gdybym_wiedziala
24.06.10, 11:13
Witam.
podczytuję Was już jakiś czas. chciałam odezwać się już wcześniej, ale jakoś
nie mogłam/nie potrafiłam się zebrać i ubrać myśli w słowa.
próbowałam kilku pomysłów zaczerpniętych od Was, ale niestety wszystko spełzło
na niczym, nic się nie zmieniało. może jedynie zwiększał się mój smutek, żal i
rozgoryczenie.
dziś postanowiłam do Was napisać, bo szukam pomocy, zrozumienia i chyba muszę
się wyżalić, bo w realu nie mam komu, ale od początku.
jesteśmy razem 4 lata. od 3 mieszkamy razem. nie mieliśmy wcześniej problemu z
seksem, aż do urodzenia się bliźniąt. wcześniej kochaliśmy się raz/dwa razy w
tygodniu, czasem częściej czasem rzadziej, wiadomo jak to w życiu bywa, ale
czułość, miłość i namiętność była z nami i w nas.
bliźnięta urodziły się w sierpniu. kochaliśmy się dwa razy do października. od
8 miesięcy zupełna posucha. nie pomagają rozmowy, próby, proszenie, płacze,
krótkie spódniczki, extra dekolty nic kompletnie nic. ciągle się czymś
wykręca, albo jest zmęczony, albo się źle czuje, albo nie ma nastroju, że może
jutro i tak w kółko.
starałam się robić wszystko, żeby ten stan zmienić. zaczęłam brać tabletki
anty, bo dał mi do zrozumienia, że w prezerwatywach to nie jest to. kończę
drugie opakowanie i efektu zero.
wczoraj powiedziałam, że to ostatni miesiąc kiedy będę brała tabletki, bo nie
będę truła się od tak. wydusił z siebie, że problemem jest nasz wspólny poród
10 miesięcy temu. że ten obraz ma ciągle lub często przed oczami i to
skutecznie go zniechęca...
zabolało mnie to bardzo, jak bańka mydlana prysły cudne wspomnienia z tamtego
momentu. .przez pół ciąży mówił, że nie idzie ze mną, bo nie da rady. na 3
miesiące przez rozwiązaniem ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, powiedział, że
chce iść ze mną. długo rozmawialiśmy o tym, nie było żadnego nacisku z mojej
strony, było jasno powiedziane, że w każdej chwili może wyjść...
po porodzie, kiedy wróciłam do tego tematu mówił, że wszystko ok, że niczego
to nie zmieniło...
dlaczego powiedział mi o tym dopiero wczoraj? dlaczego mam wrażenie, że to
kolejny wykręt? może niesłusznie i niesprawiedliwie mam do Niego pretensje?
tracę wiarę, że te wszystkie cuda wianki, te moje starania przyniosą
jakikolwiek efekt. czuję, że się poddaję. jest mi strasznie źle, czuję się
brzydka, aseksualna i totalnie do doopy. dbam o siebie, do wagi sprzed ciąży
wróciłam szybko..
i jak to bywa w wielu tu spotkanych przeze mnie historii, oprócz seksu
wszystko gra i buczy...
ten wątek to moja chyba ostatnia próba ratowania i rozgrzania na nowo naszego
zimnego jak lód łóżka, podłogi, stołu...
jak mam wygrać z Jego obrazem z porodu? jak zabić w nim te wspomnienia? jak
rozpalić inne myśli? pomóżcie błagam, bo już nie wiem co robić :( serdecznie
pozdrawiam