18.05.07, 23:16
nie chce żeby mnie dotykał, całował, przytulał, głaskał.
sztywnieję kiedy do mnie podchodzi. seks z obowiązku.
zdarza mi sie potem płakać bo czuję, że robie cos wbrew sobie.

czy to może minąć? można znowu pragnąć kogoś kogo nie chce się dotknąć?

nie chcę znaudzać was szczegółami. chodzi mi o to, czy ktoś ma na koncie taką sytuację i może mi powiedzieć, że to wcale nie oznacza końca...

Obserwuj wątek
    • zlotadusza Re: nie chcę 18.05.07, 23:42
      A czy zaistniała między wami jakaś sytuacja, w której tak Ci podpadł, że ne
      możesz mu tego zapomniec?
      Ja podobnie reaguję na mojego męża, jeszcze ponad rok temu zdarzało mi się
      zapomnieć o swojej awersji, zwłaszcza jak np byłam bardzo śpiąca lub po kilku
      drinkach. Jednak wiele , na prawdę wiele tygodni bez seksu robi swoje. Można
      się tak odzwyczaić od seksu, że zaczyna nam być z tym dobrze. Jednak wszelkie
      próby zbliżenia z jego strony powoduja mój opór. Nawet jak mamy pozornie dory
      dzień za sobą, bez żadnych kłótni, ba, nawet mile spędzony, to blokuję się na
      samą myśl o zblizeniu. Chyba już mam to zakodowane gdzieś w głowie.
      • marikka6 Re: nie chcę 19.05.07, 08:21
        nie, nie było z jego strony takiej sytuacji.
        to ja przeżyłam fascynację kimś innym, ale oprzytomniałam (a może nie??)
        i staram się robić wszystko żeby ratować ten związek.
        problem polega na tym, że w tym momencie nie czuję żadnej potrzeby bycia z nim, a tym bardziej dotykania, całowania.. itd.
        nie żremy się, nie ma między nami spięć, na codzień jest dobrze.
        myślisz, że można tak spędzić całe życie?
        bardzo bym tego nie chciała..
        • miedzianakonefka Re: nie chcę 19.05.07, 09:42
          Wy baby to chyba lubicie się zadręczać i potem opowiadać jakie to jesteście
          nieszczęśliwe i jak to się staracie "ratować związek". Tylko ciekawe po co?
          Krzywdzicie nie tylko siebie ale i partnera no ale "wszystko dla związku" .
          Ciekawe tylko gdzie jest ten "związek" bo ja go tu wcale nie widzę. Raczej
          nazwałbym to waszym małym światem który choć leży w gruzach to jest dla was
          wygodniejszy niż wielka niewiadoma poza nim. Dlatego dla własnej wygody
          nazywacie go szumnie "związkiem". No i można się tak fajnie poużalać jaka to ja
          nieszczęśliwa no nie ?

          Alleluja i do przodu...
          • hard-candy Re: nie chcę 19.05.07, 10:40
            A cóż Ty chcesz kobieto ratować, jak czujesz fizyczną awersję do swojego faceta
            ? Miedzianakonewka ma 100% racji, większość kobiet to urodzone masochistki.
            • marikka6 Re: nie chcę 19.05.07, 17:20
              wierzcie mi, że najprościej (najwygodniej?) byłoby się po prostu wynieść i nie musieć udawać, że wszystko jest ok.

              ale nie jesteśmy sami - mamy dziecko. dlatego nadal próbuję.
              poza tym on innej opcji (niż życie ze mną) nie widzi.

              nie chcę się użalać - szukam opinii.
              wasze są dla mnie bardzo cenne!

              zastanawiam sie po prostu czy to może minąć..
              • glosatorr Nazywajmy sprawy po imieniu 28.05.07, 11:27
                marikka6 napisała wcześniej:

                "to ja przeżyłam fascynację kimś innym, ale oprzytomniałam (a może nie??)
                i staram się robić wszystko żeby ratować ten związek."

                Czasami kobieta nie chcąc sobie uzmysłowić prawdy, przyznać się przed sobą samą
                do faktów, używa słów wymienników. A wiesz Marikko, jak powinnaś naprawdę
                napisać? Jakie są fakty?

                Zdradziłaś męża emocjonalnie, zakochalś się w innym mężczyźnie i nie kochasz
                już swojego męża - dlatego nie potrafisz go dotykać, kochac się z nim, nie
                znosisz jego pieszczot. Ponieważ nie odważysz się przyznać przed sobą samą, do
                tego, że pragnęłaś innego mężczyzny, że Twoje serce odpłyneło od meża w
                kierunku innego - dlatego nałożyłaś sobie pokutę na siebie za "swój grzech
                emocjonalnej zdrady" - będziesz ratować małżeństwo.

                A tu mały rys - faktograficzny. Mężczyźni najczęściej zdradzają ciałem i tylko
                ciałem. Nic ich to nie tlumaczy, bo zdrada, to zdrada i takie są fakty. Ale
                kobiety też zdradzają (z taką samą a nawet większą częstotliwością) ale
                częściej nie cieleśnie, ale właśnie emocjonalnie. Zakochują się i tylko fakt,
                że mają dziecko, że są związane związkiem formalnym, bojąc się odrzucenia przez
                rodzinę czy środowisko, bojąc się skandalu - podejmują decyzje o przecięciu
                takiej znajomości z niedoszłym kochankiem i wracają na łono rodziny odkrywając,
                że z mężem łączy ją tylko to: mamy razem dziecko, jesteśmy małżeństwem - to
                trzeba ratowac.
                Nie zdają sobie sprawy, że tak jak większość kobiet - pociąg seksualny u
                kobiety związany jest z więzią emocjonalną z partnerem. Kobieta nie pozwoli
                sobie na pocałunek, pieszczotę, seks z mężczyzną, którego nie kocha, którego
                nie pragnie i nie pożąda. Oczywiście są singielki, które potrafią odróżnić
                fascynację mężczyzną od pożądania go fizycznie. Potrafią pójść do łózka i mieć
                satysfakcjonujący seks. Potem wyjść i zapomnieć o facecie - są takie kobiety.
                Ale większość musi mieć do mężczyzny emocjonalny stosunek, lubić go, kochać go,
                fascynowac się nim, by z nim się przespać. Mężczyźnie wystarczy, że kobieta
                wzbudza w nim poządanie seksualne, nie musi jej nawet lubić, by z nią mieć
                seks. Dlatego kobieta zdradza męża - nawet jak się z nim nie przęśpi -
                wystarczy, że rpzestaje pragnąć, poządać, kochać meża - za to zaczyna pragnąć,
                pożądać, kochac innego mężczyznę - jak to nazwałas Mariko - zafascynowac się
                nim.

                > wierzcie mi, że najprościej (najwygodniej?) byłoby się po prostu wynieść i
                > nie
                > musieć udawać, że wszystko jest ok.
                >
                Nic nie jest ok. Napytałaś sobie biedy. Masz wyrzuty sumienia i chociaż pewnie
                nie zdajesz sobie nawet sprawy - że zabrnęłaś z emocjami wobec innego mężczyzny
                za daleko, nie zdajesz sobie sprawę z konsekwencji tego co zrobiłaś. Zdradzilaś
                emocjonalnie męza - wyrzuty sumienia budzą u Ciebie emocje, które możesz nawet
                nazwac miłością do męża - ale tak na prawdę pokochałas innego mężczyzne a z
                powodu poczucia winy postanowiłaś ratować małżeństwo. I masz swoje alibi - no
                jest dziecko. Ale małzeństwo, miłość do męża jaką masz - nie jest już miłością,
                ale wyłacznie obowiązkiem, poczuciem winy, że zdradziłaś i teraz powinnaś
                wynagrodzić to mężowi. Gdybyś kochala meża i nie zrobiłabyś nic zlego wobec
                niego i Waszego małżeństwa - nie czułabyś wstrętu do meża, kochałabyś go nadal
                i nie ukrywałabyś przed mężem faktu, że go emocjonalnie zdradzilaś.
                Prawda?

                > ale nie jesteśmy sami - mamy dziecko. dlatego nadal próbuję.
                > poza tym on innej opcji (niż życie ze mną) nie widzi.
                >
                Nic Ci się nie uda. Próbujesz wyłacznie "odpokutować winę" - nałożyłaś sobie
                taką "pokutę" - zdradziłam, przestalam kochac męża, więc odtrące kochanka (albo
                kochanek odtrącił Ciebie - bo wbrew pozorom tu leży przyczyna Twojego wstrętu
                do męza) i teraz ratujesz małżeństwo. I zgadzam się z Miedzianąkonefką -
                zapytaj siebie - co tu jest jeszcze do ratowania? Małżeństwo jest tylko
                formalne, jesteś z mężem tylko dla dziecka? A czemu nie poszłaś dalej za tym co
                nazwałaś "fascynacją" a było najnormalniejszym zakochaniem!
                Czemu sie zakochalaś w innym i czemu nie potrafisz przyznać się przed samą
                sobą, że zakochalas się w innym, bo NIE KOCHAŁAŚ MĘŻA!

                > nie chcę się użalać - szukam opinii.

                Ty chciałabyś się użalać? Nad czym? Że teraz ponosisz konsekwencje
                własnego "niepełnego fizycznie ale pełnego emocjonalnie" skoku w bok?
                Ja Ci wcale nie współczuję - podjęłaś decyzję i teraz ponosisz jej konsekwencje.
                I będziesz ponosic tak długo jak nie zrozumiesz, że to Ty jesteś sama sobie
                winna.

                > wasze są dla mnie bardzo cenne!
                >
                Ok - zobaczę jak to przyjmiesz.

                > zastanawiam sie po prostu czy to może minąć..

                Nie - nie minie. Dopóki nie nazwiesz spraw po imieniu bojąc się konsekwencji
                swojej nielojalności wobec męża.
                Milego dnia...
                • marikka6 glosatorr 28.05.07, 12:35
                  dziękuję za odp:)

                  prawie wszystko co napisałeś, to prawda.
                  na pewno trudno jest się przyznać, że nie kocha się kogoś, komu
                  przysięgało się miłość do grobowej deski.
                  nie napisałam tutaj wprost "nie kocham go", ale zdaję sobie
                  sprawę, że tak najprawdopodobniej jest.

                  bardzo ciekawa jest twoja teoria o "ratowaniu małżeństwa"
                  w ramach pokuty czy też nawet kary za grzech.
                  za pewne w jakims stopniu, podświadomie tak to traktuję.
                  niemniej, jest w tym coś więcej. jakaś wiara w to, że
                  o małżeństwo trzeba walczyć nawet jeśli sytuacja wydaje się
                  beznadziejna. nawet jeśli w tym momencie czuję, że go nie kocham.

                  > I będziesz ponosic tak długo jak nie zrozumiesz, że to Ty jesteś sama sobie
                  > winna.

                  Ok, wiem, że to ja się zakochałam w kimś innym, ale nie zgodzę się,
                  że TYLKO ja jestem winna. on popełnił wiele błędów na początku naszego
                  wspólnego życia i wie o tym. nie zamierzam tłumaczyć swojego "emocjonalnego
                  skoku w bok" jego błędami, ale niewątpliwie nie pozostały bez wpływu...

                  A odpowiadając na twoje pytania:

                  > i nie ukrywałabyś przed mężem faktu, że go emocjonalnie zdradzilaś.
                  > Prawda?

                  on wie.

                  >A czemu nie poszłaś dalej za tym co
                  > nazwałaś "fascynacją" a było najnormalniejszym zakochaniem!

                  z wielu powodów. m.in. dlatego, że jestem przekonana, że w wieloletnim
                  związku fascynacja kimś innym zdarza się nie raz i potrafi minąć bez śladu.
                  • glosatorr Re: glosatorr 28.05.07, 13:39
                    marikka6 napisała:

                    > dziękuję za odp:)

                    Ależ proszę uprzejmie :-)
                    >

                    > nie napisałam tutaj wprost "nie kocham go", ale zdaję sobie
                    > sprawę, że tak najprawdopodobniej jest.

                    To przykre, zdaję sobie sprawę - ale tak po prostu jest.

                    >
                    > bardzo ciekawa jest twoja teoria o "ratowaniu małżeństwa"
                    > w ramach pokuty czy też nawet kary za grzech.
                    >... jakaś wiara w to, że
                    > o małżeństwo trzeba walczyć nawet jeśli sytuacja wydaje się
                    > beznadziejna. nawet jeśli w tym momencie czuję, że go nie kocham.
                    >
                    Wybacz, ale "pokutnik" przystępując do "pokuty" ma wiarę w to, że jego winy
                    zostaną mu odpuszczone. I zwykle są - stąd Twoja wiara.
                    Problem leży w tym, ża warunkiem "odpuszczenia win" - jest "wyznanie grzechu"
                    , "odpuszczenie winy" i pokuta. Ty chcesz pokutować - ale pominełaś dwie
                    poprzednie rzeczy - wyznanie grzechu i odpuszczenie winy.
                    Ja domyślam się, że Twój mąż o niczym nie wie?


                    >
                    > Ok, wiem, że to ja się zakochałam w kimś innym, ale nie zgodzę się,
                    > że TYLKO ja jestem winna. on popełnił wiele błędów na początku naszego
                    > wspólnego życia i wie o tym.

                    On - to znaczy Twój maż, tak mam to rozumieć?
                    Jakie błędy popełnił? Czy w takim razie Twój romans był formą ukarania go
                    za tę błędy? Czy możesz sobie powiedzieć z czystym sumieniem, że te błędy
                    usprawiedliwiały Twój romans? Jakie to błędy usprawiedliwiają zdradę?
                    Te, które ja znam - to tak naprawdę przeszkody "zrywające" związek
                    bezpowrotnie - agresja, przemoc, zdrada, poniżanie - czy coś z tego robił Twój
                    mąż Tobie? Jeśli tak, to czemu się po prostu nie rozstaliście? I czy zdajesz
                    sobie sprawę, że przy Takich "winach" ze strony meża - nie ma Twojego związku
                    wogóle,zaś próby budowania, ratowania, czy tworzenia czegoś od nowa, to jak
                    przelewanie wody sitkiem.


                    > nie zamierzam tłumaczyć swojego "emocjonalnego
                    > skoku w bok" jego błędami, ale niewątpliwie nie pozostały bez wpływu...
                    >
                    A wiesz, zaciekawiłaś mnie bardzo - co takiego zrobił Twój mąż, że czujesz się
                    w jakieś części usprawiedliwiona tym co zrobił Twój mąż. Wiesz, na podstawie
                    tego co byś napisała, można byłoby stwierdzić, czy wogóle jest co ratować i po
                    co to robić...

                    > A odpowiadając na twoje pytania:
                    >
                    > > i nie ukrywałabyś przed mężem faktu, że go emocjonalnie zdradzilaś.
                    > > Prawda?
                    >
                    > on wie.
                    >
                    I co, nie wpłynęlo to na jego relację wobec Ciebie?

                    > >A czemu nie poszłaś dalej za tym co
                    > > nazwałaś "fascynacją" a było najnormalniejszym zakochaniem!
                    >
                    > z wielu powodów. m.in. dlatego, że jestem przekonana, że w wieloletnim
                    > związku fascynacja kimś innym zdarza się nie raz i potrafi minąć bez śladu.

                    Niestety to bardzo błędna teza i do tego nie poparta faktami. Oczywiście wielu
                    ludzi tak tlumaczy sobie takie "emocjonalne skoki w bok" - ale Twój własny
                    przypadek pokazuje, że nie ma zabawy z ludźmi, niewinnych flirtów, fascynacji
                    drugim czlowiekiem - bez konsekwencji. Mam nadzieję, że z tego przynajmniej
                    jednak zdajesz sobie sprawę? Ja przynajmniej kochając partnerkę, uważam, że
                    lojalność, wierność, miłość do Niej w oczywisty sposób eliminuje interesowanie
                    się kimkolwiek innym, a na pewno coś takiego jak flirt, romansowanie, zdrada
                    psychiczna, emocjonalna... Bo wyznaję zasady logiki. Jeśli kogoś kocham, nikt
                    inny nie jest w stanie przesunąć mojego zainteresowania z obiektu mojej Miłości.
                    Kiedy zaczynam się interesowac innymi kobietami, zaczynam z nimi flirtować,
                    zaczynam romans na etapie zafascynowania - przesuwam osobę kochaną na daleki
                    plan. Nie jest już moim numerem 1. A to oznacza, że nie jest dla mnie
                    najwazniejszą. Ale może różnimy się tutaj sposobem podejścia do życia - ja mam
                    zasady i dla własnego dobra, wiedząc, iz jestem słabym człowiekiem - ich się
                    trzymam - dla własnego i drugiej osoby dobra.
                    • marikka6 Re: glosatorr 28.05.07, 14:11
                      > Niestety to bardzo błędna teza i do tego nie poparta faktami.

                      mam wokół siebie sporo małżeństw, które przeszły, przez kryzys zdrady
                      (nie tylko emocjonalnej) i trwaja do dziś - niektórzy szczęśliwi, inni mniej.

                      > A wiesz, zaciekawiłaś mnie bardzo - co takiego zrobił Twój mąż, że czujesz się w jakieś części usprawiedliwiona tym co zrobił Twój mąż. Wiesz, na podstawie tego co byś napisała, można byłoby stwierdzić, czy wogóle jest co ratować i po co to robić...

                      nie zamierzam się tu na niego skarżyć. oboje popełniliśmy błędy, które wpłynęły na nasze relacje.

                      to, że wie o moim "zakochaniu" sprawiło, że stara sie jeszcze bardziej.



                      • glosatorr Nie wchodzi się 2 razy do tej samej kąpieli... 28.05.07, 14:24
                        marikka6 napisała:

                        > > Niestety to bardzo błędna teza i do tego nie poparta faktami.
                        >
                        > mam wokół siebie sporo małżeństw, które przeszły, przez kryzys zdrady
                        > (nie tylko emocjonalnej) i trwaja do dziś - niektórzy szczęśliwi, inni mniej.
                        >
                        Oj nawet tutaj takich związków, które pomimo zdrady trwają nadal - jest tez
                        bardzo wiele. I chociaż zewnętrznie, przez osoby postronne wyglądają one na
                        bardzo udane, jesli nie rzec nawet modelowe - w swoich czterech ścianach są
                        bardzo tragicznymi związkami.

                        > > A wiesz, zaciekawiłaś mnie bardzo - co takiego zrobił Twój mąż, że czujes
                        > z się w jakieś części usprawiedliwiona tym co zrobił Twój mąż. Wiesz, na
                        podsta
                        > wie tego co byś napisała, można byłoby stwierdzić, czy wogóle jest co ratować
                        i
                        > po co to robić...
                        >
                        > nie zamierzam się tu na niego skarżyć. oboje popełniliśmy błędy, które
                        wpłynęły
                        > na nasze relacje.
                        >
                        Ok - zachowaj to więc dla siebie, nic mi do tego. Jedno dla mnie jest pewne.
                        Formalnie na pewno jesteście związkiem. A czy szczęśiliwym - pozostawię to w
                        niedomówieniu... Napisałaś swój post pytając się: "czy to może minąć? można
                        znowu pragnąć kogoś kogo nie chce się dotknąć?"

                        Ja przynajmniej już znam odpowiedź - Nie da się i nie można.

                        > to, że wie o moim "zakochaniu" sprawiło, że stara sie jeszcze bardziej.
                        >
                        No i wracając do Twojego pierwszego postu na tym forum, zacytuję tu Twoje słowa:
                        "nie chce żeby mnie dotykał, całował, przytulał, głaskał. sztywnieję kiedy do
                        mnie podchodzi. seks z obowiązku. zdarza mi sie potem płakać bo czuję, że robie
                        cos wbrew sobie."
                        Jego starania spełzają na niczym. I chociaż nie uwierzysz w to co napiszę -
                        Choćby na głowie stanął i zatupał uszami - Ty i tak nie jesteś w stanie go
                        pokochać ponownie. Bo "zakochanie" się - nie jest w żadnym stopniu pochodną
                        naszych działań. Nawet jak bardzo się chce - czlowiek sam z siebie nie pokocha.
                        Nawet ponownie. Ciebie jego starania możliwe, że w koncu miło połechcą. Może
                        nawet jakoś to sklecicie - ale ... właśnie... ale to będzie kąpiel w tej samej
                        wodzie. Szczerze współczuję Wam obojgu, bo sami możecie sobie odpowiedzieć, czy
                        to coście w stosunku do siebie przeskrobali warte bylo skutku, jaki opisujesz?

                        Milego dnia.
                        >
                        >
                        • jonmalevolt Re: Nie wchodzi się 2 razy do tej samej kąpieli.. 28.05.07, 14:34
                          Glosator ma zupełną rację w tym momencie- nie ma już czego ratować
                          Zresztą Ty Marika wcale nie chcesz ratować, po prostu udajesz sama przed soba,
                          ze chcesz być w porządku, tyle, ze tak się nie da: jeżeli kiedys pozwoliłaś
                          sobie na fascynacje kim innym i obumarcie uczucia do męża (tak bo do pewnego
                          momentu zanim się zaangażujemy, albo zabijemy uczucie mozleiwe jest zatrzyamanie
                          tego procesu) to już pozamiatana
                          Nie męcz jego i siebie.
                          A już mowienie mu o tym to kwintesencja okrucieństwa

                          Jego starania spełzają na niczym. I chociaż nie uwierzysz w to co napiszę -
                          > Choćby na głowie stanął i zatupał uszami - Ty i tak nie jesteś w stanie go
                          > pokochać ponownie. Bo "zakochanie" się - nie jest w żadnym stopniu pochodną
                          > naszych działań. Nawet jak bardzo się chce - czlowiek sam z siebie nie pokocha.
                          >
                          > Nawet ponownie. Ciebie jego starania możliwe, że w koncu miło połechcą. Może
                          > nawet jakoś to sklecicie - ale ... właśnie... ale to będzie kąpiel w tej samej
                          > wodzie. Szczerze współczuję Wam obojgu, bo sami możecie sobie odpowiedzieć, czy
                          >
                          > to coście w stosunku do siebie przeskrobali warte bylo skutku, jaki opisujesz?
                          • glosatorr Re: Nie wchodzi się 2 razy do tej samej kąpieli.. 28.05.07, 14:53
                            jonmalevolt napisał:


                            > Nie męcz jego i siebie.
                            > A już mowienie mu o tym to kwintesencja okrucieństwa

                            Dodam tylko do tego mądrego stwierdzenia własnie o tej tendencji
                            mówienia zdradzanej osobie o swoich wyskokach.

                            To nic innego jak zwalanie swoich wyrzutów sumienia na osobe poszkodowaną.
                            To takie rozdzieranie odpowiedzialności - Wiesz, miałam niewinny romansik, ale
                            mówie Ci o tym byś wiedział. I co wtedy się dzieje? Osoba, która mówi o swoim
                            wyskoku, już ma lżej - czuje się w sumie rozgrzeszona, już mniej musi dzwigać,
                            ale druga strona dostaje kopa w nereczkę i nie raz zawyje z bólu. Już nic dla
                            niej nie jest to samo.

                            I potem okazuje się jak na widomym przykładzie - że już nie jest chciana,
                            upragniona, pożądana - ale czując się winna sytuacji (bo cześć rzekomej winy
                            została jej zwalona jak maczugą na głowę) ... stara się, zabiega jakby jej
                            związek można było jeszcze jak trupa ozywić jakąs błyskawicą :-)

                            Zdrada, nielojalność, jest jak sztylet dobijający umierającego. Tu już nic nie
                            da się reanimować. Tu wyłacznie można zawiesić klepsydrę z datą pogrzebu.
                            Niestety. Więc dołączę się do Przedmówcy z apelem - dobra, rujnujcie już swoje
                            życie, dla ekscytującego i elektryzującego "niewinnego" romansu czy 15 sek
                            orgazmu, zdradzajcie juz jak am z tym dobrze - ale nauczcie się dzwigac brzemię
                            własnych przewin i nie dobijajcie tych, którzy Wam ufali.

                            Bo co się męczyć, po co to wszystko? - Rozejdźcie się bez tego calego męczenia
                            się i dobijania takimi rewelacjami.
                            • marikka6 Re: Nie wchodzi się 2 razy do tej samej kąpieli.. 29.05.07, 10:13
                              noo jedziecie mnie bez skrupułów ;)

                              panowie,

                              #1 dobrze wiem, że przyznanie się do zdrady jest zrzuceniem ciężaru z własnych pleców na plecy partnera. u mnie niestety wydało się przypadkowo i bardzo tego żałuję (i nie dlatego, że płacę za swój "wyskok", tylko dlatego, że on bardzo cierpiał gdy się dowiedział!)

                              #2 pisanie o rujnowaniu sobie życia dla orgazmu jest trochę bez sensu bo zdaje się, że już ustaliliśmy, iż się "zakochałam", a nie chciałam sobie poszaleć w pościeli..

                              #3 w poprzednim poście któryś z was napisał "zastanówcie się czy było warto" - nie wiem. w tym momencie nie powiem ani tak, ani nie. może będę tkwić w takim związku już zawsze? i pomyślę: szkoda było się tak męczyć.
                              a może dzięki swojemu "błędowi" odnajdę sięw końcu we własnym życiu..? i wtedy powiem: tak, warto było. nie da się tego przewidzieć. przecież gdyby człowiek wiedział, że się przewróci to by się położył ;)

                              #4 napisałam swojego posta właśnie po to, żeby ktoś inny spojrzał na moją syt. dlatego nadal twierdze, że wszystkie opinie są dla mnie ważne, ciekawe i inspirujące :) zastanawia mnie tylko tak słaba wiara w instytucję małżeństwa. nie układa się? to się pakuj bo krzywdzisz siebie, jego i dziecko. czy tak naprawdę wygląda małżeństwo? czyż nie jest na dobre i na złe? pytam. nie podważam. ja sama straciłam wiarę w miłość do grobowej deski..
                              • kici10 Re: Nie wchodzi się 2 razy do tej samej kąpieli.. 29.05.07, 10:41
                                że już ustaliliśmy, iż się "zakochałam", a nie chciałam sobie poszaleć w p
                                > ościeli..

                                Sama właściwie się zastanów, co było pierwsze - jajko, czy kura. Czy najpierw
                                się zakochałaś, czy najpierw wskoczyłaś do łóżka, a zakochanie przyszło z
                                czasem. Piorun z jasnego nieba się zdarza, ale nie tak znowu często.

                                a może dzięki swojemu "błędowi" odnajdę się w końcu we własnym życiu

                                Biedna mała dziewczynka, która się pogubiła we własnym życiu.

                                zastanawia mnie tylko tak słaba wiara w instytucję małżeństwa. nie ukł
                                > ada się? to się pakuj bo krzywdzisz siebie, jego i dziecko. czy tak naprawdę
                                wy
                                > gląda małżeństwo?

                                A jaką wiarę Ty prezentujesz? Czy wierzysz w swoje małżeństwo?
                                Myślę, że zniechęca Cię do partnera Twoje poczucie winy. Twoje sumienie zatruwa
                                Ci życie. A na dodatek zachowanie partnera, który Ci niczego nie ułatwia. Jest
                                jeszcze lepszy dla Ciebie, w związku z tym, Ty czujesz się jeszcze gorsza. A
                                nikt nie lubi mieć złego zdania o sobie. Jeśli by urządził Ci taką jazdę, że
                                byś popamiętała do końca życia, czułabyś się w pewnym sensie rozgrzeszona.
                                Dostałaś coś, na co zasłużyłaś. A tak, on jest ten dobry, a Ty jesteś ta zła.
                                Stąd ta niechęć. Tak mi się przynajmniej wydaje. Ale, co ja tam wiem. Sama
                                musisz sobie na to odpowiedzieć. Wyczuwam tylko, że wcale nie chcesz rezygnować
                                z tego małżeństwa.
                                • marikka6 Re: Nie wchodzi się 2 razy do tej samej kąpieli.. 29.05.07, 10:59
                                  > Sama właściwie się zastanów, co było pierwsze - jajko, czy kura. Czy najpierw
                                  > się zakochałaś, czy najpierw wskoczyłaś do łóżka, a zakochanie przyszło z
                                  > czasem.

                                  nie wskoczyłam :) ale to chyba oczywiste, że fizyczność była pierwsza.

                                  > Biedna mała dziewczynka, która się pogubiła we własnym życiu.

                                  może brzmi to banalnie, ale tak się czuję i nie widzę powodu żebyś sobie ze mnie kpiła :)

                                  > A jaką wiarę Ty prezentujesz?

                                  napisałam, że w tej chwili nie wierzę w miłość forever-and-ever.
                                  • kici10 Re: Nie wchodzi się 2 razy do tej samej kąpieli.. 29.05.07, 11:16
                                    nie wskoczyłam :) ale to chyba oczywiste, że fizyczność była pierwsza.

                                    Czyli, krótko mówiąc, najpierw się bzykałaś bez miłości, a potem się
                                    zakochałaś. Tak więc zakochanie nie jest tu żadnym wytłumaczeniem. Poprostu
                                    skoczyłaś sobie w boczek, a potem wszystko się skomplikowało.
                                    Skoro potrafiłaś się bzykać bez miłości z kochankiem, to dlaczego nie potrafisz
                                    tego samego robić z mężem?
                                    • marikka6 Re: Nie wchodzi się 2 razy do tej samej kąpieli.. 29.05.07, 13:51
                                      > nie wskoczyłam :)

                                      znaczy - nie bzykałam się.
                                      a z mężem potrafię to robić.
                                      czytaj dokładnie :)
          • druginudziarz Re: nie chcę 29.05.07, 14:03
            miedzianakonefka napisał:

            > Wy baby to chyba lubicie się zadręczać i potem opowiadać jakie to jesteście
            > nieszczęśliwe i jak to się staracie "ratować związek". Tylko ciekawe po co?
            > Krzywdzicie nie tylko siebie ale i partnera no ale "wszystko dla związku" .
            > Ciekawe tylko gdzie jest ten "związek" bo ja go tu wcale nie widzę. Raczej
            > nazwałbym to waszym małym światem który choć leży w gruzach to jest dla was
            > wygodniejszy niż wielka niewiadoma poza nim. Dlatego dla własnej wygody
            > nazywacie go szumnie "związkiem". No i można się tak fajnie poużalać jaka to ja
            >
            > nieszczęśliwa no nie ?

            Kumpel nazwał to syndromem psa na łańcuchu.
            Buda dziurawa, łańcuch krótki, czasem jeszcze kijem przywalą ale to w końcu moja
            buda więc ogonek trzeba merdać. Ale w sumie jak się zastanowić to wcale się nie
            dziwię, nie ma pewności, że gdzieś nie jest jeszcze gorzej, a nie każdy ma siłę
            by to sprawdzić.
            pzdr.
    • spiritus Re: nie chcę 19.05.07, 16:07
      Niestety to może oznaczać poczatek końca...Musiałabyś włożyć dużo pracy nad sobą(psycholog,itp,itd)zeby tak nie było:(
      Miedziany ma dużo racji,choć nie do końca.
      • marikka6 Re: nie chcę 19.05.07, 17:22
        >Musiałabyś włożyć dużo pracy nad sobą(psycholog,itp,itd)zeby tak nie było:(

        problem polega na tym, że kompletnie nie wiem z czym zgłosić się do psychologa. co mam powiedzieć??
        • zlotadusza Re: nie chcę 19.05.07, 17:37
          Marikka, ja mam to samo. Już kilka osób proponowało nam terapię małżeńską, ale
          ja nie widzę sensu dla takiej terapi. Bo jakie ona miała by miec zadanie?
          Wzbudzić pożądanie na partnera, zacząć go postrzegać inaczej? Ja mam taki
          kłopot sama ze sobą, że nawet jak mnie w nocy najdzie ochota (rzadko bo rzadko)
          to ukrywam się z tym przed meżem, bo to jest ochota, ale nie na konkretną
          osobę :-/. Też zdarzyło mi się co jakiś czas kims innym zauroczyć, szybko
          przeszło, bo przecież potrafię się kontrolować. A kontroluję się właśnie przez
          to, że mamy dzieci. Jakoś nie wyobrażam sobie pofolgować sobie w uczuciach,
          emocjach i pożądaniu, zupełnie się zapomnieć, nawet myśleć o przewartościowaniu
          i zmianie swojego życia. Dzieci zawsze bąda dla mnie najwazniejsze i moja
          podstawowa obawa jest taka, że dzieci mogłby mnie kiedyś znienawidzieć. Bo
          wiadomo, wina byłaby moja, to ja wg rodziny przecież wydziwiam.

          • marikka6 Re: nie chcę 19.05.07, 18:00
            próbowaliśme terapii małżeńskiej-nie dałam rady.
            nie czułam się komfortowo, nie ufałam psychologowi.
            zreszta my nie potrzebujemy negocjatora-rozmawiamy dużo
            i szczerze.

            zastanawiam się nad indywidualną, tylko z jakim problemem mam przyjść?
            'witam, nie lecę na męża. w ogóle nie bardzo go potrzebuję. wolę spędzać czas
            sama lub z innymi ludźmi. co pan/pani radzi?'
            serio?

            a może ja go po prostu nie kocham?
        • anais_nin666 Re: nie chcę 19.05.07, 17:57
          Marikka, psychologowi powinnas powiedziec to samo co napisalas na forum... Nie
          uważasz, że to najprostsze rozwiązanie?
          Sytuacja, która opisujesz nie wróży dobrej przyszłości Waszemu małżeństwu. Jeśli
          raz utraciłas potrzebę seksu ze swoim facetem, to szanse na to, że ja odzyskasz
          sa naprawdę minimalne. Oddając mu swe ciało dla świętego spokoju uważam, że
          krzywdzisz Was oboje. Upokarzasz jego, no i robisz cos zupełnie wbrew sobie.
          Dla mnie sytuacja beznadziejna.
          • marikka6 Re: nie chcę 19.05.07, 18:04
            dziękuję anais za odpowiedź.
            może rzeczywiście warto spróbować. chociażby po to, żeby
            nie mieć do siebie pretensji, że nie zrobiło się wszystkiego..

            gdzieś w głowie kołacze mi się myśl, że ja po prostu wydziwiam.
            i chyba dlatego tak trudno mi dostrzec wagę problemu..

            są tacy, którzy twierdzą, żę skoro się zobowiązałam to powinnam
            konsekwentnie nieść swój 'krzyż'..
            • m717 Re: nie chcę 19.05.07, 18:23
              Wiesz, może "cierpisz" też na syndrom modliszki;) i kiedy mąż spełnił swoje
              zadanie tj. dał Ci Dziecko to już Cię teraz nie pociąga. Ja mam (jeszcze;))taką
              żonę, która możliwe, że ma ten sam problem, tyle tylko, że wg Niej to nie
              problem i moja chęć kontaktów intymnych była zbywana taki śmiesznymi wymówkami.
              Nie wiem skąd to się u kobiet bierze i chyba nie zrozumiem nigdy. Nie wróży to
              jednak nic dobrego dla Ciebie a tym bardziej dla Twego Męża, bo o nim jakby
              zapominasz - jak On musi cierpieć bez seksu z Tobą albo z wymuszonym jakoś
              seksem...
              W pewnej chwili poszuka sobie bliskości gdzie indziej, jeśli będzie miał "jaja"
              i jakieś poczucie godności osobistej...
              • vasagirl Re: nie chcę 20.05.07, 10:03
                złota duszo, dzieci będą cie nienawidziły rosnąc w kłamstwie. z rodzicami,
                którzy się nie kochają. dzieci swietnie to czują. nie chcesz robic burdelu bw
                zyciu ze strachu, po prostu, nie zasłaniaj się dziecmi.dzieci zawsze będa cię
                kochały jesli będziesz wobec nich szczera i szczęśliwa i będziesz je kochała.
                utrzymywanie związku, w którym NIC między ludzmi juz nie ma dla dzieci naprawdę
                nie ma sensu. ale o tym dowiesz się sama...pozniej...trochę odwagi w zyciu,
                walcz o swoje szczęście. a do autorki wątku - nie wiem czy macie dzieci, ale
                jesli się zakochałaś w kimś to po prostu odejdz. obrzydzenie do męża ci nie
                przejdzie. unieszczęśliwisz siebie i wszytskich wokół. dziewczyny - odwagi. nic
                nie musicie. nie dajcie sobie wmówic ze jest inaczej.
                • acti1 od niedawna wiem, ze jestem takim dzieckiem 28.05.07, 16:49
                  od niedawna wiem, ze jestem takim dzieckiem >

                  Dopiero od niedawna - dzieki temu forum - zrozumialem, ze jestem produktem takiego niekochajacego sie malzenstwa...

                  Ojciec "popelnil" z moja matka mnie (i kilkanascie lat wczesniej mego brata), ale na podstawie pozostawionej korespondencji pomiedzy rodzicami (oboje juz nie zyja), wynika ze matka po urodzeniu pierwszego dziecka narzekala na opuszczenie jej emocjonalne przez meza (byl to szok dla mnie, gdy przeczytalem). W takiej atmosferze niedopasowania poswiecala sie jednak dla "utrzymania rodziny", chciala ja miec kochajaca i po nieudanym rodzicelstwie w latach 40 (dziecko zmarlo) zaszla w oczekiwana kolejna ciaze ze mna, byla szczesliwa, ale ojciec z matka ciagle nie, wyjechal za praca za granice na kilka lat w okresie mego "dorastania" (przysylal systematycznie $).

                  Rodzice zbyt mocno sie nie kochali, a mi przez to nie dali szans bym zrozumiał na czym polegac by miala "czulosc" pomiedzy nimi, byli jakby dla mnie bezplciowi, na dodatek ostro cenzurowano przede mna wszystko co wiazalo sie z erotyka w domu i w "mediach" (np. w Tv). Jak dzisiaj to odtwarzam (a bardzo trudno mi o to, bo nie "rejstrowalem", nie bylem otwarty swą pamiecia na zachowania rodzicow w ich bliskosci), to matka kpila z ojca, lub robila mu wymowki za ogladanie sie za kobietami, o to ze np. mowił o czyichs ponczochach - dla matki byly "smierdzace" tematy. Podobnie i mnie w tych sprawach lekcewazyla, nie umiala delikatnie nawiazac kontaktu i zrazala.

                  Oczywiscie we wczesnym dziecinstwie matka chciala mnie "uksztaltowac" na "mezczyzne" i pamietam, jak podsunela mi w pewnym momencie lalke bym mial tez i ja do zabawy (szylem ubranko chyba nawet), ale coz, nie widzac czulosci (chyba) zaczalem ją np. dla zabawy nakluwac "zastrzykami" (okres "sadystyczny" i normalny?), czym wzbudzilem u matki panike...Inny sposob bym nabral oglady przy kobierach to 3 tyg. wycieczka rodzinna z dojrzala corka znajomych, wyzsza ode mnie rowiesniczka (ok16 lat), z ktora to ciagle szarpalem sie i droczylem jak z przeciwnikiem o wszystko - koszmar.

                  W skrocie uwazam, ze jako dziecko nie zaznalem widoku czulosci i wymiany uczuciowej miedzy rodzicami (wspolpraca i dyskusje byly typu "gospodarskiego"), natomiast mialem az nadto matczynej "malpiej" milosci. Wynik, to nieumiejetnosc towarzyszenia w emocjach partnerek, niezauwazanie wielu "sygnalow" na tak, lub na nie, wyprowadzanie blednych teorii deprecjonujacych typowe ich reakcje, lub - oczywiscie - na odwrot (ale to rzadziej). Braki te byly dostrzegane przez pozniejsze parnerki i zazwyczaj dostawalem jako"burak", kosza wyprzedzajacego (po latach to tak widze)...

                  I na zakonczenie: w pewnym momencie tez trafilem na dziewczyne podobna do mnie, rodzice ktorej nie kochali sie, ale utrzymywali zwiazek dla jej dobra az skonczy studia...Z nia przezylem istne pieklo, kompletny brak czulosci i wylacznie plaska "technika intymna", a najgorsze to zupelne odsuniecie emocjonalne od "meskich" zainteresowan (brak nawet checi), przy tzw az zanadto "dojrzalym" pogladzie na wszystko. Dziewczyna uwazala za normalne np., ze jesli mnie interesuje cos (sklep, muzeum, itp) to moge sobie pojsc i poogladac, poprzezywac, ale sam, gdy jej to nie interesuje (a dotyczylo to wiekszosci tematow).

                  Podsumowujac: dziecko wychowywane w zaklamaniu uczuciowym pomiedzy rodzicami, jest na zawsze okaleczone, mimo wielkiej milosci otrzymywanej od wychowujacego go rodzica. Dotyczy to obu plci.
                  • jonmalevolt Re: od niedawna wiem, ze jestem takim dzieckiem 28.05.07, 17:02
                    Acti bardzo cenny głos
                    Może otrzeźwi tych, którzy zasłaniaja własne tchórzostwo rzekomym dobrem dziecka.

                    Macie to dobro!
                  • bugbuddy Re: od niedawna wiem, ze jestem takim dzieckiem 29.05.07, 00:10
                    acti1 napisał:

                    > I na zakonczenie: w pewnym momencie tez trafilem na dziewczyne podobna do
                    > mnie, rodzice ktorej nie kochali sie, ale utrzymywali zwiazek dla jej dobra

                    Jakbym o sobie czytał. Świetnie napisane. Sam z reguły zbyt dużo rzeczy wymazuję z pamięci żeby móc podobnie odtworzyć wszystko, ale udało Ci się.
              • marikka6 m717 23.05.07, 14:42
                myślę, że syndrom modliszki mnie nie dotyczy. ale oczywiście mogę się mylić (może czegoś sobie nie uświadamiam?)

                ja go nie zbywam. ja lawiruję.

                a myśl, że poszuka bliskości gdzie indziej w ogóle mnie nie rusza.. i to jest strasznie smutne :(
                • lilyrush Re: m717 23.05.07, 14:46
                  dokłądnie znam to uczucie. Sama musisz sobie odpowiedzieć co z tym zrobić. Ja
                  przestałąm liczyc na cud- wole być sama niż patrzec potem w lustro z
                  obrzydzeniem.
        • light.t Re: nie chcę 23.05.07, 18:05
          > problem polega na tym, że kompletnie nie wiem z czym zgłosić się do psychologa.
          > co mam powiedzieć??

          Nie idz do psychologa, tylko do seksuologa. Powiedz, ze nie pociaga Cie Twoj
          maz, ze nie masz ochoty na zblizenie (zakladajac, ze nie jest Ci ono obojetne,
          ze go po prostu nie chcesz). Diagnoza bedzie brzmiala zapewne tak: awersja
          seksualna. Skad? Przyczyn nalezy upatrywac w relacjach. Cos musialo byc nie tak,
          skoro uruchomilo u Ciebie taka, a nie inna postawe.
          No i najwazniejsze: musisz chciec to zmienic. Bez Twojej woli, czas i pieniadze
          poswiecone na wizyty u specjalisty, pojda na marne.
          Trzymam kciuki, bo trudna droga przed Toba.
          • miedzianakonefka Re: nie chcę 23.05.07, 19:26
            A seksuolog zamamrocze pod nosem kilka zaklęć, rzuci w ognisko garść ziół
            odtańczy taniec powracającej chuci, i już wszystko wróci do normy.

            Alleluja i do przodu...
            • light.t Re: nie chcę 23.05.07, 19:29
              Poprosze o adres takiego :)
          • marikka6 Re: nie chcę 24.05.07, 14:54
            obawiam się, że sprawa nie sprowadza się do seksu, ale dziękuję za radę.
            ja generalnie nie mam potrzeby z nim przebywać, rozmawiać, być...
            zastanawiam się co by było gdybyśmy nie widywali się codzień..
            gdyby któreś z nas wyjechało na miesiąc-dwa. zastanawiam się czy wtedy tęskniłabym i pragnęłabym kontaktu (jakiegokolwiek).
            kilkudniowe rozstania zwykle wyglądają tak, że ja psychicznie odpoczywam i cieszę się chwilami, które mam tylko dla siebie (i dziecka). on twierdzi, że usycha z tęsknoty i nie może się doczekać kiedy mnie zobaczy.
            • lilyrush Re: nie chcę 24.05.07, 14:57
              Ja to sprawdziąłm- projekt w pracy w innym mieście- tęskniłam...za kotem :-)
            • jakniejatokto Re: nie chcę 28.05.07, 11:00
              Wtrace sie, nie wywolana do tablicy. Do autorki postu: a moze przyczyna jest
              najbardziej banalna a zarazem najstraszniejsza: moze juz nie kochasz meza?
              Trzeba duzo odwagi,zeby przyznac sie do tego przed sama soba przede wszystkim,
              ale moze to o to chodzi? Skoro nie przejmujesz sie tym, ze maz moglby sobie
              poszukac pocieszenia gdzies indziej? Tak tylko sobie rozwazam...
            • jonmalevolt Re: nie chcę 28.05.07, 13:14
              marika po co ty z nim jeszcze jesteś???

              Nie masz odwagi zerwać, nikt tego nie zrobi za ciebie!
              • jakniejatokto Re: nie chcę 29.05.07, 10:49
                Znowu nie na temat: w Stanach jest taki serwis internetowy, chyba za $9.99
                wysylaja misia i kolesia, ktory zalatwia sprawe, tzn. mowi co i jak. Acha:
                misia-maskotke. Jakby ktos chcial mogep oszukac namiarow ;)
                • druginudziarz Re: nie chcę 29.05.07, 14:09
                  jakniejatokto napisała:

                  > Znowu nie na temat: w Stanach jest taki serwis internetowy, chyba za $9.99
                  > wysylaja misia i kolesia, ktory zalatwia sprawe, tzn. mowi co i jak. Acha:
                  > misia-maskotke. Jakby ktos chcial mogep oszukac namiarow ;)

                  O qurfa, rewelacja! A w tej cenie zabierają też niekochanego męża w domu czy na
                  to jest jakiś wyższy abonament? :)))
    • artemisia_gentileschi Re: nie chcę 20.05.07, 10:23
      Mam cos takiego z moim prawie juz bylym mezem, ale on sobie na to solidnie
      zasluzyl. Rozwodze sie.
    • lilyrush Re: nie chcę 28.05.07, 11:47
      ale nie jesteśmy sami - mamy dziecko. dlatego nadal próbuję.
      poza tym on innej opcji (niż życie ze mną) nie widzi.

      Nawiązujac do tego kawałka..
      właśnei przeszłamw sobote kolejna odsłonę błagania moejgo męza o
      niepodejmowanie decyzji o rozstaniu. Włacznie z "ja wiem, ze Ty mnie nie
      kochasz, ale ja Cie kocham. a przeciez są swietne małżeństwa, gdzie ludzie sie
      nie kochają. To ja Cie bede kochał i to mi wystarczy"
      Szkoda mi ise zrobiło...jak tak młody człowiek moze chciec przeżyc reszte życia
      z kimś, kto go nie kocha i sie na to godzic???? Przeciez on nie wie co mówi...

      Marikka- pomuśl na d tym dokładnie. Im dłuzej to bęidze trwało tym gorej dla
      Was obojga. Dla Twojego męża też, choć on w tej chwili absolutnie nie da sobi
      tego wytłumaczyc

    • yoric Re: nie chcę 28.05.07, 12:55
      Szkoda faceta.

      Z druigiej strony, sam jest sobie winien, tak jak ten Lilyrush. Tu mamy modelowy
      przypadek.
      David Deangelo, autor zaskakująco sensownych poradników o radzeniu sobie z
      kobietami powiedziałby w takiej sytuacji "stop being a wuss right now!"
      (natychmiast przestań być dupą). To w zasadzie jedyna rada dla faceta w takiej
      sytuacji.

      Pozdrawiam
      • kici10 Re: nie chcę 28.05.07, 18:40
        natychmiast przestań być dupą

        Chyba tutaj jest pies pogrzebany. Jak można szanować faceta, który na wieść o
        zdradzie stara się coraz bardziej. Jest gotów znieśc wszystko, byle by tylko
        nie stracić żonki. A gdzie się podziała jego duma?
        Jak widać, przynosi to odwrotny skutek od oczekiwanego. Bo gdyby sobie
        zafundował równoległy romansik, to po pierwsze poczułby się lepiej, a po drugie
        dał możliwość sprawdzenia autorce, czy jej to rzeczywiście nie rusza, czy tak
        jej się tylko wydawało.
        Droga autorko, jesteś zbyt pewna męża, nie musisz o niego walczyć, i dlatego go
        nie szanujesz.
        Co do ratowania związku ze względu na dziecko, to myślę, że powód jest bardziej
        prozaiczny. Być może nie jesteś niezależna finansowo i nie wiesz, czy sobie
        poradzisz. Rozwód to kłopoty z mieszkaniem, z finansami, z opieką nad
        dzieckiem. Nie wspominasz nic o obiekcie Twojej fascynacji. Czy on jest Tobą
        również zauroczony, czy, za przeproszeniem "dostałaś kopa w tyłek" i nie możesz
        na niego liczyć. W związku z tym, przeczekujesz w wygodnym małżeństwie,
        czekając na kolejny cud. Byle by tylko Ciebie nie dotykał, da się przeżyć.

        A tak na marginesie, daj swemu mężowi adres tego forum. Tak go wyedukujemy, że
        babki będą mu z ręki jadły. Co się chłop ma marnować.
        • yoric Re: nie chcę 28.05.07, 20:38
          > natychmiast przestań być dupą
          (...)
          > A tak na marginesie, daj swemu mężowi adres tego forum. Tak go wyedukujemy, że
          > babki będą mu z ręki jadły. Co się chłop ma marnować.

          To ja trochę rozwinę.
          Do niedawna nie lubiłem kobiet.
          Teraz jednak wiem, za co ich nie lubiłem.
          Kobiety mianowicie oświadczają, że szukają facetów wrażliwych, inteligentnych,
          czułych, szczerych, itd. To świetnie, myślę sobie, ja jestem właśnie taki,
          chodźcie tu do mnie. Tymczasem nic z tego. Kobiety dookoła mnie zawsze wolały
          wylądować w ramionach niewrażliwych, nieinteligentnych, nieczułych,
          nieszczerych, aroganckich buraków. Za to nie lubiłem buraków i kobiet po równo.

          Można się obrazić na rzeczywistość, ale to rzeczywistość z reguły wygrywa. Jakiś
          czas temu zaczęło to do mnie powoooli docierać, ale dopiero David Deangelo
          powiedział mi wprost "stop being a wuss, RIGHT NOW". I przestałem. Jest dużo lepiej.
          Niestety, jeśli nie jest się z natury aroganckim burakiem, bardzo łatwo
          zapomnieć, że trzeba się przynajmniej starać zachowywać tak, jak oni. Dlatego
          będę to jeszcze co jakiś czas wpisywać na forum, żeby przypomnieć innym i przede
          wszystkim sobie o co chodzi :).

          Pozdrawiam
          • jonmalevolt Re: nie chcę 28.05.07, 20:43
            Yoric, kici 10- jest dokładnie tak jak napisaliście !!! Tylko arogancja i
            bezczelność robią na nich wrażenie
            • yoric Re: nie chcę 28.05.07, 23:20
              > Tym sposobem te, które naprawde chcą wrażliwego i normalnego partnera

              Nie ma takich.

              > Po tym jak się parę razy oberwie po łbie od buraka, poszukuje się kogoś
              odmiennego.

              Może i poszukują, ale jak już znajdą, to nie będzie iskry, bo iskra zawsze
              będzie zarezerwowana dla buraków! To jest właśnie częścią mojego odkrycia.
              Kobiety mogą sobie mówić, co chcą i święcie w to wierzyć, a i tak ulegają
              czarowi buraków!
              Drobna uwaga - ja nie zrównuję "człowiek pewny siebie" = "burak". I owszem,
              chodzi o to pierwsze, nie o to drugie. Problem w tym, że burakom pewność siebie
              przychodzi naturalnie i mają jej za dużo, a im więcej, tym w tym wypadku lepiej,
              niestety.

              Pozdrawiam
              • kici10 Re: nie chcę 29.05.07, 08:25
                A czy wiesz Yoric, że pod powłoką arogancji, pewności siebie, skrywana jest
                często wrażliwa dusza? To taki kamuflarz.
                Z dwóch cech wrażliwy - bezwzględny, osobiście wolę wrażliwego. Z bezwzględnym
                nie ma wogóle o czym gadać.
                Myślę, że mówisz raczej o nieśmiałości, która dręczy wielu ludzi, przeszkadza w
                życiu, nie pozwala rozwinąć skrzydeł. Na szczęście u większości mija z wiekiem,
                kiedy to zaczyna ci walić opinia innych ludzi i idziesz swoją drogą.
                Moim zdaniem nie chodzi o to, czy ktoś wrażliwy, czy nie, tylko czy ma
                osobowość, swoją własną.
                Każdy z nas próbuje przerobić partnera na własne podobieństwo, ale biada temu,
                kto na to pozwoli.
          • lilyrush Re: nie chcę 28.05.07, 20:51
            Tym sposobem te, które naprawde chcą wrażliwego i normalnego partnera tez
            dostaja od rzecyzwistości kopa. I kółko sie zamyka.
            Tylko tak dalej i wszyscy bęidzemy szczesliwi ;-(
            Ja niestety z miernym skutkeim próbowaąłm być głupia blondynką. Za nic mi sie
            nie udaje. Mój mózg zawsze wyłazi.
            Może tez powinnam przestawić sie na bierki?
          • kici10 Re: nie chcę 28.05.07, 20:58
            Nie przejmuj się, przychodzi czas i na wrażliwych. Po tym jak się parę razy
            oberwie po łbie od buraka, poszukuje się kogoś odmiennego.
            Żartuję oczywiście. Przegięcie w żadną stronę nie jest dobre. Tak naprawdę
            każdy poszukuje czegoś innego. Jest miejsce i dla buraków i dla wrażliwców.
            Problem tylko, aby spotkać swoją połówkę.
        • marikka6 Re: nie chcę 29.05.07, 10:30
          > Co do ratowania związku ze względu na dziecko, to myślę, że powód jest
          > bardziej prozaiczny. Być może nie jesteś niezależna finansowo i nie wiesz,
          > czy sobie poradzisz. Rozwód to kłopoty z mieszkaniem, z finansami, z opieką
          > nad dzieckiem.

          Jasne - rozwód to problemy, ale jestem przekonana, że poradziłabym sobie, więc ten argument odpada.

          > Nie wspominasz nic o obiekcie Twojej fascynacji. Czy on jest Tobą
          > również zauroczony, czy, za przeproszeniem "dostałaś kopa w tyłek" i nie
          > możesz na niego liczyć.

          nie, nie dostałam kopa w tyłek.
          staram się oddzielić problemy w relacjach z mężem od chemii, która mną zawładnęła. udało mi się zapanować nad emocjami, znaleźć dystans i nie wyobrażać sobie, że poznałam księcia z bajki i to jest właśnie ON, ten JEDYNY. najpierw muszę poukładać wszystko w swojej głowie. tu nie chodzi o to, żeby skończyc ten związek by mieć wolną ręke i wpaść w ramiona innego faceta.

          > A tak na marginesie, daj swemu mężowi adres tego forum. Tak go wyedukujemy,
          > że babki będą mu z ręki jadły. Co się chłop ma marnować.

          hehehe mam nadzieję, że sam tego forum nie znajdzie! choć biorąc pod uwagę jego syt. to miejsce właśnie dla niego ;)
    • bugbuddy Re: nie chcę 28.05.07, 18:03
      A ja chcę żeby mnie dotykała i pieściła. Bo jak na razie to nasze uprawianie
      seksu (nie kochanie, ale właśnie uprawianie) sprowadza się do aktywności z mojej
      strony i totalnej bierności z jej. Mnie się coraz mniej chce, a jej ochota wcale
      nie przechodzi.
      • marii8 Re: nie chcę 29.05.07, 08:20
        Nie wiem w jakim wieku masz dziecko ale w moim mniemaniu nie ma nic błędniejszgo jak mieszanie w to dzieci i ratowanie związku bo są dzieci.Jeżeli są złe relacje pomiędzy rodzicami to i dzieci cierpią,a przecież nie można całe życie udawać że jest wspaniale jak nie jest.W terapii nie chodzi o negocjatora,pomaga on zobaczyć obojgu partnerom to czego sami nie widzą,chodzi bardziej o obiektywizm i wskazanie gdzie podczas rozmowy,toku myślenia popełniamy błędy.A teraz rzecz najważniejsza: jak wyobrażasz sobie wasz związek jak dzieci odejdą,dorosną...Nie będzie już pretekstu do bycia razem?Wtedy go zostawisz zadając większe cierpienie....Jeżeli on cię jeszcze kocha to ja tu widzę tylko jedno rozwiązanie,zrób sobie dziewczyno bilans za i przeciw,pomyśl o dobrych stronach swojego męża,spróbuj dojrzeć wszysko to co ma najlepsze a czego nikt inny nie ma i docenić to.Może uda ci się na nowo go pokochać....To jest tak jak ze śmiercią bliskiej osoby,doceniamy ją gdy ją tracimy.....Pomyśl jak byś się czuła wiedząc,że już nigdy cię nie dotknie,nie pocałuje, nie uśmiechnie się do ciebie,nie zrobi żartu który bardzo lubisz? Zastanów się czy to wszystko było tego warte bo w związku najważniejsze chyba jest to aby po kilkudziesięciu latach bycia razem popatrzyć na siebie i powiedzieć sobie : ja cię kocham
        • marikka6 Re: nie chcę 29.05.07, 10:38
          zastanawiałam się czy ktoś napisze: zastanów się, może jeszcze warto powalczyć.
          cały czas się zastanawiam... :)

          > najważniejsze chyba jest to aby po kilkudziesięciu latach bycia razem
          > popatrzyć na siebie i powiedzieć sobie : ja cię kocham

          właśnie nie jestem przekonana, że to jest najważniejsze...
          poza tym nie myslę o tym, co będzie za kilkadzisiąt czy nawet kilka lat.
          życie jest tu i teraz.
          • marii8 Re: nie chcę 29.05.07, 10:45
            poczytaj moje posty,ja walczyłam,udało mi się......ale bardzo,bardzo go kochałam no i kocham nadal rzecz oczywista.Zależy od ciebie czy to uratujesz lecz uratować a uratować to różnica.Można za wszelką cenę nie dać odejść drugiej osobie i samemu się tego trzymać (co nie ma sęsu) a można spróbować na nowo wzbudzć namiętność,pożądanie etc,etc...A z podejściem,że nie ważne co będzie za kilka lat możesz kiedyś zostać bardzo,bardzo samotna.
          • lilyrush Re: nie chcę 29.05.07, 11:00
            zastanawiałam się czy ktoś napisze: zastanów się, może jeszcze warto powalczyć.
            cały czas się zastanawiam... :)

            A tego oczekiwałas? Możemy Ci to napisać, tylko sama wiesz, że nie o to tu
            chodzi. Ty musisz tego chcieć i walczyć. Ja nie wierzę, ze mogę sie ponownie
            zakochac w moim mężu tak, zeby chcieć jego dotyku. I nie muszę do tego mieć
            kogoś inengo w którym sie absolutnie zaurocze. Zwyczajnei to wiem
            Jeśli Ty wierzysz to walcz. Nikt z nas za Ciebie tego nie zrobi
            • astarza78p czas.... 29.05.07, 14:13
              Nie odniose się do postów powyżej. Napisze Ci tak:
              Takie rzeczy jak opisałaś się zdarzają i nic w tym dziwnego, takie życie a
              panowie nie zawsze spełniają nasze wymagania, czasem im się niechce chcieć po
              jakimś czasie w związku i wszystko powszednieje i szarzeje. Przyzwyczaili się,
              że tak już jest i tyle. W tym momencie możliwa jest zdrada taka, czy inna. Po
              burzy wywołanej zawirowaiami przychodzi rodzaj zastanowienia i refleksji i
              wydaje mi się Ty właśnie coś takiego przezywasz. Zastanawiasz się co by było
              gdyby... Może spróbuj sama (z dzieckiem?) na wakacje pojechać, zastanowic się
              odpocząć, przemyśleć sobie wszystko? Od tego do jakich wniosków dojdziesz
              będzie zależało Twoje ew. Wasze życie.
              Niechce tu opisywać swoich prywatnych doświadczeń (miałam podobne, tylko troche
              inaczej to wszystko wyglądało), jednak jeśli byś chciała pogadać to pisz na
              maila lub podam ci gg
              pozdrawiam

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka