Dodaj do ulubionych

No i wystawiłam rachunek:(

21.01.07, 00:18
Pisałam kiedyś długo i dogłębnie o naszym problemie (moim?) - w skrócie,
dlaczego mój mąż też nie.
Podjęłam walkę na wielu frontach, i, w skrócie rzecz ujmując, było lepiej.
Postarałam się zacząć od siebie, mniej gderać, urządzić sobie życie tak, żeby
wiele mnie zajmowało i cieszyło poza domem i związkiem.
A także, z własnej i nieprzymuszonej woli - przeszłam samą siebie w łóżku, bo
doszłam do wniosku, że może wbrew temu, co o sobie myślałam - seks ze mną był
nudny? Zeszłam z piedestału smutnej królewny i skupiłam się na mężu - do
samego, że tak powiem, końca, z animuszem i ochotą.
Był wniebowzięty. Ja zresztą też - naprawdę byłam szczęśliwa, że dałam mu
tyle radości. I pełna nadziei, że teraz to się przed nami otworzyło prywatne
niebo.
Ten stan trwał, on był szczęśliwy, codzienność była łatwiejsza, weselsza,
bardziej satysfakcjonująca. W nocy - moja inicjatywa.
W końcu przyszły trudniejsze dni, coś mnie dręczyło, oczekiwałam wsparcia,
opuściła mnie energia i dobry humor. Zdałam sobie sprawę, że zaczynam czekać -
na krok z jego strony. Na jakiś wieczór zaaranżowany przez niego, wino,
świeczki, masaż... Albo chociaż pytanie, przytulenie, sygnał, że taka
bezchętna też jestem warta grzechu.
W końcu wystraszyłam się siebie, że czekanie przechodzi we frustrację i za
chwilę będę wściekła, że znowu zainwestowałam tylko ja. Że zaczynam wystawiać
za uprzejmość rachunek;/ Kilkakrotnie poinformowałam o tym męża, żartobliwie,
słodko, w końcu poważnie i spokojnie, choć konkretnie.
Tatktyka ta sama - kocham cię, jesteś śliczna, a w ogóle to nie mam pojęcia,
o co ci chodzi.
Minął ponad miesiąc, jest po staremu, a to śpiący,a to zmęczony, a w ogóle to
jestem skwaszona i ciekawe czemu.
Szlag mnie trafia. Urządzić mu życie milutko, to chętnie - a jak nie, to po
staremu. Nic tylko mu kupić piżamkę w paski i szlafmycę... Nie mam już siły.
Obserwuj wątek
    • gomory Re: No i wystawiłam rachunek:( 21.01.07, 07:54
      W zasadzie to teraz masz chyba jasnosc sytuacji, jakkolwiek ona nie brzmi tak jakbys tego oczekiwala.
      Jesli bedziesz przed oczami meza zachecajaco "paradowac" i dawac kobiece sygnaly-wabiki, to zniknie za sluchawkami czy zapadnie w sen.
      Gdy wskoczysz w "meska" role ciagniecia go do lozka mozesz liczyc na seks. Pewnie znajda sie i tacy ktorzy pozazdroszcza Tobie tak klarownej sytuacji. Ja jakos nie moge, bo widze jak bardzo Tobie to nie odpowiada. Nienajszczesliwiej sie dobraliscie :-/
      • misssaigon oj, nie tak panowie, nie tak 21.01.07, 09:15
        co zauwazylam z wlasnego doswiadczenia - poczucie, ze nalezy sie za cos
        odwdzieczyc, odplacic tym samym jest trudne do znalezienia w mezczyznach
        - jezeli posprztasz mieszkanie - nie oczekuj kobieto, ze maz ci podziekuje,
        jesli nawet zauwazy, najwyzej pomysli, ze mialas za duzo czasu, albo taki kaprys
        - jesli ugotujesz smaczny obiadek - coz, wszyscy kumple tak maja, wiec ja tez
        - przygotujesz kolacje ze swicami w zachecajacym dezabilu - coz wykazalas sie
        fantazja, mile bedzie obserwowac ciag dalszy
        - wstapila w ciebie nagla chec na wyuzdany seks - widac w koncu dostrzeglas i
        polubilas zainteresowania swojego meza...

        i nie jest to kompletnie zaden powod zeby ci sie czymkolwiek odwdzieczyc - widac
        w koncu sama poszlas po rozum do glowy i juz wiesz na czym to wszystko polega:D
        • anais_nin666 Re: oj, nie tak panowie, nie tak 21.01.07, 11:09
          misssaigon napisała:

          > co zauwazylam z wlasnego doswiadczenia - poczucie, ze nalezy sie za cos
          > odwdzieczyc, odplacic tym samym jest trudne do znalezienia w mezczyznach

          Od małego mamusie, babcie, tatusiowie uczą, że chłopcu się należy, a dziewczynka
          za wszystko powinna dziekować, być wdzięczna, usłuzna itd. To i taką
          dziewczynka stara się być, by sprostać oczekiwaniom rodziny i otoczenia. Nagle w
          wieku juz dojrzałym dochodzi do wniosku, że tkwi w matrixie, że gubi siebie i ma
          ochotę na zmianę, ale juz niestety za późno, bo dzieci, bo wspólny dom...
          I wówczas zostaje forum :P
          • trixie2 Re: oj, nie tak panowie, nie tak 21.01.07, 12:02
            "Gdy wskoczysz w "meska" role ciagniecia go do lozka mozesz liczyc na seks."

            Hmmm... niezupełnie - to o.n. może liczyc na seks, w moim wykonaniu. Chętnie
            bierze i wcale nie ma ochoty na rewanż! I nie chodzi o rewanż od razu, usługa-
            zapłata, lecz w takiej szerszej pesrspektywie. Po prostu w swojej niespożytej
            naiwności sądziłam, że może tędy droga? Owszem, tędy, jeżeli odpowiadało by mi
            stwarzanie nastroju w życiu i w łóżku. Spacer, weekend, podróż, wakacje - to
            też ja muszę poddać projekt i wysłuchać marudzenia, zanim dojdzie do skutku.

            Z zewnątrz to może wyglądać inaczej - on robi wrażenie czułego męża, oddanego i
            lojalnego partnera.
            Co ja mam zrobić?? Pewnie się nie zmieni, jak wynika z lektury forum. Ja się
            zmieniłam, on constans. Mam szczerą ochotę go zdradzić. Jestem tak wściekła, że
            wszystko we mnie się przewartościowuje. Ale jak znam siebie, nie wiem, co
            musiałoby się wydarzyć - jestem nadodpowiedzialna, tkwią we mnie bardzo silne
            hamulce, przywiązanie do rodzinnych wartości, tłumienie egoizmu itd. Poza tym,
            mimo żalu do niego, jest mi wciąż bliski, wiele nas łączy. Wiem już, że to w
            ostatecznym rachunku wychodzi odwrotnie - obawiam się wizji zgorzkniałej baby
            mającej za złe, to się po prostu samo podstępnie dzieje. Za 20 lat podpadnę pod
            klarowny sąd - sama sobie zmarnowałaś życie.
            To co ja mam zrobić, co? Boję się życia z dwójką dzieci, mam bardzo wymagajacą
            pracę, jest kilka płaszczyzn, na których z mężem jest lepiej niż bez,
            zastanawiam się ciągle i wychodzi mi, że nie zapewnię dzieciom lepszego życia
            sama - szczególnie teraz, w stanie emocji dalekim od równowagi i wiary w siebie.
            Cholera, mam go zostawić przekreślając całą resztę???
            Kopnijcie mnie w tyłek, jeśli wygląda na to, ze potrzeba.
            • kawitator Re: oj, nie tak panowie, nie tak 21.01.07, 12:06
              ma tylko takie pytania
              Wychowywany przez samotną lub dominującą w swoim związku matkęlub Jedynak? Grzeczny chłopiec był jak był młody?
              • trixie2 Re: oj, nie tak panowie, nie tak 21.01.07, 12:19
                "Wychowywany przez (...)lub dominującą w swoim związku matkę(...)? Grzeczny
                chłopiec był jak był młody?"

                Dokładnie...
                • kawitator Re: oj, nie tak panowie, nie tak 21.01.07, 12:38
                  To co sie kur.. dziwisz Podziękuj teściowej ze wychowała grzecznego chłopczyka a nie faceta
                  Chociaż reaktywacja faceta w facecie jak najbardziej możliwa :-PPPPP
                  • olifanka Re: oj, nie tak panowie, nie tak 23.01.07, 01:40
                    Obawiam sie ze jestes w WIELKIM BLEDZIE.
                    Nigdy z maminsynka nie ma reaktywacji prawdziwego faceta. Niemozliwe.
                • misssaigon Re: oj, nie tak panowie, nie tak 21.01.07, 12:39
                  z raczki do raczki bec..taki puchar przechodni od mamusi do zony....

                  nic madrego o moich wyborach zyciowych powiedziec nie mozna ;P - ale nauczylam
                  sie, ze jak ognia nalezy unikac synkow wychowanych przez samotne ale dominujace
                  matki....
                  • kici10 Re: oj, nie tak panowie, nie tak 21.01.07, 12:58
                    Jestem ciekawa, jak się reaktywuje faceta w facecie? Autorka chyba także.
            • killarney5 Re: oj, nie tak panowie, nie tak 21.01.07, 13:09
              > Cholera, mam go zostawić przekreślając całą resztę???
              > Kopnijcie mnie w tyłek, jeśli wygląda na to, ze potrzeba.

              Ja zostawiłam swojego męża po 25 latach małżeństwa. Nie poszło tu o seks - ale
              miałam dosyc nieustającej dominacji i negatywnego dla mnie bilansu małżeństwa.
              Odeszłam z dwójką nastoletnich dzieci - i doskonale dałam obie radę. Wybrałam
              wolność i własną drogę - i świat mnie wynagrodził według zasady z Alchemika
              Coelho. Żyję pełnią życia, dobrze zarabiam i jeżdzę po świecie, mam świetne
              stosunki z dziećmi (którym też trochę świata pokazałam), sprawdziłam się w dwóch
              nowych zawodach i spotkałam mężczynę swojego życia. Nie mówię tego po to, by się
              chwalić - tylko po to, by cię przekonać, trixie2, że świat należy do nas - jesli
              tylko mamy dosć odwagi, by pokonać ograniczenia, które narzuca nam nacisk
              otoczenia i model "matki Polki" wpajany nam w dzieciństwie. Masz tylko jedno
              życie, trixe2 - i szkoda je marnować w związku, w którym dusisz się z
              frustracji. Jesli chodzi o twoje dzieci, to lepszy impuls do znalezienia
              szczęścia w życiu da im matka wolna i szczęśliwa, a nie walcząca z własnymi
              uczuciami w imieniu "dobra rodziny". To prędziej czy później owocuje goryczą
              zatruwającą wszystko, nawet uczucia do dzieci - wierz mi.
              • trixie2 Killarney5:) 22.01.07, 00:17
                Bardzo dziękuję za ten list, każde słowo odebrałam jak trafione w 10.

                Właściwie to juz to wiem - tylko wiary mam mało. No i ta matka Polka we mnie
                jest strasznie zakorzeniona - staram się, ratuję rodzinę, szukam pomocy,
                rozmów, win w sobie... Dochodzę do sprzecznych wniosków, może to ja się do
                niczego nie nadaję? W głębi duszy wierzę w to, że on jest wspaniały, a ja do
                niczego. Powinnam przestać dąsy stroić. Poza tym kilka lat spędziłam na
                pomaganiu jemu, zaniedbując swoją pracę i rozwój - jestem w takim momencie, że
                trudno mi będzie ruszyć samej.
                Mam schizofreniczne oceny sytuacji - on taki wspaniały, jak wszyscy sądzą, czy
                tak samolubny i skupiony na sobie jak ja to widzę? Skoncentrowany tylko na
                swojej pracy. Zero rozmów, potrzeby zwierzania się, dzielenia planami.

                Boże, jak czytam, co napisałam i patrzę na swoje życie, nie mogę się nadziwić,
                że jestem taka głupia. Przecież chyba nie byłam.

                Że taka sytuacja zatruwa wszystko, nawet uczucia do dzieci - tak, wiem. Powoli
                obojętnieję, opuszczają mnie moje marzenia, ambicje, apetyt na życie. Wszystko
                widzę i czuję jak przez mgłę. Patrzę na dzieci, zauważam przebłyski, jak
                mogłoby być. Powoli widzę, że ten dom, który chciałabym im dać, to marzenia, a
                nie rzeczywistość.

                Pozostaje Ci serdecznie pogratulować i zapamiętać ten list.
                • killarney5 Re: Killarney5:) 22.01.07, 01:40
                  Bardzo się cieszę, ze mój list okazał się dla Ciebie ważny. Dobrze, że chcesz go
                  zapamiętać - bo jest prawdziwy i pokazuje, że wszystko jest możliwe, jeśli tylko
                  mamy odwagę podjąc właściwą decyzję. Życzę ci z całego serca, byś ją podjęła -
                  ja swojej nie żałowałam ani przez sekundę. Na koniec powiem ci jeszcze, że
                  zbliżam sie do wieku 3x20 lat - a taką pełnią życia, jak teraz, nie żyłam nawet
                  jako młoda kobieta. Odwagi, trixie2! Nie daj się zniszczyć!

                • ewolwenta Re: Killarney5:) 30.01.07, 22:08
                  > tak samolubny i skupiony na sobie jak ja to widzę? Skoncentrowany tylko na
                  > swojej pracy. Zero rozmów, potrzeby zwierzania się, dzielenia planami.

                  ucieka w nią od pretensji bo nie umie podjąć dyskusji

                  Ty masz swoją wizję rodziny idealnej i ją wdrażasz. On ma inną. W jego
                  podejrzewam wizji jest więcej luzu i samodzielności. Zmień hobby trixie2, niech
                  nie będzie nim dopasowywanie otoczenia do Twoich wizji szczęścia.
    • trixie2 Re: No i wystawiłam rachunek:( 21.01.07, 12:55
      Kawi - a jak to się robi? No, żeby nastąpiła przemiana w faceta?...

      Widzisz, jak go poznałam, wyglądał na męskiego, przebojowego... Drugie dno
      wyszło później. Może teraz byłabym mądrzejsza, ale wtedy nie byłam, byłam
      natomiast pełna wiary i dobrych intencji, upsss;/
      Co mam robić?? Bo wyglada na to, że jak rządzę, wiem, czego chcę - nie
      potrzebuję oparcia i mam dobry humor, czyli, generalnie żyję sama, to on jest
      nie sprawiającym kłopotu dodatkiem (trzeba mu przyznać, nie zaprząta nikomu
      głowy swoimi problemami, chociaż akurat wcale to nie jest w moich oczach plus) -
      i jest z wierzchu dobrze.
      Ale ja nie chcę być jak moja teściowa, babą-herod.
      A jak nie jestem, jest źle.
      Z drugiej strony on twierdzi, że uwielbia, jak jestem słaba i potrzebująca
      opieki - ale chyba tylko w określony sposób, jakoś tak na niby?
      Jakbyśmy oboje źle się czuli w tych rolach i usiłowali się przebrać za kogoś
      innego...
      Jestem przybita, po prostu.
      • misssaigon pogodzic sie ze stanem rzeczy 21.01.07, 13:07
        twoj mezczyna zawsze bedzie szukal partnerki w typie swojej mamusi, a ty
        spokojnego i spolegliwego ... tak juz zostanie... nie warto z tym walczyc, ty po
        prostu nie bedziesz slaba kobietla" bo nie taka twoja natura...nawet jak
        bedziesz sie starc to nie na dlugo ci cierpliwosci starczy...

        mysle, ze trzeba sie pogodzic, a przede wszystkim polubic...
        pomysl sobie jak dlugo bys znosila taki stan rzeczy gdyby twoj mezczyna sie
        nagle uznaj, ze wasze charaktery sie uzupelniaja - w koncu dobraliscie sie
        jakos? nie?
        • misssaigon poprawka 21.01.07, 13:09
          drugi akapit:
          "mysle, ze trzeba sie pogodzic, a przede wszystkim polubic...
          pomysl sobie jak dlugo bys znosila taki stan rzeczy gdyby twoj mezczyna sie
          nagle wyemancypowal i zaczal toba dyrygowac? dlugo bys to znosila?
          uznaj, ze wasze charaktery sie uzupelniaja - w koncu dobraliscie sie
          jakos? nie?
      • kawitator Re: No i wystawiłam rachunek:( 21.01.07, 13:33
        Kawi - a jak to się robi? No, żeby nastąpiła przemiana w faceta?...
        Żebym to ja wiedział na pewno to byłbym zbił majątek na doradzaniu kobitkom
        Może jak sie uleję pamiątką z ostatniego rejsu to odważę się coś napisać.
        Na trzeźwo zdaję sobie sprawę ze swej niewiedzy. Z wiekiem jak nabywam coraz nowych wiadomości czytam nowe książki, mam czas na nowe przemyślenia zdaję sobie coraz bardziej sprawę z powierzchowności panujących poglądów ich wyrywkowego charakteru i liniowego charakteru przyczynowo-skutkowego jaki próbują opisać Życie nie jest liniowe proste ani zrozumiałe. M usze się zastanowić ale cuś wyskrobie Takie impresje na temat
    • magda72b Re: No i wystawiłam rachunek:( 21.01.07, 20:13
      mam wrażenie jakbym to ja pisała ten tekst, jestem w identycznej sytuacji,
      załamałam się 2 dni temu, mam dosyć żebrania o miłość, o to żeby mnie chociaż
      dotknął , przytulił, jestem smutna , nie pamiętam kiedy się śmiałam, a
      najgorsze jest to że straciłam nadzieję że to się zmieni...
      • rumcajs-wrocek Re: No i wystawiłam rachunek:( 21.01.07, 20:37
        Nie kumam , nie chce się nawet przytulic ?? Może chory , czy co ??
        • europa63 Re: No i wystawiłam rachunek:( 22.01.07, 07:04
          Och, przecież mój też tego nie robi....Tak ma...jedynak, ze związku bez
          miłości...bez seksu, bez ciepłych więzi...no, takie to toksyczne...
          a przecież kocha i mnie i dzieci i seks ze mną i dba o rodzinę....i tez mi
          źle...
          • kawitator Re: No i wystawiłam rachunek:( 22.01.07, 08:56
            Zadałaś mi pytanie czy można twego chłopczyka zamienić w faceta ? Chyba można ale po co ?
            Problem tkwi w Tobie a nie w Twoim facecie
            Z jednej strony mówisz, że twój facet jest miękki Musisz decydować o wszystkim Piszesz , że jego bierność w życiu i w seksie przesuwa cie w stronę baby heroda
            Z drugiej strony stwierdzasz, że to co napisała Killarney5 jest tez trafione w 10
            Z tym jednak ze ona pisze o wprost przeciwnej sytuacji
            Jej mąż był przeciwieństwem twojego bowiem
            „ Nie poszło tu o seks – ale miałam dosyc nieustającej dominacji i negatywnego dla mnie bilansu małżeństwa.”

            To jak masz dosyć bierności i zrzucania każdej decyzji na ciebie czy masz dość dominacji

            Wspólne cechy twoje I Killarney5 to to żeście som silne baby. Silne psychicznie i mentalne
            Wasze związki wypaliły się Przeżywacie coś w rodzaju męskiego kryzysu wieku średniego kiedy to facet zaczyna podsumowywać swoje dotychczasowe życie i robić bilans .
            Tak jak wielu facetów Killarney5 doszła do wniosku, że należy zacząć żyć inaczej niż dotychczas i znalazła jak pisze
            Żyję pełnią życia, dobrze zarabiam i jeżdzę po świecie, mam świetne
            stosunki z dziećmi (którym też trochę świata pokazałam), sprawdziłam się w dwóch
            nowych zawodach i spotkałam mężczynę swojego życia.
            Nie wiem czy dokładnie to przebiegało w tej kolejności ale taki bilans moża usłyszeć z ust wielu facetów co to nagle w wieku 40-50 zamienili życie i partnerkę
            Nihil Novum Sub Soleil
            Ty jako silna kobitka przeszłaś drogę swoja ze facetem chłopczykiem
            Killarney jako też silna kobitka przeszła drogę z silnym dominującym facetem
            Spotkaliście się mentalnie w pewnym okresie życia w podobnej sytuacji Nie odpowiada wam dotychczasowe życie a to z kim akurat je do tej pory je dzieliliście nie ma najmniejszego znaczenia
            To jest Tylko wasz problem wewnętrzny który wystąpił by niezależnie od tego z kim spędzaliście lata małżeństwa.
    • petar2 Re: No i wystawiłam rachunek:( 22.01.07, 11:16
      Trafnie Kawi wyłapał wpływ domu rodzinnego Twojego męża (dominująca matka,
      jedynak) na jego postawę.
      Moim zdaniem dochodzi do tego i podkreśla taką postawę to, ze jest
      introwerdykiem. Jest zamknięty w sobie, nie narzuca się otoczeniu, zimny
      emocjonalnie, odsłoniety od świata zaporą za którą ma własny, swój wewnętrzny
      świat. Potrzeby emocjonalne stłumione, nie pozwala ujawnić ich nawet
      najbliższej osobie bo naraziłby się być może na jakąś nieoczekiwaną reakcję, na
      konfrontację, zburzenie świętego spokoju i misternej konstrukcji własnego
      świata budowanego latami.

      Zapewne urodził się introwerdykiem (jak większość facetów) ale dom, matka-
      hetera i pewnie wygaszony emocjonalnie i odsuniety ojciec od którego nie
      nauczył się budować relacji z kobietą, rozbudowały taką postawę. Powiela model
      ojca.

      Pytasz jak zmienić go w faceta. Nie w tym rzecz by go zmienić, zresztą chyba
      nie da się. Spróbuj doprowadzić by się otworzył, by zniknęła ta skorupa którą
      się otoczył i odseparował od świata. Pierwszy krok to próba zrozumienia,
      postawienia się w jego sytuacji. Ale taka głębsza próba.

      Ty piszesz, że jesteś wściekła i masz wielką ochotę go zdradzić, jednocześnie
      jednak są silne hamulce. Te hamulce to oczywiście zasady, przywiązanie do
      tradycji rodzinnych czy pogarda dla egoizmu. Ale bez przesady, tak naprawdę
      boisz się co by było po. Boisz się, że dotychczasowy Twój świat zachwiałby się,
      stracił potężny filar a raczej kilka i nie byłoby go czym podeprzeć. To kusząca
      perspektywa, potrzeba przeżycia czegoś silnego, doświadczenia uczucia rozkoszy
      ale tyle zagrożeń i niebezpieczeństw, zniszenie dotychczasowych podstaw.

      Z nim może być podobnie. Wcale ta skorupa nie sprawia mu przyjemności i mocno
      uwiera. Pewnie chciałby poddać się emocjom, okazać słabość czy wzruszenie albo
      entuzjazm. Ale nie potrafi. Nie widział jak to się robi w czasie "nauki" czyli
      w domu rodzinnym, był biernym biorcą emocji i uczuć mamusi, może babki
      i "cioteczek". Nic nie musiał robić, był po prostu jedyny, głaskany po główce.
      Nie potrafi więc nawiązać bliższych relacji z kobietą, spójrz zresztą na jego
      relacje z innymi ludźmi, czy ma bliskich znajomych, przyjaciela? Może bardzo
      łatwo nawiązywać kontakty, być duszą towarzystwa ale czy bywa że są one głębsze
      czy wszystkie powierzchowne?

      On więc nie potrafi i boi się. Boi się, że wychylając sięze skorupy narazi się
      na odtrącenie, niezruzumienie, jakąś przykrość która dla nikogo nie byłaby
      przykrością ale dla niego tragedią. Woli więc to swoje bezpieczeństwo i
      poukładanie, z czasem skorupa coraz twardsza i wszelkie chęci jej rozbicia
      mniejsze. Woli że to Ty podejmujesz decyzje, bierzesz ryzyko na siebie, on w
      bezpiecznym miejscu jest obserwatorem i łaskawie korzysta.

      Co robić? Zmiękczać cierpliwie skorupę i parę razy mocniej uderzyć.
      Jeśli chodzi o zmiękczanie to weź pod uwagę duża wrażliwość gdy biedak na
      chwilę wychyli się ze skorupy. Dobrze więc zrobić to tak by przekonać go że nie
      ma zagrożenia i nic się nie stanie. Metoda drobnych kroczków. Nagrodzić
      entuzjazmem i ciepłem najmniejsze próby oraz je prowokować. Oczywiście on nie
      jest idiota, nie może to być nachalne, proste a Ty musisz być cierpliwa i nie
      zniechęcać się niepowodzeniami. Przykład? Przechodzicie obok kwiaciarnii,
      poproś go by kupił Ci na przykład jakiś kwiatek w doniczce albo różę czy inne
      zielsko. Wybierz taką okazję gdy jesteście w dobrych nastrojach i nic nie stoi
      na przeszkodzie. Chodzi o zminimalizowanie jego progu odrzucenia. Ale również
      bądź przygotowania na to odrzucenie, nie rób dramatu.

      Oczywiście rozstać się zawsze można, niekiedy nawet trzeba i to nie zwlekając.
      Ale najpierw trzeba sprawdzić gdzie tkwi problem i czy jest szansa na poprawę.
      Jesteś zaguboiona, przyklasnęłaś Killarney ale jej sytuacja była diametralnie
      różna. Ona aktywna, była tłumiona przez dominującego męża. U Ciebie
      mąż "schowany" a Ty żeby pchać rodzinę do przodu musisz dominować, co wcale nie
      sprawia Ci przyjemności.

      Poznaj swojego męża, on tak samo zagubiony jak Ty i sam sobie nie poradzi.
      Zrezygnuj z patrzenia na sytuację w kontekście winy.
      Świetna byłaby jakaś pomoc z zewnątrz, coś w stylu warsztatów dla małżeństw,
      praca nad komunikacją itd. Poszukaj, spróbuj zaproponować.
      • jaonmy paranoja 22.01.07, 11:34
        fakt czy maz trixie jest introwertykiem czy ekstrawertykiem ma guzik do jego
        temperamentu, libido i kwestii inicjowania seksu. tak sie sklada ze osobiscie
        rowniez jestem introwertykiem ale objawia sie to w blokadzie przed zwerzaniem
        sie a bynajmniej nie w blokadzie mojego libido. spojrzmy prawdzie w oczy, maz
        triexie jest wygodnicki i leniwy. pasuje mu jak zona bierze sprawy we wlasne
        rece i milo sie korzysta z dobrodziejstw ale nie nie przekonuje go to do
        wykazania sie podobna aktywnoscia… bo mu sie zwyczajnie nie chce
        mowienie wiec trixie zeby starala sie jeszcze bardziej aby pan maz laskawie dal
        sobie zrobic loda, jest chyba czystym zartem i to raczej w kiepskim guscie.
        niewatpliwie jest za to duzym, rozpieszczonym chlopcem, ktory spod skrzydel
        mamusi wpadl pod skrzydla zony. nie wiem czy jest to reformowalne czy nie, nie
        sadze jednak by dalesze wyreczanie go na kazdym kroku bylo krokiem do
        rozwiazania problemu, moim zdaniem utwierdzi go to tylko w jego wygodnej
        pozycji, i bedzie poglebialo sytuacje.

        • petar2 Re: paranoja 22.01.07, 11:55
          Piszemy o dwóch różnych sprawach, Ty o tym że "jest wygodnicki i leniwy", jest
          za to duzym, rozpieszczonym chlopcem, ktory spod skrzydel mamusi wpadl pod
          skrzydla zony". Jest to zapewne prawda tylko to efekty charakteru i wychowania,
          skutki.
          Ja piszę o przyczynach, oczywiście domyślając się trochę i czytając między
          wierszami.

          Co wynika z tego co napisałaś? Trixie przecież to wie. Co można zrobić z
          rozkapryszonym i leniwym chłopcem? Postawić do kąta, palnąć parę dydaktycznych
          pogadanek o krztałtowaniu charakteru, pracowitości i zmierzeniu się z życiem?
          A może rozstanie się z wiecznym chłopcem bez zbędnych wysiłków?
          Karcenie i pouczanie chłopca zapewne nic nie da, może i jest niedojrzały ale ma
          swoje poczucie godności, zatnie się albo odwdzięczy czymś podobnym.

          Rozstanie się z chłopcem? Mamy znajomych o dekadę młodszych (czyli po 30-tce),
          w szczęśliwym związku z fajną parą dzieciaków. Niby nic ale ona spotyka się co
          jakiś czas z koleżankami ze studiów, taka paczka 8-9 dziewczyn. "Zabawne" jest
          to że one wszystkie są już rozwódkami, często z dziećmi. I część z tych dzieci
          ma szanse wyrosnąć na takich kalekich emocjonalnie. Bo mamusie nabiły sobie
          główki romantycznymi farmazonami a potem powywalały "wygodnickich i leniwych".

          A co ryzykuje Trixie próbując poznać przyczyny i dotrzeć do męża?
          • killarney5 Re: paranoja 22.01.07, 12:23
            Drogi petarze2,

            Napisałeś:

            > Bo mamusie nabiły sobie główki romantycznymi farmazonami, a potem powywalały
            > "wygodnickich i leniwych".

            Czy uważasz, że mężczyna ma prawo być "takim, jakim go Pana Bóg stworzył", a
            żona musi stawać na uszach, by cokolwiek z niego wykrzesać, a gdy w końcu ma
            tego dość przy zerowych wysiłkach ze strony nęża - to klęska małżeństwa jest
            wyłącznie jej winą - bo "ponabijała sobie głowę romantycznymi farmazonami".
            Bardzo to faktycznie przekonujące. Tak samo, jak Twoja próba nałożenia na
            trixie2 kolejnego obowiązku psychoterapii współmałżonka, gdy ma serdecznie tego
            wszystkiego dość. Jesteś naprawdę wyjątkowo empatyczny.

            > A co ryzykuje Trixie próbując poznać przyczyny i dotrzeć do męża?

            Kolejne frustracje i stracone nastepne lata życia. Ja straciłam ich bardzo wiele
            - ale mam nadzieję, ze trixie2 nie podda się praniu mózgu i da sobie szansę
            wcześniej.
            • blaszany_dzwoneczek Re: paranoja 22.01.07, 12:42
              killarney5 napisała:

              > Tak samo, jak Twoja próba nałożenia na
              > trixie2 kolejnego obowiązku psychoterapii współmałżonka,

              nałożenie obowiązku?? Nie zauważyłam, żeby Petar nakładał na kogokolwiek
              jakikolwiek obowiązek. Zresztą wszystko zależy od nastawienia danej osoby: dla
              kogoś może to być tylko kolejny uciążliwy obowiązek związany ze współmałżonkiem,
              którego się ledwie toleruje i dla utrzymania atrapy związku, a dla kogoś innego
              walka o coś najważniejszego dla siebie i dla tej drugiej kochanej osoby.

              > > A co ryzykuje Trixie próbując poznać przyczyny i dotrzeć do męża?
              >
              > Kolejne frustracje i stracone nastepne lata życia. Ja straciłam ich bardzo wiel
              > e
              > - ale mam nadzieję, ze trixie2 nie podda się praniu mózgu i da sobie szansę
              > wcześniej.

              A jesteś pewna, że twoja sytuacja jest identyczna jak sytuacja Trixie? Że mąż
              Trixie jest identyczny jak twój były mąż?
              Moim zdaniem dobrze, że ktoś proponuje (a nie nakłada obowiązek) spojrzenia na
              sytuację z innej strony. A to czy Trixie będzie walczyć o swój związek i
              podejmie wysiłek dotarcia do męża, czy stwierdzi, że lepiej dać sobie spokój i
              zacząć nowe życie - to tylko od niej zależy, i od tego jaka faktycznie jest jej
              sytuacja, jej uczucia, jej relacje z mężem... - a o tym nikt z nas po tych
              strzępkach informacji, które Trixie udostępnia, nie jest w stanie wyrokować. Tak
              jak i o tym, co będzie dla niej lepsze.
            • petar2 Re: paranoja 22.01.07, 12:51
              Pokusa szukania winnego jest silna. Rozumiem to, kobiety podchodzą do tematu
              bardziej emocjonalnie więc wartościowanie i ocena, nawet gdy relacja tylko z
              jednej strony, samo się nasuwa. Jak już znajdzie się winnego to najlepiej
              poradzić go kopnąć przy okazji dając upust swojemu wzburzeniu. Tylko dlaczego
              nazywasz to empatią dla Autorki wątku?

              Dlaczego wychodziłaś za mąż? Czy celem była pewnego rodzaju umowa, związek
              partnerski polegający na tym, że obie strony wkładają mniej więcej po równo
              (myślę bardziej o stronie emocjonalnej niż materialnej) a jak jest źle to "do
              widzenia"?
              Czy może to miłość i determinacja by być na dobre i na złe, patrzeć nie "ja"
              i "on" tylko "my"?
              Każdy z tych modeli ma wady i zalety, tak naprawdę kwestią jest poziom na jakim
              umieścimy poprzeczkę po przekroczeniu której mówimy "dość" oraz ile starań
              włożymy w związek.

              Piszesz o swoim małżeństwie, ale jesteś pewna jak wygladało by Twoje życie
              jakbys się rozwiodła kilkanaście lat wcześniej? I bez oporów doradzisz to
              każdej kobiecie z problemami w małżeństwie?
            • jaonmy Re: paranoja 22.01.07, 12:51
              nie rozpatrujemy to kwestii checi poznania malzonka ale lenistwo owegoz,
              normalnosc oraz dazenie do stworzenia partnerskiego ukladu
              nazywasz “romantycznymi farmazonami”.
              to ze obecnie jest tak duzo rozpadajacych sie malzenstw jest miedzy innymi
              przejawem braku dojrzalosci emocjonalnej, brania odpowiedzialnosci za
              wspoltworzenie zwiazku Ii rodziny, i niestety, nie ublizajac nikomu, ale
              syndrome piotrusia pana czesciej dotyczy mezczyzn.
              egoizm zbyt czesto mylnie nazywany jest ambicja.
              nikt nie namwia triexie do porzucania meza ani stawiania go do kata, ale
              zmuszenia go by uswiadomil sobie ze zwiazek tworzy dwoje, i jego powodzenie
              zalezy miedzy innymi od rownowagi pomiedzy braniem a dawaniem
              wyreczaniem nikogo sie nie da nauczyc samodzielnosci
              byc moze dopiero potraktowanie do wreszcie jak doroslego, od ktorego tez sie
              wymaga, zmusi go do stawienia czola nowej roli…. zakladajac wariant
              optymistyczny ze nie wycofa sie rakiem dla swietego spokoju ktory okaze sie
              cenniejszy niz wlasna rodzina
              powtarzam za killarney, troche empatii! trixie ma prawo byc zmeczona, nie
              przedstawiajmy jej wizji kolejnych miesiecy staran, zaciskania zebow
              i chowania wlasnych potrzeb do kieszeni, to nieludzkie
              • petar2 Re: paranoja 22.01.07, 13:26
                > nie rozpatrujemy to kwestii checi poznania malzonka ale lenistwo owegoz,
                > normalnosc oraz dazenie do stworzenia partnerskiego ukladu
                > nazywasz “romantycznymi farmazonami”.

                Tak, to romantyczne farmazony. A po co mamy rozpatrywać jego lenistwo? Jest
                leniwy, zgadzam się, no i co z tego?

                > to ze obecnie jest tak duzo rozpadajacych sie malzenstw jest miedzy innymi
                > przejawem braku dojrzalosci emocjonalnej, brania odpowiedzialnosci za
                > wspoltworzenie zwiazku Ii rodziny, i niestety, nie ublizajac nikomu, ale
                > syndrome piotrusia pana czesciej dotyczy mezczyzn.

                To dawniej oni byli bardziej dojrzali mimo iż żenili się w dużo młodszym wieku?
                A może przyczyną są obecnie inne wyobrażenia o związku, inne otoczenie i
                właśnie “romantyczne farmazony” w stylu no przecież się kochamy, w łóżku
                przetestowani do bólu, więc bedzie tylko lepiej? I dlatego narzeczony
                Trixie "wyglądał na męskiego, przebojowego" po co przyglądać się jego rodzinie,
                pytać starszych?

                > nikt nie namwia triexie do porzucania meza ani stawiania go do kata, ale
                > zmuszenia go by uswiadomil sobie ze zwiazek tworzy dwoje, i jego powodzenie
                > zalezy miedzy innymi od rownowagi pomiedzy braniem a dawaniem
                > wyreczaniem nikogo sie nie da nauczyc samodzielnosci

                OK, OK. Tylko jak? Równowaga między braniem i dawaniem? No załóżmy że to
                potrzebne, choć to bardzo sybiektywne. Ale w jakim okresie ma być podsumywana
                ta równowaga? Dzień, miesiąc, rok? A może 20 lat?

                > powtarzam za killarney, troche empatii!

                A po cholerę Trixie moja empatia??

                > trixie ma prawo byc zmeczona, nie
                > przedstawiajmy jej wizji kolejnych miesiecy staran, zaciskania zebow
                > i chowania wlasnych potrzeb do kieszeni, to nieludzkie

                Nieludzkie? hmmm, ... <plask> <plask> <plask> ... dałem sobie parę klapsów.
                Zadowolona?
                • jaonmy drogi petarze 23.01.07, 16:46
                  oczywiscie ze mezczyzni dawniej wcale nie byli wiele dojrzalsi, jednak w
                  dzisiejszym swiecie do poziomu absurdu kultywowany jest model piotrusia pana,
                  ktorego podstawowym zyciowym celem jest dobra zabawa I unikanie wszelkich
                  zobowiazan bo to zbyt meczace
                  ponadto kiedys kobiety byly bardziej od uzaleznione od swoich mezow, nie
                  wymagaly tyle co obecnie, a rzadko ktora mogla sobie pozwolic na decyzje o
                  odcieciu sie od wiecznego chlopca z bardzo prozaicznych powodow
                  nie bede sie rozwlekac na temat rownawagi miedzy partnerami I ich ich wkladu w
                  zwiazek bo to bez sensu, mysle ze sam doskonale wiesz o co mi chodzi
                  klapsow nie komentuje ;) wirtualnie sie nie liczy ;-P
                  trixie zas jest zwyczajnie zmeczona staraniami o meza.. i pewnie jakby miala
                  jeszcze na to sile to dalej by sie starala a nie pisala tutaj
                  zdaje sobie sprawe ze znamy sytuacje jedynie z jednej strony ale ta wlasnie
                  strona najwyrazniej jest na wyczerpaniu sil, moze wiec tak dla odmiany zaczac
                  wymagac od drugiej by ruszyla szanowny tylek?
                  • petar2 Re: drogi petarze 24.01.07, 08:17
                    > oczywiscie ze mezczyzni dawniej wcale nie byli wiele dojrzalsi, jednak w
                    > dzisiejszym swiecie do poziomu absurdu kultywowany jest model piotrusia pana,
                    > ktorego podstawowym zyciowym celem jest dobra zabawa I unikanie wszelkich
                    > zobowiazan bo to zbyt meczace

                    Zgodzę się z obserwacją, że faceci mniej odpowiedzialni niż dawniej i bardziej
                    konsumpcyjnie nastawieni do życia. Nie zgodzę się z wyjaśnieniem przyczyn,
                    że "to zbyt meczace".
                    To konsekwencja ostrych przemian społecznych, które przyniosły sporo korzyści,
                    często jednak przecenianych ale i dużo negatywnych skutków. Facetom po prostu
                    nie opłaca się być odpowiedzialnymi, być podporą i głową rodziny. Po co im to
                    skoro maja coraz mniej wpływu na swoją rodzinę?

                    Nauką i wychowaniem dzieci zajmuje się coraz bardziej państwo, uświadamianiem i
                    indoktrynowaniem najrozmaitsze organizacje i ruchy, z reguły lewicowe,
                    podczepione i ssące kasę z budżetu państwa, dalej: bezpieczeństwo, praca,
                    środki utrzymania też w dużym stopniu państwo, zdrowie - państwo, zapewnienie
                    opieki starszym - państwo. Symptomatycznyczna była swego czasu sprawa staruszki
                    mieszkającej a raczej wegetującej w rozwalającej się szopie, odżywiającej tym
                    co znalazła na śmietniku itd. Media zrobiły nagonkę na władze gminy, służby
                    socjalne i kogo tylko się jeszcze dało jedynie napomykając o tym że ona ma
                    normalnie zyjące dzieci w pobliskich miasteczkach. Państwo, państwo,
                    państwo ... (inna sprawa jak sobie z tym radzi) to po co facet ma być
                    odpowiedzialny??

                    On "wolny sokół", znudzi mu się żonka to wymieni, w czym problem? Przecież
                    wolność, samorealizacja. Dzieci? No jeśli popełnił ten błąd to niech się znów
                    martwi państwo próbując ściągnąć mu alimenty (czasem się udaje). W dyskusji o
                    feminizmie polemistki martwiły się, że kończy się era facetów, będzie im dużo
                    gorzej.Kobiety podobno się wyzwoliły ze swoich poniżających ról społecznych.
                    Wygląda na to że to faceci się wyzwolili, dla seksu, utrzymania na starość czy
                    ciepłego obiadku nie muszą się już żenić ani płodzić dzieci. Kobiety nadal
                    natomiast są niewolnicami instynku macierzyńskiego i większych potrzeb
                    uczuciowych.

                    > trixie zas jest zwyczajnie zmeczona staraniami o meza.. i pewnie jakby miala
                    > jeszcze na to sile to dalej by sie starala a nie pisala tutaj
                    > zdaje sobie sprawe ze znamy sytuacje jedynie z jednej strony ale ta wlasnie
                    > strona najwyrazniej jest na wyczerpaniu sil, moze wiec tak dla odmiany zaczac
                    > wymagac od drugiej by ruszyla szanowny tylek?

                    Trixie jest zmęczona bezskutecznym waleniem w mur. Może oczywiście zaprzestać
                    prób przedostania się na drugą stronę, usiąść i zapłakać albo odwrócić się i
                    odejść.
                    Ale może też cofnąć się parę kroków, zlustrować i przebadać mur. Może w
                    chaszczach kryje się jakaś zardzewiała furtka albo dalej niewidziany z bliskiej
                    perspektywy wyłom. I to jej właśnie radzę a nie dalsze walenie w mur głową.

                    Wymaganie od drugiej strony by ruszyła tyłek jest oczywiście jak najbardziej
                    słuszne, racjonalne i sprawiedliwe (pojęcie czysto abstrakcyjne, występuje w
                    przyrodzie jedynie pod literą "s" w słowniku). Postawienie takich wymagań
                    mężowi Trixie jest dodatkowo wyrazem bezcennej empatii, mniejsza o to, że nadal
                    nie wiadomo jak te wymagania postawić a skuteczność takiego podejścia
                    przypomina próbę odpalenia auta "na pych" gdy zabrakło w nim benzyny.
                    • killarney5 Re: drogi petarze 24.01.07, 11:06
                      To, co napisałeś jest bardzo jednostronnym usprawiedliwieniem męzczyzn, z
                      jednoczesnym oskarżeniem o zmianę ich postawy na gorszą "współczesnej
                      cywilizacji". No cóż, ja uważam, że tylko osoby tak czy owak słabe poddają się
                      otaczającym wpływom - inne żyją według własnych zasad postępowania. A z tych
                      słabych nigdy za dużego pożytku nie było.

                      Facetom po prostu
                      > nie opłaca się być odpowiedzialnymi, być podporą i głową rodziny. Po co im to
                      > skoro maja coraz mniej wpływu na swoją rodzinę?

                      A kto im każe być głową rodziny? Ja na przykład mam własną głowę i druga mi nie
                      potrzebna. Wystarczy, by byli równoprawnymi członkami rodziny - a nie oczekiwali
                      specjalnej obsługi i przymykania oka na ich wady z racji bycia mężczyzną.

                      > On "wolny sokół", znudzi mu się żonka to wymieni, w czym problem? Przecież
                      > wolność, samorealizacja.

                      To teoria - czyżbys nie wiedział, że statystycznie więcej rozwodów jest
                      inicjowane przez kobiety niż przez mężczyzn? A fakt, że mężczyznom praktycznie
                      nie zdarza się rozwieść bez zaplecza w postaci nowej partnerki, oznacza, że w
                      wielu przypadkach to właśnie mężczyźni boją się zakończyć nieudany związek ze
                      strachu przed utratą "domowej obsługi" czy po prostu zmianą starego układu.
                      Kobiety natomiast często odchodzą bez innego partnera w zanadrzu.

                      Kobiety nadal
                      > natomiast są niewolnicami instynku macierzyńskiego i większych potrzeb
                      > uczuciowych.
                      >

                      Juz nie wszystkie :-) Poza tym, mężczyn też można zmieniać - i jest to całkiem miłe.

                      Postawienie takich wymagań
                      > mężowi Trixie jest dodatkowo wyrazem bezcennej empatii,

                      Cała twoja odpowiedź jest pełna bezcennej empatii wobec mężczyzn - czyżbys
                      uważał, że tylko oni na nią zasługują?

                      > mniejsza o to, że nadal
                      >
                      > nie wiadomo jak te wymagania postawić a skuteczność takiego podejścia
                      > przypomina próbę odpalenia auta "na pych" gdy zabrakło w nim benzyny.

                      Czyli porównujesz mężczyznę do prostego urządzenia mechanicznego? Ciekawe... No
                      cóż, jesli w nim nie ma benzyny - czyli prawdziwej męskości, to faktycznie
                      daremny trud. Może jednak tylko coś się zacięło - a wtedy dobry kop może
                      uruchomić maszynę :-) Ja w takiej sytuacji postawiłabym sprawę jasno i prosto:
                      albo porzucisz wygodnictwo i będziesz wobec mnie mężczyzną, albo się
                      rozstaniemy, bo w tym związku daję z siebie bardzo dużo, a otrzymuje bardzo
                      mało. A życie mam tylko jedno.

                      Wiem, że to politycznie niepoprawne - ale sądzę, ze dzięki takiemu postawieniu
                      sprawy wiele osób tkwiących latami w fatalnych związkach odetchnęłoby na nowo.
                      A życie może być naprawdę piękne, jeśli nie będzie nas ciągle dołować odrzucenie
                      przez partnera czy jego obojętność.


                      * Wersje bardziej nowoczesne tu pomińmy :-).





                      • jaonmy Re: podsumowanie? 24.01.07, 11:41
                        mam wrazenie ze zaczynamy sie krecic w kolko a wlasciwie chodzi nam o to samo.
                        a ze faceci tacy a kobiety takie…. to chyba nie ma znaczenia, bo w efekcie moze
                        sie okazac ze akurat tak sie sklada, ze mamy do czynienia z wyjatkiem
                        potwierdzajacym regule.
                        trixie jest zmeczona a jej maz leniwy, spieramy sie o to kto w tej sytuacji
                        powinien ruszyc zadek badz zacisnac zeby… i dyskusja to iscie teoretyczna, bo
                        ani nie dodamy jej sil ani jego nie popchniemy do dzialania.
                        wiadomo ze wrodzone poczucie sprawiedliwosci kaze nam uwazac ze przyszla kolej
                        meza. z drugiej strony jednak, rownie mocno zakorzeniony w nas realizm pozwala
                        wnioskowac ze jedynie ona moze sprobowac cos z siebie jeszcze wycisnac bo
                        stosowane dotychczas metody nie przyniosly oczekiwanego skutku, poniewaz bedac
                        ta druga strona, jest jednoczesnie jedyna osoba zdolna (badz nie) do
                        uaktywnienia swojego mezczyzny.
                        a wybor nalezy do autorki watku.
                      • petar2 Re: drogi petarze 24.01.07, 12:23
                        > To, co napisałeś jest bardzo jednostronnym usprawiedliwieniem męzczyzn, z
                        > jednoczesnym oskarżeniem o zmianę ich postawy na gorszą "współczesnej
                        > cywilizacji".

                        Dlaczego "usprawiedliwienie", dlaczego "gorsza"? Spróbujmy przez chwilę nie
                        wartościować.

                        > No cóż, ja uważam, że tylko osoby tak czy owak słabe poddają się
                        > otaczającym wpływom - inne żyją według własnych zasad postępowania. A z tych
                        > słabych nigdy za dużego pożytku nie było.

                        Znów próba ustawiania w szeregu silniejsi-słabsi. Nie mówimy o tym, ze lepiej
                        być zdrowym, mądrym, rozsądnym, odpowiedzialnym, przewidującym bo to oczywiste.
                        Mówimy o trendach które albo wspomagają oczekiwane przez nas cechy i postawy
                        albo osłabiają je. Rozkład statystyczny urodzonych słabych i silnych pewnie
                        podobny jak dawniej, o tym co z nich wyrośnie właśnie decyduje szeroko pojęte
                        otoczenie.

                        > A kto im każe być głową rodziny? Ja na przykład mam własną głowę i druga mi
                        > nie potrzebna. Wystarczy, by byli równoprawnymi członkami rodziny - a nie
                        > oczekiwal i specjalnej obsługi i przymykania oka na ich wady z racji bycia
                        > mężczyzną.

                        Kawi celnie opisał dotychczasowy model rodziny przypisując mężowi większą
                        odpowiedzialność za świat zewnętrzny a żonie za wewnętrzny. Ten podział jest
                        mniej wyraźny niż dawniej ale jest. To jak zapadają decyzje i kto w jakich
                        aspektach ma więcej do powiedzenia to sprawa indywidualna i rozpiętości są
                        duże.

                        Nie pisałem nic o specjalnej obsłudze faceta i przymykaniu oka na wady. Również
                        nie o tym, że jedna strona ma się poświęcać i dokonywać cudów a druga mieć
                        wszystko w nosie. Piszę o tym, że mąż Trixie jest na tyle zamknięty i docięty
                        od uzewnętrzniania emocji, że jest to nie do przyjęcia dla Niej, niezrozumiałe.
                        To sytuacja gdy istotna "dolegliwość", kalectwo emocjonalne jednej strony
                        promieniuje na związek i zagraża mu.

                        Jak pisała Trixie, tylko nie pamiętam już czy w tym wątku czy pół roku
                        wcześniej, mąż przyznał, że dzięki Niej pokonał wielką barierę otwierając się
                        na uczucie. Ale to było kiedyś, dotyczyło bardziej zakochania gdy jest łatwiej
                        i tylko sfery namietności. Potem zarosło podobnie. Teraz trzeba rozbić skorupę
                        bardziej zdecydowanie. I wcale nie powinno to ograniczać się do "psychoanalizy"
                        jak piszesz, potrzebne jest też postawienie go z drugiej strony w stan
                        zagrożenia.

                        Moim zdaniem problem jest głęboki i żadne oczekiwanie (aczkolwiek słuszne,
                        sprawiedliwe i uzasadnione) aż ruszy leniwą dupę nie przyniesie rezultatu.
                        Bo to nie kwestia lenistwa, lenistwo to skutek a nie przyczyna.

                        > Cała twoja odpowiedź jest pełna bezcennej empatii wobec mężczyzn - czyżbys
                        > uważał, że tylko oni na nią zasługują?

                        Unikam empatii na forum bo ona raczej zaciemnia sprawę. Nie tłumaczę mężczyzn,
                        raczej staram się zrozumieć mechanizmy. To, ze świat nie mobilizuje obecnie
                        facetów do troski o rodzinę to chłodne spostrzeżenie. Nie oznacza to, że nie
                        moga tacy być, na nasze postawy wpływa wiele czynników, uwarunkowania społeczne
                        to tylko jeden z nich. One utrudniają im pełnienie oczekiwanej roli, nie
                        uniemożliwiają.

                        Przykład z rozruchem "na pych" oznaczał tylko bezcelowość działań w oparciu o
                        błędną diagnozę. W tym przypadku błędną diagnozą jest lenistwo i wygodnictwo.
    • bajeczka35 eeeejjj :-) 23.01.07, 23:45
      Dawałaś, brałaś, teraz Ty dajesz, on bierze, tylko gdzie równowaga? Zawsze, jeżeli ktoś /małżonek/ bierze musi dać i odwrotnie. Dałaś z siebie dużo, ale dla równowagi, powinien on dać. Reasumując: coś za co. W skrócie, dająć coś zażądaj, czego chcesz, bo mąż nie jest wróżką by zgadywać czego Ty chcesz. Nie ma co liczyć na wyobraźnie drugiej strony... /bez względy czy to facet czy kobietka, jak im wygodnie to się rozleniwiają/
      • trixie2 Re: eeeejjj :-) 24.01.07, 17:26
        Bardzo Wam dziekuję za wiele cennych uwag - ta analiza, jak zwykle, pomaga - a
        rozwiązanie, cóż, wiadomo, że każdy musi znaleźć sam.
        U nas kiepsko, czuję się jak wypluta po kolejnych burzliwych dyskusjach, nie
        mam siły zebrać myśli - wczoraj napisałam długi post i nadszedł mąż,
        najprościej było szybko wysłac go w niebyt (posta;)
        Nie sądzę, aby mąz się zmienił - czasem nawet widać dobrą wolę, ale w innej,
        niekoniecznie identycznej sytuacji on znów jest po prostu taki, jaki jest.
        Chyba po prostu nie może mi dać tego, czego nie ma...
        Tak, wszystko zależy ode mnie, ja jestem jedyną osobą lepiącą to nasze
        małżeństwo. Mąż jest cały na tak, ale bierny. Nawet, jeśli wtedy jest dobrze -
        nie zmienia to faktu, że chciałabym trochę niestandardowego zainteresowania z
        jego strony... Świadomość, że on nie zapała nagłą chęcią, jest trudna dla mnie
        jako kobiety, co tu kryć - frustrująca. No i to się wylewa ze sfery seksu - np.
        po pięknym wieczorze świętowania jego sukcesu, przemówieniach, dowodach
        prawdziwej sympatii - on nie ma chęci przeżycia tego ze mną w domu jeszcze raz.
        Ja prawdziwie dumna, szczęśliwa - on w piżamkę i lulu.
        Pozostaje zająć się sobą i swoją karierą... Ale nie o takie życie osobno mi
        chodziło, kiedy wybrałam życie we dwoje:(
        • niezapominajka333 Re: eeeejjj :-) 24.01.07, 19:06
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=15128&w=40732300&a=40732300
          To twój poprzedni wątek, myślę, ze wart przejrzenia.
          Widzę, ze twój mąż wcale nie przestał miec ochoty na seks, ale pod warunkiem,
          że ty zdecydowanie inicjujesz (nie tylko prowokujesz), dbasz o jakosc, tworzysz
          atmosferę bez kłótni i pretensji...
          Zachowuje się jak ktoś potrzebujący rozbudzenia, uatrakcyjnienia seksu, żeby
          miec ochotę. Przypadła ci rola faceta, który w celu rozbudzenia połowicy dba o
          kwiatki, kolacje przy świecach, masaż i komplementy. Z tego co pisałaś kiedyś
          było odwrotnie - to on inicjował seks trierdząc, ze nie pasuje ci ta rola.
          Przyszedł mały kryzys, ty oczekiwałaś wsparcia. Jakiego wsparcia?
          "...W końcu przyszły trudniejsze dni, coś mnie dręczyło, oczekiwałam wsparcia,
          opuściła mnie energia i dobry humor...."
          Przyszedł mały kryzys, ty oczekiwałaś wsparcia. Jakiego wsparcia? Pocieszenia?
          Byłas w dołku psychicznym, a on nic nie zrobił, zeby ci pomóc?
          A może nie miałaś nastroju na aranżowanie wspaniałych nocy, spodziewałas się,
          ze teraz on powinien przejąc inicjatywę, zadbac o twój nastrój i chęci,
          pokazac, ze mu zależy... Niestety - nic z tego.

          ... W końcu wystraszyłam się siebie, że czekanie przechodzi we frustrację i za
          chwilę będę wściekła, że znowu zainwestowałam tylko ja. Że zaczynam wystawiać
          za uprzejmość rachunek;/ Kilkakrotnie poinformowałam o tym męża, żartobliwie,
          słodko, w końcu poważnie i spokojnie, choć konkretnie.
          Tatktyka ta sama - kocham cię, jesteś śliczna, a w ogóle to nie mam pojęcia,
          o co ci chodzi.

          Może istotnie nie ma pojęcia. On sam z siebie nie ma ochoty, ty go nie
          rozbudzasz, (z tego wynika że widocznie nie masz ochoty na seks), więc on się
          nie narzuca. Logiczne.
          Gdybyś miała ochotę, to powtórzyłabyś wypróbowany scenariusz, bo juz wiesz, co
          na niego działa. Jeśli ty nie inicjujesz, to czemu on ma dążyc do czegoś, na co
          (według niego) oboje nie macie chęci?

          Obawiam się, że Petar ma rację. Przemyśl sobie to, o czym pisze.
          Zastanów się jeszcze nad tym, czy przypadkiem dla introwertyka życie codzienne
          z żoną o odmiennym temperamencie nie jest równie trudne, jak dla ciebie życie z
          introwertykiem. Twoja emocjonalnośc może byc dla niego równie trudna, jak dla
          ciebie jego izolacja.
          Powiedziałabym tak: jeśli chcesz wygrac, naucz się myślec tak, jak twój
          przeciwnik. Nie licz na to, ze on zrobi to, co ty byś zrobił.
          Postaraj sie zrozumiec jego swiat, będzie ci łatwiej do niego dotrzec.


          • beady_belle Re: eeeejjj :-) 25.01.07, 09:42
            Niezapominajko napisałaś:
            "Powiedziałabym tak: jeśli chcesz wygrac, naucz się myślec tak, jak twój
            przeciwnik. Nie licz na to, ze on zrobi to, co ty byś zrobił."

            Ciekawametafora, więc uważasz, że mąż Trixie jest jej przeciwnikiem?
            To jakaś pomyłka. Wychodząc za mąż nie masz raczej przed oczami wiecznej walki o
            przetrwanie, lecz nadzieję, że jednak gramy w tej samej drużynie. Nie dość jest
            wyzwań w świecie zewnętrznym?
            Trixie ma prawo oczekiwać, że w związku bedzie miała wsparcie przez co będzie
            stawała się LEPSZYM człowiekiem, nie gorszym. A staje się gorszym, bo ma
            wrażenie, że przymusza męża do czegoś, czego on naprawdę nie chce, a przymuszać
            nie lubi, bo jest wyczerpana ciągłymi staraniami, bo przestaje być pewna siebie,
            bo staje się "zrzędliwa i zła", a mogłaby tę energię spożytkować inaczej, ale
            nie może, bo właśnie w domu ma "przeciwnika", z którym się zmaga a nie partnera,
            na którego może liczyć.
            • trixie2 Re: eeeejjj :-) 25.01.07, 21:59
              Niestety, to chyba wielka prawda - mam w domu przeciwnika:(
              Nie chciałam tak tego widzieć, ale nie mam już siły.
              Dzis kolejny dzień, ubijanie się z mężem o wszystko, jego urlop jest koszmarem -
              długo wyczekiwany przez dzieci, a tymczasem kpina, ironia, wyśmiewanie, to
              wszystko w koktajlu usiłowania bycia fajnym tatusiem. No i spory ze mną, o
              spędzenie wolengo czasu, o drogę, o wszystko.
              Mój mąż został wychowany w modelu "kto kogo" - i tak świat widzi, próbowałam to
              zmienić 10 lat, ale nie zmienię. On się nie zamierza otwierać, bo "a nuz to
              wykorzystam jak ciotka Ida wujka Zenka" (by jego mamusia). Grunt to być krok za
              kimś z dawaniem. To jest w nim tak silnie zakorzenione! Jestem - byłam - wzorem
              prostolinijności, szczerości, naiwności wręcz - a on mnie całe życie
              podejrzewał o intrygi... A ja jestem do przejrzenia na wylot:(
              On nie umie współdziałać, negocjować, o uznaniu własnego błędu nie mówiąc.
              Decyzje podejmuje sam, uzgadnianie, argumentowanie, przekonywanie do swoich
              racji jest mu obce. Jak zrobi coś źle, winna jestem ja, że się nie cieszę z
              powstałego bigosu.
              Nie będę mieć wsparcia w nikim, kiedy go zostawię. Moja rodzina będzie mi
              pomagać w życiu codziennym, spróbuje zaakceptować, ale będzie mieć do mnie
              pretensje i żal - jak to, taki miły chłopczyk, nie pije, nie bije, pracuje (że
              proporcjonalnie do wkładu pracy i kwalifikacji za grosze, to już inna rzecz,
              ale ciężko) - dzień dobry mówi... a ja nie umiem swojego babskiego krzyża
              dźwigać:(
              Nie chcę słuchać, że jestem wszystkiemu winna, nie chcę słuchać ironii, kpin i
              szyderstw! Bóg mi świadkiem, że tyle lat się starałam, ale zadatków na świętą
              jednak nie mam... Wsparcia nie, łóżka nie, kłótnie i awantury... Prowadziłam
              cały dom, żeby on się realizował, on co nogą kopnie, przez miesiąc dumnie
              wspomina...
              Mam już dosyć, jest wieczór, jedna lampka wina, druga... Ostatnio jakoś idzie o
              dwóch lampkach, a dalej co? Są jeszcze antydepresanty - wszystko jak leczenie
              wrzoda, wielkiego wrzoda, zamiast przecięcie:(
              Będzie mi cholernie trudno, bo to ja będę ta zła dla całego świata:( Niestety,
              krótkotrwałe przejaśnienia to będą, jak dotąd, takie zwody bez sensu - ja i
              tak już nie jestem tym kochającym życie, pełnym zapału człowiekiem.
              Przebaczajac i zapominając (co mimo wszystko łatwo mi przychodzi) zyskuję tyle,
              że coraz mniej się ze mną liczy, zaczyna w żywe oczy lekceważyć, nawet ubliżać.
              Boże, jak ja mam go dość! Tych jego kpin, zapierania się w żywe oczy,
              wykręcania kota do góry ogonem, kręcenia w byle gównianej sprawie...

              Wybaczcie ten bluzg... tyle się we mnie nagromadziło. Naprawdę dziękuję Wam, że
              jesteście, i za wszystko, co piszecie.
              • killarney5 Re: eeeejjj :-) 25.01.07, 23:34
                Trixie2, nie przejmuj się tym, co mówią inni - to Twoje życie. "Na wynos" Twój
                maż może się im wydawac wspaniały - ale to ty wiesz, ile naprawdę kosztuje
                życie z nim na codzień. Więc jeśli masz już dość i po prostu nie dajesz rady -
                ratuj się i pamiętaj, że dla Ciebie też zaświeci słońce - pewnie szybciej, niz
                myślisz. Trzymam za Ciebie kciuki :-)
                • trixie2 Beady_belle, Killarney5 26.01.07, 02:31
                  Dokładnie tak jest, jak napisałyście...

                  "Trixie ma prawo oczekiwać, że w związku bedzie miała wsparcie przez co będzie
                  stawała się LEPSZYM człowiekiem, nie gorszym. A staje się gorszym, bo ma
                  wrażenie, że przymusza męża do czegoś, czego on naprawdę nie chce, a przymuszać
                  nie lubi, bo jest wyczerpana ciągłymi staraniami, bo przestaje być pewna siebie,
                  bo staje się "zrzędliwa i zła", a mogłaby tę energię spożytkować inaczej, ale
                  nie może, bo właśnie w domu ma "przeciwnika", z którym się zmaga a nie partnera,
                  na którego może liczyć."


                  Tak, właśnie tak to idzie - staję się gorszym człowiekiem. Mam wrażenie, że
                  nasz związek rozwinął męża (długo cieszyłam się z tego) - niestety ja czuję się
                  pusta, niewidzialna i coraz gorsza.


                  > Trixie2, nie przejmuj się tym, co mówią inni - to Twoje życie. "Na wynos" Twój
                  > maż może się im wydawac wspaniały - ale to ty wiesz, ile naprawdę kosztuje
                  > życie z nim na codzień. Więc jeśli masz już dość i po prostu nie dajesz rady -
                  > ratuj się i pamiętaj, że dla Ciebie też zaświeci słońce - pewnie szybciej, niz
                  > myślisz. Trzymam za Ciebie kciuki :-)

                  Nic dodać, nic ująć...
                  Za analizę, własne doświadczenia i słowa otuchy bardzo, bardzo Wam dziękuję.
                  • yvona73pol Re: Beady_belle, Killarney5 26.01.07, 07:01
                    matko, jakie to przygnebiajace, powrocil przed oczy model jaki widzialam w
                    dziecinstwie (no, tym juz myslacym troche), dookola - same dokopujace sobie
                    i "udane" malzenstwa, wieczna szarpanina....
                    wsrod nich, jak egzotyczne kwiaty na bagnie - nieliczne wyjatki....
                    nie napawa to optymizmem i pedem do zakladania rodziny, opcja dziecko i do
                    widzenia wydaje sie bardziej wygrana pozycja... :/ swiat na glowie stanal?
                  • niezapominajka333 Re: Beady_belle, Killarney5 26.01.07, 12:48
                    Trixie
                    Jeśli stan wzburzenia potrzebny ci jest, żeby zmobilizowac się do odejscia to
                    nakręcaj się dalej.
                    Ale jesli emocje trochę opadną spróbój spokojnie pomyślec.

                    Twojemu mężowi na pewno potrzebny jest solidny kop, który nim wstrząśnie,
                    inaczej nie zmobilizuje się do zmiany. Ale szwankuje u was komunikacja. Ty
                    próbujesz dopasowac go do swojej wizji związku, on próbuje przeforsowac swoj
                    model.
                    Zmiana to wysiłek, to wyjście ze strefy wygody. Odpowiednia mobilizacja (np.
                    zagrożenie odejściem ) skutecznie wspomaga niewielkie chęci drugiej strony.
                    Wiem, ze ciężko jest spojrzec obiektywnie, ale spróbuj pomyslec na spokojnie i
                    nie po dwóch lampkach wina.
                    Trudno wam rozmawiac, więc moze napisz mu o co chodzi. Tylko bez egzaltacji.
                    Masz przed sobą trudny krok, nie decyduj się na niego pochopnie, zebys potem
                    nie załowała. Spróbuj najpierw zrozumiec jego sposób myslenia, poczytaj trochę
                    o takim typie osobowosci.
                    Gdybym była na twoim miejscu zapewne napisałabym list. Mało emocjonalny, za to
                    konkretny i logicznie argumentowany. Napisałabym, swoją ocene stanu związku i
                    wnioski jakie z tego wynikają.
                    Napisałabym, ze rozumiem, że on nie potrafi sie zmienic, ale ja też nie mogę
                    juz dłużej funkcjonowac w takim małzeństwie i lepiej będzie dla nas, zebyśmy
                    sie rozstali, zanim zaczniemy sie nawzajem zdradzac, albo się znienawidzimy.
                    List ma to do siebie, że nie wymaga natychmiastowej odpowiedzi, nie przeradza
                    się w kłótnię, pozwala się przez chwilę zastanowic nad zarzutami, a nie tylko
                    nad tym, jak je odeprzec pozbywajac sie poczucia winy.

                    Swoją drogą szkoda, ze nie mozemy poznac tej historii opowiedzianej przez
                    twojego męza. Szkoda, ze ty nie możesz jej poznac, bo nie potrafi się przed
                    tobą otworzyc. Ciekawe co by było, jakbyś pokazała mu to forum ....
                    I pamiętaj, że jemu wejśc na twój poziom emocjonalny jest równie trudno, jak
                    tobie zniżyc sie do jego poziomu.
                    • bomba44 Re: Beady_belle, Killarney5 27.01.07, 00:38
                      Wszystko, co tu piszecie, to pewnie prawda. Podziwiam trafną diagnozę
                      Kawitatora, i identyfikuję się całkowicie z rozważaniami Petara na temat próby
                      wyjścia na przeciw problemom partnera z postawą akceptacji, zrozumienia.
                      Zupełnie się nie zgadzam natomiast z przedstawianiem męża Trixie jako jej
                      przeciwnika. To do niczego nie prowadzi, jedynie do zaostrzenia sytuacji. To
                      jest destrukcyjne. Proszę Cię, Trixie nie myśl tak o mężu. Ani on, ani Ty na
                      to nie zasługujecie.

                      Przedstawiono Ci tu tyle skrajnie różnych opinii, że chyba teraz zdajesz sobie
                      sprawę, że to jak podejdziesz do sprawy, zależy tylko i wyłącznie od Ciebie.
                      Moim zdaniem robienie z męża wroga, to najgorsze wyjście z sytuacji, chyba że
                      już zdecydowałaś, że chcesz po prostu od niego odejść, i próbujesz Was przez to
                      świadomie antagonizować. Najbardziej natomiast podoba mi się analiza Twojego
                      problemu przez Niezapomnajkę. Jej odnośnik do Twojego poprzedniego wątku był
                      bardzo pomocny. Dalej, to co ona proponuje, czyli pisanie listów jest bardzo
                      rozsądnym, konstruktywnym rozwiązaniem. Muszę Ci powiedzieć, że takie listy są
                      bardzo pomocne, sam je często stosuję we własnym życiu. Pozwalają powiedzieć
                      wiele, czego nie bylibyśmy nigdy w stanie powiedzieć wprost. Ponadto dają tej
                      drugiej stronie czas na przemyślenie, zrozumienie sprawy. Dają możliwość
                      wielokrotnego przeczytania - zaleta, której nie ma naładowana emocjami rozmowa.

                      W jednej ze swoich wiadomości napisałaś:

                      "- wczoraj napisałam długi post i nadszedł mąż,
                      najprościej było szybko wysłac go w niebyt (posta;)".

                      Czy to nie sygnalizuje, że być może właśnie tu jest pies pogrzebany? W braku
                      szczerej, pozbawionej emocji komunikacji? Bardzo możliwe, że Twój mąż wcale
                      nie jest Twoim wrogiem, tylko najnormalniej w świecie jemu jest z Tobą dobrze,
                      i on absolutnie sobie nie zdaje sprawy, co jest nie tak. Wiem, wiem. Powiesz,
                      że przecież wielokrotnie mu o tym mówiłaś. A ja wielokrotnie widziałem ludzi,
                      którzy mówili jedno, a ich słuchacze rozumieli zupełnie coś innego. Poza tym,
                      jeśli on by i tak o wszystkim wiedział, to czemu obawiałabyś się, że on zobaczy
                      to co piszesz?

                      Być może wysłanie w niebyt tego posta było najprostszym, ale nie najlepszym
                      rozwiązaniem. Co było w tym poscie takiego, że nie chciałaś, żeby mąż go
                      zobaczył? Czy on po porostu nie wie, jak ty się czujesz, bo mu tego jednak nie
                      zakomunikowałaś?

                      Moim zdaniem on nie jest Twoim wrogiem. On rzeczywiście nie wie o co Ci chodzi.

                      Pozdrawiam, i życzę mądrości, a nie wrogości w postępowaniu z mężem,
                      • killarney5 Re: Beady_belle, Killarney5 27.01.07, 08:56
                        bomba44 pisze:

                        > Zupełnie się nie zgadzam natomiast z przedstawianiem męża Trixie jako jej
                        > przeciwnika. To do niczego nie prowadzi, jedynie do zaostrzenia sytuacji. To
                        > jest destrukcyjne. Proszę Cię, Trixie nie myśl tak o mężu. Ani on, ani Ty na
                        > to nie zasługujecie.
                        >

                        A ja zupełnie nie rozumiem, skąd wysnuwasz przedstawiany dalej optymistyczny
                        pogląd, że mąż trixie2 nie jest jej przeciwnikiem, tylko po prostu nie roumie, o
                        co jej chodzi.

                        Po pierwsze, w ostatnim poście przedstawia jasno obraz faceta, który walczy z
                        nią o wszysto. Ja dobrze pamiętam zupełnie podobny obraz ze swojego małżeństwa i
                        wiem, co on oznacz - na pewno nie przyjaźń i zrozumienie, tylko właśnie walkę o
                        sprowadzenie żony "do parteru"

                        > Moim zdaniem robienie z męża wroga, to najgorsze wyjście z sytuacji, chyba że
                        > już zdecydowałaś, że chcesz po prostu od niego odejść, i próbujesz Was przez
                        > to świadomie antagonizować.

                        Czy zdajesz sobie sprawę, co piszesz? Pomijasz zupełnie faktycznie wrogie
                        zachowanie meżą trixie2, obowiniając o wywoływanie wrogości w związku przez
                        nieakcpetowanie takiego zachowania.

                        Dalsze twoje wywody na temat tego, że mąż po prostu nie rosumie, o co jej
                        chodzi, mimo, że wielokrotnie mu o tym mówiła, są w tym samym stylu - postawiłeś
                        sobie pewną tezę i trzymasz się jej bez względu na fakty. Tylko po co? Żeby
                        wpędzić trixie 2 w poczucia winy, że to ona jest wina problemom w związku z
                        mężem - którego jej otoczenie, jak pisała, uważa za bardzo porządnego faceta, bo
                        jest wykształcony, nie pije i nie bije?



                        > Bardzo możliwe, że Twój mąż wcale
                        > nie jest Twoim wrogiem, tylko najnormalniej w świecie jemu jest z Tobą dobrze,
                        > i on absolutnie sobie nie zdaje sprawy, co jest nie tak.

                        • bomba44 Re: Beady_belle, Killarney5 29.01.07, 17:18
                          Killarney:

                          Inni już to napisali przede mną, więc ja nie chciałem powtarzać. Ale skoro się
                          domagasz, więc proszę. Jestem pełen szacunku dla Ciebie, że wybrnęłaś z tak
                          trudnej dla siebie sytuacji, i jesteś z tym teraz szczęśliwa. Postawa jak
                          najbardziej godna naśladowanie. Nie zgadzam się jednak, że Twój SPOSÓB wyjścia
                          z sytuacji jest JEDYNYM SPOSOBEM na rozwiązanie problemów małżeńskich
                          wszystkich innych dziewczyn. A Ty niestety wydajesz się mieć taką wizję świata
                          i związków (tak przynajmniej wynika z niektórych Twoich wypowiedzi na forum).

                          > A ja zupełnie nie rozumiem, skąd wysnuwasz przedstawiany dalej optymistyczny
                          > pogląd, że mąż trixie2 nie jest jej przeciwnikiem, tylko po prostu nie
                          roumie, o
                          > co jej chodzi.

                          Swój pogląd, że mąż Trixie nie jest jej przeciwnikiem wysnuwam z jej postów.
                          Ona raczej przedstawiła go jako człowieka, który jest dla niej dobry, lecz ma
                          mało inicjatywy. On raczej chętnie przyjmuje to co ona daje, natomiast gdy one
                          nie daje, to jest nadal szczęśliwy. Stąd daleko do przeciwnika, wroga, chyba,
                          że sobie go z niego sama zrobi, tak jak na przykład Ty jej radzisz. Pogląd, że
                          mąż nie rozumie o co chodzi, wysnuwam również na podstawie tego, co Trixie
                          pisze. Sama napisała w jednym z postów, że mąż mówi:

                          > kocham cię, jesteś śliczna, a w ogóle to nie mam pojęcia,
                          > o co ci chodzi.

                          Owszem, można ubrać to w teorię spiskową, i powiedzieć, że taka jest jego wroga
                          taktyka (znowu przy założeniu, że on jest wrogiem, ale czy na pewno jest to
                          prawdziwe założenie?). Ale ja znam zbyt dużo facetów, którzy są rozbrajająco
                          prostolinijni, i po prostu mówią, to co myślą, i zbyt wiele kobiet, które
                          oczekują, że faceci się domyślą, o co kobietom chodzi, i frustrują się, gdy
                          faceci jednak nie są w stanie się domyśleć. Poza tym Trixie napisała, o
                          pospiesznym kasowaniu posta na forum, w którym przecież nie pisała niczego
                          złego o mężu, a jedynie o swoich uczuciach. To, że tak pospiesznie skasowała
                          go, aby mąż nie zobaczył, również sugeruje dla mnie, że może mąż tak naprawdę
                          nie wie o tym, co miało być w tym poscie, czyli o jej negatywnych uczuciach.

                          Dalej piszesz:

                          > Po pierwsze, w ostatnim poście przedstawia jasno obraz faceta, który walczy z
                          > nią o wszysto. Ja dobrze pamiętam zupełnie podobny obraz ze swojego
                          małżeństwa i

                          Tak, ale zauważ, że nie przedstawiała tak swojego faceta aż do ostatniego postu
                          (przeczytaj również jej poprzedni wątek). Możliwe jest, że ostatni post
                          napisała pod wpływem złości, oraz bardzo wyraźniej sugestii ze strony innych
                          forumowiczek że jej mąż to jej wróg. Czy sama tego nie sugerujesz ponownie w
                          drugim zdaniu, które cytuję powyżej? Więc ja się z tą Twoją sugestią nie
                          zgadzam. Inni w wypowiedziach powyżej (chyba Kawitator) bardzo ładnie
                          wytłumaczyli, na czym polega różnica pomiędzy Twoim byłym mężem, a mężem
                          Trixie, nie będę tego powtarzał. Powtórzę jedynie ponownie, że jeśli Twój mąż
                          był Twoim wrogiem to nie znaczy, że mąż Trixie jest jej wrogiem. Ponadto,
                          jeśli Trixie będzie traktowała swojego męża jak wroga, to on prędzej czy
                          później się nim stanie. Tak pod wpływem sugestii. A czy naprawdę warto robić
                          sobie wroga?

                          > Pomijasz zupełnie faktycznie wrogie
                          > zachowanie meżą trixie2

                          Czy ono jest faktycznie wrogie, czy nie, to pozwolę ocenić Trixie. Jak na
                          razie to widzę silną sugestię z Twojej strony, i tylko jedną jej wypowiedź, być
                          może napisaną pod wpływem tej sugestii i złości, oraz wiele innych jej
                          wypowiedzi, które przedstawiały BIERNOŚĆ, a nie wrogość, jako przyczynę jej
                          zmartwień.

                          > Dalsze twoje wywody na temat tego, że mąż po prostu nie rosumie, o co jej
                          > chodzi, mimo, że wielokrotnie mu o tym mówiła, są w tym samym stylu -
                          postawiłeś
                          > sobie pewną tezę i trzymasz się jej bez względu na fakty.

                          Fakty, na podstawie których to napisałem, przedstawiłem jeszcze raz powyżej.
                          Mam bardzo ograniczoną wiedzę, na temat związku Trixie. Wszystko, co wiem,
                          wiem z jej postów. Mogę się więc mylić. Pozwolę Trixie ocenić, czy jej mąż
                          jest wrogi, czy bierny. Chcę tylko, żeby sobie zdawała sprawę, że zakładając,
                          że jest wrogiem, i tak go traktując, zrobi sobie z niego wroga, nawet jeśli on
                          wcześniej nim nie był. Taka naturalna reakcja człowieka na atak.

                          > Tylko po co? Żeby
                          > wpędzić trixie 2 w poczucia winy, że to ona jest wina problemom w związku z
                          > mężem - którego jej otoczenie, jak pisała, uważa za bardzo porządnego faceta,
                          bo
                          > jest wykształcony, nie pije i nie bije?

                          Po to, żeby nie zamykać Trixie drogi do naprawy związku. Po to, żeby jej
                          pokazać inne, możliwe przyczyny, których ona nie dostrzega. Po to, żeby jej
                          pokazać, że faceci często myślą i mówią inaczej, niż kobiety, i z tego prostego
                          nieporozumienia, wynika wiele konfliktów. Wcale nie z wrogości. Wrogość jest
                          często skutkiem, a nie przyczyną. Po to, żeby nie miała poczucia winy, ale
                          potrafiła spojrzeć na swój problem z różnych perspektyw.

                          Killarney: Bardzo Cię podziwiam za to, że poradziłaś sobie ze swoim życiem. Z
                          drugiej strony bardzo Ci współczuję, że trafiłaś w swoim życiu na faceta, który
                          był Twoim wrogiem. Proszę jednak, nie wmawiaj wszystkim dziewczynom, że każdy
                          facet jest wrogiem, i że o żaden związek nie warto walczyć. To że facet Trixie
                          jest inny niż twój były, to po prostu fakt. Życzę Trixie, żeby podjęła
                          prawidłowe decyzje z korzyścią dla siebie i innych wokół niej.
                          • killarney5 Re: Beady_belle, Killarney5 30.01.07, 11:56
                            Do bomba44:

                            Oceniasz mój stosunek do problemów w związku bardzo pochopnie, opierając się na
                            moich wpisach w jednym wątku, w którym rzeczywiście uważam, że szanse na
                            naprawę są nikłe i trixie2 powinna przede wszytstkim ratować siebie. W inych
                            wątkach zdarzało mi się nieraz krytykowac brak zrozumienia kobiet dla potrzeb
                            partnera i radzić, co zrobić, by poprawić sytuację.

                            Faktem jest jednak, że moja postawa odbiega od typowej na tym forum, gdzie
                            radzi się podejmowanie prób naprawy związku praktycznie w nieskończoność -
                            nawet wtedy, gdy próby te podejmuje wciąż na nowo tylko jedna strona, a druga
                            nie widzi problemu bądź reaguje wrogością. A przecież z samego forum widać, że
                            takie jednostronne działania bardzo rzadko przynoszą jakieś trwalsze efekty - a
                            bez wątpienia pogłębiają niską samoocenę strony je podejmującej, która jest
                            wciąż odrzucana przez partnera.

                            Chcę więc powiedzieć jasno: ratowanie związku - absolutnie tak, ale nie w
                            nieskończoność i nie w sytuacjach beznadziejnych. Związek nie jest ważniejszy
                            niż ludzie w nim tkwiący - i jesli ich niszczy, warto im przypomnieć, że za
                            oknem jest cały świat i może niekoniecznie warto spędzac życie na próbach
                            naprawy czegoś, czego naprawić się nie da - bądź żywiąc się daremną nadzieją,
                            że "może on w końcu coś zrozumie".
                            • niezapominajka333 Re: Beady_belle, Killarney5 30.01.07, 12:21
                              Problem jest w tym, ze oceniamy sytuację na podstawie relacji jednej strony.
                              Najbardziej wyrazistym przykładem tego, jak mozna sie pomylic jest wątek
                              Mojejnogi(gdzieś w archiwum).
                              Nie sądzę, by Trixie powinna walczyc o związek za wszelką cenę, ale na pewno
                              warto próbowac cos zmienic, zanim zdecyduje się na rozstanie. Bo próbujemy jej
                              doradzac, znajac tylko jej relację. A wierz mi, że to, co jedna strona nazywa
                              rozmową, druga strona może odebrac jako pełen pretensji monolog bez próby
                              nawiazania dialogu.
                              Na razie doradzałabym Trixie ochłonięcie, popatrzenie w miarę chłodnym okiem na
                              sytuacje jej rodziny. Odejśc zdązy, ale niech to będzie rozważna decyzja.
                              • trixie2 Re: Beady_belle, Killarney5 30.01.07, 18:36
                                Ja próbuję ochłonąć, naprawiać i nawiązać dialog - lata.
                                Do dialogu potrzebne są dwie osoby, jedna, nawet z najlepszymi chęciami,
                                dialogu nie stworzy niestety.
                                Co do listów: dzięki za rady... W naszych skrzynkach mailowych jest około 1000
                                listów - przez kilka ostatnich lat, dwa razy po blisko pół roku, byliśmy bardzo
                                daleko od siebie. Pisywaliśmy wtedy niemal codziennie, dzieląc się
                                codziennością i tym wszystkim, co zawsze przeszkadzało nam w byciu razem. Listy
                                wychodziły nam świetnie, naprawdę, natomiast spotkanie dowodziło, że nic z tego
                                lepszego nie powstało.
                                Dobrze byłoby być może, żebyśmy będąc juz razem kontynuowali ten zwyczaj,
                                wymieniając się rzeczami ważnymi albo wyjaśniając konflikty.
                                Ja pisuję - niestety, mąż ani razu mi nie odpisał. Nie ma czasu/zmęczony/nie
                                zaglądał do skrzynki/ty nie wiesz, ile miałem roboty.

                                Myślałam nad propozycją Niezapominajki - że może pokazać mężowi ten wątek.
                                Czuję jednak opór. Będzie, jak z podejmowaniem problemów - wielka dyskusja >
                                awantura > ból > zero efektu. Ja... nie mam chyba już siły na bezowocne bitwy.

                                Serio, jeśli kiedyś ta nasza walka o rodzinę skończy się fiaskiem - jedno będę
                                wiedziała na pewno. Że ja robiłam, co mogłam. Nie jestem swięta, jestem
                                wybuchowa, labilna emocjonalnie, porywcza. Ale starałam się, widziałam problem,
                                podejmowałam próby, szukałam terapii, ratunku, mediatora, spowiedzi, zmian.

                                Dzisiejszy dzień - byłam z dziećmi w teatrze, spotkaliśmy się z mężem,
                                wróciliśmy do domu, wspólnie zasiedliśmy do stołu, było miło. Mąż podetknął mi
                                artykuł w gazecie, ja mu nową książkę, którą chcieliśmy przeczytać. W przerwie
                                między zupą a drugim daniem mąż włączył dzieciom przyrodniczy film o
                                dinozaurach, naturalistyczny i drastyczny. Sceny przemocy, walki i zabijania,
                                jedzenia jednego dinozaura przez drugiego uznał jednoosobowo za odpowiednie dla
                                4 i 6-latka, przewinął tylko zaloty... jako jedynie nieodpowiednie dla dzieci:(
                                Moje uwagi na boku, że powinniśmy uzgodnić takie rzeczy, skwitował "co się
                                czepiasz? znowu awantura, co? No, synu, wyłącz, bo mamusi coś sie znowu nie
                                podoba"

                                Wiecie co, naprawdę rece opadają. Oczywiście jeśli spróbuję porozmawiać
                                wieczorem, usłyszę, że mam wieczne pretensje.
                                • kawitator Re: Beady_belle, Killarney5 30.01.07, 18:59
                                  Trxie
                                  niezapominajka przypomniała watek mojejnogi

                                  Zanim zaczniesz działac
                                  przeczytaj
                                  forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=15128&w=28967763&a=28967763
    • sagittka Re: No i wystawiłam rachunek:( 30.01.07, 19:33
      Wiesz, sposób w jaki opisałaś swoje małżeństwo, a przede wszystkim męża,
      przywodzi mi na myśl małżeństwo moich teściów.
      Czy twój mąż jest profesorem w jakiejś ścisłej dziedzinie? Pracuje naukowo?
      Napisz tylko, czy dobrze trafiłam :)

      Trafiłaś chyba na człowieka, dla którego związek, żona, rodzina, jest tylko
      dodatkiem do życia, do pracy, kariery i "bogatego" życia wewnętrznego.
      Świat kręci się wokół takiej osoby, a ty albo się dostosujesz, albo staniesz się
      kobietą nieszczęśliwą, niedocenioną, emocjonalnie zaniedbaną.

      Przez całe lata obserwuję, do jakiej destrukcji prowadzi taka ciągła
      nierównowaga dawania i otrzymywania. Moja teściowa dopiero ok. 60-tki zaczęła
      głośno mówić o tym, jednocześnie ma poczucie że jest już za późno na zmiany.

      Pytanie najważniejsze. Czy jesteś szczęśliwa?
      Właściwie, to nie wiem, czy można być szczęśliwym będąc jednocześnie
      niezadowolonym z jednej z głównych sfer życia, tj. małżeństwa i seksu.
      • trixie2 Sagittko, trafiłaś 30.01.07, 21:19
        w samą 10...

        Ludzie, dziękuję Wam za każde słowo - i za "za" i za "przeciw" i za "kopy w
        d***" i za tonujące na wskroś - tak, to wszystko daje dużo jasności - to wiele
        porządkuje, dając szansę na jakiś poukładanie i świadomą decyzję, niezaleznie
        czy będzie to razem, czy osobno (w miejsce zaklinania obecnego bałaganu i
        ciągłej szarpaniny)

        A linkowany wątek przeczytam.
        • trixie2 i przeczytałam 30.01.07, 21:50
          - z tą historią nasza ma tyle wspólnego, że przeważnie wszystko wygląda inaczej
          z dwóch stron, i tyle. Audiatur et altera pars... o ile zechce mówić.
          Mój mąż zna mój nick i hasło - nigdy nie był ciekaw tego, co wypisuję.

          Tamten "zły" pracował i zarabiał - mój mąż głównie pracuje. On pewnie powie, że
          go krzywdzę, bo zarabia więcej niż ja... A zmęczony bywał zawsze, przed
          dziećmi także. I robotę też zawsze ma, weekend, wczasy, popołudnie, zawsze.

          No i, mój mąż się nie plami robieniem czegoś dla mnie - wciąż brzmią mi w
          uszach jego zapewnienia, że nie zamierza przestać palic na mój gwizdek, spędzac
          wieczoru ze mną wg mojego scenariusza itd.

          Teraz jest tak, że ja jestem ta, co ma wieczne pretensje. Ale jak mam nie mieć
          po latach własnego monologu? Ja naprawdę chciałam wiedzieć, co on myśli, czego
          chciałby ode mnie.
          Ale on nie dzieli się swoimi myślami, smutkami, radościami - jest samotną
          wyspą. A ja bez tego uschłam jak badyl.
          To, co teraz - brak szacunku, warczenie na siebie to już konsekwencje, rzeczy
          wtórne. Mąż odzywa się zwykle uszczypliwie, zaczepnie, uwielbia ironizować,
          pokpiwać i szydzić. Powinnam to puścić mimo uszu, skupic się na tym, że
          pozmywał, zrobił mi herbatę w ulubionym kubku (gest) - ale ja też mam nerwy jak
          postronki i nie zawsze potrafię - jestem chyba bezkompromisowa, gdy chodzi o
          uczucia.
          Mój mąż nie umie rozmawiać, argumentować, bronić swoich racji - wg niego punkt
          pierwszy to milczeć, drugi zamknąć się na amen, a trzeci atakować (w obronie i
          na zapas). Trudno się z nim zwyczajnie, zdrowo pokłócić - zwykle to mój krzyk
          rozpaczy wobec muru jego najpierw obojętności, niechęci, a potem agresji.

          Nigdy nie umiał założyć, że podnoszę jakis problem, aby go rozwiązać - czuł się
          atakowany. Widzi tylko, że się rzucam, a nie pojmuje, o co. Chociaż drukowanymi
          literami mówię (nic dla mnie z rad typu: powiedz wprost, bo mężczyznom tak
          trzeba - to dla mnie jasne). Wiele rzeczy ocenia mylnie - np. że go negatywnie
          oceniałam w czasach, kiedy byłam zakochana i szczęśliwa. Nie umiałam go
          przekonać, że to jego projekcje.

          Gwoli sprawiedliwości dodam, że stara się czasem później - dostrzegam w jego
          zachowaniu echa moich próśb czy marzeń... Dostrzegam to, mam nadzieję. Niestety
          łóżka to nie dotyczy:(

          Przyszło mi na myśl jeszcze jedno - on chyba jest dla siebie łaskawy, przywykł
          do traktowania go w rodzinie jak pępek świata, od dziecka zbierał zachwyty i
          laury. Jest skupiony na sobie, choć inaczej niż ja. Nie przyjmuje do
          wiadomości, że robi coś nie tak - wszelkie "wnioski" odbiera jak atak na
          siebie. A jego duma zawsze była większa do miłości...
          Ja z kolei mam w swojej konstrukcji duża potrzebę adoracji - on tego nie widzi
          i nie potrafi wykorzystać nawet - za tę monetę wiele skłonna byłabym puścić w
          niepamięć... on robi wręcz na przekór.

          W tej chwili naprawdę jest tak, że ja go oceniam negatywnie, a on ma żonę jędzę.
          • ewolwenta Petar2 30.01.07, 22:00
            Twój mąż nie umie mówić.

            A Ty jesteś nakręcona i nie chcesz szukać pozytywów.

            Warto by Petar2 zajrzał w ten watek. :) Może się zwabi tytułem postu.
            • ewolwenta Re: Petar2 30.01.07, 22:11
              ślepa jestem
              Petar2 dokładnie to już wyżej napisał. Przeczytaj jego posty bardzo uważnie.
              • trixie2 Re: Petar2 30.01.07, 23:30
                Dobra, przeczytam jeszcze raz.

                Mówić nie umie, w porządku - ale dlaczego ze mną nie sypia???? Piszę tylko o
                mężu (ostatnio głównie źle), a sama także niebrzydka i niedrętwa jestem...
                I nie otwiera się - nawet w seksie?
                (trochę czasem coś drgnęło, ale tym bardziej potem z hukiem się zamknęło - jak
                na tyyyle pracy, efekty zasługują tylko na urżnięcie się na smutno. Zrobiłam
                wiele. Ja też chciałabym wreszcie, żeby ktoś zrobił coś dla mnie).
                • trixie2 Petarze 30.01.07, 23:55
                  Przeczytałam.
                  Czytałam już nie raz, ale widzę wyraźnie, w jakim wzburzeniu czytam i piszę w
                  tym wątku, za co przepraszam i jednocześnie dziękuję, że mimo wszystko
                  poświęcono mi tyle uwagi i czasu. Wiele rzeczy znów uznałam za odkrywcze i
                  trafione.

                  No więc, Petarze, masz 99 procentach rację, analizując mojego męża (gdybym nie
                  pamiętała Petara z forum, podejrzewałabym, ze to mój mąż wystosował mowę
                  obronną). Słyszałam to od niego i próbowałam, jak mi się w każdym razie zdaje.
                  Pewnie tak w dużej mierze jest, i sądzę, że mądrzejsza ode mnie kobieta na moim
                  miejscu mogłaby lepiej poradzić sobie z tym bez wątpienia wartościowym i
                  lojalnym (w każdym razie długo takim był) człowiekiem, jakim mój mąż jest.
                  Tyle tylko, że ja też jestem wartościowym człowiekiem, a mój potencjał życiowy
                  bez wątpienia nie wzrósł za sprawą naszego związku, bo cała para idzie w
                  zmagania i zgrzyty, które mnie bolą i rozwalają bardziej niż męża.
                  Powiedz mi tylko, Petar, jak długo mam go tak rozumieć?
                  Bo mnie nikt tak nie analizuje, nie pomaga mi, nie interesuje się mną i o mnie
                  nie zabiega. Owszem, on oferuje swoją miłość - a raczej deklaruje - jako, z
                  mojego punktu widzenia, wygodną formę współistnienia, bez zbędnych interakcji.
                  Ale nawet kilku godzin wyjątkowej chandry, kiedy proszę o ulgowe traktowania,
                  mój mąż nie może dla mnie znieść:) Nie mówię o otoczeniu ramieniem... Owszem,
                  kawa i koc, żebym głowy nie zawracała.

                  Ja mam go rozumieć, wychodzić naprzeciw, a w zamian - co? Świnia jestem, że
                  wystawiłam w końcu rachunek? Bez końca mam go zgłębiać? A jego nie obchodzi, że
                  średnio kwitnę, gdy mnie znajdzie w łóżku raz na dwa miesiące???

                  Tym niemniej, wezmę sobie do serca wszystko, co Petar napisał. To, co radzisz,
                  Petarze, działa... Tylko że mój mąż bardzo pilnuje, żeby być kroczek za mną i
                  żeby nie dać broń Boże za dużo, a już nigdy - więcej! W ten sposób być może
                  uratuję codzienność. Ale czy poczuję się kochana?...

                  Ktoś powyżej napisał, żebym zmieniła hobby i przestała nakłaniać otoczenie do
                  zmian według mojej wizji szczęścia. Bardzo to celne zdanie... Winię się za to.
                  Świetnie trafia w moje wyrzuty sumienia;-/
                  To zdanie także wezmę sobie do serca.

                  Tylko wtedy żeby nie zgorzknieć, cholera, do reszty, i nie zatruć sobą życia
                  dzieciom i reszcie.
          • sagittka Re: i przeczytałam 31.01.07, 10:36
            > No i, mój mąż się nie plami robieniem czegoś dla mnie

            > Ale on nie dzieli się swoimi myślami, smutkami, radościami

            > Mąż odzywa się zwykle uszczypliwie, zaczepnie, uwielbia ironizować,
            > pokpiwać i szydzić.

            > Mój mąż nie umie rozmawiać, argumentować, bronić swoich racji

            > Nigdy nie umiał założyć, że podnoszę jakis problem, aby go rozwiązać - czuł
            się atakowany.

            > Przyszło mi na myśl jeszcze jedno - on chyba jest dla siebie łaskawy, przywykł
            > do traktowania go w rodzinie jak pępek świata, od dziecka zbierał zachwyty i
            > laury. Jest skupiony na sobie, choć inaczej niż ja. Nie przyjmuje do
            > wiadomości, że robi coś nie tak - wszelkie "wnioski" odbiera jak atak na
            > siebie. A jego duma zawsze była większa do miłości...


            Wybrałam kilka twoich cytatów, które idealnie pasują do mojego teścia. No wypisz
            wymaluj ten sam typ.

            Dużo rozmawiałam z teściową na ten temat (dopiero po latach, gdy przestałam być
            młodą żoną, nabrałam także doświadczeń małżeńskich) i doszłyśmy do wniosku, że
            tego nie można zrzucać na typ pracy. To raczej typ charakteru i człowieka, a
            największy wpływ obok charakteru ma wychowanie.
            Tak się składa, że w rodzinie większość mężczyzn to profesorowie, prawdziwi
            naukowcy oddani swej pracy. Są to ludzie, dla których ich dziedzina jest
            najważniejsza w życiu, robiliby to co robią nawet gdyby musieli do tego
            dopłacać, bez wahania pojadą na pół roku na drugi koniec świata, mimo że w domu
            noworodek, reszta świata jest tylko dodatkiem do ich życia. Jednak nie wszyscy
            są aż tak trudni we wspólnym życiu jak mój teść, i jak widzę twój mąż.

            To zależy od charakteru, taki wspaniały ktoś nie jest w stanie dopuścić myśli,
            że np. w domu wcale nie jest idealnym mężem i ojcem, nie pozwoli sobie jednak
            pomóc, nie przyjmie żadnej krytyki, wszystkie uwagi przyjmuje jako atak na swoją
            wspaniałą osobę.

            Moja teściowa, także wykształcona osoba, do emerytury pracująca zawodowo w
            prestiżowym, choć nisko płatnym zawodzie, ma żal o to, ze całe życie jest tylko
            dodatkiem, niezbędnym do wygodnego funkcjonowania pana męża. A przecież każdy z
            nas potrzebuje zainteresowania, poczucia że jest ważnym dla partnera, to
            przecież buduje poczucie własnej wartości.

            Co do nierównowagi w takim związku, to wiesz jak to jest? Wszystko co pozytywne
            jest jego zasługą, wszystko co nie wyszło jest jej winą.

            Trixie, nie chcę cię dołować, opisałam trochę znany mi przypadek po 60-stce,
            ktory niestety wraz z wiekiem pogłębiał się, bez jakichkolwiek zmian na lepsze.
            Pomyśl, czy jest szansa, ze sie przystosujesz lub twój mąż zechce choć trochę
            sie zmienić. Nie życzę ci, żebyś po latach doszła do tak przykrych wniosków, jak
            moja teściowa, którą mimo wszystko podziwiam za to, jak wychowała syna, który
            jest na szczęście bardziej podobny do niej niż do ojca.

            Pozdrawiam cię bardzo ciepło.
            • summarum Re: i przeczytałam 31.01.07, 11:07
              Saggitko, tylko pozazdrościć teściowej.

              Mój teść ma kilka z wymienionych przez Ciebie cech, do tego apodyktyczną żonę,
              która swego jedynaka wychowała na wzorcu ojca, nie mając mądrości Twojej teściowej.
              I to jest teraz mój ból, nie jej.

              Nie wiem, jak to zmienić, sęk w tym, że mi się już przestaje chcieć, jedyny
              sposób to bierność, brak podejmowania inicjatywy. Myślę, żeby iść na terapie
              rodzinną ale sama, nie chcę znowu czegoś proponować a królewicz albo się zgodzi
              albo nie...
              Mamy dziecko, to dobry powód, by coś jednak zrobić z naszym życiem.
              Pikujemy co raz bardziej w dół. Widze, że jego też to męczy ale ja już mojej
              pogadanki-monologu i kilku dni poprawy mam dosyć.
              Muszę zorganizować życie synkowi, wypady, wyjazdy, zajęcia, które będą go
              rozwijać. Jak coś mój partner zaproponuje - ok, a jak nie, cóż. Lubi swój
              komputer, więc chyba także dobrze spędzi czas.
              • sagittka Re: i przeczytałam 31.01.07, 11:47
                > Saggitko, tylko pozazdrościć teściowej.

                Bez przesady, ideałem ona nie jest, ale przecież nie ma idealnych tesciowych :)
                Mój mąż nie jest tez jedynakiem, ale drugi syn przypomina bardziej ojca, on po
                prostu ma podobny charakter, więc łatwiej przejął tez niektóre cechy ojca.

                Czasem odnoszę wrażenie, że teściowa troche mi zazdrości moich relacji z meżem,
                tylko że ja zanim podjęłam decyzję o ślubie, spędziłam kilka lat w
                niezobowiązującym związku, testując wiele obszarów życia, z seksem na czele.
                • summarum Re: i przeczytałam 31.01.07, 12:01
                  Sam fakt, że jesteś w stanie rozmawiać ze swoja teściową na temat jej małżeństwa
                  i wyciągniętych przez nią wniosków powoduje, że od mojej teściowej dzieli ją kosmos.

                  Nie mamy także ślubu (w planach), jesteśmy ze sobą trzy lata, mamy jednak
                  wspólny dom i wspólne dziecko. Na początku jak zwykle różowo, potem ten róż
                  blakł i szarzał - normalka. Seks był niezły, teraz zanika w tempie wprost
                  proporcjonalnym do chłodzenia się naszych wzajemnych relacji.
                  Pochodzę z rozbitej rodziny i za punkt honoru wzięłam sobie to, że moje dziecko
                  wychowa się w rodzinie pełnej. Ale nie wzięłam pod uwagę faktu, że jeśli nadal
                  bedzie tak jak jest, to skończy się u mnie to deprechą, jakimiś prochami a
                  dziecko wcale szczęśliwsze nie będzie przez to.
                  Zmiany najlepiej zacząć od siebie i tak też chce uczynić. Ponieważ czuje sie
                  bezradna w tym wszystkim chcę iść na terapię rodzinną - solo. Może sie dowiem
                  czegoś o sobie i swoim związku. Może mój partner też do takiej terapii dojrzeje.
                  Na razie dryfuję z milczącą atmosfera w domu i brakiem inicjatywy do czegokolwiek.

              • niezapominajka333 Re: i przeczytałam 31.01.07, 12:19
                Saggitko - dobrze napisane, szczególnie, że dzięki temu obraz męża Trixie staje
                się coraz bardziej wyraźniejszy.
                Tak się zastanawiałam, jak ów naukowiec opisałby swoje problemy rodzinne, a w
                szczególności swoje relacje z żoną. Czy w jej opisie nie dominowałyby (obok
                pozytywnych)stwierdzenia typu: reaguje histerycznie, czepia się drobiazgów, nie
                ma poczucia humoru, ciągle sie obraża, ciągle czegos ode mnie chce, wiecznie ma
                pretensje, nie rozumie jak ważna jest moja praca, wypomina mi to, ze nie
                okazuję jej czułosci, a przecież ją kocham, pomagam jej we wszystkim, pracuję
                itd.
                To oczywiście moja kiepska próba spojrzenia oczami drugiej strony.
                Niewątpliwie okres zauroczenia pozwolił mu trochę się otworzyc, ale teraz
                powiela wzorce z domu rodzinnego. On - młody, zdolny, zapewne oczko w głowie
                dumnej mamusi dalej chce zachowac uprzywilejowaną poozycję, bo sądzi, ze mu się
                należy.
                Nie po to próbowałam przedstawic obraz Trixie z punktu widzenia jej męża, zeby
                ją pognębic, ale po to, zeby jej uzmysłowic, że wiele problemów przez nią
                opisywanych to dla niego rodzaj fanaberii, a przynajmniej tak stara się je
                traktowac. Stosuje zapewne taktykę, która była skuteczna w domu rodzinnym.
                Zamiast otwartej konfrontacji, rodzaj partyzantki. Jakiś docinek, ironiczna
                uwaga...tutaj ma przewagę.
                Trixie - jak przyjmujesz jego ironiczne uwagi? Obrażasz się? Robi Ci się
                przykro?
                Wydaje mi się, że to dla niego świetna forma unikania dyskusji. Próbowałaś tej
                samej broni?
                ".... Dzisiejszy dzień - byłam z dziećmi w teatrze, spotkaliśmy się z mężem,
                wróciliśmy do domu, wspólnie zasiedliśmy do stołu, było miło. Mąż podetknął mi
                artykuł w gazecie, ja mu nową książkę, którą chcieliśmy przeczytać. W przerwie
                między zupą a drugim daniem mąż włączył dzieciom przyrodniczy film o
                dinozaurach, naturalistyczny i drastyczny. Sceny przemocy, walki i zabijania,
                jedzenia jednego dinozaura przez drugiego uznał jednoosobowo za odpowiednie dla
                4 i 6-latka, przewinął tylko zaloty... jako jedynie nieodpowiednie dla dzieci:(
                Moje uwagi na boku, że powinniśmy uzgodnić takie rzeczy, skwitował "co się
                czepiasz? znowu awantura, co? No, synu, wyłącz, bo mamusi coś sie znowu nie
                podoba...."

                W tym momencie ja bym powiedziała:
                No właśnie Pawełku(czy jak tam) wyłącz film, bo tata zapomniał kto tu rządzi!

                A wszystko powiedziane w formie żartu, z uśmiechem, tak, zeby przypominało
                raczej przekomarzanie, niz docinek.
                Myślę, ze twój mąż Trixie ucieka przed rozwiązywaniem problemów i zwyczajnie
                nie chce ich dostrzec. Co działa mobilizująco? No cóż- wkleję jeszcze jeden
                wątek.
                forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=15128&w=32516074
                To przemyślenia i próby poprawy relacji, ale już trochę za późno.
            • trixie2 Sagittko 31.01.07, 12:17
              >>"jak
              moja teściowa, którą mimo wszystko podziwiam za to, jak wychowała syna, który
              jest na szczęście bardziej podobny do niej niż do ojca".


              Poryczałam się z głebi duszy przy tych słowach i płaczę dalej. Gdybym to
              wiedziała, że i mnie (nam?) się uda!...

              Dziękuję. Twojej teściowej nie udał się mąż, za to syn i synowa owszem - to nie
              jest zły bilans:)
              • sagittka Re: Sagittko 31.01.07, 12:54
                cóż, jest jeszcze drugi syn, który jest raczej podobny do ojca, ma po prostu
                podobny charakter, więc niejako naturalnie przyswoił sobie pewne zachowania.
                Może jednak to, że mój mąż jest inny, wynika z tego że jest innym typem
                człowieka, a nie jest wyłącznie wynikiem wychowania.

                > Gdybym to wiedziała, że i mnie (nam?) się uda!...

                To może poszukasz pomocy psychologa, kogoś, kto rozpracuje twojego męża, a potem
                opracuje instrukcję jego obsługi i pomoże ci ją wdrożyć. Do takiego człowieka
                nie jest łatwo dotrzeć konwencjonalnymi metodami, ale myślę że da sie dotrzeć,
                przynajmniej w takim zakresie, żeby wspólne życie toczyło się bez konfliktów i w
                miarę spokojnie. Tylko czy wystarczy ci święty spokój, skoro marzysz o aktywnym
                "przeżywaniu" małżeństwa, o czymś więcej niż związku jako dobrze funkcjonującej
                spółce?
                No i trzeba założyć, że to na tobie spocznie odpowiedzialność za wdrażanie
                zmian, cała praca nad związkiem, bez gwarancji efektów. Sama musisz sobie
                odpowiedzieć czy warto, czy dasz radę. Może jednak nie sama, może pomyśl o
                terapeucie, który spojrzy na to obiektywnie.
                • ewolwenta a co jest konwencjoinalną metodą? 31.01.07, 17:36
                  Docinki, pretensje, manipulacje? Dziewczyny nie radźcie jej dalszego zaostrzania
                  sytuacji.

                  Trixie2 przeżywasz kryzys charakterystyczny dla etapu związku, w którym
                  fascynacja powinna ustąpić nieco inne relacji a Ty nie umiesz się przestawić.
                  Sama przyznałaś, że jest roztrzęsiona jak piszesz i czytasz posty. A jak z nim
                  rozmawiasz? Czy może być dobra relacja gdy w tle czai się irytacja, nerwy?
                  Czy wiecznie naburmuszonego człowieka, który ma o wszystko pretensje się kocha i
                  czule traktuje?
                  Musisz przestać nastawiać się negatywnie do wszystkiego co Twój facet robi.
                  Oboje wzajemnie się nakręcacie i ranicie. Im dalej to zajdzie tym trudniej
                  będzie cofnąć.
                  Pomyśl, czy faktycznie tak często bywa ironiczny? Uczciwie przyznaj się czy nie
                  międlisz w myślach jego słów, za każdym razem szukając ukrytej w nich szpili i w
                  końcu ją znajdujesz?
                  On prawdopodobnie też tak robi.

                  A przecież najprawdopodobniej Twój mężczyzna ma dokładnie te same dylematy co
                  Ty. Czuje przecież, że nie jest dobrze.

                  Czytając Cię ją słyszę swoje myśli sprzed kilku lat. Nie chcę tu wyciągać
                  starego swojego wątku, pisanego pod innym nikiem, ale byłby bliźniaczy.


                  Zawód partnera niewielkie ma znaczenie. Mam kilku znajomych naukowców i znam ich
                  żony. Wszyscy Ci faceci to pantoflarze :) . Żaden nie wyjechał za granicę bez
                  rodziny. Co więcej :) paradoksalnie statystycznie karierze naukowej towarzyszy
                  udany związek małżeński. Osoby które mają kłopoty w domu rzadko radzą sobie z
                  karierą naukową.
                  • sagittka Re: a co jest konwencjoinalną metodą? 31.01.07, 18:11
                    > Zawód partnera niewielkie ma znaczenie.

                    Oczywiście nie można generalizować, dlatego w postach podkreślałam, że nie
                    wszyscy naukowcy są jednakowi. Jednak w wielu przypadkach to nie tylko zawód. To
                    życiowa misja, sens i cel życia.
                    Jeśli więc trudny charakter i negatywne skutki wychowania pępka świata połączyć
                    z karierą naukową (ale taką naprawdę wielką) to może wyjsć mieszanka trudna do
                    zniesienia dla partnera.

                    > Co więcej :) paradoksalnie statystycznie karierze naukowej towarzyszy
                    > udany związek małżeński. Osoby które mają kłopoty w domu rzadko radzą sobie z
                    > karierą naukową.

                    O tym tez pisała trixi, udana rodzina, mądre dzieci, bezproblemowe życie - tak
                    to wygląda na zewnątrz.

                    Czy jesteś pewna że te wszystkie żony, które znasz są szczęśliwe (zwłaszcza, w
                    związkach z dłuższym stażem i tam, gdzie mąż odnosi sukcesy, jest uznany i żyje
                    swoją dziedziną 24 h na dobę)?

                    Może niepotrzebnie czepiliśmy się tych naukowców, pewnie dlatego, że najpierw
                    mąż trixi skojarzył mi się z teściem, a potem okazało się, że łączy ich więcej.
                    Przestańmy więc generalizować, żeby nikt nie poczuł się urażony.
                    (Też znam podobne udane zwiazki, ale są to jeszcze ludzie młodzi, nie
                    pochłonięci przez naukę do reszty).
                    • kawitator Re: a co jest konwencjoinalną metodą? 31.01.07, 18:35
                      Wielokrotnie juz pisałem ze dla faceta rodzina to tylko część życia Większość
                      facetów ma swoje pasje i hople i idee które uważa za ważne w swoim życiu
                      czasami bardziej jak rodzinę Jeżeli jeszcze pracuje w zawodzie gdzie te pasje
                      może realizować to stan jest taki jaki widzicie. Nie trzeba być naukowcem
                      wystarczy policjantem inżynierem lotnikiem a nawet nauczycielem. W przypadku
                      naukowców ich wady są szczególnie dostrzegalne bowiem wysoką jakość myślenia tak
                      zwaną inteligencje formalną odruchowo łączymy z wysoka inteligencją emocjonalną
                      empatia itp. Na tej samej zasadzie gafa profesora jest inaczej widziana jak ta
                      sama gafa w wykonaniu majstra budowlanego.
                      Coraz częściej kobitki pracujące zawodowo też znaczną część swojej
                      samorealizacji życiowej łącza z pracą zawodową a nie z domem i rodziną .
                      Ponieważ wielu facetów ogarniętych swoimi pasjami pochłoniętych praca zawodowa
                      potrafi też zaspokoić emocjonalne potrzeby żony i dzieciaków więc
                      myślę że problem leży gdzie indziej.
                      • ewolwenta Re: a co jest konwencjoinalną metodą? 31.01.07, 19:01
                        Problem leży w innej wizji związku z obu stron. On che widzieć nieco luzu ona
                        oczekuje utrzymywania się poziomu zaangażowania jak z początku związku. Efekt on
                        się coraz bardziej wycofuje i nastawia na "nie" bo trudno kochać kogoś kto jest
                        ciągle na "nie" a ją co raz mocniej to boli. I tak w kółko Macieju spiralą w dół.
                    • ewolwenta Re: a co jest konwencjoinalną metodą? 31.01.07, 18:57
                      >Czy jesteś pewna że te wszystkie żony, które znasz są szczęśliwe (zwłaszcza, w
                      >związkach z dłuższym stażem i tam, gdzie mąż odnosi sukcesy, jest uznany i żyje
                      >swoją dziedziną 24 h na dobę)?

                      Tak jestem pewna. Wszystkie te panie mają wspólną cechę. Nie identyfikują się w
                      100% z rodziną i mężem. Rola matki i żony jest dla nich jedną z ról. Wszystkie
                      mają swoje własne pasje i nie budują poczucia własnej wartości na opinii innych.


                      >(Też znam podobne udane zwiazki, ale są to jeszcze ludzie młodzi, nie
                      >pochłonięci przez naukę do reszty).

                      Osoby o których myślę są w wieku moich rodziców.
                      Pochłoniecie 24h/dobę to tylko pretekst dla uniknięcia konfrontacji w domu. Taki
                      przykład (mojej serdecznej przyjaciółki) też znam.



Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka