Dodaj do ulubionych

rok po ślubie... rozwód?

06.06.11, 00:58
długo nie byłam przekonana do pisania na wszelkiego rodzaju forach. ale chyba potrzebuję czyjegoś spojrzenia "z dystansu". mam ogromny problem z moim mężem - chodzi także o seks, ale nie tylko. sytuacja jedna z wielu - wracam po 14 godzinach pracy do domu, w sobotę, którą on miał wolną. po drodze zrobiłam zakupy, o które poprosił. on akurat jest w trakcie robienia SOBIE ciepłej kolacji. prosi mnie, żebym podała mu łyżkę, bo sam trzyma garnek za gorący uchwyt. sięgam więc do pojemnika ze sztućcami... nagle on wydziera się: "k..., po co Ty jej tam szukasz, jest koło mnie!". Na moje zdumione "dlaczego tak na mnie krzyczysz?" odpowiada : "no bo k... jesteś jakaś niepozbierana, spier... mi stąd!". Ja, cała w szoku, odchodzę kilka kroków i siadam na łóżku (mamy aneks kuchenny). siedzę skamieniała, lecą mi łzy, a on... wychodzi trzaskając drzwiami. następnego dnia też wracam późno - on się do mnie nie odzywa. ledwo odpowiada na moje smutne "cześć". słowem - jest obrażony na mnie, że zrobił mi awanturę. niestety, nie jest to pierwszy raz, kiedy tak się dzieje. mój mąż, mimo, że mam dwa kierunki studiów, pracę i mnóstwo hobby, uważa mnie za osobę mało rozgarnietą i inteligentną. potrafi przy rodzinie i znajomych komentować mnie jako "głupiutką", na co inni wielokrotnie zwracali mu uwagę i dziwili się, że mnie tak opisuje. sam nie dokończył studiów (nie obronił się) i średnio lubi chodzić do pracy - woli grać w gry komputerowe. seks? raz na dwa miesiące, jeśli się postaram... po prostu mu się nie chce. Dbam o siebie, wciąż mam szalone i mniej szalone pomysły, inni mężczyźni wyraźnie dają mi do zrozumienia, że jestem dla nich atrakcyjna... przed moim mężem mogę paradować w najbardziej seksownej bieliźnie, albo nago i w szpilkach, albo w czymkolwiek, co podoba się facetom - jego i tak nic nie ruszy. czasem mi mówi, że ma "ładną żonkę", ale nigdy z tego nie korzysta... w ogóle nie jest o mnie zazdrosny... Gdy czasem próbuję wprowadzić w życie jakiś "pikantny" pomysł, reaguje śmiechem, albo mnie zbywa. Mam 25 lat, a czuję się, jakby moje życie się skończyło. wciąż pamiętam wszystkie cudowne chwile, które miały miejsce przed ślubem... nie chcę się rozwodzić - przecież przysięgałam... Ale gdy kolejny raz mam łzy w oczach i nigdy nie mogę się doczekać nawet zwykłego "przepraszam", chodzą mi po głowie różne pomysły. Gdy próbuję rozmawiać, najspokojniej jak tylko umiem i słyszę "nie pier..", albo "zamknij się" (wielokrotnie), albo "nienormalna jesteś", ewentualnie w lżejszej wersji "dziwna", mam ochotę przestać oglądać się na przeszłość, rodzinę i przysięgę i wyjść i nie wrócić. powiedzcie, czy przesadzam, czy jest jeszcze jakiś ratunek dla tej relacji i co mogę zrobić?
Obserwuj wątek
    • scalla Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 01:04
      tak, rozwód, niestety
      albo skończysz jako jego wycieraczka
      • scalla Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 01:09
        za kogo wyszłaś, że teraz on Ci mówi "spier.... mi stąd"?
        u mnie podczas niemal 10-letniego związku takie słowa nie padły od żadnej ze stron NIGDY, a bywało ciężko (mi odbijało niezle, lecz tego typu odzywek nigdy nie usłyszałam, a mój facet święty bynajmniej nie jest)
        z tego co piszesz wynika, że on ma ZERO szacunku do Ciebie... i raczej lepiej nie będzie.
        jesteś jeszcze młoda,
        UCIEKAJ!!!
        • wieczniepodwojna Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 01:20
          powiem tak: tak nie jest codziennie, on bywa naprawdę kochany i wesoły - czasem. ale wychowałam się w domu, w którym NIGDY nie padały takie słowa, choć tata jest typem choleryka, dlatego to wszystko jest dla mnie tak trudne do przyjęcia. wiem, ze jego rodzina jest trochę inna (nie słyszałam o aż tak niefajnych słowach, ale wiem, że teściowie potrafią się odnosić do siebie bez szacunku) Ale on sobie świetnie zdaje z tego sprawę i nigdy nie chciał powielać tych wzorców. długi czas miałam wrażenie, że szaleje na moim punkcie. naprawdę. ale z czasem... ja nadal się staram, robię mu różne niespodzianki - on raczej nie. dziś znów wróciłam z zajęć po 22, po cichutku licząc na to, że chociaż będzie mu głupio za wczoraj, może przeprosi, może nawet przygotuje dla nas kolację... jak bardzo się przeliczyłam. Rozwód - to dziwne, że niespełna rok po ślubie już o nim myślę... natomiast wiem, że to byłby cios dla niego, dla moich i jego rodziców i dla reszty rodziny. chyba nigdy by nie zrozumieli.:(
          • dreemcatcher Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 09:02
            nie zmieni się , zatrzaśnij za sobą drzwi nie oglądaj się za siebie.. im dłużej zwlekasz tym będzie gorzej ... moja zona tez się zmieniła po ślubie i nie przypomina tej którą była przed ślubem a właściwie pokazała jaką jest .... uciekaj jak najszybciej szkoda życia marnować..
    • gacusia1 Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 03:31
      Przykro mi ale rozwod to jedyne madre posuniecie,teraz gdy jeszcze nie zrobil Ci dziecka(koniecznie sie zabezpieczaj!!!!) bo potem bedzie juz po ptakach...
      Nie wierze w jakies tam terapie malzenskie gdy facet ma taki do Ciebie stosunek. terapia ma sens gdy oboje maja do siebie szacunek i oboje tego chca.
      Zbieraj sie czym predzej!
    • mgla_jedwabna Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 04:08
      "jest obrażony na mnie, że zrobił mi awanturę" - trafnie to ujęłaś. Mam nadzieję, że nie jesteś typem, który czuje się w obowiązku przepraszac i łagodzić sytuację, kiedy ktoś jest na ciebie obrażony?

      Przyłączam się do poprzednich głosów - rozwód jak najszybciej. I nie tłumacz się: "mimo że skończyłam dwa fakultety, a on żadnego, uważa mnie za głupią". Właściwym słowem zamiast "mimo że" byłoby "ponieważ". Już wyjaśniam: facet prawdopodobnie czuje się gorszy już przez sam fakt, że jesteś lepiej wykształcona od niego. A że sądzi swoją miarą, to wyobraża sobie, że pewnie masz go za kretyna z tego powodu (nie jest istotne, czy kiedykolwiek zasugerowałaś mu coś takiego). W związku z tym usiłuje "ustawić cię na właściwym miejscu", czyli będzie za wszelką cenę udowadniał sobie, innym, a przede wszystkim tobie, ze jesteś głupia.

      Tacy ludzie mają przeważnie zaniżoną samoocenę, którą próbują podbudować przyporządkowując sobie kogoś, kogo samoocena będzie jeszcze niższa. Najlepiej na taką osobę nadaje się partner życiowy. Zatem działania twojego męża będą tym bardziej obliczone na "sprowadzenie cię do parteru" im bardziej coś mogłoby podbudować twoją samoocenę. Wykształcona? Udowodnię jej, że jest idiotką. Lepiej ogarnia kuchnię niż ja? Pokażę jej, że nie potrafi nawet znaleźć łyżki. Atrakcyjna fizycznie? Udowodnię, że nie zaciągnie do łóżka nawet własnego męża. Ma pikantne pomysły? Trzeba jej pokazać, że nie są pikantne, tylko śmieszne i beznadziejne. I tak dalej.

      "mam ochotę przestać oglądać się na przeszłość, rodzinę i przysięgę i wyjść i nie wrócić" - to się nazywa instynkt samozachowawczy. Słuchaj się go i pielęgnuj, bo mąż na pewno będzie próbował go stłumić.

      Aha - bądź przygotowana, że jak już wykażesz wolę odejścia, to mąż zacznie się "starać", będzie przypominał te dobre wspomnienia, będzie pogrywał na twoim przywiązaniu do niego (bo całego przywiązania nie wyplenisz z serca decyzją o rozstaniu). Bądź przygotowana na odejście mimo tego, że będzie ci żal wspólnych dobrych wspomnień, utraconej miłości itp.
      • notting_hill Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 10:15
        Koniecznie przeczytaj coś o toksycznych ludziach, o przemocy psychicznej, itd. zanim Twój instynkt samozachowawczy straci umiejętność właściwej oceny sytuacji.
        Im dalej w las, tym będzie tylko gorzej. Twój mąż się nie zmieni, bo przecież on jest ok, to Ty w jego mniemaniu jesteś "nienormalna", więc niby jak miałby zobaczyć co Ci robi i zmienić to? To jest sytuacja absolutnie klarowna i jasna, UCIEKAJ, uciekaj jak najszybciej. I nie rozmawiaj z nim, na litość boską czasem o tym co tu napisałaś i co otrzymałaś, bo zacznie maskować te swoje zachowania i wpadniesz jeszcze mocniej.
        On ma same korzyści z bycia Twoim mężem, więc będzie się bronił wszelkimi dostępnymi sposobami przed zmianą tego stanu rzeczy....
        Zobacz, jak może wyglądać sytuacja po latach małżeństwa i urodzeniu się dzieci:
        forum.gazeta.pl/forum/w,567,125662761,125662761,jak_sie_szanowac_.html
        Ku przestrodze.
        • wieczniepodwojna Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 10:30
          Generalnie macie rację, wesoło nie jest, pewnie powinnam tak zrobić... zastanawiam się tylko, czy jest CIEŃ szansy, że istnieje jakaś metoda, która by zmieniła jego postępowanie. Wiecie co jest najgorsze? chyba nie byłoby tak, jak mówicie, że nagle zaczęłoby mu zależeć i w obliczu możliwości mojego odejścia by się bardziej starał... W nocy, kiedy bez słowa minął mnie kuchni zapytałam "czy tak już będzie zawsze"? on na to "o co ci chodzi?". Tłumaczę o co: o te okropne słowa, brak szacunku, fochy, milczenie... a on wzrusza ramionami... Powiedziałąm mu więc - nie wiem, jakim cudem potrafiłam to zrobić tak stanowczo, nie w tonie groźby, ale tak, by wiedział, ze jestem w stanie to zrobić, że chcę go uprzedzić, żeby później nie było: to był ostatni raz, kiedy się tak zachował. a jesli zrobi to jeszcze raz - odejdę. Naprawdę.
          Zamknął za sobą drzwi, poszedł spać dalej... Bez słowa. Rano był u mnie w pokoju, żeby coś wyprasować, kiedy spałam... spojrzałam an niego tak, zeby nie widział - ale gdzie tam, on ani razu na mnie nie spojrzał. wyszedł i mam prawie 100% pewności, że po powrocie też mnie nei zauważy. Gdzie się podział on sorzed kilku miesięcy?:(
          • notting_hill Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 10:47
            Jeśli teraz nie wprowadzisz w życie swojej groźby, to masz już pozamiatane. Znaczy, możesz sobie gadać do woli, grozić, płakać, on będzie już wiedział, że to tylko takie gadanie.... A Ty się coraz bardziej będziej utwierdzać w swojje niemożności zmiany sytuacji i liczenia na cud. Cudu nie będzie.

            No właśnie, ta odzywka: O co ci chodzi... Klasyka. Ty tłumaczysz, a on wzrusza ramionami. Jesteś jeszcze młoda, naprawdę chcesz, zeby tak wyglądała reszta Twojego zycia??? W rok po ślubie jesteś w tym małżeństwie totalnie sama...
            • wieczniepodwojna Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 11:17
              Wiem, że teraz już muszę być konsekwentna i jeśli znów to się powtórzy - po prostu spakować się i wyjść. Dlatego tak trudno było mi to powiedzieć. Przeraża mnie to. natomiast ponieważ po raz pierwszy tak dobitnie sformułowałam "co zrobię, jeśli", jestem w szoku, że... w ogóle się nie przejął. Nie wiem, próbuję się postawić na jego miejscu i wiem, że ja od razu biegłabym do kwiaciarni po kwiatka i na kolanach przepraszała, zeby tylko ta druga osoba mi wybaczyła. oczywiście pomijam to, czy to by wystarczyło. nie wiem, czy rozumiecie - po prostu nawet najgorsi mężowie świata, którzy piją, biją, etc. potrafią na następny dzien przyjść do tej biednej żony i ją błagać, zeby nie dochodziła... tutaj nei ma nawet cienia takiego pomysłu!:( I tak, tak to właśnie ejst - jestem sama... nie chcę mieć dzieci właśnie dlatego. wiem, ze wszystko spadłoby na mnie i nawet, gdybym pracowała na 2 etatach plus trzeci w domu i tak nie miałabym szansy na choćby okruch wdzięczności. Skąd wiem? mamy wspólnego psa, z którym on owszem, czasem wychodzi, ale dłuższe spacery, zabawy, sprzątanie i inne są wyłaćznie na mojej głowie. ponieważ pies ma mnóstwo energii, a kiedy małżonek jest sam z nim w domu, każe psu spać, kiedy ja wracam, muszę się zająć tym chodzącym psim żywiołem. wiem, że to drobiazg, ale... też trochę mówi.:(
              • bi_chetny Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 11:20
                brak szacunku jest najgorszą rzeczą. można się kłócić, ale zawsze ten elementarny szacunek wzajemny powinien być obecny. Jeśli go nie ma, związek tego nie przetrzyma, albo będzie fikcją.
                Nie macie dzieci - odejdź od niego. Twoja rodzina zrozumie, jego - to nieistotne.

                Nie marnuj życia
              • notting_hill Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 11:29
                Próbuje na jak wiele może sobie pozwolić albo mu zwyczajnie nie zalezy już? I rany, powinnaś się cieszyć, że nie ma syndromu "miodowego miesiąca", bo z tego to dopiero trudno się wygrzebać...

                Trochę rozumiem Twoje obawy co do wszczynania sprawy rozwodowej tak szybko po zawarciu małżeństwa. Szok dla rodziny, wstyd przed otoczeniem, to można zrozumieć. Ale im krócej w tym tkwisz, tym mniejsze rany odniesiesz. Porozmawiaj z kimś komu ufasz, kto ma większe życiowe doświadczenie od Ciebie. Tacy ludzie jak Twój mąż sie nie zmieniają, no chyba że przejdą głęboką terapię, ale na to raczej szans nie ma, bo po co? Sądzisz, że groźba rozwodu skłoni go do zmiany postawy? Jeśli tak, to na krótko. Bo on widzi tylko Twoją winę, żadnej swojej. To Ty go sprowokowałaś, to Ty jesteś ta okropna. On nie zajarzy za milion lat nawet, że nie ma prawa tak traktowac NIKOGO, bez względu na to, co ta osoba mogłaby mu zrobić, bo tak sie po prostu zdrowi ludzie nie zachowują. Kropka.
                • wieczniepodwojna Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 11:44
                  Cieszę się, że ktoś to rozumie...:( Obawy są, o wstyd też chodzi, ale przede wszystkim o to, że... gdyby to był ślub cywilny, chyba by było mi łatwiej, troszkę... Nie mamy dzieci, więc myślę, że procedura nie byłaby trudna. Ale to jest ślub kościelny, który ma się raz w życiu i mimo, że nie jestem przykładem idealnej katoliczki, ta przysięga jest dla mnie ważna... i wiem, jak w oczach Kościoła wyglądają ludzie po rozwodzie; to jest takie jakieś piętno, którego nie można się pozbyć.:( Reakcja rodziny - moja by na pewno zrozumiala, bo troszkę widzi, co się czasem dzieje, natomiast jego... mimo, że mnie uwielbiają, zwłaszcza teść... nie wiem. On miał ochote 10 000 razy rozwieść się z teściową, bo kilka niefajnych rzeczy zrobiła, ale po naszym ślubie jest między nimi dużo lepiej, wzruszył się przysięgą, moze przypomniał przeszlość i chyba postanowił wytrwać. Mojej ucieczki mógłby nie zrozumieć, tym bardziej, że jak znam życie mój jeszcze-mąż opowiedziałby wszystko tak, jak on to widzi, czyli że nic nie robię, czepiam się, jestem histeryczką i co tam jeszcze... mam dużo przyjaciół, którzy by zrozumieli, a nielicznych wrogów, którzy czekają na moje potknięcie, przecież bym nie informowała. nie wiem, czy mam odwagę rzucać to wszystko - ale o włos jest od tego. i tak, boję się samotności, boję się piętna rozwódki, bo wiele ludzi wierzy, że rozwodnicy to osoby, z którymi widocznie nie da się dogadać i coś z nimi jest nie tak, że im się nie udało. A ja nie chcę być sama... Na razie czekam, co się wydarzy - powiedziałam tyle, ile zdołałam, zobaczymy, czy on potraktuje to poważnie... choć brakuje mi w to wiary.
                  • czarna_pijawka Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 12:07
                    Przede wszystkim bierz pod uwage swoje dobro i przyszlosc, swoja oraz potencjalnego potomstwa. Ani rodziny, ani przyjaciele, ani kk nie zyja i nie beda zyly Twoim zyciem.
                    Absolutnie nie masz obowiazku sie komukolwiek tlumaczyc ani spowiadac.

                    Zamknij oczy i wyobraz sobie siebie w tym zwiazku za jakies 10 lat. wyobraz sobie 35 latke, nieszczesliwa, zyjaca bez nadzieji na poprawe zycia i majaca swiadomosc zmarnowanych lat. Do tego wyobraz sobie dziecko, ktore codziennie widzi matke poniewierana przez ojca. Do tego to dziecko bedzie sie uczylo, ze wlasnie tak ma wygladac rodzina, wiec jesli bedziesz miala syna to podobny los sprawisz jego zonie.

                    Naprawde chcesz tak przejsc przez zycie? Chcesz podzielic los tysiecy kobiet, ktore nic nie zrobily bo "wstyd", "bo przysiega", "bo co inni powiedza"?

                    A co do przysiegi.. Twoj maz tez przysiegal i z tego co piszesz to jakos sie ta przysiega specjalnie nie przejmuje.
                  • notting_hill Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 12:32
                    No, tak, jesteś dobrze zsocjalizowaną dziewczynką, czytaj: wytresowaną do zadowalania wszystkich dookoła. Pewnie gdybyś była w typie "zimna sucz" nie zblizyłby sie do Ciebie na rzut kamieniem. Wybrał Cie bardzo dokładnie, zeby miec pole do swoich manipulacji.

                    Jeśli nie zadbasz o siebie sama, nikt sie o Ciebie nie upomni. Więc masz do wyboru- albo liczyć na cud, albo twardo spojrzeć prawdzie w oczy i pogonić gościa na cztery wiatry od razu. Pewnie, nie będzie Ci łatwo, lata tresowania w postawie: "żeby wszyscy byli szczęśliwi" robią swoje. Twoje zycie, Twój wybór, Twoje konsekwencje.
                  • janznepomuka Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 12:43
                    Tak, a kobiety bite, w poradniach dla nich, mają w odpowiedzi na każde pytanie pusty wzrok. Chcesz tak wyglądać, czy zrobić coś jeszcze gorszego?

                    Na razie po prostu wyprowadź się do rodziców i nie rozmawiaj z nim. Powiedzmy na miesiąc. Po miesiącu albo wóz, albo złożysz pozew.
                    • czarna_pijawka Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 12:48
                      Po miesiacu facet bedzie slodki i kochany.. Dziewczyna wroci do niego i po pewnym czasie znowu sie zacznie.
                      • loppe Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 12:59
                        Że niby ludzie nie zmieniają się? Co za nienuakowe podejście egzotyczne już w XX wieku!

                        Zalecam lekturę Wspomnień Św.Augustyna, który był jebaką i zabijaką przez dłuższy czas.
                        • czarna_pijawka Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 13:06
                          Kazdy sw Augustyn (jest ich w sumie 11) zyl w okresie gdy tluczenie zony bylo norma i zwykla rzecza. Wiec moze dajmy sobie spokoj z religiami, co?

                          Jest wystarczajaco wiele przykladow, ze stala poprawa nie nastepuje a wynikiem takiego "dawania szansy" jest jeszcze wieksze pograzenie kobiety.
                          I zeby nie bylo, ze jestem zawzieta, nienawidzaca facetow kobieta.. jestem facetem
                      • n.wataha Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 13:00
                        czarna_pijawka napisał:

                        > Po miesiacu facet bedzie slodki i kochany.. Dziewczyna wroci do niego i po pewn
                        > ym czasie znowu sie zacznie.

                        Niestety to prawda.
                        Praca nad jego psychiką trwała wiele lat (czy raczej trzeba by napisać nad skrzywieniem jego psyche). Tydzień, miesiąc nic tu nie zmieni. Tym bardziej, że jak sama założycielka pisze, nic nie wskazuje by on miał ochotę się zmienić, a raczej uważa, że z jego strony wszystko jest jak być powinno.

                        Raczej spojrzałbym na jego dom rodzinny, bo skądś te wzorce musiał wynieść. Czyżby był maltretowany (choćby psychicznie) przez własnego ojca? A może ojciec, swoją żonę też tak traktował? A może w ogóle się nim nie interesowali, a nad jego psychiką "pracowali" koledzy z podwórka?
                        • notting_hill Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 13:39
                          I jeszcze autorka pisze, ze miała ojca choleryka.... To stąd pewnie przyciągnęła do siebie partnera, który doskonale wyczuł jej strach przed awanturami.
                          Bo tak uczą się reagować dzieci na nagłe wybuch agresji rodziców- wycofaniem, strachem, lękiem przed konfrontacją. On (maż) to doskonale wyczuł gdzieś podświadomie, że ona nie będzie mu się stawiać, będzie potulnie ronic łzy i łykac tę agresję. To własnie dzieje sie z ludźmi wystawionymi na przemoc psychiczną (a manie na stanie rodzinnym ojca choleryka do takich sytuacji się niewątpliwie zalicza). Tak właśnie powiela się schematy rodzinne i niesie te zachowania w następne pokolenia.

                          Ktoś gdzieś na forum chyba Życie rodzinne radził na takie zachowanie zrobić równie karczemną awanturę. Umiałabyś tak, Autorko wątku? Raczej nie sądzę. Zaraz powiesz, że to nie w Twoim stylu, że nie przeszłoby Ci przez gardło wrzeszczenie na męża i obrzucenie go w odwecie stekiem równie wymyślnych przekleństw... O, znalazłam:
                          forum.gazeta.pl/forum/w,898,125370211,125370211,Maz_ciagle_grozi_rozstaniem_Prosze_o_rade.html
                          Jakkolwiek nie pochwalam tego rodzaju zachowań z żadnej strony, to może terapeutycznie warto podjąć chocby niewielką próbę "postawienia" się. A tak, żeby się dla odmiany zdziwił....
                          • wieczniepodwojna Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 14:37
                            > Ktoś gdzieś na forum chyba Życie rodzinne radził na takie zachowanie zrobić rów
                            > nie karczemną awanturę. Umiałabyś tak, Autorko wątku? Raczej nie sądzę. Zaraz p
                            > owiesz, że to nie w Twoim stylu, że nie przeszłoby Ci przez gardło wrzeszczenie
                            > na męża i obrzucenie go w odwecie stekiem równie wymyślnych przekleństw...

                            uwierz mi, że się postaram. nie jestem aż taka znowu do przesady potulna. nie wiem, może mu się przed ślubem tak wydawało, a teraz widzi, że nie do końca chcę się dać "ustawić"? że owszem, mam ocean cierpliwości w sobie, ale są rzeczy, w których obliczu nawet ten ocean nagle wyparowuje? nie wiem. wiedziałam wcześniej, że nie ma łatwego charakteru, łatwo się denerwuje albo irytuje - ale nie aż tak, przed ślubem nigdy nie powiedział do mnie "spier..." albo czegokolwiek w tym stylu. ja już wiele razy płakałam przez niego, z powodu niby drobiazgów tak zwanych, które jednak gdzieś tam w środku mnie raniły. po jego pierwszym "zamknij się" niestety nie zdołałam ukryć łez i zostałam nazwana histeryczką i nienormalną. od tamtej pory udaję twrdziela. tzn. mówię mu, że rani, ale już nigdy przy nim nie płaczę. a po ostatnim coś we mnie pękło... najlepszy dowód to to, że tu napisałam. zaczynam sobie wyobrażać co będziem gdy on się nie zmieni - rozwód. i oswajam się z tą myślą, żeby w razie czego nie bać się to zorbic. to chyba tyle.:(
                          • mgla_jedwabna Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 21:24
                            Nie radzę robić karczemnej awantury. Mąż raczej wyczuje, że to był chwilowy wyskok, a potem będzie wzbudzał i pogłębiał poczucie winy u autorki wątku, która jest "grzeczną dziewczynką". Będzie wciskał coś w rodzaju "może nie jestem święty, ale to ty dałaś mi popalić" a nawet "jesteś taką jędzą, że to wszystko twoja wina".
                  • vitek_1 Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 15:56
                    Kościół, rodzina, teściowie... ??? To jest twoje życie a nie kościoła czy rodziny!
                    Piętno rozwódki? Przeprowadzisz się do innej dzielnicy gdzie nikt cię nie zna i po piętnie.
                    • wieczniepodwojna Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 16:07
                      Tu nie chodzi o dzielnicę, a o to, że rozwódkom ciężko czasem ułożyć sobie życie, bo ciągnie się za nimi ten opisany przeze mnie głupi stereotyp. a u przyszłych teściowych czasem juz od początku mają przechlapane. Oczywiście wiem, ze to wszystko jest może mało ważne - ale szkoda, że tak jest. tak czy siak, i tak jestem sama i tak.:(
                      • sea.sea Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 16:14
                        > wiele ludzi wierzy, że rozwodnicy to osoby, z którymi widocznie nie da się dogadać i coś z
                        > nimi jest nie tak, że im się nie udało

                        A chciałabyś utrzymywać bliższe kontakty z osobami które mają właśnie taki sposób myślenia i szufladkowania? :)

                        BTW z moich obserwacji wynika, że z tym podejściem do rozwodników wcale nie jest tak źle, jak Ci się wydaje. "Za złe" mają zazwyczaj ci, którzy i tak mają w zwyczaju mieć bliźnim za złe - jak nie stan cywilny, to ilość dzieci, a jak nie ilość dzieci, to sposób wydawania pieniędzy czy podziału domowych obowiązków. Jesteś młoda, dzieci nie masz - nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś sobie kogoś normalnego znalazła, a martwienie się teraz ewentualną postawą przyszłych potencjalnych teściów jest dosyć na wyrost :)
                      • czarna_pijawka Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 16:25
                        Bajki moja droga, bajki.. to juz dawno nie jest tak tragicznie. A w sumie to nawet moze to byc dobry filtr na przyszlych wybrankow. Jest taki pan zwraca na to uwage i jest to dla niego wazniejsze niz Ty to w sumie nie ma sie czym dalej zajmowac bo facet na troche nierowno pod sufitem.
                        Nie przejmuj sie otoczeniem, to jest Twoje zycie, Twoj zwiazek, Twoja przyszlosci i nikomu nic do tego.
              • ada828 Re: rok po ślubie... rozwód? 07.06.11, 19:32
                Przeraża mn
                > ie to. natomiast ponieważ po raz pierwszy tak dobitnie sformułowałam "co zrobię
                > , jeśli", jestem w szoku, że... w ogóle się nie przejął. Nie wiem, próbuję się
                > postawić na jego miejscu i wiem, że ja od razu biegłabym do kwiaciarni po kwiat
                > ka i na kolanach przepraszała, zeby tylko ta druga osoba mi wybaczyła. oczywiśc
                > ie pomijam to, czy to by wystarczyło. nie wiem, czy rozumiecie - po prostu nawe
                > t najgorsi mężowie świata, którzy piją, biją, etc. potrafią na następny dzien p
                > rzyjść do tej biednej żony i ją błagać, zeby nie dochodziła... tutaj nei ma naw
                > et cienia takiego pomysłu!:( I tak, tak to właśnie ejst - jestem sama... nie ch
                > cę mieć dzieci właśnie dlatego. wiem, ze wszystko spadłoby na mnie i nawet, gdy
                > bym pracowała na 2 etatach plus trzeci w domu i tak nie miałabym szansy na choć
                > by okruch wdzięczności.

                Ja nie miałam psa, by to dostrzec.Dowiedziałam się przy dzieciach. "Byłam małżonką", ale z tego nic nie wynikało, poza (moimi kochanymi dziećmi) i moja absolutną samotnością
          • n.wataha Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 12:46
            > Generalnie macie rację, wesoło nie jest, pewnie powinnam tak zrobić... zastanaw
            > iam się tylko, czy jest CIEŃ szansy, że istnieje jakaś metoda, która by zmienił
            > a jego postępowanie.

            Jest - zrobić mu lobotomię.

            Kobieto, jeśli tak zachowuje się rok po ślubie, to zaręczam Ci, że 10 lat po ślubie nie będzie miał już żadnych oporów by rzucić Cię o ścianę, czy upiększając Ci przy tym makijaż podbitym okiem.

            Zwróć uwagę, że na jego zachowanie/wychowanie rodzice "pracowali" (nie wiem ile on ma lat) 20 lat?
            A Ty chcesz ten proces odwracać? W ile? W kolejne 20 lat? A nie wiesz, że im człowiek starszy, tym mniej reformowalny?
            Wiesz, na tym świecie są miliony pomiatanych, bitych, maltretowanych psychicznie, gwałconych żon, które za żadne skarby nie odejdą od swoich oprawców. Obawiam się, że Ty będziesz kolejną "Matką Teresą" do śmierci liczącą, że on się zmieni, jak go będę bardziej kochała (czyli nadstawiała drugi policzek, gdy już pierwszy będziesz miała obity).
            Sorry za ironię, ale widuję wiele takich gnębionych kobiet na co dzień, które pogodziły się ze swoim losem worka treningowego i nic ich nie zdoła przekonać, że świat się nie kończy po rozwodzie i ten następny może być 1000 razy lepszy od tego, z którym przeżywają koszmar.
      • ada828 Re: rok po ślubie... rozwód? 07.06.11, 19:25
        U mnie tak było. Wulgaryzmy dopiero, gdy były dzieci. Nie jesteśmy razem. Też myślałam, że mogę go zmienić, bo jego rodzice ....
    • only-avenea Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 11:36
      dziewczyno, ty nei masz za grosz szacunku do siebie? jak mozna dac sie tak traktowac???? nie kumam...jesli jeszcze tla sie w tobie resztki godnosci to uciekaj od niego gdzie puieprz rosnie. Bedzie jkeszcze gorzej...
    • loppe Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 11:42
      Toksyczny facet, nie lubi siebie i prawdopodobnie - na poziomie nieświadomości być może - zna prawdę: jesteś od niego lepsza! Wczoraj obejrzałem wreszcie film Plac Zbawiciela. Te klimaty. Trzeba pryncypialnej wymagalności (asertywność, zasady współżycia - kat staje się katem gdy ofiara mu na to pozwala) i wóż albo przewóz.
      • loppe Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 12:22
        Niestety, ale jest sporo ludzi tak nieuważnych, tak zaniedbanych w swojej duchowości, że samą dobrocią się do nich nie dotrze. To smutne. Tzw. twarda miłość, a gdy to nie pomoże - do widzenia.
        • bi_chetny Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 12:26
          lepiej mieć rozwód na koncie niż być nieszczęśliwym w związku. rozważ to, potem będzie już tylko gorzej...
          • n.wataha Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 12:38
            Czasami zastanawiam się czemu nie wprowadzono jeszcze przepisu, który wymuszałby wspólne zamieszkanie "na własnym" wszystkich par planujących ślub, jeszcze przed jego zawarciem.
            Dopiero będąc z daną osobą na co dzień, dzieląc z nim troski i problemy zycia codziennego wychodzą te prawdziwe zachowania.
            Dzięki temu już przed ślubem miałabyś prawdziwy obraz "swojego ukochanego chama", bo przy takim spotykaniu się, randkach, "chodzeniu ze sobą" dana osoba stara się wypadać w oczach partnerki jak najkorzystniej.
            Dopiero gdy szara codzienność przychodzi w nasze progi, wyłazi szydło z worka.
            Jesli nie macie jeszcze dzieci, to rozwodź się natychmiast. Jeśli myślisz, że może dziecko coś zmieni w Waszych relacjach jeśli się o nie postaracie, to już w ogóle jesteś naiwna, bo jeśli teraz jest nieciekawie, to po przyjściu na świat dziecka dopiero przekonasz się jak może być nieciekawie. Wtedy już nie tylko Ciebie będzie traktować jak popychadło, ale również dziecko będzie mu "wchodziło w drogę" i jemu też się dostanie porcja bólu, czy to psychicznego, czy fizycznego, nie ważne. Jeden i drugi tak samo pozostawia ślady na psychice.

            Więc uciekaj od prymitywa jak najszybciej. No chyba, że jesteś "Matką Teresą" i masz zamiar zbawić Świat poświęcając się dla jego przyjemności.
            • czarna_pijawka Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 12:41
              Nie wprowadzono i nie bedzie wprowadzony bo kazdy z nas ma swiete prawo spieprzyc sobie zycie. To jest nasz i tylko nasz wybor.
              A nawet gdyby taki przepis byl to nie wcale by nie znaczylo, ze kazdy wiedzialby z kim sie wiaze.. Zauwaz, ze czesto ludzi zmieniaja sie dopiero po slubie. Moim zdaniem jest to zwiazane z poczuciem "posiadania" poslubionej osoby. Jak dlugo bylo to na kocia lape, tak dlugo ta pewnosc nie istniala, podpisanie papierka jest odczuwanie jako podpisanie aktu wlasnosci na druga osobe.
            • loppe Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 12:44
              Cyt. "Więc uciekaj od prymitywa jak najszybciej. No chyba, że jesteś "Matką Teresą" i masz zamiar zbawić Świat poświęcając się dla jego przyjemności. "


              To nie jest właściwe podejście. On też jest człowiekiem i nie jest taki jaki jest tylko dlatego, że po prostu tak mu się zachciało. Za dużo, za szybko potępiamy - tu (jeśli się zastanowimy) tkwi główna przyczyna naszych problemów.
              • czarna_pijawka Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 12:50
                A gdzie jest granica po ktorej potepianie jest juz ok? Gdyby napisala, ze walnal ja tym goracym garnkiem to byloby ok i mozna by go potepic?
              • loppe Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 12:51


                Powiem - "oni" są tacy jacy są, bo my jesteśmy tacy jacy jesteśmy. A jesteśmy nieraz za mięccy i nieraz tak samo niestrawnie twardzi jak oni.
              • n.wataha Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 12:54
                loppe napisał:

                > To nie jest właściwe podejście. On też jest człowiekiem i nie jest taki jaki je
                > st tylko dlatego, że po prostu tak mu się zachciało. Za dużo, za szybko potępia
                > my - tu (jeśli się zastanowimy) tkwi główna przyczyna naszych problemów.

                Chłopie, ja potępiam jego zmianę na gorsze. Bo jak pisze założycielka, przed ślubem taki nie był.
                Więc dobrze się kamuflował ze swoimi problemami. Ma facet problemy ze swoim ego, powinien pójść sam do lekarza, leczyć się u psychologa, czy psychiatry, a szczególnie powinien zauważać, że rani swoimi frustracjami druga osobę. Nie potępiam go za to jaki jest, bo zapewne to nie jego wina, lecz np. rodziców, bo zaniedbali jego sferę miłości rodzicielskiej. Potępiam go za to, że nic z tym nie zrobił.
                A tak się składa, że to on powinien coś z tym zrobić, a nie być przymuszanym przez współmałżonkę, bo takie przymuszanie nic nie da. To tak jak z leczeniem alkoholika z nałogu - dopóki sam sobie nie zda sprawy, ze jest uzależniony i chce się wyleczyć, żadna osoba z jego otoczenia nie zmusi go do tego, bo nie będzie to wypływało z jego własnej potrzeby.
                • kag73 Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 13:15
                  Otoz, to on ma problemy, niche szuka pomocy u specjalisty. Ale to nie problem autorki watku. Nie jej celem zyciowym jest wyprowadzac faceta na prosta.
                  Uwazam, ze dobrze postapilas mowiac mu stanowczo, ze ostatni raz tak sie do Ciebie odezwal...teraz, jezeli sytuacja sie powtorzy, musisz byc konsekwentna i sie spakowac. A ze tego nie pokazal, nie znaczy, ze sie nie przejal, bo moze sie przejal, jezeli uwierzyl w Twoje slowa. Moze wie, ze zawinil i ze nie pomoga tutaj zadne kwiaty, sytucjai juz nie cofnie. Teraz warto zobaczyc co bedzie dalej.
                  Jeszcze jedno przychodzi mi do glowy: moze ma kochanke? Czesto wtedy sie zdarza, ze partner probuje jakby zwalic wine za to na druga osobe. Na zasadzie "ona taka i owaka, jej wina, ze mam kochanke".
                  Tak czy siak, przysiega przysiega a zycie masz tylko jedno. Nie o to chodzi w malzenstwie, zeby wytrwac i sie poswiecac tylko, zeby byc szczesliwym, czuc sie kochanym i spelnionym.
                  Nie pakuj sie w dziecko. Rozwaz rozstanie. Brak seksu to jedno, najgorszy jest brak szacunku.
                  A jak dlugo jestescie razem?
                  • wieczniepodwojna Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 14:01
                    Jesteśmy razem od 6 lat... I mieliśmy przed ślubem okazję się widywać codziennie, razem wyjeżdżać, nawet przez jakiś czas mieszkać. I nie, nie jest tak, jak pisał ktoś wyżej, że jestem naiwna, nie wiem w co się pakuję, czym to grozi i chcę wyleczyć to urodzeniem dziecka. Nie - jestem na tyle świadoma, że wiem, że dziecko tylko pogorszy sprawę. Nie chcę, by wychowywało się w takiej rodzinie. Mąż ma 28 lat, z domu wyprowadził się dość dawno, a atmosferę tam zawsze krytykował i sam mi mówił, że chce, żeby w naszym małżeństwie było tak, jak u moich rodziców. Co więcej - jego brat jest zupełnym jego przeciwieństwem, można mu zupełnie wejść na głowę, jest b. uległy, miły, troszczy się o uczucia innych - a przecież wychowali się w jednym domu... O rozwód pytam, zamiast złożyć pozew od razu, bo nie chcę oddawać tego kawałka życia walkowerem... cały czas mam nadzieję, że on oprzytomnieje, może w obliczu perspektywy odejścia żony, którą przecież zawsze podobno kochał. Niemniej jednak, jeśli tak się nie stanie - odejdę, uwierzcie. A że poczytuję to za swoją osobistą porażkę i jestem zdruzgotana, to inna rzecz.:( nie wiem, nie mam pojęcia, co on myśli - wiem tylko, że się w ogóle nie stara. kiedyś mój kolega powiedział mu, żeby o mnie dbał, bo inaczej ktoś mu szybko mnie ukradnie - ale on się na to tylko roześmiał z taką niezachwianą pewnością pt "moją żonę? przecież ona nigdy by mnie nie zdradziła". Kiedy z nim potem rozmawiałam, to powiedziałam, że to największy błąd tak myśleć,bo nawet jeśli kobieta ma poukładane w głowie, jeśli nie dostaje miłości, uczucia, także miłości fizycznej, w koncu może ulec komuś, kto jej to zaoferuje... i żartowałam, ze faktycznie powinien się starać. chciałam tak delikatnie mu dać do zorzumienia, nie grozić, że nie jest tak że jestem już "przyklepana" i jego na zawsze. myślicie, że pomogło? kilka razy było tak, że wracałam ze spotkań z przyjaciółmi/znajomymi o 4-5 w nocy, a on nie napisał ani jednego sms-a, żeby upewnić się, że wszystko ok... nie wiem, co mogę jeszcze napisać, żeby Wam to jakoś zobrazować - po prostu jak w moim nicku... mam dwie natury, jestem poukładana, ale energiczna i z nadmiarem może temperamentu i naprawdę nie rozumiem, czemu on zakłada, że bez względu na wszystko nigdy się nie ośmielę odejść...:(
                    • kag73 Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 14:08
                      No z jakiegos powodu mysli, ze ma "zaklepane" i "zagwarantowane". Moze kiedys powiedzialas mu o tym jak wazna jest dla Ciebie przysiega w kosciele, albo ze nigdy bys nie zdradzila i takie tam. Zapamietal, zakodowal. Czuje sie pewnie.
                    • notting_hill Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 14:11
                      >i sam mi mówił, że chce, żeby w naszym małżeństwie było tak, jak u moich rodziców.

                      A jak jest u Twoich rodziców? Bo ten ojciec choleryk... Co na to matka? Stawiająca się czy raczej z potulnych?
                      • czarna_pijawka Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 14:16
                        Mozna byc cholerykiem i miec dobra, kochajaca sie rodzine. Bycie cholerykiem to czesto tylko sporadyczne wybuchy, ktore jako takie nie powoduja zastraszenia i tlamszenia rodziny.
                        • notting_hill Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 14:24
                          No, niestety, zła wiadomość jest taka, że dzieci, które są świadkami niekontrolowanych wybuchów złości o byle co jednego z rodziców reagują na nie wycofaniem i lękiem, brakiem poczucia bezpieczeństwa i ogólnie brakiem pewności siebie (nie ufają swoim osądom).
                      • wieczniepodwojna Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 14:48
                        mówiąc "choleryk" miałam na myśli to, że dość łatwo wybuchał, gdy jakiś czynnik zapalny się pojawił. ale nigdy nie przejawiało to się uwagami do mojej mamy! rzucicł sobie czasem pod nosem "cholera jasna" do siebie i tyle. nigdy nie byłam świadkiem kłótni rodziców - żadnej. a mama z tych mocno się stawiających, to z reguły tata się starał unikać konfrontacji. i tak jak mówię - zawsze się szanowali nawzajem.
                    • czarna_pijawka Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 14:13
                      Powiem Ci tak.. moja wlasna osobista rodzicielka trzy razy odchodzila od ojca i dopiero za czwartym razem nie bylo powrotu. Za kazdym razem kajal sie, uznawal swoje winy, itp, itd... I za kazdym razem sytuacja wracala do starej formy..
                      kazdy rozwod, bez wzgledu na powod, powoduje poczucie porazki i rozczarowania. Ja sam rozwodzac sie w zgodzie i przyjazni, mialem i mam poczucie porazki.
                      Twoj maz najwyrazniej doszedl do wniosku, ze jestes jego i bez jego "silnego ramienia" nie poradzisz sobie w zyciu i przez to nie odwazysz sie odejsc.
                      Po 6 latach zwiazku, zna Cie doskonale i najpewniej ma powody aby tak sadzic.
                      • wieczniepodwojna Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 14:43
                        chyba nie o to silne ramię chodzi... bo w wielu sytacjach radzę sobie lepiej niż on, niestety. Naprawdę nie jestem typem zależnej od kogoś kobiety, w której nie ma w ogóle samodzielności. Może on uważa, że moje przywiązanie do istytucji rodziny i taka trochę romantyczna strona duszy przeważą nad chęcią ucieczki. ale chyba nie przeważą.:(
                        • czarna_pijawka Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 16:00
                          Nie twierdze, ze jestes slaba leluja, ktora trzeba we wszystkim wspierac.
                          Romantyczna dusza nie zwiednie Ci przez rozwod.. A moze wrecz przeciwnie, moze uda Ci sie tak ulozyc zycie aby mogla sie lepiej rozwinac.
                      • mgla_jedwabna Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 21:30
                        Jej mąż doskonale zdaje sobie sprawę, że to on nie poradzi sobie bez jej silnego ramienia. Dlatego, na wszelki wypadek, uzależnia ją od siebie wdrukowując jej do głowy obraz przeciwny do rzeczywistości, żeby od niego nie odeszła.
    • lilyrush Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 14:39
      Jakos mi sie nie wydaje, ze przysięgałaś być z nim nieszczęśliwa i służyc mu za popychadło....
      • niezapominajka333 Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 16:19
        To już drugi wątek, w którym jeden z małżonków wraca nad ranem, a drugi nie reaguje na to ani zazdrością, ani niepokojem.
        Chyba zrobiłam się nad miarę podejrzliwa ...
        Droga autorko, z kwestii medycznych rozważyłabym nadczynność tarczycy - potrafi nieźle dać w kość bliskim chorego.
        No i zastanowiłabym się, czy nie ma kochanki i nie szykuje się do rozstania, ale nie z własnej inicjatywy.
        Kolejna możliwość, to nieco spóźniona reakcja na święty węzeł małżeński. Klatka to klatka, choćby nawet złota. Koniec wolności!
        A przy okazji ... jak było z decyzją o ślubie? Nie czuł się lekko przyparty do muru?
        I jeszcze w kwestii postępowania z małżonkiem, odradzam płacz, gorzkie wyrzuty oraz wszelkie zachowania bliskie histerii.
        Najwyraźniej jesteś tą stroną, która nie umie znieść fochów ani cichych dni. Tu czuje swoją przewagę. Daj sobie spokój z próbami naprawiania stosunków między wami, bo najwyraźniej jemu na tym nie zależy.
        Zacznij żyć obok niego, ale nie z nosem zwieszonym na kwintę. Żadnych wymownych spojrzeń, żadnych wyrzutów, żadnego płaczu, wzbudzania poczucia winy.
        W rozmowie bądź konkretna i rzeczowa, bez żebrania o czułość.
        Jeśli nie umiesz rozmawiać bez płaczu, napisz list.
        Pozdrawiam.
        N.

    • vitek_1 Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 15:51
      Twój mąż jest generalnie sfrustrowany życiem, tym że ty jesteś lepiej wykształcona, masz lepszą pracę (czy w ogóle pracę), oraz że spędzasz mnóstwo czasu poza domem co on odbiera jako porzucenie i lekceważenie jego osoby. Odwrócenie ról w rodzinie, a to nigdy dobrze nie wpływa na psychikę mężczyzny. Musiałby podjąć pracę, zarabiać idealnie nie mniej niż ty, i wracać później do domu bo naturalne jest że to żona czeka na męża z obiadem a nie odwrotnie. Albo to albo rozwód.

      Piszę na podstawie własnych doświadczeń, też tak miałem a po części ciągle mam i to jest przyczyną mojej nieustannej frustracji, muszę też przyznać że zdarza mi się chamsko odezwać do żony czego zawsze potem żałuję, ale jestem tak sfrustrowany że nie mogę się powstrzymać, i chyba podświadomie obarczam żonę winą za tę frustrację, choć oczywiście wina leży po obu stronach.
      • mgla_jedwabna Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 21:38
        Rozumiem, że wedłg ciebie, Vitek, prawidłowe role w rodzinie to takie, że mąż musi być lepiej wykształcony, mieć lepszą pracę i spędzać dużo czasu poza domem (bez żony)? Czy w takim razie usprawiedliwiałbyś, że żona traktuje takiego męża jak śmiecia, bo jest sfrustrowana tym, że on taki lepszy itd.?

        O nie - twoim zdaniem baba ma pokornie zaakceptować fakt, że ma gorzej, a źródeł radości i poczucia spełnienia upatrywać w tym, że ma na kogo czekać z obiadem w domu. Co takiego naturalnego jest w kobiecie, która czeka na męża w domu? To wymysł burżuazji XIXwiecznej, a nie żadna natura. Wtedy w klasach niższych, jak i dziś, oboje małżonkowie musieli pracować, żeby się utrzymać, za to wśród arystokracji mąż nie wychodził do żadnej pracy. Natomiast układ "mąż udaje do urzędu/ biura zarządu spółki/ własnego gabinetu, a żona czeka zajmując się obiadem" to bardzo niedawny wynalazek.

        Zaś źródłem chamskich odzywek jest wyłącznie niski poziom kultury osobistej. Ludzie dobrze wychowani potrafią dawać wyraz swej głębokiej i długotrwałej frustracji w sposób nie sprowadzający ich na poziom rynsztoka.
        • vitek_1 Re: rok po ślubie... rozwód? 07.06.11, 13:07
          mgla_jedwabna, skoro jest ok gdy ona pracuje i zarabia a on gra na playstation to skąd wziął się ten wątek?

          Nie odpowiadaj bo wiem jaka będzie odpowiedź: bo on jest głupi i chamski, kropka. Cóż za pogłębiona analiza. Zdziwiłabyś się co z takim głupim i chamskim człowiekiem robi regularna praca, dobre zarobki, wspólne wieczory z żoną (ona musiałby wracać przed 22), jednym słowem usunięcie przyczyn frustracji.
          • czarna_pijawka Re: rok po ślubie... rozwód? 07.06.11, 13:11
            Czyli to Autorka ma mu zalatwic wyzsze wyksztalcenie, prace i odpowiednie zarobki? Niech ruszy d*pe i sie o to wszystko sam postara. Siedzeniem przed kompem i gra jeszcze nikt nic nie zalatwil i nie poprawil w zyciu.
            • organza26 świete słowa!!! n/t 08.06.11, 16:06
      • lemon_curd Re: rok po ślubie... rozwód? 07.06.11, 00:02
        Vitek, jesteś po prostu samcem bez poczucia własnej wartości. Prawdziwy samiec umie podać jedzenie swojej kobiecie, gdy ta wraca później. Fakt, że on zostanie z dzieckiem go nie kastruje, bo zna swoją wartość i jest REALNIE prawdziwym mężczyzną. Nie dlatego, że dłużej siedzi w pracy czy dużo zarabia, ale dlatego, że jest męskim ramieniem i oparciem dla swojej Ukochanej. A ona dla niego też jest wsparciem i wytchnieniem. To jest ideał. A nie to, jak sobie ułożysz domowe obowiązki.
        • czarna_pijawka Re: rok po ślubie... rozwód? 07.06.11, 09:21
          Zbyt wielu tzw samcow nie potrafi wyzwolic sie ze staromodnego sposobu widzenia swiata. Nadal tkwia w podziale mowiacym, ze facet jest od lowienia mamutow a kobieta od siedzenia w jaskini i sprzatania tejze
          • lemon_curd Re: rok po ślubie... rozwód? 07.06.11, 13:58
            A jak on nie łowi mamutów, to jej wina. Albo systemu.

            Na szczęście są jednak fajni faceci. I fajne babeczki. I fajny seks. Jest nadzieja, dlatego błagam, nie zgadzajmy się na przemoc psychiczną, fizyczną i poniewieranie w imię "tak musi być", "tak jest od zawsze".
            • czarna_pijawka Re: rok po ślubie... rozwód? 07.06.11, 14:01
              Zeby bylo jasne, ja nie tlumaczylem tych od mamutow i nie pochwalam takich zachowan.
    • violadamore Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 16:05
      Dziewczyno, uciekaj. Nie czekaj, az urodza sie dzieci, wtedy bedzie Ci naprawde trudno odejsc. Teraz, po roku malzenstwa, jest to jeszcze stosunkowo latwe. Swoim rodzicom opowiedz, jak on Cie traktuje, nie wierze, ze nie zrozumieja i nie udziela Ci wsparcia. Naprawde nie ma powodu, zebys musiala znosic takie zachowanie ze strony meza. Minal zaledwie rok od Waszego slubu, a z ksiecia z bajki zrobil sie zwykly cham. Co bedzie za kilka lat? Niewykluczone, ze zacznie Cie bic. Teraz jeszcze laczy Was (materialnie i rodzinnie - brak dzieci) stosunkowo niewiele, Ty jestes bardzo mloda i masz wszelkie szanse na nowy, zdrowy zwiazek. Nie zmarnuj sobie zycia. Za 10 lat bedzie Ci sie na taka decyzje o wiele trudniej zdobyc. Mysl przede wszystkim o sobie. Odstaw na bok mysli o tym co powiedza inni, jaki to bedzie "cios dla wszystkich". To Ty i tylko Ty bedziesz ponosic konsekwencje trwania w toksycznym zwiazku bez szacunku i milosci (tak uwazam), wiec nikt nie ma prawa tego od Ciebie wymagac. Ratuj sie, poki czas. Powodzenia
    • eudajmonika Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 17:40
      Dużo wiemy o mężu autorki - że niedouczony cham i leń, ze złymi wzorcami z domu rodzinnego, że sam sobie robi kolację i nie oglądając się na zmęczoną żonę ją zjada zionąc niechęcią wobec jej "nieporadności" i łez.
      A co wiemy o autorce?
      Niewiele ponad to, jest idealną żoną, tzn. że wraca z pracy/uczelni po 22.00, a z imprezy nad ranem. Przy czym jest zaskoczona, że w pierwszym przypadku nie czeka na nią ciepła kolacja, lecz niechęć, a w drugim - brakuje jej objawów zazdrości męża i niepokoju.
      Czyli cokolwiek by on zrobił, jest źle.

      Zastanawiałam się, jak takie sytuacje powinny wyglądać aby autorka była zadowolona z pożycia małżeńskiego. Czy ona potrafi sobie sama na to pytanie odpowiedzieć i komunikatywnie przekazać taką informację mężowi (?).

      Czy czytelny przekaz z jej strony, najprostsza w takiej sytuacji informacja: "Kochanie, muszę jeszcze posiedzieć w biurze. Umieram z głodu, czy mógłbyś zamówić pizzę, za godzinę będę w domu/przywiozę pizzę, przygotuj wino. Całuję"
      "Skarbie, super impreza. Nie czekaj na mnie, nie martw się, weźmiemy z Aśką taksówkę. Będę koło 4.00. Całuuuję!"
      Czy autorka wysłała podobnego SMSa? Wątpię. Bo skąd te oczekiwania, że ślubny będzie okazywał zazdrość? I ten zawód, że nie okazuje?

      Droga autorko, to mi wygląda na grę ktokogoprzeczeka. Na razie Twój facet dostał ultimatum, więc Ty czujesz się górą, choć on nie łka ze strachu przed Twoimi groźbami.
      Problem w tym, że lecz żadne jeszcze ultimatum nie naprawiło sytuacji w małżeństwie na trwałe. Poprawy możesz oczekiwać, kiedy obie strony się porozumieją i razem będą chciały swoją sytuację poprawić. Tutaj nie tylko Twój partner się do tego nie kwapi, lecz Ty również działasz na Waszą niekorzyść.

      • sea.sea Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 17:52
        No ja przepraszam, ale w przypadku powrotu z uczelni żal był nie tyle o to, że on tę kolację tylko sobie, ale że zareagował spierdalajem na źle podaną łyżkę. Nie jestem aniołkiem, zwłaszcza w trakcie PMSu, ale nie umiem sobie wyobrazić jakie dodatkowe okoliczności by musiały zajść, żebym z takiego powodu mogła tak wybuchnąć w kierunku ukochanego człowieka. Ergo: co by pomógł jej telefon treści "jadę z pizzą, szykuj wino?"
        • mr.kev Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 18:56
          To pewnie niewłaściwe i niepoprawne politycznie, ale ja bym na taki atak rozpuściła jadaczkę takim stekiem bluzgów, że pan mąż by się zdziwił. Niekoniecznie obrażając jego samego. Można odpowiedzieć na temat, rynsztokowo i nie obrażając człowieka 3 pokolenia wstecz. (Co ty odp...sz do .. .. .. ?!!)
          Jak będzie dalej eskalował przemoc - to uciekaj.
          Jak się otrząśnie, zdziwi i zapyta co jest grane - to może sobie przynajmniej coś wyjaśnicie?
          • mr.kev Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 18:58
            PS Wiem, że to nie jest mądra rada. Ale cała reszta symptomów wskazuje na to, że facet nie dba totalnie. A nie że ma problem z plugawym językiem. Dlaczego ma myśleć, że tylko jemu wszystko wolno?
      • wieczniepodwojna Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 22:32
        Do eudajmonika: jestem w szoku, że tak zinterpretowano mój wpis... ja niczego nie "oczekuję"! nie oczekuję kolacji, kwiatów, peanów na moją cześć - niczego! Tylko trochę szacunku... Jeśli o imprezy chodzi - zupełnie nie o to chodziło! kilka razy (!) od ślubu wróciłam tak późno i jedyne, co mnei zaskoczyło, to to, że nie interesował się, czy wszystko ok, podczas gdy partnerzy moich koleżanek raczej się niepokoją, czasami nawet po nie przyjeżdżają... czego też nie oczekuję. I dlaczego piszesz, że ja "działam na niekorzyść" naszego małżeństwa? Posłuchaj, zawsze do tej pory było tak, że pomagałam, gotowałam, pocieszałam, rozbawiałam, wysłuchiwałam, przytulałam (o ile chciał) i WYBACZAŁAM wszystkie drobiazgi, które gdzieś tam się pojawiły. A jeśli miałam poczucie, że mógł się zdenerwować z mojego powodu, to przepraszałam, choć nigdy go nie skrzywdziłam, tak myślę. Posłuchaj, jestem tylko człowiekiem, nie ideałem. ale gdybyś wiedział/wiedziała autorze/autorko tego postu, jak to naprawdę wygląda, to chyba nie byłoby tych zarzutów. Naprawdę. Dopiero wczoraj tak naprawdę, pierwszy raz w życiu, odważyłam się nie przepraszać za jego nerwy.:(
        • wieczniepodwojna Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 22:35
          i jeszcze jedno. Nigdy nie nazwałam mojego męża "niedouczonym chamem i leniem", jak piszesz. I nigdy nie nazwę. Wiem tylko, że jeśli się kocha tę drugą osobę, to nawet jak samemu nie zdobyło się tytułu naukowego, to ją się w tym wspiera, a nie jej przeszkadza. I że jeśli się kocha - to czasami się pomyśli o tej drugiej osobie i zrobi jej choćby głupią kanapkę z serem, niekoniecznei z keczupem w kształcie serduszka, ale jednak. Rozumiesz? Wyprzedzając Twoje pytanie: tak, dość często zdarzało mi się tak witać męża, gdy wracał z pracy, choćby to była godz. 13 i miał pełno sił.
          • wieczniepodwojna Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 22:52
            Wyprzedzając kolejne i odpowiadając jednocześnie na któryś z wcześniejszych postów - tak, mówiłam wiele razy otwarcie i spokojnie, jak sobie takie wspólne życie wyobrażam. I ze ważne są dla mnie takie drobne gesty. Na początku związku, gdy się pojawiały, nie zapominałam nigdy okazać mu wdzięczności, żeby wiedział, ze doceniam. I jestem jak najbardziej gotowa na rozmowę. Nie biorę go na "przeczekanie". Ja chcę rozmawiać, pierwsza się do niego odezwałam w neutralnej sprawie, gdyby tylko wyraził jakąkolwiek wolę - moglibyśmy sobie wyjaśniać dalej. Zawsze to ja robiłam pierwszy krok. Wybacz, ale po tym "k..., spier... mi stąd", które mi dudni w uszach ciągle, nie zorbię tego. I co? Dlatego jestem "złą żoną"?:(
            • notting_hill Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 23:13
              Nie przejmuj się takimi wpisami- internet jest cierpliwy, zniesie i to, a ludzie czesto widzą sprawy poprzez swoje doświadczenia i po swojemu interpretują.
              Niezaleznie od tego co Ty mogłaś zrobić nie tak w tym małzeństwie (bo nikt nie jest wolny od błędów), NIC nie usprawiedliwia takich zachowań jakie prezentuje Twój maż, zwyczajnie nic.
    • alterego4 Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 21:12
      Z wyżyn doświadczenia powiadam: bierz nogi za pas. Jesteś młoda, całe życie przed Tobą. Spędzone wspólnie 6 lat to jest nic nie tylko przy ogromie wszechświata, ale przy całej długości życia.
      Do momentu, w którym oboje będziecie chcieli (ewentualnie) reperować to, co nie działa jeszcze bardzo długa droga. A do tego czasu będziecie tonąć we wzajemnej niechęci - póki czas trzeba to przerwać. Nie masz dzieci, kredyt na mieszkanie można podzielić, opinia rodziny nie powinna Cię obchodzić bo to nie rodzina a Ty musisz przeżyć swoje życie.

      Jeśli po roku małżeństwa zdarzają się takie sceny jak opisałaś (nawet, jeśli sama nie jesteś święta o czym zapomniałaś wspomnieć), jeśli facet nie interesuje się 25-letnią babką która czeka na seks to LEPIEJ NIE BĘDZIE. BĘDZIE GORZEJ I GORZEJ.

      Pomyśl, jak będzie wyglądać Twoje życie za 20 lat. Kiedy będziesz musiała znosić wulgarność, będziesz bawić dwójkę dzieci - odejście będzie znacznie trudniejsze.

      Zmykaj i układaj życie na nowo. Tego kwiatu na pół światu.
      • wieczniepodwojna Re: rok po ślubie... rozwód? 06.06.11, 22:19
        Do alterego 4 przede wszystkim... kredytu mieszkaniowego nie mamy, na razie wynajmujemy mieszkanie - mąż nie ma umowy o pracę, tylko działalność gosp., wcześniej pracował na zlecenie, dlatego o kredyt na razie będzie trudno. Piszesz, że zapomniałam wspomnieć, ze sama nie jestem święta... oczywiście, nie jestem. Natomiast on raczej nie miał okazji moich wad odczuć, bo to są wady typu nadwrażliwość, robienie wszystkiego na ostatnią chwilę, słomiany zapał etc... jeszcze trochę tego jest, ale w stosunku do męża zawsze byłam w porządku. Uwierz. I nie jest to tylko moja opinia, ile razy bywało tak, ze jego własny ojciec mu mówił, żeby rpzestał mnnie tak traktować (w sensie irytować się i podnosić głos), bo lepszej żony nigdy nie znajdzie. Rozumiesz może teraz, dlaczego tak ciężko przyjąć tę sytuację do wiadomości... a dzisiejszy dzień przyniósł jeszcze wiecej "ciekawych" wydarzeń.:(
    • lemon_curd UCIEKAJ!!! 06.06.11, 23:59
      Jestem młodą kobietą. Nie jestem wielką zwolenniczką rozwodów. Uważam, że większość problemów małżeńskich i ogólnie problemów w związkach można naprawić. Ale coś takiego jest dla mnie niewyobrażalne i ja bym uciekła pomimo przysięgi małżeńskiej (która być może w ogóle nie zaistniała, bo facet jest niedojrzały emocjonalnie, wiec mogłabyś spróbować ubiegać się o unieważnienie). Natychmiast.

      Twój stosuje wobec Ciebie psychiczną przemoc, a Ty się na to godzisz. Dlaczego Ty masz przepraszać za jego problemy emocjonalne? Jak w ogóle możesz godzić się na to, żeby mąż nazywał Cię "głupiutką" przy innych ludziach? Czemu w ogóle piszesz o tym, że Jego rodzice zwracają mu uwagę, by traktował Cię lepiej? To patologia. W ogóle nie powinno być takiej sytuacji. W każdym związku ludzie się kłócą i czasem ranią. Ale upokarzanie ukochanej osoby w obliczu osób trzecich, także przy własnych rodzicach jest najgorszym objawem. Co chcesz, żeby było następne? Żeby Ci kiedyś przywalił? Żebyście mieli dzieci, które będą patrzeć jak sfrustrowany tatuś klepie po tyłku "głupiutką mamusię", która wróciła wieczorem z pracy i podała obiad leniwemu panu i władcy, który nawet kolacji dla dwojga nie umie zrobić?

      Nie zrozum mnie źle. Rozumiem Twoje dobre intencje. Też lubię sprawiać przyjemność i odciążać ludzi, których kocham. Chętnie będę gotować obiady, staram się wspierać, kochać, bo po prostu wiem, że miłość kobiety może sprawić, że mężczyzna będzie promieniał, będzie miał wsparcie by się realizować (i odwrotnie). Ale nie wolno dać sobą pomiatać. Granice muszą być jasne. Nie wyobrażam sobie, że mężczyzna zwraca się do mnie wulgarnie, obraża mnie, upokarza mnie czy że się go boję. W takich wypadkach trzeba uciekać gdzie pieprz rośnie. NATYCHMIAST.

      Wyprowadź się z mieszkania, jeśli je wynajmujecie. Odejdź do rodziców, złóż pozew o rozwód. Tak, będą gadać, będzie paskudnie, ale Ty masz mieć to głęboko gdzieś. Bo za 10 lat będziesz mieć innego kochającego faceta i piękną rodzinę, a nie będziesz na prozacu, z zaniedbanymi dziećmi, rozwydrzonym i roszczeniowym Panem i Władcą i podbitym okiem.

      • olewka100procent Re: UCIEKAJ!!! 07.06.11, 00:19
        a ja nie uważam, że większość problemów da się naprawić . Jeżeli on przestał ją szanować to z jakiej paki miałby się zmienić ? teraz to jest już po ptakach , a dziewczyna młoda jest i dziecka nie ma to w imię czego ma się męczyć z gościem który ma jakieś zaburzenia psychiczne i do tego stracił zainteresowanie seksem (pewnie tylko z nią ) . Piętno rozwódki ? no prosze was, żyjemy w XXI wieku . uciekaj bo tracisz tylko czas
        • lemon_curd Re: UCIEKAJ!!! 07.06.11, 00:29
          Proszę o czytanie ze zrozumieniem. Napisałam, że większość problemów w związkach da się naprawić, ale w przypadku związku Autorki Wątku radziłabym jej rozwód i zadbanie o siebie. Nigdzie nie kazałam się jej męczyć, wprost przeciwnie.

        • wieczniepodwojna Re: UCIEKAJ!!! 07.06.11, 00:31
          olewka100procent, jeśli o seks chodzi, to... wiem, że on nie ma kochanki. wiem, że zabrzmi to brutalnie - ale jemu na dzień dzisiejszy wcale nie chciałoby się chyba jej mieć, nawet, gdybym ja w ogóle nie wykazywała zainteresowania seksem. siedzi wpatrzony w monitor i gra w gry komputerowe i ciężko go od tego odkleić. jeśli nie jest w pracy, to jest w domu - i tyle. jest, ale jakby go nie było. chyba, ze ma lepszy moment i uda się go wyciągnąć na spacer albo do restauracji - ale to rzadko. staram się, staram się, staram się... a właściwie - starałam. teraz coś już pękło i trudno będzie to naprawić. a on nie tylko nie naprawia, ale nie interesuje go fakt, że bez tego nie ma mowy o czasie porzyszłym.:(
      • wieczniepodwojna Re: UCIEKAJ!!! 07.06.11, 00:22
        Dziękuję, dałam sobie teraz kilka dni i to przemyślę gruntownie... Też zawsze uważałam, że większość problemów w małżeństwie da się rozwiązać. Nie miałam złudzeń, że małżeństwo to tylko sielanka, która "dzieje się" bez żadnego wysiłku. Ale chęci jednej strony to za mało...:( Udało mi się (bo wcale nie chce ze mną rozmawiać) najspokojniej jak tylko mogłam zapytać go, czy to, co wtedy zrobił, zrobił ostatni raz. I powiedzieć, że uprzedzam, że jeśli nie ostatni - odejdę. Naprawdę. Nie odezwał się do mnie już w ogóle, jest chyba obrażony, ze mu to "ultimatum" postawiłam... Kiedy spacerowałam z psem, jednocześnie rozmawiając z siostrą przez telefon, zobaczyłam go, jak idzie z przystanku w kierunku naszego mieszkania. Kiedy się zbliżył, na chwilę przerwałam rozmowę i powiedziałam mu "cześć". Po chwili wahania odpowiedział dziwnym głosem i nie zatrzymując się, nie spoglądając w ogóle na mnie, wyrwał do przodu. Kiedy wrócilam do domu, był już zamknięty w swoim pokoju. Czuję, ze jutro, pojutrze, za tydzień będzie tak samo. No chyba, że przeproszę go na kolanach nie wiem za co, to wtedy mi może łaskawie po jakimś czasie wybaczy. A tego nie zorbię, więc... trudne dni przede mną. Ale chyba dobrze, że weszłam na to forum - mam teraz trochę więcej odwagi i jeśli mój mąż nie wyrazi nawet śladowego zainteresowania tematem, odejdę... być może na razie bez formalnego rozwodu, dając mu trochę czasu... ale jeśli sprawa będzie dalej tak beznadziejna jak teraz, chyba przestanę walczyć o małżeństwo, a zacznę o siebie, jakkolwiek egoistycznie by to nie brzmiało.:(
        • lemon_curd Re: UCIEKAJ!!! 07.06.11, 00:28
          Kochana, ja mówiłam, że większość problemów można rozwiązać, takich jak kryzysy etc, ale jeśli chodzi o Twoje małżeństwo, zwiewałabym od razu. Naprawdę. Będzie tylko gorzej. A Ty zasługujesz na prawdziwą miłość, prawdziwego mężczyznę, z którym faktycznie będziesz mogła wspólnie pracować nad związkiem i na cudną Rodzinę.

          Trzymaj się ciepło. Wiem, że to niełatwe, zwłaszcza jeśli wierzyłaś w swoją przysięgę. Ale on najwyraźniej nie wierzył. Zadbaj o siebie. To nie jest egoistyczne. To jest dobre.
          • wieczniepodwojna Re: UCIEKAJ!!! 07.06.11, 00:39
            Dziękuję. Czuję, że masz rację i postaram się zawalczyć o siebie, minimalizujac przy tym jak tylko się da liczbę ofiar dookoła. Mam nadzieję (a może i nawet pewność!), że wszystko u Ciebie będzie pięknie i jeszcze raz pięknie - zawsze! W końcu jest masa naprawdę udanych związków; ja widocznie źle oceniłam sytuację już na początku i zbyt optymistycznie i idealistycznie do tego podeszłam. zobaczymy, jeśli cud się nie stanie i mój jeszcze-mąż nagle nie przejdzie gwałtownej transformacji wewnętrznej - stawię czoło światu.:( to głupie, ale teraz boję się każdej andchodzącej godziny, bo z każdą to jego ponure milczenie trwa dlużej i coraz trudniej w możliwość transformacji wierzyć.
            • notting_hill Re: UCIEKAJ!!! 07.06.11, 08:09
              Tobie jest potrzebny psycholog... Nie zrozum mnie źle, to nie znaczy że cos z Tobą jest generalnie nie tak, tylko że z tego co piszesz, nie poradzisz sobie samodzielnie stając oko w oko z taką brutalną siłą, jakiej uzywa na Twojej psychice maz. On liczy na to, ze sie złamiesz w końcu. A Ty piszesz o minimalizowaniu strat (a niby dlaczego?!- walić straty, nie musisz zawsze uważać na to co robisz i zadowalać całe otoczenie, ale tego nie zmienisz bez terapii), liczysz na to, że jednak mąż się "zmieni" (to o transformacji...)- napisano Ci tu już w każdym niemal poście- nie zmieni się. No i to, że choćby najmniejsza chęć pojednania z jego strony by wystarczyła.. Nie! to nie wystarczy! Jemu jest potrzebna lobotomia, jak tu już ktos słusznie napisał. I spokojnie możesz starać się o stwierdzenie nieważności małżeństwa w kk, jeśli to dla ciebie ważne, chociaż to dośc kontrowersyjne jest, ale co tam komu jest potrzebne...
              • niezapominajka333 Re: UCIEKAJ!!! 07.06.11, 09:59
                Ja pozwolę sobie ponowić pytanie o decyzję odnośnie ślubu.
                I jeszcze jedno.
                Twój mąż się zmienił jakieś pół roku po ślubie. Czy możesz to powiązać z jakimś wydarzeniem w waszym życiu? Zmiana pracy, jakieś kłopoty? Jak przyjął twoją decyzję o drugim kierunku studiów? Może uważa to za jakąś fanaberię? Za przyczynę samotnych weekendów, bo ty jesteś na zajęciach.?
                Przed ślubem byliście razem 5 lat. To wystarczająco dużo, żeby przestał działać endorfinowy haj i żeby ujawniła się prawdziwa natura człowieka. A sama twierdzisz, że dopiero od niedawna się zmienił.
                Widzisz, twoja relacja jest z konieczności jednostronna. Sprowadza się do stwierdzenia, że mąż przestał o ciebie dbać i stał się chamski. Ale ani słowa i tym, z jakimi uczuciami on sobie nie radzi. Czy dawniej też tak chętnie grał w gry komputerowe, czy dopiero teraz się uzależnił?
                Dlaczego śpicie w oddzielnych pokojach?
                Napisałaś. że ma brata, który jest jego przeciwieństwem. Jak wyglądały konflikty między nimi? Brat ustępował dla świętego spokoju?
                • n.wataha Re: UCIEKAJ!!! 07.06.11, 10:12
                  niezapominajka333 napisała:

                  > Ja pozwolę sobie ponowić pytanie o decyzję odnośnie ślubu.
                  > I jeszcze jedno.
                  > Twój mąż się zmienił jakieś pół roku po ślubie. Czy możesz to powiązać z jakimś
                  > wydarzeniem w waszym życiu? Zmiana pracy, jakieś kłopoty? Jak przyjął twoją de
                  > cyzję o drugim kierunku studiów? Może uważa to za jakąś fanaberię? Za przyczynę
                  > samotnych weekendów, bo ty jesteś na zajęciach.?
                  > Przed ślubem byliście razem 5 lat. To wystarczająco dużo, żeby przestał działać
                  > endorfinowy haj i żeby ujawniła się prawdziwa natura człowieka. A sama twierdz
                  > isz, że dopiero od niedawna się zmienił.
                  > Widzisz, twoja relacja jest z konieczności jednostronna. Sprowadza się do stwi
                  > erdzenia, że mąż przestał o ciebie dbać i stał się chamski. Ale ani słowa i tym
                  > , z jakimi uczuciami on sobie nie radzi. Czy dawniej też tak chętnie grał w gry
                  > komputerowe, czy dopiero teraz się uzależnił?
                  > Dlaczego śpicie w oddzielnych pokojach?
                  > Napisałaś. że ma brata, który jest jego przeciwieństwem. Jak wyglądały konflikt
                  > y między nimi? Brat ustępował dla świętego spokoju?

                  A ja się grzecznie zapytam - po ciężką cholerę jej te analizy?
                  Ma zamiar pisać pracę magisterską na temat "Terapia małżeńska - jak z męża chama zrobić kulturalnego człowieka"?
                  Ona nie jest psychologiem,, który za swoją terapię bierze słone pieniądze, ona tego człowieka ma na co dzień i na co dzień musi znosić jego stany psychiczne. Facet sam z siebie nie wykazuje żadnej ochoty by się zmienić, więc po co ma go do tego przymuszać?

                  Spotkałaś się choć z jednym przykładem na naprawienie psychiki człowieka, który nie miał ochoty jej zmieniać, tylko dla tego, ze jego bliscy chcieli by się zmienił?
                  Nie ma takich przypadków, więc nie mydl jej oczu, że jak ONA bardzo będzie się starała, to ON się zmieni.
                  Nie kochana, jak ONA będzie się starała, to jedynie ONA się zmieni - w potulnego baranka, którego baca będzie łoił laga, dla swojej zwichrowanej przyjemności.
                  • niezapominajka333 Re: UCIEKAJ!!! 07.06.11, 11:17
                    A ja się grzecznie zapytam - po ciężką cholerę jej te analizy?
                    > Ma zamiar pisać pracę magisterską na temat "Terapia małżeńska - jak z męża cham
                    > a zrobić kulturalnego człowieka"?
                    > Ona nie jest psychologiem,, który za swoją terapię bierze słone pieniądze, ona
                    > tego człowieka ma na co dzień i na co dzień musi znosić jego stany psychiczne.
                    > Facet sam z siebie nie wykazuje żadnej ochoty by się zmienić, więc po co ma go
                    > do tego przymuszać?
                    >
                    A ja grzecznie odpowiadam, iż człowiek istotą rozumną jest i odrobina refleksji nad związkiem nie powinna autorce zaszkodzić. Niejeden raz okazywało się, że obraz partnera przedstawiany na forum jest mocno przerysowany, jednostronnie negatywny, a w trakcie dyskusji wielu osobom otwierały się oczy.
                    Gdyby napisał tu mąż, pewnie przedstawiłby swoją żonę jako niegramotną histeryczkę, która z igły robi widły, ciągle ma o coś pretensje, wiecznie jej nie ma w domu, bo zachciało jej się studiować drugi kierunek, że kariera jest dla niej najważniejsza, że o dziecku nie myśli, wystarcza jej pies, któremu poświęca więcej uwagi niż jemu. A on biedny sam w domu się nudzi, musi sobie sam robić jedzenie, pracę ma beznadziejną, zero zrozumienia od żony, tylko wieczne pretensje i prowokowanie kłótni, w których zdarza mu się wybuchnąć i potem jest oczywiście jego wina.
                    Można tak? Można.
                    I znajdzie się zrozumienie i poparcie dla beznadziejnej sytuacji.
                    Dobrze jest się zastanowić, jak wygląda związek widziany oczami partnera.
                    Ja jej nie proponuję, żeby w tym małżeństwie została. Nie sugeruję, że ona może go jakoś zmienić czy wychować. Na szczęście nie mają kredytów, dzieci, długiego stażu.
                    Zastanawiam się tylko w jakich pięknych okolicznościach przyrody ten facet tak się zmienił.
                    • wieczniepodwojna Re: UCIEKAJ!!! 07.06.11, 12:04
                      Niezapominajka, to trochę nie tak. Obraz męża nie jest jednoznacznie negatywny - pisałam, że ma dużo zalet, bywa kochany w ogóle, tylko że uznałam za niepotrzebne opidywać to wszystko tutaj, skoro w moim odczucie wszelkie zalety trochę "unieważniają się" przy tym braku szacunku. I nie, nei ejst tak, ze ja jestem na zajęciach i jemu mnie brakuje - nawet gdy mam luźniejszy czas, on i tak siedzi w pokoju i gra w gry; i nawet, gdy próbuję go namówić, żebyśmy razem obejrzeli sobie jakiś film, grzeczny czy niegrzeczny, on nie chce. A o dziecku to chyba częściej ja wspominałam, ale jak już pisałam - w obliczu tego co teraz, na razie zamilknę... przed ślubem zdarzay mu sie pojedyncze jakieś akcje i to "głupiutka", ale rzadko i jakoś tak.... inaczej. teraz nastąpiła eskalacja tego wszystkiego. to nie jest zły człowiek, nie to chcę powiedzieć, ale kurczę, on ma 28 lat, powinien widzieć, że kogoś rani:(
                      • lemon_curd Re: UCIEKAJ!!! 07.06.11, 13:55
                        No niestety, po prostu zignorowałaś przed ślubem ostrzeżenia. Teraz wszystko eskalowało i będzie eskalować, jeżeli będziesz tkwić w małżeństwie. Pojedyncze akcje też są ostrzeżeniem, naprawdę. A po ślubie ludzie często "ujawniają" swoje cechy, bo nie muszą się już tak starać. Twój mąż jest przekonany, że jesteś jego i że ma pełne prawo się tak do Ciebie odnosić. I oczywiście, że on wie, że Cię rani. On po prostu CHCE CIĘ RANIĆ I KRZYWDZIĆ. Nie zwalaj na jego niedojrzałość i nieświadomość. Musiałby mieć IQ na poziomie ludzi upośledzonych, niezdolnych do wykonywania wielu czynności by nie połączyć Twojej reakcji płaczu np. z faktem bycia zranioną. Względnie Twój mąż jest po prostu jałowy emocjonalnie, tzn. jest psychopatą i jego mózg po prostu nie odbiera takich reakcji jak płacz, a on nie ma wyrzutów sumienia. W takim wypadku jednak powinnaś zwiewać jak najprędzej tak czy siak. W dodatku jest uzależniony. Chcesz być z kimś takim? Naprawdę? Mieć z kimś takim dziecko? Na to uważasz, że zasługujesz?

                        A następnym razem: upokarzanie Cię i sprowadzanie do poziomu nie jest "bardzo męskie i seksowne", jest sygnałem okropnym rzeczy jak to co masz teraz. Każda taka akcja powinna Cię uczulić. (Notabene jest to oczywiście rada i dla mężczyzn i dla kobiet. Wasi partnerzy i partnerki powinni Was szanować i zważać na Wasze uczucie od samego początku).
            • n.wataha Re: UCIEKAJ!!! 07.06.11, 10:17
              wieczniepodwojna napisała:

              > Dziękuję. Czuję, że masz rację i postaram się zawalczyć o siebie, minimalizujac
              > przy tym jak tylko się da liczbę ofiar dookoła.

              A dużo jest tych "ofiar"? Bo ja na razie naliczyłem jedną - Ciebie. Dzieci nie macie, zapewne koleżanki, czy kolegów z pracy tak nie traktuje. No może traktuje tak Twoich rodziców, tego nie wiem, ale z pewnością oni nie czują się jego ofiarami, więc martw się wyłącznie o siebie. Inni sami się o siebie zatroszczą.
              • lemon_curd Re: UCIEKAJ!!! 07.06.11, 14:00
                Zgadzam się w 100%.
        • n.wataha Re: UCIEKAJ!!! 07.06.11, 09:48
          > ale jeśli sprawa
          > będzie dalej tak beznadziejna jak teraz, chyba przestanę walczyć o małżeństwo,
          > a zacznę o siebie, jakkolwiek egoistycznie by to nie brzmiało.:(

          Twoja sprawa jest już dawno beznadziejna - od momentu gdy pierwszy raz sponiewierał Cię słownie.
          Człowiek (praktycznie każdy) ma pewne kulturowe hamulce. I tyczy się to spraw błahych, jak i najbardziej poważnych, jak np. zabójstwo. Jeśli ktoś zdecyduje się jakiś kulturowy hamulec zerwać, to otwiera się przed nim nowa przestrzeń do łamania tych zasad kulturowych.
          Tak jest ze złodziejami, którzy przecież nie rodzą się złodziejami, lecz stają się w momencie, gdy kulturowy hamulec "nie kradnij" przestaje na nich działać. Jeśli ktoś zerwie w swojej świadomości (czy podświadomości) hamulec "nie zabijaj", to każde kolejne zabójstwo będzie mu przychodziło coraz łatwiej.

          Podobnie jest z hamulcem "szanuj bliźniego", który właśnie Twój man sobie, w swojej podświadomości zlikwidował. On już nie działa, ponieważ tyle razy Cię słownie sponiewierał, że każdy następny raz przychodzi mu jak oddychanie.
          Napisałaś tutaj również o jeszcze jednym "drobiazgu" - o wysiadywaniu godzinami przed komputerem. Widzisz, też byłem nałogowcem (moja żona również) i powiem Ci właśnie jak były nałogowiec - ten stan niewiele różni się od nałogu alkoholowego czy tytoniowego. Również masz "ssanie" na komputer. Również dla swojego nałogu zaczniesz unikać ludzi, alienować się, będzie Cie irytował jakikolwiek gość w domu (bo Ty byś usiadła przy ulubionej grze, a tu masz gościa, który Ci dupę truje i musisz stroić do niego przyjazne miny, gdy tam w drugim pokoju czeka wirtualny świat).
          Ale nie piszę o tym po to byś swojego faceta leczyła z jego nałogu. To pozostaw służbie zdrowia i lekarzom/psychologom. Może jak dostanie od życia kopa w dupę (czytaj - zostawisz go w cholerę), to może sam się za siebie zabierze i po iluśtam latach znormalnieje. Może przyszła żona będzie miała z niego pożytek. Ale to juz jego sprawa. Ważne byś Ty nie zaprzepaszczała swoich cennych i jakże pięknych lat życia na niańczenie mu i bycie piorunochronem jego frustracji.

          Wyobraź sobie siebie w wieku dajmy na to 50 lat, myślami wracającą w przeszłość i zastanawiającą się "po jaką ciężką cholerę zmarnowałam z tym facetem najpiękniejsze lata mojego życia? Kto mi je teraz zwróci?".
          Widzisz, ja również jestem rozwodnikiem. Cholernie nie chciałem tego rozwodu i byłem w stanie wybaczyć byłej żonie zdradę i ucieczkę z "najlepszym moim przyjacielem". Byłem w stanie wybaczyć jej, że okradła mnie i zostawiła w długach, by z kochankiem zwiedzać świat.

          Ale na szczęście zanim sama wpadła na to, że pieniądze jej się skończyły i czas do mnie wrócić (by zapewne od nowa robić mnie w wała), powiedziałem sobie, że "dwa razy nie wchodzi się do tej samej wody w rzece" i basta, finito. Rozwiodłem się.
          I powiem Ci, że dopiero wtedy poznałem co to kochać i być kochany z wzajemnością. Mieć zaufanie i ufać. I choć mam niby "na czole" (hehe) łatkę z napisem "rozwodnik", to naprawdę bardzo wiele kobiet zazdrości mojej obecnej żonie, że ma takiego faceta, mimo, że rozwodnika. A co najbardziej sprawia mi przyjemność, to stosunek teściów do mnie - lepszych bym sobie nie wymarzył.

          Więc słowo "rozwodnik", "rozwódka" w obecnej kulturze nic już nie znaczy, co najwyżej na jakiejś wsi zabitej dechami.
          • czarna_pijawka Re: UCIEKAJ!!! 07.06.11, 10:03
            Nic dodac, nic ujac.. Idealnie przedstawiles sytuacje.
            @Autorko, wydrukuj sobie wpis n.wataha u nos w torebce. Czytaj to za kazdym razem gdy opadna Cie jakiekolwiek watpliwosci.
    • czarna_pijawka Re: rok po ślubie... rozwód? 07.06.11, 09:36
      Przed chwila podeslalem Twoj wpis mojej Polowicy. Ona ma podobne przejscia do Twoich. Roznica jest tylko taka, ze zanim odeszla od meza, urodzila dwojke dzieci i zmarnowala 10 lat zycia.
      Polowica skomentowala Twoj wpis jednym krotkim zdaniem "nie zostalabym z nim nawet 5 minut"
    • esteraj Re: rok po ślubie... rozwód? 07.06.11, 14:42
      Droga Wieczniepodwojna, chcesz zmienić swojego męża, a czy potrafisz zmienić siebie?
      Czy potrafisz zapanować nad swoimi lękami przed samotnością i wstydem (bo może okazać się, że będziesz rozwódką). Żeby móc zmienić coś w swoim życiu, trzeba przestać się bać.

      Wpajano Ci zapewne, że szczęście innych jest ważniejsze od Twojego, że pokora i dobroć będą wynagrodzone, że w życiu trzeba się poświęcać, a rodzina i dane słowo są w życiu najważniejsze.
      Jesteś ambitną osobą, lubisz być tą "naj", lubisz być chwalona, dlatego coś takiego jak rozwód jest dla Ciebie trudny do przyjęcia.

      Wiedz, że wartości są w życiu bardzo ważne, ale o swoje szczęście musisz zadbać Ty sama.
      Przykazanie miłości mówi: Będziesz miłował bliźniego swego JAK (a nie bardziej niż) siebie samego. Pytam więc, czy potrafisz kochać siebie. Na ile Ty jesteś dla siebie ważna, na ile szanujesz siebie samą? Czy pozwalanie na poniżanie jest oznaką miłości?
      Czy zgadzając się na takie traktowanie, nie dajesz swojemu mężowi na to pozwolenia?

      Większą zasługę będziesz miała mówiąc mężowi STOP. Dość jego arogancji i chamstwa. Bez tego magicznego STOP, dajesz mu pozwolenie na jego negatywne zachowanie, a w rezultacie będziesz pogłębiać jego złe cechy i niestety to Ty będziesz poniekąd odpowiedzialna za jego zachowanie. Musisz dać mu możliwość ocknięcia się, musisz nim wstrząsnąć, a przynajmniej nie gódź się na taki brak szacunku. Będzie to z korzyścią dla Was dwojga i dla Waszych jeszcze nie narodzonych dzieci.

    • buba12 Re: rok po ślubie... rozwód? 07.06.11, 18:25
      Wiej i to szybko, nic z tego nie bedzie. Nie bede sie tu dzieliła swoimi doswiadczeniami ale w ich wyniku mam niezachwianą pewnośc, ze bedzie gorzej - z nim i z toba. podkopie twoje poczucie własnej wartosci i bedzie ci coraz ciezej odejsc.

      a co do przysiegania... on tez przysiegał... z tej całej przysiegi rzadko pamietamy cos oprócz "i ze cie nie opuszcze az do smierci" a tam wczesniej jest : milość wierność i uczciwośc...

      gdzie on ci je daje?
      • bia-la Re: rok po ślubie... rozwód? 07.06.11, 22:49
        IMHO to że Cię tak traktuje wynika z tego, że do tej pory nie zareagowałaś na to stanowczo. Dobrze, że zaczęłaś i tak trzymaj, bo nic z tego nie będzie. Wali w Ciebie trochę jak dziecko, które sprawdza na ile może sobie jeszcze pozwolić. Uciekaj dziewczyno i na przyszłość pamiętaj, że na takie rzeczy od razu się reaguje, inaczej masz właśnie brak szacunku.
        • pikowata Re: rok po ślubie... rozwód? 07.06.11, 23:59
          Też mam 25 lat, 5 letnie dziecko, nie wyszłam za mąż, jestem po studiach, on tez jest po studiach. Były sytuacje napięte i z 5 razy w życiu brzydko sie do mnie odezwał, (chyba zorbil to z bezradności) ale gdy tak bez niczego, od tak sobie, przy podnoszeniu łyżki, sklął mnie na amen, to po pierwszych szoku i ochłonięciu, mając roczniaka, 2 msieiczniaka, czy 2 dniowe dziecko zaczęłabym załatwiać formalności. Chociażby to był ślub u samego boga.
          Nie dziwie się ze forum tak krytycznie zareagowało, bo tak naprawdę.. trudno tu cokolwiek ratować.... Bo się jeszcze dobrze nie zaczęło, nie macie 15 lat razem, nie macie 4 dzieci, nie macie poważnych kłopotów, a on.. coś takiego.

          jezlei sie obrazasz, gniewasz i nic to nie daje, to swiadczy o kilku rzeczach:
          ze mu sie to podba
          ze jest psychopatyczny
          ze chce miec sowja ofiarę
          ze grozi ci przemoc domowa
          ze robi to z premedytacją
          ze może na rok przestać i jak się ugładzisz, znowu do tego wróci

          Jest to klasyczny przykład przemocowca, który lada moment będzie cie namawiał na dziecko. Oczywiście, wtedy gdy bedzie 'ugładzona' i zapomnisz o tym, ze byłaś ku..rwą
    • agnienienia Re: rok po ślubie... rozwód? 08.06.11, 11:05
      Witam,
      Byłam w takim związku niecałe 6 lat(o 5 za długo). Płakałam codziennie, byłam zgorzkniała i znerwicowana, straciłam poczucie własnej wartości. Doszłam do etapu jak ktoś pięknie nazwał „ugładzonej” i namawiania mnie „na dziecko”, na szczęście wtedy przyszło totalne otrzeźwienie.
      Zamówiłam firmę transportową, zabrałam tylko swoje rzeczy, które miałam przed ślubem i wyszłam, na szczęście miałam dokąd. Przez rok zero kontaktu, wniosłam o rozwód, odzyskałam poczucie własnej wartości, zyskałam przyjaciół, dostałam oparcie u najbliższych, pozbierałam się. Jeszcze w trakcie rozwodu próbował swoich manipulacji, żenada!
      A obecnie od 10 lat jestem w związku ze wspaniałym człowiekiem, mamy dzieci, jest dobrze.
      Wybór należy do Ciebie…..
      • efi-efi Re: rok po ślubie... rozwód? 08.06.11, 16:55
        A czemu na te całonocne eskapady nie zabierasz męża? Jak dla mnie wracanie mężatki o 4-5 nad ranem jest conajmniej dziwne.
        • czarna_pijawka Re: rok po ślubie... rozwód? 08.06.11, 17:02
          No tak, Autorka nie jest przywiazana lancuchem do kuchenki i to tez jest conajmniej dziwne...
          • lonely.stoner Re: rok po ślubie... rozwód? 08.06.11, 20:21
            kurde, dziewczyno nawet jesli twoj wlasny instynkt samozachowawczy cie zawodzi to masz tych innych ludzi ktorzy zwracaja ci uwage ze twoj maz to jakis psycho jest- jak sama napisalas przy rodzinie czy znajomych probuje cie jakos sponiewierac i mowi ze jestes glupia, czy glupsza niz on, pomimo ze to chyba na odwrot.
            Poza tym w nie rozumiem - po calym dniu, ilus godzinach pracy, wracasz zmeczona z siatami zakupow do domu, i zamiast czekajacej na ciebie cieplej kolacji i buziaka dostajesz opierd.l bo jasnie malzonek gotuje dla siebie samego obiad i oczekuje ze mu pomozesz?? co to za swiat w ktorym ty zyjesz?????????????????????????? otrzasnij sie i wyprowadz gdziekolwiek, a papiery rozwodowe juz teraz zacnzij szykowac.
            • wieczniepodwojna Re: rok po ślubie... rozwód? 08.06.11, 22:17
              Widzę, że te moje kilka powrotów późnych burzę u efi-efi wywołało. A tu chodzi np. o wyjścia ze znajomymi ze studiów do klubu latino (męża również czasem zapraszałam, ale nie chciał), albo konferencje naukowe zakończone ogólnym imprezowaniem. Nie wierm, czemu zmiana stanu cywilnego miałaby sprawić, ze bym z tego zrezygnowała. Oczywiście, gdyby mąż powiedział, ze mu to przeszkadza, bo np. się martwi, albo mnie potrzebuje w domu, cokolwiek - może ograniczyłabym/skróciła i te niewiele wyjść. Ale nie przeszkadza, a wręcz chyba jest na rękę. A co do strasznego slowa "rozwód" - ponieważ wciąż się nie odzywa do mnie (przedszkole!), udaje, że mnie w domu nie ma i w kółko zabija jakieś zombi na komputerze - chyba coraz bliżej do rozstania. Chcę być szczęśliwa - a teraz, z tą osobą, chyba się nie uda.:(
              • biotka do autorki wątku 11.06.11, 14:20
                Bardzo dużo już tu napisano, ale wtrącę swoje trzy grosze jako że byłam w zbliżonej sytuacji. Wyszłam za mąż w wieku 23 lat po 5 latach "chodzenia" i po 3 latach małżeństwa nie było co zbierać. Zlekceważyłam kompletnie przesłanki w postaci relacji między jego rodzicami oraz eksem i jego mamą. Poza tym po ślubie, a dokładnie po tym jak zaczęłam studia doktoranckie wyszło parę innych rzeczy np. agresja wobec mnie po alkoholu. W wielu aspektach jego zachowanie przypominało opisane przez Ciebie zachowanie męża. Oczywiście próbowałam rozmawiać z nim milion razy - nie chciał i nie umiał. Byłam przekonana, że moim obowiązkiem jest za wszelką cenę ratować małżeństwo i tak jak Ty bałam się reakcji całego świata na ewentualny rozwód. Doszło do tego, że raz po alkoholu dostałam od niego w twarz. Raz wystarczył. Sytuację dodatkowo sama skomplikowałam, bo zamiast odejść od razu ratowałam swoje ja w burzliwych związkach na boku. W końcu na szczęście zdecydowałam się odejść, wtedy on szalał i próbował mnie odzyskać, ale ja już nie widziałam takiej opcji - zbyt dobrze wiedziałam jaki jest naprawdę. Rozwód bez orzekania o winie i przy braku dzieci trwał 15 minut. On uważa, że to tylko i wyłącznie moja wina, a to co usłyszałam od jego matki nie nadaje się do publikacji.
                Reasumując: było ciężko, ale rozwód był jedynym słusznym rozwiązaniem. Oczywiście został nam ślub kościelny - mąż stara się o unieważnienie. Na pocieszenie - jesteś młoda i na pewno ułożysz sobie życie z kimś lepszym (ja mam teraz bardzo bardzo dobrego męża i dziecko). Walcz o siebie! Powodzenia!
          • efi-efi Re: rok po ślubie... rozwód? 09.06.11, 12:30
            Po raz kolejny wysilasz z odpowiedziami na moje posty kierowanymy do autorów wątków, a nie do CIEBIE.
            Daruj sobie albo zmień poziom wypowiedzi .
            • efi-efi Re: rok po ślubie... rozwód? 09.06.11, 12:34
              to powyżej było do niejakiej pijawki (nomen-omen)
            • czarna_pijawka Re: rok po ślubie... rozwód? 09.06.11, 12:37
              Dziecko drogie.. nie wiem czy wiesz ale zasada otwartego forum jest to, ze kazdy moze odpowiedziec na kazda wypowiedz.
              • efi-efi Re: rok po ślubie... rozwód? 09.06.11, 20:07
                No to pisz skoro tak Cię frapują moje posty :)
                Jesteś tutaj zaledwie chwilę więc masz prawo nie kumać jakimi prawami rządzi się to konkretne forum :)
    • sic-transit Re: rok po ślubie... rozwód? 08.06.11, 23:15
      Jak to co możesz zrobić? Jak jesteś taką idiotką, że jesteś z takim burakiem i chamem, to zasłużyłaś na wszystko. Zostałaś domową szmatą i i tak ma być.

      Chyba, że chcesz przestać być szmatą. Wtedy po prostu zacznij się szanować i wypier.dol gnoja z domu. Z mojego doświadczenia wynika, że żadne inne sposoby nie zadziałają.

      G
    • amj6 24 lata i ślub... 09.06.11, 12:34
      to jest niestety właśnie dowód na to że tak młodzi ludzie nie powinni się pobierać - ile po studiach (czyli w czasach prawdziwej dorosłości - na własnym utrzymaniu z własnej pracy) się z nim spotykałaś zanim zdecydowałaś się na ślub? widać niestety, że tak... ze 2 lata za krótko - gdzie Ci tak śpieszno było? :/
      studia to w dużej części zabawa - nie poznasz dobrze co cię czeka dalej z kimś w życiu spotykając się ze studentem

      ale wracając do rzeczy... mój luby (nie)stety zobaczyłby drzwi lub po prostu mnie już by więcej nie zobaczył, gdzie tu miłość bez szacunku?

      może z nim pogadaj i zapytaj dlaczego Cię tak traktuje? choć pewnie powód jest banalny - gościu jest głupszy, ambicje zerowe, hobby w postaci gier komputerowych - prostackie... on siedzi w domu i się obija gdy Ty się spełniasz zawodowo i rozrywkowo bez niego - po prostu pewnie sam czuje że daleko mu do Ciebie i próbuje się dowartościować (jak to takie prostaki i głupki) poniżając i obrażając Ciebie :(
      przykro mi ale najwidoczniej źle się dobraliście?

      może przydałby się zimny prysznic - chwila oddechu od siebie - przeprowadź poważną rozmowę - spytaj co mu się nagle tak w Tobie zaczęło nie podobać - co by chciał abyś zmieniła, później Ty mu powiedz co Tobie leży na sercu w jego zachowaniu - zróbcie sobie z miesiąc przerwy od siebie i zastanówcie się osobno czy chcecie walczyć o ten związek - zastanów się o co ma do Ciebie pretensje że tak Cię traktuje (musi Ci to powiedzieć!) - i czy uważasz że serio coś zrobiłaś i możesz coś z tym zrobić czy może po prostu jest tak jak pisałam wcześniej - różny poziom intelektualny i inne ambicje, zastanów się czy chcesz to ratować, niech on też się zastanowi - i może coś z tego będzie

      ale to Twoja decyzja i pamiętaj że Ty z nią będziesz żyła, jednak czy warto być w takim związku jeśli nic miałoby się nie zmienić?
    • malgos88 Re: rok po ślubie... rozwód? 18.06.11, 20:28

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka