Gość: Ewa
IP: *.wsz-pou.edu.pl
27.05.05, 17:40
Czytam. Strona 223. Kraków. W patio pałacu Piwnicy pod Baranami, na Plantach,
u siebie na Kazimierzu...
To jakby MOJA książka i za to dziękuję.
Zmarzłam w Afryce. Po raz pierwszy przez te dwa tygodnie na przełomie grudnia
i stycznia`05. Z Kairu do Aleksandrii (wietrznie, szalejące morze)- dobrym
pomysłem był Asuan pachnący przyprawami korzennymi.
Znalazłam w Egipcie tę prawdę o której Pan pisze. Podróżując szukam
duchowości, cokolwiek by to nie znaczyło. Naiwnie brzmi? Niech będzie.
Mam przyjaciół w Kairze. PRZYJACIÓŁ. Ludzi prawdziwych. To prawda, "wszystko
tutaj jest sacrum". Nawet ta bieda - czasami nie do pojęcia przez nas
lepszych (czytaj: zagubionych w świecie, który sami sobie stworzyliśmy - niby
jesteśmy bogatsi ale tak beznadziejnie biedni, biedni i głodni duchem).
Ostatni dzień roku 2004...
Jedziemy do 6 Octobre City za Kairem. Poczułam się lekko onieśmielona
wchodząc do mieszkania dziadków A. Z głębi mieszkania wyszedł starszy Pan w
śnieżnobiałej galabiji i drobna staruszka w długiej sukience w wymyślne
wzory. Za nimi – młoda dziewczyna z długimi włosami rozświetlonymi jasnymi
pasemkami, mocny makijaż, czarne, duże oczy spoglądały na mnie zaskoczone.
Kuzynka A. Babcia przyniosła mi małą szklaneczkę gorącej, przesłodzonej
herbaty. Radośni. Siedliśmy na stylowych fotelach rozmawiając o niczym
istotnym, ot zwykła wymiana grzecznościowych zwrotów. Dumni z własnego
mieszkania, bogato urządzonego z mnóstwem drobiazgów, powiedzielibyśmy:
dewocjonaliów, tyle że muzułmańskich. Dwie kolumny w kolorze islamu
oddzielające pokoje od siebie. Głęboka zieleń. Spokojna. Na ścianie
mosiężny „obraz” z imionami Allacha. Podstawka na Koran i egzemplarze tej
świętej księgi islamu – przekazywane z pokolenia na pokolenie. Ponieważ
ojciec A. nie żyje, wkrótce jeden z nich trafi do A. Komody, oszklone regały
z półkami przepełnionymi figurkami.
W drugim pokoju oglądałam zdjęcia babci z młodości, brata mamy A. Nowoczesna,
otwarta kuchnia. -„Będziesz w Kairze przez kolejnych kilkanaście dni.
Zapraszamy Cię, abyś spędziła z nami cały dzień.” – usłyszałam na
pożegnanie. - „Pilnuj A., aby nie palił sziszy” – tego A. mi nie
przetłumaczył, powiedział jednak kilka dni później śmiejąc się. Dziadek podał
mi dłoń uśmiechając się, babcia ucałowała, głaskając moją twarz a kuzynka już
gotowa do wyjścia stała przy drzwiach. Zeszliśmy na dół. Po 20 minutach jazdy
w kierunku Aleksandrii przyjechaliśmy. Restauracje, fast food`s, stoliki
wystawione na zewnątrz, hałas, bo trudno nazwać muzyką - nakładające się na
siebie, głośne dźwięki dochodzące z restauracji ulokowanych jedna obok
drugiej. Brakowało miejsc. Nie było to wymarzone miejsce aby spędzić ostatnie
chwile Starego Roku i przywitać Nowy. Wolałabym już siedzieć gdzieś na skraju
pustyni albo nad Nilem. Niebo poutykane migoczącymi gwiazdami. Zaskoczona.
Czy też kategoryczna w formułowaniu krytycznych ocen, które przeszły poprzez
filtr europejskiego myślenia i doświadczeń? Czasami, a może jednak - często
mi się to tutaj zdarza. Dla Egipcjan – Nowy Rok nie ma zupełnie znaczenia.
Nie potrafią świętować końca roku? Nie, to coś innego. Inna tradycja? Staram
się zrozumieć. Czas... czym jest dla nich czas? Dla mnie: minęło kolejnych
dwanaście miesięcy, skończył się pewien etap. Liczę na początek lub
kontynuację tego, co wydarzyło się, co przeżyłam, nauczyłam się,
doświadczyłam Mam marzenia i całkiem realistyczne plany. W ten dzień ufam, że
spełnią się. Mam na to następnych dwanaście miesięcy. Aby znów się zatrzymać,
poddać się chwili refleksji i wyruszyć w drogę, tę samą albo nową...
Rytuał końca roku. Wymyślony przez nas kilka lat temu w Genewie. Siedzieliśmy
w żartobliwych nastrojach w pokoju akademika. Na karteczkach zanotowaliśmy
swoje marzenia, pragnienia, plany na następny rok. Popiół z tych skrawków
papieru wsypaliśmy do swoich kieliszków, wlaliśmy Bayley`a. Toast i nasze
marzenia, pragnienia, plany wróciły do nas na nowo. Dlaczego właśnie tak? Nie
potrafię wytłumaczyć i nadal uśmiecham się pisząc co roku coś na małych
karteczkach.
Egipcjanie patrzyli na nas niczego nie rozumiejąc. „Chciałbym, aby na świecie
panował pokój” – usłyszałam mocny głos A. trzymającego długopis nad
serwetką. Tym razem ja popatrzyłam na niego zdziwiona. Myślę, dyskutuję o
tym i o tysiącu innych poważnych sprawach tego świata często – a jednak
pisząc na tych kawałkach papieru – zawsze koncentrowałam się tylko na sobie
czy najbliższych. „A życzenia dla siebie?” – zapytałam. –„Jakie to ma
znaczenie? I tak rzeczywistość zweryfikuje te plany bo nasze życie, jego
kształt, kierunek – niestety nie tylko od nas zależy. Od całego splotu
okoliczności, wydarzeń. Wydaje się, że tylko siła wewnętrzna i anioł
cierpliwości są potrzebne, nic więcej” – usłyszałam. Cała rozmowa miała
lekki, żartobliwy charakter a jednak... Pamiętam.
Nie jestem muzułmanką.
Zdobywam wiedzę, ucze się aby rozumieć. Potrzebuję i chcę tego. Kocham ten
afrykański świat. Mierzi blichtr plastikowego świata.
Kto by powiedział? Pozornie w tym świecie znalazłam dla siebie miejsce,
przynajmniej w rozumieniu norm społecznych tutejszych.
Ale to nieprawda. Jestem tutaj widzem i to mnie męczy. Czas.
Czas zacząć wyrażać ten swój własny świat. Żyjący we mnie. Jak płomień.
Dzięki za tę książkę.
Ewa