hardy1
28.08.14, 17:58
(Fragment opowiadania, ze wspomnień)
Na koniec wakacji postanowiliśmy podtrzymać tradycję ich pożegnania, znaną nam od starszych chłopaków. Uważaliśmy się już za tak dojrzałych, że byliśmy godni jej kontynuowania. Przy okazji chcieliśmy się choć trochę odegrać za ciężkie przeżycia, jakie dorośli zgotowali nam po powrocie z kolonii.
W jeden z ostatnich dni sierpnia, jeszcze ciepły ale już krótszy, zebraliśmy się jak zwykle przy trzepaku. Tomek pierwszy poddał pomysł:
– Chłopaki, starsi nie zagrali jeszcze z wartą przy dyżurce w podchody. Może my zrobimy?
– Ale jak nas złapią, to będziemy mieli przesrane. Pamiętacie pożar? – jak zwykle zaczął marudzić Maciek.
– Nie chcesz, to możesz iść z dziewczynami poskakać w klasy! - Tomek już zapalił się do zabawy, oczy zaświeciły mu się jak u wilka w nocy.
– Ja tylko tak...
– To nie pieprz jak potłuczony. To co, chłopaki?
– Jasne. Fajnie! Będzie świetna zabawa! – radośnie przytaknęliśmy. – Tylko trzeba porządnie przygotować, jak starsi. Żeby nas nie chwycili.
– Nas chwycić? W parku, w nocy? Chyba że ktoś będzie uciekał kuśtykając, jak jakiś kuternoga! Dwóch z nas postawimy na czujki z boków i niech spróbują nas złapać – Tomek szybko rozwiał nasze lekkie obawy.
– To co? Dzisiaj wieczorem?
– A na co czekać? Na deszcz czy śnieg? Każdy przynosi co potrzeba. Naboje macie? Ja kilka sztuk mam. Spotykamy się przed zmierzchem.
– Mam kilkanaście – pochwalił się Jędrek.
– Ja też. I ja mam kilka. Ja też mam – chłopaki po kolei zgłaszali swoje zapasy.
– To amunicji nie zabraknie. Użyjemy jej do skutku – Tomek aż zatarł ręce z radości.
Do zabawy w podchody z wartą wystarczały drzewa, krzaki i zmierzch, oraz tylko trzy rzeczy, które musieliśmy zorganizować – kilka długich sznurków, kamyki i naboje. Nic więcej. Zdobycie najważniejszych z nich – nabojów do karabinków automatycznych Kałasznikowa, także nie nastręczało zbytnich trudności. Za ogrodzeniem koszar brygady było pole ćwiczeń i strzelnica wojskowa. W lesie, w kierunku jeziora, była ukryta druga strzelnica. Żołnierze odbywali ostre strzelanie dwa do trzech razy w tygodniu. W pozostałe dni przekradaliśmy się tam przez ogrodzenia i obok stanowisk strzelniczych zawsze znajdowaliśmy zagubione w piachu lub trawie niewystrzelane, zagubione naboje. Kadra prowadząca zajęcia ogniowe nie rozliczała w tamtych czasach zbyt skrupulatnie ilości wydanych żołnierzom nabojów ze zwracanymi przez nich łuskami.
Wieczorem zebrała się cała grupa. Byliśmy podekscytowani – to miały być nasze pierwsze tak poważne podchody, dotąd zarezerwowane tylko dla starszych chłopaków. Nie dopuszczali nikogo ze „smarkaczy”; znaliśmy je tylko z ich opowiadań. Teraz zaś sami, bez ich pomocy i doświadczenia, mieliśmy ganiać się z żołnierzami.
Sprawdziliśmy wpierw zabezpieczenie materiałowe:
– To co kto ma? Wszyscy przynieśli sznurki i kamienie? Aż za dużo, tylko kilka wykorzystamy. A ile nabojów mamy? Pokażcie – rozpoczął zliczanie Włodek. – Cztery, sześć, dwa, dziewięć... ponad pięćdziesiąt, nie zabraknie nam. To co, idziemy?
– Poczekaj, jeszcze nie ma zmierzchu. A kto będzie czujką?
– Niech Maciek i Jędrek.
– Dlaczego ja?! – Jędrek aż podskoczył. – Idź sam!
– Zaraz, spokojnie – wtrąciłem się. – Jak nam chłopacy opowiadali, ganiali się jednej nocy po kilka razy z wartą. Podzielimy się, za każdym razem kto inny będzie na czujce.
– No dobra. To mogę być z Maćkiem pierwszy.
– To mamy ustalone. Jeszcze tylko kolejność.
Szybko ustaliliśmy listę czujek. Zabraliśmy się za przygotowanie sprzętu, potrzebnego do podchodów. Miejsce akcji było wszystkim znane – naprzeciw naszych dwóch bloków wojskowych, po drugiej stronie ulicy, był park miejski. Tak oficjalnie był nazywany, ale do parku dużo mu brakowało. Był zwykłym laskiem, dzikim, nieuporządkowanym, bardzo gęsto porośniętym nie tylko drzewami, ale i krzewami. Zarośla latem idealnie nadawały się na ukrycia. W okolicy bramy jednostki nie było inaczej – na wprost, dwadzieścia metrów od niej, poszycie, krzaki i drzewa zapewniały po zmierzchu świetną osłonę. Teren parku sprzyjał realizacji naszego pomysłu, zapewniał w razie potrzeby szybki odskok w dzikie ostępy. A tam, po nocy, szukaj wiatru w polu. Park znaliśmy jak własną kieszeń.
Mieliśmy już przygotowany potrzebny sprzęt. Odczekaliśmy, aż porządnie się ściemniło i wtedy całą paczką skrycie podeszliśmy na skraj parku, naprzeciw bramy koszar. Schowani za drzewami, przerzuciliśmy przez ich gałęzie sznurki z przymocowanymi kamieniami. Dokładnie pod zwisającymi kamieniami wcisnęliśmy w ziemię naboje, czubkami w dół. Gotowe. Teraz wystarczyło podciągnąć sznurek na metr-dwa w górę, poczekać aż kamień przestanie się bujać i puścić sznurek. Kamyk spadał i wystarczyło mieć tylko trochę cierpliwości. Jeżeli nie za pierwszym, to za drugim czy kolejnym razem kamyk trafiał prosto w spłonkę naboju i następował głośny wystrzał. W nocy huk rozchodził się daleko, nie był do odróżnienia od wystrzału z lufy normalnego karabinka. Nie było takiego śpiocha, który by się nie obudził. A my, wzorem starszych kolegów, mieliśmy przecież rozpocząć ”strzelanie” pod nosem czuwającej warty żołnierskiej, strzegącej wejścia do koszar...
Tomek, w nagrodę za pomysł dowodzący operacją, miał prawo pierwszego strzału. Puścił sznurek. Nic. Zarzucił sznurek na gałąź, podciągnął i ponownie go puścił. Znowu bez oczekiwanego efektu.
– Ee, pewnie nabój mi zawilgotniał – próbował się po cichu tłumaczyć, zniechęcony niepowodzeniem. – Wezmę inny i podłożę.
– Pokaż. Przecież jest suchy i ziemia też. Po prostu nie trafiasz. Taki z ciebie zezowaty strzelec – Maciek nie zmarnował okazji do odgryzienia się za poprzednie kpiny Tomka.
– Chcesz fangę?! Ja zezowaty?! To ty...
– Chłopaki, cichajcie. Jeszcze nas usłyszą i nici z podchodów – szybko się wtrąciłem, z niepokojem patrząc na bramę jednostki. – Lekko dmucha, to i kamień się buja, trudno aby od razu trafił.
– To teraz ja spróbuję – Maciek nie czekał, aż ktoś inny go wyprzedzi.
– Zaraz, miałeś być z Jędrkiem na czujce. Idźcie na boki – dopiero teraz Tomek przypomniał sobie o obowiązkach dowódcy i wykorzystał funkcję. – Dzisiaj ja dowodzę, więc masz mnie słuchać!
– A wała! Ja też chcę strzelać!
– Kurde, co z wami?! – znowu musiałem ich uspokajać. – Ustaliliśmy, że dzisiaj Tomek jest dowódcą, to i tak jest. Ale zróbmy inaczej. Niech każdy chwyci swój sznurek i razem puścimy. Wtedy ktoś może trafi. Niech Maciek i Jędrek też. Na czujkę mogą pójść po pierwszym alarmie, kiedy wartownicy będą już uprzedzeni. Wtedy będzie potrzebna.
– No dobra, niech tak będzie. To stajemy wszyscy przy swoich sznurkach i na moją komendę puścicie je – Tomek odzyskał rezon. – Jeżeli po wystrzale warta wybiegnie, to uciekamy w lewo, w stronę lotniska. Zbieramy się przy tym małym bunkrze, naprzeciw strzelnicy. To co? Uwaga, liczę do trzech. Raz, dwa, trzy...
Na komendę puściliśmy sznurki. Szczęście nam dopisało, jeden kamyk trafił w spłonkę. Głośny wystrzał rozdarł ciszę panującą w okolicy. Sukces! Z niecierpliwością wpatrywaliśmy się w bramę koszar. Wybiegną wartownicy czy nie?