tlustaklucha
13.03.07, 03:17
Cześć wszystkim!
Czytam to forum już od ponad miesiąca, ale cały czas nie mogłam sie odważyć,
żeby też tu coś napisać. Tzn. napisałam parę komentarzy do cudzych historii,
ale bałam sie opisać własną.
Dlaczego?
Dlatego, że, chociaż podobnie jak inni mam kłopot z (a)seksualnością swojej
drugiej połowki, to, w przeciwieństwie do innych (chyba), uważam, że sama
jestem sobie winna (najprawdopodobniej).
Już wyjaśniam, o co chodzi.
Otóż jestem z moim obecynm partnerem 2,5 roku. Dość krótko. Od około roku z
seksem jest bardzo kiepsko: kochamy się średnio raz na dwa miesiące lub
rzadziej. Tylko z mojej inicjatywy. Jeśli jej nie wykazuję, nie kochamy się w
ogóle. Jak się już kochamy, seks jest, jak piszecie, drewniany. On robi to
tak, jakby odwalał pańszczyznę, jest jakby nieobecny. Niby ma erekcję, ale
tego podniecenia po nim w ogóle nie widać.. Wiele razy go przyłapałam
(odwróciłam się po prostu) jak biorąc mnie od tyłu patrzy gdzieś w bok z
totalnie obojętnym wyrazem twarzy.. Kiedy wie, że go widzę, stara się
bardziej udawać podniecenie, czy zaangażowanie.. Ale i tak nie wykazuje
żadnej inwencji.. Robimy tylko to, co ja chcę, jak długo chcę, kiedy pytam,
co by mu sprawiło przyjemność, on mówi, że tak jest dobrze, że nic mu nie
potrzeba.. Ja mam orgazm, jeśli w ogóle, od razu na początku, potem już tylko
mnie to męczy.. Nie mogę stosować tabletek, on nie chce prezerwatywy, więc
kończy u mnie w buzi, co kiedyś bardzo lubiłam, ale teraz mam wrażenie, że i
to mu nie sprawia przyjemności.. Ze najszczęśliwszy jest już po orgaźmie,
kiedy już jest w ogóle po wszystkim.. Nie wiem, jak to opisać.. Po prostu
chyba nawet mu nie sprawia przyjemności, że zajmuję się jego siusiakiem (co
kiedyś uwielbiał). W związku z tym mi to też już nie sprawia przyjemności i
robię to automatycznie, bo tak zwykliśmy kończyć seks.
Teraz, jak to napisałam, wydaje mi się to nieskończenie smutne..
Ja oczywiście potrzebuję więcej.. I na pewno nie w ten sposób..
Na początku też nie było zbyt wesoło z jego strony, ale myślałam, że się
rozkręci. Wiadomo, ludzie muszą się dotrzeć itd. Niestety wszystko się
zmienia tylko na gorsze. On już od początku nie był zbyt namiętny, tzn. już
od początku ten seks był właśńie jakiś taki drewniany.. On mnie tylko pytał,
co ja chcę i to wykonywał lub nie. Wiadomo, że to zbytnio nie podnieca..
Ja na początku chyba robiłam błąd i dobierałam się do niego przy każdej
okazji. Sprawiało mi przyjemność dawanie mu przyjemności. Po prostu przy
różnych okazjach wyciągałam siusialca i daalej..
On nie podszedł tak do mnie nigdy, teraz to widzę.
Pytałam go o jego fantazje i spełniałam je wszytskie (dużo ich nie było),
chciałam się bawić, chciałam żywego seksu, sprawiało mi dużo radości
przebieranie się dla niego itp.
Potem powiedziałam mu o swoich fantazjach, ale on nie spełnił żadnej z nich,
bo, jak mi powiedział, nie wiedział dokładnie, kiedy ma to zrobić.. Nie
chodziło o nic szczególnego.. chciałam, żeby siedział w fotelu i troche mi
porozkazywał..
On mi totalnie odmawia współudziału.
Przeszłam już okres buntu, wkurzenia, awantur. Przeszłam okres czekania na
niego w pończochach, które kiedyś tak lubił, seksownej bielizny.. On się
tylko kulił na ten widok i mówił, że jest bardzo zmęczony po pracy.
Pracę rzeczywiście zmienił na bardziej stresogenną, pracuje 8 godzin. Biorę
pod uwagę, że jest wrażliwcem i to przeżywa. (naprawdę przeżywa) Tylko to już
trwa rok.
Przytulamy się często, siorbiemy ta herbatę na kanapie, on mnie całuję,
dotyka moich piersi, pupy.. i właśnie nic. Jest bardzo czuły, daję mi masę
wsparcia. Jest totalnie wyrozumiały dla moich odpałów..
No właśnie.. teraz będzie o mnie.
Więc ja łatwego dzieciństwa nie miałam (kto je miał). Wyszłam z tego z
zaburzeniami (depresje + borderline), mam za sobą uzależnienie od opiatów i
nie tylko. Mam trudności z orgazmem (zawsze miałam). Powiedziałam o tym
partnerowi po jakimś czasie udawania. Myślę, że to samo mogło go zniechęcić
do seksu, mimo, że mówił na pocżatku, że będziemy walczyć o mój orgazm.
Trudności z orgazmem mam tylko z mężczyznami, bo sama mogę mieć nawet 6 jeden
po drugim. Obecny partner jest w zasadzie moim pierwszym. Mam 32 lata, ale
wcześniej bałam się mężczyzn, miałam kogoś tam jak brałam, ale to właściewie
nic nie było, zawsze uważałam, że jestem brzydka (podobno nieprwada), miałam
anoreksję i bulimię.. itd. Ogólnie nie wierzyłam, że mogę się komuś podobać.
Podobno byłam wykorzystywana przez ojca, ale nie mogę sobie tego do końca
przypomnieć, więc nie wiem, czy to prawda. Były też inne rzeczy.
Skutkiem tego jestem emocjonalnie wykolejona. Mam napady szału. Robię
awantury o nic. Tnę się (blizny są aseksualne). Wrzeszczę i biję się
pięsciami po całym ciele. (borderline w stani czystym).
Oczywiście chodzę na terapię od paru lat. Tzn odkąd pamiętam chodzę na
terapię, ale dopiero 3 lata temu znalazłam dobrego terapeutę. Biorę leki, bo
terapia w tym zaburzeniu pomaga niewiele (zmiany w mózgu).
Powiedziałam o tym mojemu obecnemu partnerowi od razu na początku, ale on
powiedział, że mu to niestraszne, bo też ma problemy (rzeczywiście ma,
chociażby z tym zamknięciem i wycofaniem). W ogóle, jeśli chodzi o problemy,
dgadujemy się świetnie, on mnie rozumie, ja jego.. Ale jest jeszcze normalne
zycie..
Mam wrażenie, że sytuacja go chyba przerosła..
Może nie wiedział, że będzie aż tak ciężko.. Że ja będę też czegoś wymagała
poza cierpliwością.. Jest jeszcze taki aspekt, że on wcześniej przez całe
życie mieszkał z rodzicami, a teraz niemszka ze mną.. Oczywiście zmiana.. Ja
mamą raczej nie jestem.
O rany, strasznie dużo napisałam, nie wiem, czy się tu komuś będzie chciało
to czytać. Tyle wyszło, bo chciałam opisać sytuację, która z jendej strony
jest bardzo "toforumowa", a z drugiej, kurczę, zdaję sobię sprawę z tego, że
ja sama nie jestem łatwa w kontakcie.
Może niepotrzebnie napisałam. Po prostu czytałam to forum, bo strasznie
cierpię z powodu seksualnego odrzucenia, z tego powodu, że nie czuję się juz
kobietą (czułam się nia na krótko tylko, jak jego poznałam, bo wcześniej też
raczej nigdy). No i teraz wszytsko mi się jakby potwierdza, że rzeczywiście
nic nie jestem warta, że to była tylko chwila, kiedy się tak dobrze czułam i
teraz wszytsko wraca do normy. Czyli ja to aseksuanle ono. Tak zawsze o sobie
myślałam. Wiem, że może odbierzecie mnie jak nienormalną, ale niestety tacy
ludzie też mają problemy z seksem. Co zrobić.
Czy uważacie, że ja mogłam "zdusić" psychicznie, emocjonalnie, seksualnie
mojego partnera? Przez swoje stany, które on musi wytrzmywać? To moja wina,
że oziębł? Mężczyźni? Jak to jest? Tylko nie piszcie, że jestem potworem,
który zaszczuł dobrego faceta (to pewnie prawda, ale co dalej???)