Dodaj do ulubionych

przychodzimy... odchodzimy

12.03.06, 17:50
z forum.
ciekawa jestem co sie dzieje teraz u ludzi ktorzy tu przemkneli rok czy 2
temu.
Tkwia w tym w czym tkwili? Zmienili stary uklad? Zaczeli nowy.
Moze sie ktos odezwie ?
Obserwuj wątek
    • dadaczka Re: przychodzimy... odchodzimy 12.03.06, 18:05
      no to ja na przykład - popełniłam tu kilka postów tak pewnie ze 2 lata temu,
      czy coś koło tego.

      Nadal ten sam mąż. W ramach ratownia małżeństwa i próby wyjścia z bezseksia
      (to ja) i przy okazji kłótni (hehe) udało nam się zupełnie przypadkiem drugie
      dziecko zrobić. Ironia losu poniekąd, bo rozwód wisiał na włosku.

      Dziecko małżeństwo uratowało (przynajmniej na ten moment), ale w kwestii
      bezseksia nic nie poprawiło. Jak było, tak jest. Ale ponieważ mam sporo
      powodów, żeby z mężem być, w tym ten najważniejszy dzieci i drugi
      najważniejszy - odpowiedzialność za te zobowiązania, które się przyjęło, za
      czyjeś życie, a nie tylko swoje, tkwię w tym, co jest starając się nie narzekać
      i cieszyć z dobrych stron życia. Co czasem wychodzi mi lepiej, a czasem
      gorzej ;-)
    • ewolwenta Re: przychodzimy... odchodzimy 12.03.06, 20:21
      :) mnie mija rok regularnego czytania :)
      • wladek47 Re: przychodzimy... odchodzimy 12.03.06, 21:30
        Nihil novi (nic nowego) stara bida. Trochę mi się pogorszyło zdrowie fizyczne.
        Żona za to wymyśliła, że ja jakoś (chyba telepatycznie) kontaktuję się z jej
        współpracownikami aby ją oczerniać. Ostatnia rozmowa=awantura jakieś 3 miesiące
        temu. Ostatni prawie wymuszony seks (1x) gdzieś w sierpniu. Ona zaczyna mieć
        jakąś paranoję, ja tkwię w depresji - takiej psychosomatycznej. Pocieszam się
        czerwonym winem żartobliwie zalecanym dla mnie przez lekarzy (a byłem prawie
        abstynentem). Czekam kolejnego wyjazdu daleko do pracy bo tam przynajmniej mam
        spokój. Przy ostatnim wyjeździe ani razu nie napisała ani nie zadzwoniła.
        Powitanie po powrocie chłodne o jakimś chociaż muśnięciu nie było mowy.
        Zaglądam regularnie na forum i jak widzę niewiele się zmienia. Jadę (z nią) na
        kongres naukowy z mojej i częściowo jej dziedziny do stolicy europejskiej - już
        była awantura i śledzctwo czy nie kupiłem za drogich biletów. Znam co najmniej
        kilka kobiet (np studentek) które byłyby ogromnie wdzięczne, gdybym im to
        zaproponował. Ech naleję jeszcze sobie....
        P.S. Dziękuję, że jesteście choć mało tu pocieszających postów.
        • anula36 Re: przychodzimy... odchodzimy 12.03.06, 21:38
          Ja sie depresji ( takze psychosomatycznej- zaczelo mi siadac serducho) pozbylam
          z wraz z moim bierno- agresywnym i zimnym eksem, zamieniajac plany malzensko
          rodzinne na luzny zwiazek.Odzylam. Nie zaluje - a tu juz rok wiec jakas
          perspektywe mam.
          Zycie jest za krotkie zeby sie tak meczyc.
    • yenna_m Re: przychodzimy... odchodzimy 12.03.06, 22:30
      przeewoluowali w starym ukladzie ;)
      wszystko wskazuje, że to stare-nowe o wiele lepsze jest ;)
      • e.globtrotuar Re: przychodzimy... odchodzimy 15.03.06, 16:21
        Czytuje czasami, na pisanie nie mam czasu i czesto checi, bo wymiana porad na
        tematy tak skomplikowane bez szczegolowej wiedzy wszystkich aspektow sprawy
        troche mija sie z celem. Mysle, ze wszystkim piszacym bardziej pomaga mozliwosc
        wygadania sie i poczucie ulgi, ze nie jest sie jedynym biedakiem doswiadczanym
        przez los - tak bylo w moim przypadku. Zapadlo mi w pamiec kilka postow, a
        raczej postaw zyciowych (dzien dobry Niktosiu :) ) i staram sie nie szarpac.
        Pozdrawiam wszystkich serdecznie
        e.
        • nikt52 Re: przychodzimy... odchodzimy 16.03.06, 16:10
          Dzień dobry e. :-)
          Jak się człowiek wreszcie nauczy SOBIE wybaczać, to wybaczenie wszystkim innym
          przychodzi juz łatwo. I jakie radosne wydaje się życie. Tak trzymam. I dobrze
          mi z tym bardzo.
          Buziaczki
    • jatzek30 Re: przychodzimy... odchodzimy 15.03.06, 19:43
      nieco ponad pol roku temu pytalem sie o rade. Moj poprzedni zwiazek sie rozpadl,
      jestem teraz w nowym i jest dobrze :)
    • nessska Re: przychodzimy... odchodzimy 15.03.06, 19:59
      prosiłam o radę, pytałam o rozwiązanie nawet nie tak dawno...I się zdarzyło
      rozstanie, jakby obok (a może wcale nie obok) "forumowych" problemów. Był
      krótki...hmmm...nie-związek, bardzo intensywny, seks jak z bajki. Był powrót do
      Byłego. Kiedy się dowiedział, że po rozstaniu był ktoś inny, postanowił mnie
      ukarać. Było coś, co nazwałabym...gwałtem chyba, bo niby w związku, ale bez
      mojej woli. I w ramach dalszego karania zostałam odstawiona od łoża, co trwa
      trzeci miesiąc i perspektyw na zmiany brak. Jak widzę pary, wokół których az
      frrruwają feromony :)) (specyfika uniwerku:)), to mam ochote zgrzytać zębami ;)
      • anula36 Re: przychodzimy... odchodzimy 15.03.06, 20:06
        po co ty w ogole wrocilas do takiego faceta?? Nie moge tego pojac.
        • charade Re: przychodzimy... odchodzimy 15.03.06, 22:27
          Dokładnie. I czemu z nim dalej jesteś, skoro Cię tak traktuje ?

          A tak na temat. Zaczęłam podczytywać to forum, bo całkiem niedawno wyplątałam
          się ze związku, w którym nie chciałam być. Było potwornie ciężko, ale czuję się,
          jakby mi kamień spadł z serca. Od razu wplątałam się w krotki bezsensowny romans
          z facetem, który już raczej chyba nie powinien się wiązać z nikim, po czym
          romans zakończyłam. Teraz jestem sama i całkiem mi się to podoba (furtka
          otwarta). Nie widzę sensu pozostawania w związkach, które zamiast radości i
          spełnienia przytłaczają człowieka i niszczą go psychicznie. Jakaś niezdrowa
          ciekawość pcha mnie do czytania zwierzeń ludzi, którzy latami tkwia w takich
          relacjach. Wydaje mi się to straszne, jak jakiś koszmarny sen. Rozumiem, że jak
          się ma rodzinę, to nie tak łatwo powiedzieć "natychmiast won !", ale co trzyma
          te osoby, które po prostu z kimś "chodzą" ??? Zastanawiam się, czemu ludzie
          sobie to robią.

          anula36 napisała:

          > po co ty w ogole wrocilas do takiego faceta?? Nie moge tego pojac.
          • nessska Re: przychodzimy... odchodzimy 15.03.06, 23:01
            "Rozumiem, że jak
            się ma rodzinę, to nie tak łatwo powiedzieć "natychmiast won !", ale co trzyma
            te osoby, które po prostu z kimś "chodzą" ???"

            - co trzyma? czyli kawałek metalu na palcu i podpisany przez panią z USC
            papierek uzasadniają trwanie w szwankującej relacji, a nieformalny związek
            można rzucić ot tak?
            Wróciłam (i trwam w tym), bo nasza jakas tam przyszłość jest właściwie
            ustalona - ten kawałek metalu i podpis urzędniczki to kwestia czasu, raczej
            niedługiego. Jest jego rodzina, przekonana, że my już do końca razem, jest
            mnóstwo innych osób, których nie można zawieść. Poza tym nie będę rezygnować z
            kogoś dlatego, że w łóżku coś nie styka, poza tym to ja psuję ten związek
            wiecznym wkurzeniem wynikającym z niezaspokojenia potrzeb, które przecież nie
            są kluczowe...
            Tylko czasem mi po prostu smutno.
            • anula36 Re: przychodzimy... odchodzimy 16.03.06, 00:05
              > - co trzyma? czyli kawałek metalu na palcu i podpisany przez panią z USC
              > papierek uzasadniają trwanie w szwankującej relacji, a nieformalny związek
              > można rzucić ot tak?
              > Wróciłam (i trwam w tym), bo nasza jakas tam przyszłość jest właściwie
              > ustalona - ten kawałek metalu i podpis urzędniczki to kwestia czasu, raczej
              > niedługiego. Jest jego rodzina, przekonana, że my już do końca razem, jest
              > mnóstwo innych osób, których nie można zawieść. Poza tym nie będę rezygnować
              z
              > kogoś dlatego, że w łóżku coś nie styka, poza tym to ja psuję ten związek
              > wiecznym wkurzeniem wynikającym z niezaspokojenia potrzeb, które przecież nie
              > są kluczowe...
              > Tylko czasem mi po prostu smutno.

              mnie tez smutno jak ktos sam siebie katuje ...ech, myslisz jak typowa ofiara
              przemocy "to moja wina".
              Gwalci mnie- to moja wina bo bylam z kims kiedy nei bylam z nim, odsunal na 3
              miesiace od lozka - potrzeby nei sa kluczowe...brrr
            • charade Re: przychodzimy... odchodzimy 16.03.06, 19:06
              Tak, nieformalny związek (lub formalny), który jest toksyczny i zatruwa nam
              życie należy zakończyć (albo przynajmniej starać się zakończyć).


              > - co trzyma? czyli kawałek metalu na palcu i podpisany przez panią z USC
              > papierek uzasadniają trwanie w szwankującej relacji, a nieformalny związek
              > można rzucić ot tak?

              Wychodzisz za tego faceta, czy za jego rodzinę ? Wasza przyszłość jest już
              ustalona - strasznie to brzmi. Tak jakby gwoździe do trumny zostały już wbite,
              przepraszam za to porównanie, ale tak to napisałaś, że nie przychodzi mi do
              głowy inne.

              > Wróciłam (i trwam w tym), bo nasza jakas tam przyszłość jest właściwie
              > ustalona - ten kawałek metalu i podpis urzędniczki to kwestia czasu, raczej
              > niedługiego. Jest jego rodzina, przekonana, że my już do końca razem, jest
              > mnóstwo innych osób, których nie można zawieść.

              Tego to już chyba nawet nie trzeba komentować. Fakty są takie: związek nie
              zaspokaja Twoich potrzeb - sama to powiedziałaś. Te potrzeby nie są kluczowe.
              Czyżby ? To czemu chodzisz wiecznie wkurzona z powodu ich niezaspokojenia ? Jak
              się czujesz, jak sobie wyobrazisz, że całe życie będziesz chodzić taka wkurzona
              ? I że będziesz całe życie smutna ?

              Poza tym nie będę rezygnować z
              > kogoś dlatego, że w łóżku coś nie styka, poza tym to ja psuję ten związek
              > wiecznym wkurzeniem wynikającym z niezaspokojenia potrzeb, które przecież nie
              > są kluczowe...
              • nessska Re: przychodzimy... odchodzimy 24.03.06, 12:40
                no to koniec problemów i historii neski - odszedł...stwierdził, że za dużo od
                niego wymagam, że nie umie i nie chce się do mnie dostosowywać...a ja zupełnie
                nie wiem czego wymagałam, przecież prawie wcale nie mówiłam o jakichś swoich
                bzdurnych oczekiwaniach...i chyba się nie dowiem, bo nie chce ze mną gadać. a
                ja tęsknię, tak bardzo mocno. głupie, co?
                • charade Re: przychodzimy... odchodzimy 24.03.06, 12:45
                  Nie głupie, tylko normalne, ale przejdzie niedługo jak ręką odjął. Ciesz się
                  dziewczyno, że odszedł, bo Ty pewnie byś się na to nie zdobyła i złamałabyś
                  sobie życie. Życzę bardziej udanego związku ! Trzymaj się ciepło.

                  nessska napisała:

                  > no to koniec problemów i historii neski - odszedł...stwierdził, że za dużo od
                  > niego wymagam, że nie umie i nie chce się do mnie dostosowywać...a ja
                  zupełnie
                  > nie wiem czego wymagałam, przecież prawie wcale nie mówiłam o jakichś swoich
                  > bzdurnych oczekiwaniach...i chyba się nie dowiem, bo nie chce ze mną gadać. a
                  > ja tęsknię, tak bardzo mocno. głupie, co?
    • drobiazg Re: przychodzimy... odchodzimy 15.03.06, 20:34
      W kwietniu chyba będzie rok jak czytam , czasem mi sie zdaży wciskać swoje trzy
      groszę choć główna moja aktywność to "walenie i tygrysy" oraz "pogaduchy rodem z
      komunikatorów ";-) Należę do grona tych których szcześliwie niedotyczą nawiasy w
      nazwie forum, co nie znaczy, że wszystko jest różowe i piękne. Cały czas
      mężatka, matka dziecku, kobieta z powołania ;-)
    • scriptus Re: przychodzimy... odchodzimy 15.03.06, 23:59
      Zajrzałem :)))
      Co u mnie?
      Jakoś leci, ta sama żona, cóż, nieco oziębła, ale w końcu to żona.
      Zresztą, żona po kilkunastu latach jest jak siostra, więc i tak to kazirodztwo
      :DDDDDDDD
      • woman-in-love Re: przychodzimy... odchodzimy 16.03.06, 10:54
        Scriptus widziałam Cie na "rozwód...i co dalej" ale widzę że nie skorzystałeś?
    • nulka8 Re: przychodzimy... odchodzimy 18.03.06, 23:08
      A u mnie raz tak, raz siak - coraz częściej ciche dni, o jakiejś czułości to
      nawet nie ma co marzyć, sex raz na jakiś czas, za to pretensje niezliczone i
      alkoholu coraz wiecej. I nawet juz nie jest mi jakoś specjalnie przykro czy żal.
      Mam wrażenie, że jedyne co nas trzyma przy sobie to dziecko.
      Ale idzie wiosna - moze mój mąż się przebudzi, we mnie wstąpi chęć i energia i
      cos się zmieni:)
      • woman-in-love Re: przychodzimy... odchodzimy 19.03.06, 11:17
        nulka Ty lepiej maszeruj na Al-Anon
        • nulka8 Re: przychodzimy... odchodzimy 19.03.06, 23:15
          woman-in-love napisała:

          > nulka Ty lepiej maszeruj na Al-Anon
          Rada zapewne cenna i doswiadczeniem poparta, ale ja nie pijam alkoholu prawie
          wcale, a niezaspecjalnie mam już ochotę o innych (w tym wypadku o męża) się
          troszczyć.
          • woman-in-love Re: przychodzimy... odchodzimy 20.03.06, 06:26
            tam sie uczą troszczyć O SIEBIE osoby związane z alkoholikami.
          • misssaigon Re: przychodzimy... odchodzimy 20.03.06, 07:41
            pomysl o swoim dziecku - chesz zeby zylo z "zespolem dziecka alkoholika" ??? to
            zawazy na calym jego doroslym zyciu...
            • nulka8 Re: przychodzimy... odchodzimy 20.03.06, 08:58
              misssaigon napisała:

              > pomysl o swoim dziecku - chesz zeby zylo z "zespolem dziecka alkoholika" ??? to
              >
              > zawazy na calym jego doroslym zyciu...

              Ale troszke chyba na wyrost się czepiłyście ;) Mój mąż nie jest alkoholikiem,
              choc jeżeli będzie w dalszym ciagu spijał tyle piwska to niewatpliwie nim
              zostanie. Pisząc, że coraz więcej alkoholu, miałam na mysli to, że coraz
              częściej weekendy spedza z piwskiem przed telewizorem czy komputerem, zamiast
              gdzies sie ruszyć, jak to wcześniej bywało w zwyczaju.
              Pensji nie przepija i mebli z domu jeszcze nie wynosi:)
              Po za tym to całkiem fajny facet, tylko najprozaiczniej nie pasujemy do siebie.
              • woman-in-love Re: przychodzimy... odchodzimy 20.03.06, 09:20
                no nie obrażaj się. Alkoholik może być całkiem elegancki i uroczy, nie musi
                leżeć w rynsztoku. Po prostu nie moze się obejśc bez alkoholu. Nie musi być
                duzo byle codziennie.
                • nulka8 Re: przychodzimy... odchodzimy 20.03.06, 09:42
                  Nie obrażam się - jak sie wścieknę o kosz zawalony puszkami, to sama mu mówię,
                  żeby się leczył :)

                  > leżeć w rynsztoku. Po prostu nie moze się obejśc bez alkoholu. Nie musi być
                  > duzo byle codziennie.
                  Mój mąż piwkuje w weekendy i potrafi sie obyc bez tego napiwku, ale "nie widzi
                  powodu, zeby sobie odmawiać tej przyjemności" stąd tez sądzę, że alkoholizmem
                  tego jeszcze nazwac nie można. Ale zdrowym objawem nie jest jeśli wybiera się
                  towarzystwo puszki piwa zamiast wyjścia gdzieś z żoną.
                  Raczej jestem zorientowana w czym tkwi problem mojego małżeństwa i nie jest to
                  moim zdaniem alkohol - piwsko jest czymś, co pogłebia istniejący stan rzeczy.
                  Tak więc dziekuje za troskę, ale jak na razie moje dziecko nie jest kandydatem
                  do spotkań w DDA i mam nadzieję, że nigdy nie będzie :).
    • evernia1 Re: przychodzimy... odchodzimy 23.03.06, 23:18
      poczytałam ten wątek i wróciły do mnie wszystkie przykre chwile z naszego
      pożycia:( tak, bywało okropnie, często nie do wytrzymania:((
      dlaczego, więc teraz po prawie pół roku właściwie tego nie pamiętam,
      rozpamiętuję chwile miłe i tęsknię do bólu???

      moją sytuację opisałam w wątku obok: smutne wyznanie
      • katechina Re: przychodzimy... odchodzimy 24.03.06, 09:01

        bywało okropnie, często nie do wytrzymania:((
        > dlaczego, więc teraz po prawie pół roku właściwie tego nie pamiętam,
        > rozpamiętuję chwile miłe i tęsknię do bólu???


        Bo niestety tak dziala człowiek,że osoba porzucana pamięta te dobre momenty,a
        porzucająca te złe.Dodatkowo jedni i drudzy często wyolbrzymiają.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka