tych kilka
      dni, co mi chce Dunia powiedzieć, bo ciągle chciała, bym poszedł za nią do
      łazienki. Widocznie miała odrazu inne zdanie, niż Rogatek. Dziś odkryłem tego
      dzikiego lokatora, bo wyszedł skorzystać z kuwetki i przyłapałem go na tym.
      Wybieram się do weterynarza - przecież nie pozwolę, by rozchorował się na dobre.

      Dziki lokator mieszkał u Mateusza, a może raczej u Rogatka, kilka dni, aż nie
      wydobrzał. Potem zaczął wychodzić i kiedyś już nie wrócił na nocleg. Nie znikł
      zupełnie z życiorysu Rogatka i Mateo, czasem ich odwiedza, ale poprostu woli
      wolne życie dzikiego kota, choć zapewne odczuwa wdzięczność wobec Mateo, bo
      daje się mu pogłaskać.

      Pozdrv.smile

      C.d.n.
      • aniutka77 Re: Jak Rogatek pomógł.:) 09.12.03, 23:22
        No i??????????????????????????????????????????????????????????????????
    • white.falcon Rogatek w roli artysty.:) 09.12.03, 23:50
      Mateo wyraźnie cierpiał. Wyglądał jak z krzyża zdjęty, cierpiętniczo marszczył
      czoło, opierał czoło o lampkę na biurku i wyraźnie nie wykazywał chęci do
      wytłumaczenia się z czegokolwiek, a wszelkie próby przekupienia go czekoladowym
      batonikiem, ciasteczkiem, czy herbatą zbywał smętnym "dziękuję". Nie zwracająco
      uwagi wymknęłyśmy się z pokoju.
      - Tak nie może być, - stwierdziła Wańdzia, - On taki jest od kilku dni, ale nie
      jest chory, tylko smętny. Od tego ja dostaję "smętnika".
      - Ja też, - konstatowała Ania, - Wczoraj mąż spytał się, czy mam jakieś kłopoty
      w pracy i nalegał, bym się zwierzyła. Rodzinne zycie mi rozwala.
      - Mi nie rozwala nic, - powiedziałam ja, - Ale jestem ciekawa co mu jest.
      - Weźmiemy może go na piwo? - zaproponowała Wańdzia.
      - Upije się w takim stanie ducha jednym piwem i naopowiada nam licho wie,
      czego, - podrapała się po nosie Ania, - Piwo odpada.
      Rozsądne i twórcze wnioski nie przychodziły nam do głowy.

      W sobotę o dzikiej porannej godzinie wyrwała mnie ze snu komórka.
      - Ratuuunku, przyjedźcie do mnie, - wydarł się z drugiej strony Mateo.
      Aż podskoczyłam w łóżku: - Gdzie, co, jak? Co się stało?
      - Przyjedźcieeeee. Ania i Wańdzia już jadą, - prawie płakał z drugiej strony
      Mateo, - Pomóżcie mi, bo nie dam rady sam, a o 14-ej przyjeżdżają rodzice. No
      przyjedź.
      - Ale co się stało? - próbowałam dopytać się, ale Mateo rozłączył się.
      Zadzwoniłam do Ani.
      - Też Ci płakał? - spytała rzeczowo, znając mój zwyczaj długiego spania w
      sobotni poranek, - Podjadę samochodem najpierw po Wańdzię, potem po Ciebie.

      W samochodzie próbowałyśmy domyślić się, co takiego mogło się stać, że aż nasza
      interwencja stała się niezbędną, ba - wręcz pożądaną. Czułyśmy się trochę jak
      anioły zbawienia, śpieszące z pomocą grzesznikowi.

      Mateusz chyba siedział pod drzwiami, bo otworzył odrazu. - Tylko ostrożnie
      wchodźcie, - uprzedził. Rogatek ocierał się o nogi Mateo i zadzierał ku nam
      uśmiechnięty rogaty łebek, zapewne ogromnie zadowolony ze zwiększonego
      towarzystwa. Dunia wmaszerowała krokiem obrażonej księżniczki i usiadła,
      czekając na należną jej "jednostkę głaskania". Przedpokój wygladał normalnie.
      Mateusz też, jeżeli nie uwzględniać szczegółu, że był nieogolony. - Chodźcie
      dalej, ale nie zdejmujcie butów, - zaprosił Mateo, - Zobaczycie same.

      Weszłyśmy do większego pokoju i widok na dobrą chwilę nas zamurował. Porządek
      panował i owszem. Natomiast jako ozdobniki ścian, podłogi, rozgrzebanej
      pościeli występowały białe, czarne i brązowe smugi czegoś. Ostro pachniało
      pastą do butów i pastą do zębów.

      - Co tu się stało? - zainteresowała się Wańdzia. - Tyś to zrobił, - zwróciła
      się bezbłędnie do Rogatka z naganą. Rogatek z niewysłowionym zdziwieniem na
      pyszczku popatrzył się na Wańdzię i schował się za Mateo. - No jasne, że on, -
      powiedziała Ania, - Bierzemy się za sprzątanie, a Ty lepiej opowiedz, na jaki
      pomysł tym razem wpadł ten pacan.
      Mateo przyniósł sobie stołek z kuchni, przysiadł na nim i opowiedział. - Od
      kilku dni zauważałem zainteresowanie Rogatka tym, że myję zęby. Ostatnio
      opracował sobie sposób na zdzieranie nakrętki z tubki, wrzucanie jej do
      umywalki i chyba skakania po niej, wyciskając zawartość. W łazience pastę dość
      łatwo pozbierać, ale to nic miłego codziennie zastawać łazienkę w farfoclach z
      pasty. Dziś przeszedł sam siebie. Widocznie stwierdził, że w łazience jego
      czynności są małoatrakcyjne. Dodatkowo - wygrzebał dwie tuby pasty do butów. No
      i mam to, co widzicie. A dzisiaj przyjeżdżają moi rodzice, a ja im tyle
      naopowiadałem o miłym grzecznym kotku. Da się posprzątać to?
      - Pewnie, - powiedziała Ania... Trzy godziny zajęło nam dokładne sprzatanie
      pokoju. Przy okazji natrafiłyśmy na ładny stosik niedopałków za tapczanem,
      suchy liść kapusty, ukryty za regałem i przez niedopatrzenie zamknęliśmy w
      szafie Dunię. Wyszła obrażona na cały świat i nafuczała na nas głośno...

      - Po co mu to było? - zadał retoryczne pytanie Mateo, gdy w kuchni popijałyśmy
      kawę.
      - Ma duszę artysty i talent, - powiedziała Wańdzia i pogłaskała Rogatka po
      łebku, - Ale z Ciebie pacan, co?
      Rogatek tajemniczo się uśmiechnął.

      Pozdrv.smile
      • white.falcon A myslałam, że już Was znudziła kocia historia:) 09.12.03, 23:51
        Czy ktoś to czyta? Czy może już wystarczy? wink

        Pozdrv.smile
        • anika19 Re: A myslałam, że już Was znudziła kocia histori 10.12.03, 00:01
          Czytamy i prosimy o więcej!!!
        • beba3 Re: A myslałam, że już Was znudziła kocia histori 10.12.03, 01:29
          No wlasnie przeczytalam od deski do deski. Bardzo mi sie podoba. Czekam na
          dalsz ciag.
          Pozdrawiam

          Beba
        • xkropka Re: A myslałam, że już Was znudziła kocia histori 10.12.03, 08:29
          Pisz, pisz, dzieki Tobie dochodze do wniosku, ze moja Zmora jednak nie
          zasluguje na swoje imie...
        • zetika Re: A myslałam, że już Was znudziła kocia histori 10.12.03, 09:05
          white.falcon napisała:

          > Czy ktoś to czyta? Czy może już wystarczy? wink

          Oczywiście że czytam
          a co chciałaś się wykręcić???
          teraz już zapuźno smile
          Pisz, pisz bo inaczej zaczaję się na ciebie z tłuczkiem wink

          Pozdrawiam zetika


        • stara.gropa Re: A myslałam, że już Was znudziła kocia histori 10.12.03, 10:54
          No wiesz! Jak możesz wątpić?
        • aniutka77 obietnica dla white.falcon 10.12.03, 11:46
          Falconetto, ja Cię uduszę, mówię to z czystej sympatii, nawet uprzejmy wyraz
          twarzy przybieram. Uduszę Cię zaginionym szalikiem Klarisy, żeby potem było na
          nią, a zrobię to , jak tylko przestaniesz pisać.
        • lol21ndm Re: A myslałam, że już Was znudziła kocia histori 10.12.03, 12:05
          white.falcon napisała:

          > Czy ktoś to czyta? Czy może już wystarczy? wink
          >
          > Pozdrv.smile


          Dzieki za pozdrv.
          Ja czytam. Nie, nie wystarczy! wink
    • white.falcon Cukierkowo-rogatkowe gafy.:) 11.12.03, 22:41
      Mateo chodził od kilku dni niezadowolony z otoczenia i życia. Drażniło go
      dosłownie wszystko: nowy sweterek Wańdzi, petenci, własnoręcznie zrobione
      kanapki. Był nie do "życia". Wszelkie dociekania powodów tego, a nie innego
      zachowania spełzały na niczym. Najpierw zastanawiałyśmy się, potem
      dociekałyśmy, w kolejności - wkurzałyśmy się, ale efekty to dawało praktycznie
      żadne. Mateusz milczał jak głaz, lub zbywał nas wiele mówiącym
      twierdzeniem: "Dziewczyny, lubię Was, ale odczepcie się, zejdźcie z mojego
      tematu...". Było to o tyle zagadkowe, że Mateusz nigdy nie zaliczał się
      do "nieużytków społecznych".

      Pytanie p.t. "Jak wytrzymać ze znerwicowanym kolegą" nękało nas mocno i
      usilnie. W końcu postanowiłyśmy solidarnie czekać i doczekałyśmy się...

      - Popatrzcie, - powiedział Mateusz pewnego pięknego poranka, - Tylko
      popatrzcie. Zrujnowano mi życie.
      - Tak gwoli prawdy, to Ty nam rujnujesz życie, zachowując się jak nieużyty
      osioł, - stwierdziła Ania. Mimo wszystko z ciekawością czekałyśmy na ciąg
      dalszy.
      Mateusz położył na biurku piękną drogą bombonierę cukierków. - Przepraszam Was,
      ale ten problem mnie dręczy od kilku dni, - powiedział.
      Wańdzia podejrzliwym okiem zerknęła na pudełko, ani ja, ani Ania także nie
      kwapiłyśmy się ze zbliżeniem się do pudełka, gdyż świeżo w pamięci nam
      pozostawały "skarby" Rogatka, skrzętnie ukrywane w brzuchu świni.
      - Dziewczyny, zobaczcie, - poprosił Mateusz, - Ja nie mam już sił i wyobraźni
      mi braknie.
      - Rogatek, - powiedziałam ja. Hasło zadziałało. Rzuciłyśmy się na pudełko we
      trójkę. Otworzyłyśmy i zamarłyśmy na moment. Pudełko prezentowało dość ciekawy
      obraz: zawierało normalne cukierki, niejako w całości, jeżeli nie liczyć
      umieszczonych na każdym wyraźnych śladów małych ząbków.
      Mateusz westchnął: - Mama miała urodziny i ja kupiłem te cukierki na straganie.
      Nie miały fabrycznej foliowej obwoluty, ale cierpiałem na pewne braki
      finansowe, więc nie stać mnie było na inne, a Mama je lubi. Kupiłem,
      przyniosłem do domu...
      - Więcej nic nie mów, - powiedziała Ania, - Rogatek się zainteresował,
      podważył "wieczko" i spróbował każdego cukierka? Ile Ci pożyczyć?
      - A możecie? - z nadzieją w głosie zapytał Mateusz.

      Pożyczyłyśmy. Trzeba jakoś ratować kolegę...

      C.d.n.smile
      • edyta95 Re: Cukierkowo-rogatkowe gafy.:) 12.12.03, 10:54
        ciekaqwa jestem jak Twoją twórczość przyjmuje Mateo, nienawidzi Cię czy wręcz
        przeciwnie
        pozdrawionka bardzo mi się podoba
        • white.falcon Na temat Rogatka - rozważania.:) 14.12.03, 00:41
          Mateusz wogóle nic nie wie o tej mojej twórczości. Przecież by mi urwał głowę,
          gdyby się dowiedział, że opisuję jego problemy z kotem (jest poważnym Panem
          Doktorem), który jest czasem - przyznajcie - bardziej ludzki od nas. Bo ma
          cechy, których nam brakuje: litości, żałowania kogoś biedniejszego, bardziej
          skrzywdzonego od niego. Mnie zawsze w tym kocie zastanawia jedna rzecz, że jego
          cieszy, gdy ludzie się śmieją i wtedy jego rogata mordka uśmiecha się (a koty
          umieją uśmiechać się) i to, że, co by nie robił, to musiało czemuś służyć
          dobremu, choć kocio mylnie interpretuje zjawiska i czasem wywołuje niezłe
          zamieszanie. Moim zdaniem, to jest kotek, który ma serce dla ludzi i obdarowuje
          nim nas w nadmiarze. Nic złego nie robi, chce dobrze, a jak mu to wychodzi - to
          inna bajka.smile
    • white.falcon Rogatkowe "porządek ma być".:) 14.12.03, 17:50
      - Nie chciałyście mi pomóc, a teraz mam za swoje, - smętnie oświadczył Mateo po
      powrocie z delegacji.
      Poczułyśmy się lekko zaniepokojone, bardziej jakoś tak winne, choć jeszcze nie
      było wiadomo, co się takiego stało, że Mateo ma do nas łagodne pretensje.
      Wańdzia, najbardziej chyba wrażliwa, podsunęła Mateo kubek z herbatą i własną
      kanapkę. Mateusz, bez mrugnięcia okiem, przyjął dar, komentując: - Bardzo dobra
      ta szyneczka.

      Poczekałyśmy cierpliwie na spożycie przez Mateo leczniczego produktu i
      nastawiłyśmy się na słuchanie.
      - Byłem w delegacji, nieźle mnie wymęczyli. Ogólnie czuję się zmęczony, nie
      chce mi się nic robić, - powiedział Mateo i wyciągnął nogi przed siebie.
      - Ja nie mam zamiaru odwalać za Ciebie papierkologii, mam swoją, - stwierdziła
      Ania.
      - Ja też nie, - poparłam ją solidarnie.
      - A mogłybyście. Żadna z Was nie chciała powtórnej wizyty Rogatka na te głupie
      kilka dni, - stwierdził Mateo. - Co ja mam z tym pacanem, co ja mam, -
      westchnął.
      Wańdzia też się zbuntowała: - Pacan jest Twój, a nie nasz. Ty go rozbestwiłeś,
      zamiast w stosownym czasie wyprostować mu ten charakterek. Przy czym tu my?

      - A przy tym, - westchnął Mateo, - że musiałem kota oddać na przechowanie
      zamiast Wam, wyrozumiałym - sąsiadom z góry. Owszem, chętnie go przyjęli, ale
      gdy go odbierałem, to patrzyli na mnie dziwnie i miałem wrażenie, że z radością
      pozbywają się Rogatka. Co im zrobił - nie wiem, ale coś napewno. Ponadto,
      musiałem oddać im pieniądze i długo się tłumaczyć, że kotek to robi z własnej
      inwencji twórczej, a nie dlatego, że ja go nauczyłem. Przez Was najadłem się
      wstydu.
      - Jakiego? - koniecznie chciałam się dowiedzieć.
      - A takiego, - powiedział Mateo, - oddałem na przechowanie Rogatka wraz z jego
      sypialnym koszem i wścielonym w kosz kocykiem. Lubi tam spać, sypiał w nim u
      sąsiadów.
      - Jak sypiał, to chyba nie robił w tym czasie nic złego, - weszła w słowo
      Ania, - Nie powiesz, że kot zaczął lunatykować.
      Wyobraziłam sobie lunatykującego Rogatka i stwierdziłam, że to już byłoby coś
      zbyt dużo.

      - A, nie, - powiedział Mateo, - Okazuje się, że ci ludzie, moi sąsiedzi, zwykli
      zostawiać sobie nawzajem pieniądze na rachunki, czy coś podobnego na lodówce.
      Wiecie do jakiej doprowadził ich awantury? Sąsiadka pisała kartkę, że zostawia
      pieniądze na opłacenie rachunku za gaz, a na talerzyku nie było pieniędzy i
      sąsiad musiał lecieć do bankomatu. Gdy to powtórzyło się któryś raz z rzędu,
      najpierw sami się pokłócili i milczeli przez dwa dni, a potem ja odebrałem od
      nich Rogatka, prześcieliłem mu kocyk i pod kocykiem znalazłem ponad siedemset
      złotych. Zwróciłem je, ale co się natłumaczyłem, to moje. Przynajmniej Rogatek
      nie zdążył rozwalić małżeństwa.

      - Dobry kotek, porządny kotek, - wycierając oczy, wydusiła z siebie po ataku
      śmiechu Wańdzia, - Co pieniądze miały walać się na wierzchu, jeszcze by ktoś
      ukradł. Zabezpieczył je poprostu.
      - Bankier, - zachichotała Ania, - Ma powołanie, oddaj go następnym razem na
      przechowanie do banku.
      • lol21ndm Re: Rogatkowe "porządek ma być".:) 14.12.03, 18:46
        Nie wiem, czy ja takiego Rogatka gdzies tutaj nie mam... Wsadzilam gdzies pewna
        sume i znalezc jej za nic nie moge!!!
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka