mamkajulci
10.08.10, 20:18
Witajcie,
W końcu i ja zapragnęłam obiektywnych opinii obcych ludzi. Niżej początek
mojej hm powieści ;)Dziękuję.
***
Środek nocy. Leżę w łóżku. Półmrok. Mały strumień światła dochodzi zza
przymkniętych drzwi. Chce mi się spać. Nic dziwnego, połknęłam przecież
wieczorem końską dawkę środka nasennego. Ile razy w ciągu nocy zmieniamy
pozycję? Pięć? dziesięć? Dwadzieścia? Ja budzę się co półtorej godziny.
Czuję, że muszę wyprostować nogę. Najpierw usiłuję zignorować to uczucie. Po
kilku minutach czuję, że zwariuję, jeśli jej nie wyprostuję. Wołam pielęgniarkę.
- Siostro!
Panie leżące w mojej sali przestają na chwilę chrapać i przewracają się na
druga stronę. Czekam. Jest ciemno i cicho, nie słychać nawet kroków.
- Siostrooooo!
Znów mija kilka minut. Ja leżę. Po twarzy zaczynają mi płynąć łzy. Ciekawe,
która jest godzina.
- Siostroooo!
Staram się sobie tłumaczyć, że od zdrętwienia nikt nie umarł. Prędzej czy
później ktoś do mnie przyjdzie.
- Siostrooooo! – wołam cicho łykając łzy.
Na łóżku pod oknem budzi się sąsiadka.
- Zadzwonić po pielęgniarkę?
- Tak poproszę – mówię zawstydzona.
Przy moim łóżku też jest przycisk przywołujący pielęgniarkę. Zwisa koło
poduszki. Nawet, jeśli uda mi się złapać kabelek z przyciskiem, nawet, jeśli
przesunę rękę na przycisk – to nie jestem w stanie go przydusić. A przecież do
tego nie potrzeba siły … Jestem beznadziejna.
Do pokoju wpada światło z korytarza. Wchodzi pielęgniarka.
- Kto znowu mnie woła? – pyta niezadowolona
- Ja - mówię cicho.
Nie wiem czy powinna odpowiadać na to pytanie, pielęgniarka wie dokładnie, kto
co półtorej godziny zawraca jej głowę.
– Czy może mnie Pani przewrócić na bok?
- Znowu? – pyta i robi wredną minę – koleżanka jest zajęta, a ja nie wiem czy
sama dam radę.
Fakt, ważę 56 kilogramów. Ale jeśli ona mi nie pomoże to kto? Czy proszę o tak
wiele? Czy zawsze będę prosić się o pomoc? Czy to, że leżę na oddziale
neurologicznym ma znaczyć, że przestałam być człowiekiem? Jestem tylko kupą
kłopotliwego, sparaliżowanego cielska. Czy ktoś może wyłączyć mój mózg?
***
Choroba? Wystarczy pójść do dobrego lekarza, nie koniecznie na kasę chorych.
Wykupić lekarstwa. Wyzdrowieć. Co za problem? Chyba, że ktoś woli chorować niż
wyzdrowieć.
Człowiek na wózku inwalidzkim? To zwyczajny człowiek. Pracowałam kiedyś z
takim jednym facetem. Siedział przy biurku w salonie samochodowym. Normalny
facet. Z poczuciem humoru. Owszem nie chodził, ale ze wszystkim radził sobie
bardzo dobrze. Byłam wtedy młoda. Tolerancyjna. Jakoś zawsze uważałam, że
najłatwiej jest usiąść i płakać, że ma się problem, że jest się
niepełnosprawnym. Wyciągać ręce po pomoc od Państwa.
Później nie miałam bliższego kontaktu z niepełnosprawnością. Za to poznawałam
naturę człowieka. Homo biznesus. Jak zmienia zdanie, kłamie, oszukuje, unika,
wymyśla, żeby tylko zarobić. Jak mówi jedno a robi zupełnie coś innego.
Cały świat leżał w zasięgu mojej ręki. Nikt mi go nie podał na tacy. Nie
prosiłam o pomoc. Ale wiedziałam, że jak będę ciężko pracować to zrealizuję
swoje marzenia. Sama.
***
Mam katar i kaszel. Kiepsko się czuję. Leżę w łóżku. Udało mi się wyrwać z
pracy na dwa dni. Ktoś przywlókł do domu paskudne bakterie, kaszle też moja
córka, kaszle mój mąż.
- Wiesz, chyba zostanę w domu – mówi mój mąż – czuję się masakrycznie.
Ktoś musi być w pracy, donieść jedzenie … Idę do pracy. Nie mam przecież
zapalenia płuc. To tylko grypa. Nie pierwsza i nie ostatnia. Twardym trzeba
być, nie miękkim … na kaszel się nie umiera. Katar leczony trwa tydzień,
nieleczony siedem dni … z grypą pewnie jest podobnie.
Idę do pracy.
- Kiepsko wyglądasz – mówi moja psiapsióła
- Wiem – przytakuję – ostatnio słabo się czuję.
- A dokładniej?
- Ciągle jestem zmęczona, ciągle przeziębiona, podenerwowana. Bolą mnie plecy.
Jest mi źle. Nie mam czasu ani ochoty na radość.
- Aśka, tak być nie może!
- Wiem, wiem, coś z tym zrobię … ale na razie nie mam ani czasu, ani siły.
Później. To moje ulubione słowo.
Odbieram telefon od mojej mamy:
- Dziecko, jesteś chora, połóż się do łóżka, wygrzej.
- Ale mamo – bronię się – ja nie mogę, kto będzie za mnie pracował? Kto zrobi
obiad? Zakupy? Kto poda herbatę choremu mężowi?
Wymówki mieszają się z rzeczywistością. Bo kto teraz kładzie się do łóżka z
bolącym gardłem? Czy kaszlem? Nie ma na to czasu, wszyscy gonimy za czymś byle
szybciej, byle więcej.
A potem pojawił się ból pleców. Ale trochę inny niż zwykle. Po dwóch dniach
jakoś tak dziwnie było wstać od stołu.
Budzę się we wtorek rano. Cholera jest naprawdę źle. Z trudem wstaję z łóżka.
- Co się ze mną dzieje? – myślę przerażona.
Nie mogę podnieść nogi, żeby założyć spodnie. Mateusz zakłada mi spodnie,
skarpetki, buty. Jedziemy prosto do neurologa.
Pani neurolog w prywatnej klinice bada mnie. Puka. Dotyka.
- Dobrze, dobrze – mówi- dobrze.
- Proszę się położyć, uniosę Pani nogi, proszę je trzymać w górze tak długo
jak się da.
Siłą woli próbuję je utrzymać, niestety opadają zaraz po uniesieniu.
- Dobrze.
- Kurcze – myślę - jak dobrze? ledwo doszłam o własnych siłach do gabinetu.
Lekarka kończy badanie.
- Przyszła Pani sama?
- Nie, z mężem.
- To ja może zawołam męża – proponuje lekarka.
Ups. Chyba jest źle.
- Jest Pani w bardzo złym stanie. Proszę jechać prosto do szpitala.- mówi
lekarka - Jest źle.
Widać, że jest również przejęta. Nie jak ja, czy Mateusz, ale zapewne na co
dzień przyjmuje marudnych pacjentów, z bólami głowy … aż tu nagle przywlekam
się ja …. Nie mogę unieść nogi, nie mam odruchów głębokich.
Cóż. Panicznie boję się szpitala. Resztka rozumu podpowiada mi jednak, że
sprawa jest zbyt poważna na lęki, histerie i wymyślania. Trzeba jechać. Jak
będzie trzeba to wytrzymam tam trzy dni. Będę dzielna.
Jedziemy na ostry dyżur neurologiczny. Szpital państwowy. Wszyscy mają czas.
Lekarza nie ma. Siedzę na krzesełku pod gabinetem. Czuję się coraz słabsza.
Ludzi przybywa. Mam wrażenie, że dziwnie się na mnie patrzą.
W końcu wchodzę do gabinetu. Wchodzę to chyba za dużo powiedziane. Szur, szur,
szuram nogami. Lekarz beznamiętnie ogląda moje słabnące ciało.
- Przyjmujemy Panią na oddział – wycedził i zajął się wypisywaniem papierków.
Jeszcze na izbie wkładają mi wenflon. Pielęgniarz każe mi zdjąć kozaki.
Próbuję dosięgnąć nóg.
- Sorry, ale nie dam rady.
Młody chłopak zdejmuje mi buty, rozpina spodnie do badania, zdejmuje bluzkę,
żeby założyć wenflon.
- Na oddziale pobiorą Pani płyn mózgowo-rdzeniowy, potwierdzi on diagnozę –
cedzi przez zęby lekarz.
- Ale co to może być – pytam, okropnie się stresuję, może jak się dowiem to
się uspokoję.
- Najprawdopodobniej to bardzo trudna choroba. Zespół Guillaina-Barrego.
- A kiedy wyjdę do domu?
- Proszę się uzbroić w cierpliwość.
Cholera. Chyba nie ma mniej konkretnej odpowiedzi.
- Ale ile muszę tu zostać – pytam, bo podstawowym problemem w tym momencie dla
mnie jest konieczność pozostania w szpitalu.
- Trudno powiedzieć, to zależy od organizmu….
- Niech mi Pan powie – napieram ostatkiem sił – trzy dni? tydzień?
- Przynajmniej trzy miesiące spędzi Pani w szpitalu, a potem czeka Panią
jeszcze dłuższa rehabilitacja – lekarz rzuca na odczepne, po czym otwiera
drzwi gabinetu i woła następnego pacjenta.
Mój świat legł w gruzach. Z trzech dni zrobią się trzy miesiące? Bez mojego
Mateusza, bez kochanej córeczki, bez pracy? W obcym miejscu, z obcymi ludźmi.
Nigdy. Uciekłabym, gdybym tylko mogła biec …