wieczniepodwojna
06.06.11, 00:58
długo nie byłam przekonana do pisania na wszelkiego rodzaju forach. ale chyba potrzebuję czyjegoś spojrzenia "z dystansu". mam ogromny problem z moim mężem - chodzi także o seks, ale nie tylko. sytuacja jedna z wielu - wracam po 14 godzinach pracy do domu, w sobotę, którą on miał wolną. po drodze zrobiłam zakupy, o które poprosił. on akurat jest w trakcie robienia SOBIE ciepłej kolacji. prosi mnie, żebym podała mu łyżkę, bo sam trzyma garnek za gorący uchwyt. sięgam więc do pojemnika ze sztućcami... nagle on wydziera się: "k..., po co Ty jej tam szukasz, jest koło mnie!". Na moje zdumione "dlaczego tak na mnie krzyczysz?" odpowiada : "no bo k... jesteś jakaś niepozbierana, spier... mi stąd!". Ja, cała w szoku, odchodzę kilka kroków i siadam na łóżku (mamy aneks kuchenny). siedzę skamieniała, lecą mi łzy, a on... wychodzi trzaskając drzwiami. następnego dnia też wracam późno - on się do mnie nie odzywa. ledwo odpowiada na moje smutne "cześć". słowem - jest obrażony na mnie, że zrobił mi awanturę. niestety, nie jest to pierwszy raz, kiedy tak się dzieje. mój mąż, mimo, że mam dwa kierunki studiów, pracę i mnóstwo hobby, uważa mnie za osobę mało rozgarnietą i inteligentną. potrafi przy rodzinie i znajomych komentować mnie jako "głupiutką", na co inni wielokrotnie zwracali mu uwagę i dziwili się, że mnie tak opisuje. sam nie dokończył studiów (nie obronił się) i średnio lubi chodzić do pracy - woli grać w gry komputerowe. seks? raz na dwa miesiące, jeśli się postaram... po prostu mu się nie chce. Dbam o siebie, wciąż mam szalone i mniej szalone pomysły, inni mężczyźni wyraźnie dają mi do zrozumienia, że jestem dla nich atrakcyjna... przed moim mężem mogę paradować w najbardziej seksownej bieliźnie, albo nago i w szpilkach, albo w czymkolwiek, co podoba się facetom - jego i tak nic nie ruszy. czasem mi mówi, że ma "ładną żonkę", ale nigdy z tego nie korzysta... w ogóle nie jest o mnie zazdrosny... Gdy czasem próbuję wprowadzić w życie jakiś "pikantny" pomysł, reaguje śmiechem, albo mnie zbywa. Mam 25 lat, a czuję się, jakby moje życie się skończyło. wciąż pamiętam wszystkie cudowne chwile, które miały miejsce przed ślubem... nie chcę się rozwodzić - przecież przysięgałam... Ale gdy kolejny raz mam łzy w oczach i nigdy nie mogę się doczekać nawet zwykłego "przepraszam", chodzą mi po głowie różne pomysły. Gdy próbuję rozmawiać, najspokojniej jak tylko umiem i słyszę "nie pier..", albo "zamknij się" (wielokrotnie), albo "nienormalna jesteś", ewentualnie w lżejszej wersji "dziwna", mam ochotę przestać oglądać się na przeszłość, rodzinę i przysięgę i wyjść i nie wrócić. powiedzcie, czy przesadzam, czy jest jeszcze jakiś ratunek dla tej relacji i co mogę zrobić?