Dodaj do ulubionych

WFF: Rozrachunek

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.10.04, 14:31
Słabizna, moi mili :[ Reżyser współpracował przy całkiem niezłym, a co
najmniej nietypowym i trzymającym w napięciu "The Vanishing" i również
postanowił zrobić film o porwaniu i również oparty na faktach mających kiedyś
miejsce w Holandii. Coś tam lubią się porywać...
Szkoda tylko, że film ani nie trzyma w napięciu, ani nie ma przesłania (poza
tą błahostką, że ludzie zamożni wcale nie muszą rodzić się w kołysce
umoszczonej walutą), ani nie odkrywa tajemnic ludzkiego wnętrza. Co więcej -
bohaterowie postępują dość nielogicznie, począwszy od porywacza, który chyba
nie układa sobie najlepszego, sądzę, planu, poprzez porwanego, który - kiedy
ma jedyną stuprocentową okazję wyswobodzenia się - opiera się o drzewo,
odwraca głowę od porywacza i wzdycha, a skończywszy na wielkim FBI, które -
razem z żon porwanego - daje się nabrać na tak tani i prosty numer, że nie
mogłem uwierzyć, że stanowi on punkt zwrotny filmu. Żona porwanego martwi się
o niego nocami i nie może spać, ale dziwnym trafem we dnie nie widać po niej
szczególnego zafrasowania. No ale cóż - może Hollywood wpoił we mnie inny
model zachowania.
Nie bardzo wiem, o czym jest ten film. Na pewno o wyrachowanym bandycie, do
którego reżyser ciągle każe nam czuć sympatię, eksponując jego gołębie serce
(którego gołębiość idzie sobie potem nagle precz). Kluczowym merytoryczne
punktem filmu jest dialog, w którym porywacz wyraża swój gniew przeciw
nierówności klasowej (on jest szarym człowiekiem zyjącym w małym domku,
porwany zaś bogatym biznesmenem). Co z tego, jeśli dialog sprowadza się do
tego, iż porywacz mówi: "nie wiesz jak to jest - mieszkać w ciasnym domku i
widzieć innych codziennie kąpiących się we własnym basenie", na co porwany
odpowiada: "tak, nie wiem" i dalej tłumaczy, że też nie miał lekko. I koniec
wątku! Dodajmy, że film jest ślamazarny i mocno nudnawy.
A dobre strony - niezły, ale nie aż tak bardzo, Willem Dafoe w roli porywacza
(robi co może, ale niewdzieczną ma rolę, tak samo niezła Helen Mirren.
Całkiem przeciętny Redford. Zdjęcia poprawne, muzyka sztampowa, Hollywoodzka.
Zdecydowanie najmocniejszym punktem filmu jest sposób narracji - wątek
porywacza i porwanego przeplata się z wątkiem żony porwanego, przy czym mają
one różne prędkości i jeden z czasem wyprzedza drugi o kilka dni.
Ale na tym koniec.
I chyba nie mnie jednego film zawiódł. Aprobata publiczności wyrażona została
przez jedną, niesmiało poklepującą osobę.

I bardzo tę osobę i wszystkie inne pozdrawiam!
Obserwuj wątek
    • fokka Re: WFF: Rozrachunek 10.10.04, 16:44
      El Favorro napisał:

      > Słabizna, moi mili :[

      Choć mocna.
      El Favorro i ja, jeszcze przed chwilą razem w objęciach
      ciemności kina Relax (drżę jeszcze).
      Ale do rzeczy, mój miły :]

      Bullshit, że wyrwie mi się niegrzecznie na Twoją krytykę.
      Ale gwizdnę na grzeczność i "Rozrachunku" bronić będę. Bo?
      Sam zobacz. (I Wy, moi mili :)

      Redford nudny. Intryga omdlewa. FBI plącze się we własnych
      sznurówkach. Poczytałam kilka recenzji, wszystkie autorstwa
      US-reviewers, każda nudna. Brak recenzentom krwi, mięsa i
      armaty. Brak pojedynku na dzikie miny. Zamiast tego widz
      dostaje deszczowy spacer po puszczy: spaceruje dwóch panów,
      pan porywacz i pan porwany.

      Spokojne tempo spaceru, prawda. I FBI nie biega tu za szybko,
      a kobieta zdradzona nie pisze krwią męża "ty chamie!". A jednak
      jak rzadko w kinie ogarnia mnie niemiłe uczucie. Nie, nie
      atakuje mnie Mars, ledwie wychodzę z kina, nie nadciąga
      armageddon, gdy wstępuję po parówki do marcpolu. Nic z tych
      rzeczy. Za to trzyma mnie świetne niemiłe uczucie.

      Zasługa reżysera, debiutanta, i jego kolegów z planu.
      A i Redford, okazuje się, żyje.

      Marzę, że zapłaczesz: El Fa, Ty nudziarzu!

      WFFokka
      • Gość: El Favorro Re: WFF: Rozrachunek IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.10.04, 17:25
        A-ha! No tam mi się właśnie wydawało że ktoś mnie obłapiał w kinie. Ale -
        pomyślałem sobie - nie będę się szamotać, bo jakiś czas temu ktoś dostał w
        kinie Atlantic nóż pod żebro od jakiejś niewiasty i nie chciałem podzielić jego
        losu. O.
        Nazwano mnie nudziarzem! Idę płakać.


        *** POSSIBLE SPOILERS ***


        Bardzo lubię filmy z powolnym tempem (patrz szczyt, czyli "Gerry") pod
        warunkiem że mają klimat. A tutaj kompletnie go nie czułem. Sam las jeszcze
        niczego nie załatwi a rozmowy obu panów były po prostu bezsensowne. Absolutnie
        nie wymagam żadnych 'fakenów' z ich ust, ani innych przejawów kina akcji ale
        ich dialogi były zwyczajnie o niczym. Nie, przepraszam - o czymś tam były, ale
        nijak się to miało do sytuacji. Kto wie, może Redford grał tu twardziela jakich
        mało, bo znajdując się ciągle na muszce pistoletu i przekonawszy się że jego
        posiadacz potrafi robić zeń użytek, zachowywał się bodaj zupełnie inaczej niż
        można by się tego spodziewać. Ot, prowadził taki chit-chat z porywaczem i, kto
        wie, potencjalnym mordercą, i zajadał z nim kanapki. Mam wrażenie, że sam
        reżyser zaczął się zastanawiać czy aby nie przedobrzyłz tym łażeniem po lesie i
        gadaniem o bzdetach, bo zupełnie nie rozumiem po co znalazła się tam scena
        biajtyki. Absolutnie niczym nie wzbogaciła filmu ani nie odmieniła w żaden
        sposób fabuły, relacji obu koleżków, nic! Jedyne, co wywoływała to głębokie
        zdumienie na widok Redforda opierającego się o drzewo i czekającego aż Dafoe
        się ocknie. A koniec filmu? Że "jeśli mnie kochasz to niczego więcej mi nie
        potrzeba"? Zkliwy, hollywoodzki tekst i pasuje jak wół do karety - czy to jest
        film o miłości? Mirren coś tam o niej co jakiś czas wspominała (że niby on
        zdradzał dalej ale ona i tak postara się go uratować - miałkie to trochę), ale
        Redford? Nic. Ni z tego ni z owego napisał liścik, zacytowany w zakończeniu.
        Mnie tak gryzło się ono z resztą fabuły, że odniosłem wrażenie jakby reżyser
        nie bardzo miał pomysł jak skończyć film. A tak - upiekł dwie pieczenie przy
        jednym ogniu. Bo zakończenie wzruszające, a i - myśli sobie reżyser - jeśli
        jakiś dureń na forum Gazety spyta o czym to właściwie jest film, to będzie miał
        odpowiedź! O miłości! OK, ale ja kompletnie tego nie kupuję.
        • fokka Re: WFF: Rozrachunek 10.10.04, 18:23

          Marny romans szykuje się między nami, El Fa, marny, bo
          urwany wpół. Dyskusja by była, że HA!, między nami, dlaczego
          się Redford o drzewo rękami unurzanymi w zbrodni oparł
          tak niefortunnie, że się nie spostrzegł, że tam, za plecami,
          zbrodnia mu się nie udała.

          Dyskusji nie będzie, bo INNYCH gorączki pozbawię, żeby to,
          całkiem udane i uzasadnione przyzwoitą psychologią, oparcie
          o drzewo zobaczyć.

          Niech więc pękną świnki skarbonki: TRACH. Pora wybrać piątaki
          i iść do kina, żeby zobaczyć, że i Amerykanie potrafią zrobić
          nieamerykański film.

          Choć, jeśli świnka nie pozwala na hulaszcze życie, warto bardziej
          jeszcze zobaczyć "Zło". Szwedzki film, lepszy niż niejedna kanapa
          z IKEI.

          El Fa, poleć i Ty coś, mój miły :]
          • Gość: El Favorro Re: WFF: Rozrachunek IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.10.04, 00:29
            Ikei nie lubię... na www.plumpictures.prv.pl znajduje się mój i nie tylko
            filmik traktujący żatobliwie o tejże firmie, zapraszam do ściągnięcia sobie i
            obaczenia!
            Przyzwoitą psychologią uzasadnione, powiadasz... Mnie to bardziej wygląda na
            tani chwyt (chopaky! Musimy coś wymysleć, żeby Robert się odwrócił! To może
            niech się o drzewo oprze!) ale mniejsza z tym. Niech se ludzie zobaczą! A jak!
            Nieamerykański film... Tu tyż się zdaniem różnimy (a coś mi mówi, że nie tylko
            zdaniem! Bo ja na przykład umiem ruszać jedną i drugą brwią oddzielnie i założę
            się, że Ty nie) - istnieje wiele lepszych, mniej jeszcze amerykańskich filmów
            amerykańskich. Ten raczej był. Nie ukrywam, ze głównie przez muzykę.
            A jeśli świnka nie pozwala na hulaszcze życie, to świnia z niej.
            Co do "Zła" - może i bym na to poszedł, ale skutecznie odstraszył mnie w sobotę
            straszny film tegoż samego reżysera pt. "Duch Topielca". Wyżywam się na tym
            filmie kilka postów niżej. Postanowiłem posprawdzać sobie komentarze na jego
            temat na różnych stronach i trafiłem na taką oto wypowiedź. Szweda, żeby było
            ciekawiej. Tak oto zareagował, gdy usłyszał, że ma być Szwedzki thrillero-
            horror:

            "A Swedish slashermovie? That has never, what I know, been made before, but
            most Swedish action-movies and thrillers are really poor attempts to make
            movies that look American but are really cheap and dumb. Maybe I'm a bit
            pessimistic now but I think this not will be an exception."

            I zupełnie się nie pomylił. Kopia amerykańskiego, tania i durna. Szkoda!

            Powiadasz, że mam coś polecić... Festiwalowego to nic nie polecę do tej pory z
            wyjątkiem "Na Złamanie Karku", ale tego już się nie obejrzy na tym festiwalu.
            Poza tym byłem tylko na wspomnianych 2 filmach, które były słabiutkie. Jutro
            idę na "Kontrolerów" - wiele sobie po tym obiecuję! MOJA MIŁA

            pozdrawiam!
            • fokka Re: WFF: Rozrachunek i inne 11.10.04, 11:09
              Zostawmy "Rozrachunek". Mój błąd, że zamiast
              pojechać profejsonalnym krytykiem...

              (i zacząć tak: "do spotkania dwóch facetów na
              drabinie awansu społecznego, na wytartym już w
              amerykańskiej kinematografii do żywego celuloidu
              szlaku od-pucybuta-do-milionera, dojść może na
              dwa sposoby: albo dogonisz lepszego od siebie,
              albo ściągniesz go z niej za frak, zabierzesz
              portfel i zamkniesz mu usta. Na zawsze." :)

              ...ja przed Tobą, El Fa, obnażyłam duszę i piszczałam
              coś o targających mną po "Rozrachunku" namiętnościach
              kinomana. Błąd, przepadło.

              Podobnej głupoty ze "Złem" nie wytnę. Znajdę chwilę,
              zachwalę poważniej. Obowiązek kinomana.

              "Na Złamanie Karku" - nie złapiesz mnie nawet na
              bilety po ostrej przecenie. Po "Pupendo", wspólny
              reżyser, spodziewam się tu podobnych wrażeń jak
              po zupie. Nie dość, że za słonej (melancholia
              po dawnym systemie, tfu), to i letniej (gdzie
              słynny czeski humor? w dupie-skarbonce,
              prawdopodobnie).
              De gustibus, ale dyskutujmy.

              "Kontrolerów" też omijam szerokim łukiem. "Atmosfera
              oniryczna" + "fajerwerki humoru", ojej, to ci dopiero
              kinomatograficzne nieszczęście. Ale opowiedz
              koniecznie. See ya, w kinie.

              • Gość: El Favorro głównie 'inne' IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.10.04, 13:25
                Zostawiamy Rozrachunek. A w wylewaniu namiętności kinomańskich nie widzę
                żadnego błędu! Wylewaj, wylewaj!
                Mówisz, że obowiązek kinomana nie wycinać takich "głupot". A nieprawda, sam
                jestem kinomanem i często w ten sposób podniecam się jakimiś filmami
                publicznie :]
                "Pupendo" w moim mniemaniu komedią jako-taką nie było, więc czeskiego humoru
                nie należy chyba jakoś strasznie wymagać. Chociaż np. sam wątek pt. "Pupendo" i
                ostatnia scena z balatonem rozśmieszyły mnie wielce i był to jak najbardziej
                czeski humor. A "Na złamanie karku" jest w czeski humor baaaaardzo obfite. I
                dzieje się już w obecnych czasach i jest od "Pupendo" dużo bardziej wyraziste.
                No, ale de gustibus, zgadza się!
                Szkoda, że sądzisz film po dwóch króciutkich, luźnych opisach. Dużo dobrych
                filmów musi Cię w ten sposób omijać! W podobny nawet sposób (przy czym
                słowo 'oniryczna' może zastąpiłbym jakimś innym, choć niezbyt dalekim)
                opisałbym mój ukochany "Filmowy zawrót głowy". Genialny film.
                A "Kontrolerów" opisze na pewno. Póki co widziałem króciutkie przebitki i
                wyglądały świetnie - ale nie zapeszajmy. Na pewno wieczorkiem założę wątek
                pt. "WFF: Kontrolerzy". Zapraszam do kłótni! :]

                I pozdrawiam gorąco. Bo zimno dziś.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka