reginaa3
24.06.06, 17:43
Jestem tu po raz pierwszy. Czesto tu zagladam..zwlaszcza kiedy kloce sie z
mezem. Jestem w zwiazku od 8 lat. Od jakichs 2 nie uklada nam sie najlepiej.
Tak jak u wiekszosci par - jest praca, obowiazki, nauka, itp. Coraz
intensywniej mysle o rozwodzie- glownie dlatego ze zaczelam watpic w zmiane.
Jestem osoba dosyc wrazliwa, stad moje rozne nastroje. Czesto na stres (praca
nauka i pewnie hormony..) reaguje wiekszym podenerwowaniem, placzem. Niestety
nie czuje wsparcia w moim mezu. Generalnie jestem b. czula osoba, jednak w
dla mnie ciezkich momentach on po prostu ucieka (doslownie i w przenosni) Nie
twierdze ze jestem aniolem. Z pewoscia jego ucieczki (do jaskinii) wynikaja
z wielu czynnikow. Jestem osoba, ktora mowi co mnie boli, mowie o
oczekiwaniach ( bo przeciez kazdy je ma. Czesto gdy gdy jestem nieufna(dal mi
kiedys powody), a do tego nie daje sobie rady z problemami na co dzien -
zamiast wysluchania, lub jakiegos wsparcia - dostaje "kopniaka" - zaczyna sie
wycofywac, nie jest w stanie wysluchac mnie dluzej niz pare minut,
ostetacyjnie patrzy na zegarek, zawsze wybieram zly moment, albo jest to moj
problem....Potem jest faza milczenia. Odbieram to jako kare. Po wczesniejszej
fazie (kiedys) kiedy to ja wyciagalam reke, nie potrafie juz tego robic.
Czesto go pytam czy dlugo tak wytrzyma odpowiada tak. Czeka az "ja zmadrzeje"
i nie bede sie czepiac i ciagle cos od niego chciec. .. Zazwyczaj chce
swietego spokoju.
Moje czepianie to pytania o sprawy ktore byly wczesniej wspolnie ustalane
jednak nie zrobione...to to ze smiem zwrocic uwage ze pewne rzeczy dobrze by
bylo robic kiedy jest taka potrzeba, a nie kiedy komu jest wygodnie. A propos
tematu w naglowku. Praktycznie nie sypiamy ze soba. Czuje sie ignorowana. Na
moje pytania co sie dzieje (wyduszone, wyplakane, spokojne itp..) jest
zmeczony, rutyna itp. Zawsze ma byc lepiej na wakacjach, dlugim weekendzie.
Jednak jest bez zmian. W ciagu ostatniego roku kochalismy sie pare razy.
Straszne. Ale to jest fakt. Nigdy problemem nie byla nasza fizycznosc.
Jestem po trzydziestce. Chcac nie chcac mysle o dziecku. Czasem lapie dola -
myslac jak ma byc dziecko jak nie ma seksu. Nie jestem wyrachowana. Nie
potrafie nic na sile... Ostatnio coraz czesciej sypiam oddzielnie. Nie umiem
godzic sie w lozku.W moim odczuciu to nie zalatwia sprawy. Pewne rzeczy nie
zostana przerobione. Do dzis mam poczucie ze maz ucieka od odpowiedzialnosci.
Mimo ze czesto wspomina o dziecku. Wiem ze podlozem mojego podenerwowania
jest presja wieku, strach, duzo zajec i zbyt czeste analizowanie:( niestety
kiedy kolejny raz slysze ze przesadzam, ze szukam kwadratowych jaj, zeby
zastanowila sie nad soba - robi mi sie niedobrze. Czy nie powinno byc tak
(idealistka?) ze jak jest problem to siadamy i zastanawiamy sie co zrobic?
Nie wiem co myslec, kiedy z jednej strony mamy zajsc w ciaze, a z drugiej
ciagle slysze o planach wyjazdowo-urlopowych na b. bliska przyszlosc. Zdarza
mi sie rzucic haslo rozstanie (dzialam w afekcie) jedyne co slysze to rob jak
uwazasz. Nie wiem czy moze lepiej by tak bylo dla niego. Czy wolalby zebym to
ja wszystko zalatwila... wtedy bedzie czysty. No wlasnie. Bardzo wazne jest
zeby nic nie bylo jego wina. Sprytnie odwraca kota ogonem.Przeinacza fakty.
Wiec rozmowa nie jest konstruktywna....A swoja droga czy facet 37 letni moze
zyc bez seksu (z kobieta) tak dlugo? (pytanie naiwnej?) Przepraszam ze tak
dlugo i chaotycznie. Chcialam opowiedziec o tym co mnie trapi, ale nie da sie
tego ujac krotko zwiezle. Problem nie ma ram, jedno o drugie sie zazebia.
Pozdrawiam wszystkich, r.