Dodaj do ulubionych

Nie kocham już męża

17.06.07, 18:38
Przestałam kochać męża, nie tak ot. To dlugi proces, jakiś 3 letni. Pisze bo
chce ostrzec innych panów, a raczej otworzyć im oczy na to jak łatwo można
stracić partnerkę.
Meza poznałam w pracy, w zasadzie to ja go poderwałam. Po roku bycia razem,
zamieszkalismy w wynajetej kawalerce. Juz wtedy zaczynalo sie dziac zle, niby
niewiele, brak pomocy przy zakupach czy sprzataniu. Potem coraz bardziej
widzialam u niego cechy typowe dla egoisty. Okazalo sie ze jestem w ciazy. Nie
chcialam slubu, zreszta nie wiem za bardzo czego wowczas chcialam. Wiem na
pewno ze marzylam o trosce i opiece mezczyzny ktorego kochalam. Niestety.
Radzilam sobie sama, musialam bo gdy mialam torsje przez pol dnia i nie
posprzatalam czy nie zrobilam obiadu byly awantury, wyrzuty itp. Wiec radzilam
sobie jak moglam. Tlumaczylam zachowanie meza perspektywa bezrobocia oraz
konczeniem magisterki. Myslalam ze minie, ze znowu bedzie miedzy nami dobrze,
ze bede u jego boku czula ze jestem wazna i bezpieczna. Wzielismy
slub.Zamieszkalismy u tesciów. i nagle okazalo sie ze nie moge liczyc na nic,
ani na wsparcie emocjonalne, ani finansowe. cokolwiek chcialam kupic dla
dziecka (wyprawka) czy dla siebie (leki) slyszalam ze za duzo wydaje, ze po co
itp. Tesciowa kopala pode mna dolki, oczerniala przed rodzina. Maz uwazał ze
nic sie nie stalo ze zmyslam. Tak wytrwalam do porodu. maz niby byl na sali ze
mna, ale tylko wrzeszczal, nie rób tak siak, dziecko udusisz. Do szpitala
potem tez za wiele nie przychodził, pomimo tego ze mialam ciezki porod i nie
za bardzo bylam w stanie opiekowac sie dzieckiem.Swieta przeplakalam,
sylwestra równiez. I tak sie ciągneło. Ja z dzieckiem zamknieta na 9 m2, maz w
pracy. Tesciowa ktora mowila o mnie per "ona" i cala reszta tej koszmarnej
rodziny. zawsze wedlug nich bylam zla matka, zla zona i zmarnowalam synusiaow
zycie. Maz nigdy nie widzial, znaczy nie chcial widziec co sie dzieje,
bagatelizowal to wszystko. Z czasem zaczał mnie obrazac, stroic fochy itp. Do
tej pory jestem nikim, nie liczy sie z moim zdaniem, a co najwazniejsze nie
liczy sie z moimi uczuciami. Zapragnelam zmienic sytuacje, namowilam meza na
zmiane pracy zmiane mieszkania. Tesciowa nadal nie daje mi spokoju, jeczy ze
ograniczam jej kontakty z dzieckiem, dalej snuje niestworzone historie po
rodzinie i znajomych. A moj maz. NIC nie widzi. Dla niego to ja jestem zla i
czepliwa. Rozmawialam z nim wielokrotnie, niestety nic do niego nie dociera.
Nie chodze z nim do łożka, bo jak można iść do łóżka z facetem który mów do
ciebie "jesteś wstretna, głupa, wredna, poje....ana, dziwko". Nie mam juz sily
walczyc o rodzine, o ojca dla mojego dziecka. Nie czuje sie kochana, nie czuje
sie szanowana. Nie ufam mu, nie wierze. Jest wielkim egoista, jest dwulicowy i
podatny na wpływy innych ludzi... jest taki sam jak jego matka, zakłamany i
wladczy...
Dziś po 3 latach straciłam do niego resztki cieplych uczuc. Nie kocham go.
Chciałabym odejść lecz póki co mam na to marne widoki, ale zrobie to jak tylko
znajde prace.

Panowie, kochajcie swoje żony, bądzcie skłonni do kompromisów, do rozmowy
szczerej. Ufajcie ze rodzina jest najważniejsza. Brońcie jej i strzeżcie jak
skarbu. I zawsze okazujcie miłość. Choćby drobną pomocą w domu, gestem, nie
tylko słowem.

Obserwuj wątek
    • pamana Re: Nie kocham już męża 17.06.07, 19:14
      Przykra historia ale mysle ze czesto sie zdarza.
      Z jednej strony widzialy galy co braly ,tym bardziej ze mieszkaliscie razem.
      drugi blad to wiara ze po slubie sie zmieni.
      trzeci -slub ,chcialas ?niechcialas?
      4 -zamieszkanie z tesciami.

      i pewnie jeszcze wiele innych
      jak to rozwiazac?

      nie znam twojej sytuacji ale chyba nie ejstes sama na swiecie? masz
      nzjaomych,rodzine? pozew o rozwod,alimenty,praca,wyjazd?cokolwiek bo niszczysz
      nie tlyko swoje zycia ale zycie dziecka.
      powodzenia
      p.

      • zabeczka84 Re: Nie kocham już męża 17.06.07, 20:59
        pamano, ja tu z kolei widze głębszy sens. Mieszkali razem przed ślubem, po już z
        teściami, pisała równierz o perspektywie bezrobocia wiec mysle ze to wszystko to
        była konieczność, brak finansów.
        Mysle ze dziewczyna jest mądra i sobie poradzi. Ze do niedawna walczyła by było
        dobrze.
        Wiem jak to wszystko wygląda, sama mam apodyktyczną teściową która ma ogromny
        wpływ na mojego chłopa, ale walcze :)
        Głowa do góry i pamiętaj ze dla swojego dziecka jesteś kimś ważnym w życiu :) W
        razie co pisz na priv.
    • lilyrush Re: Nie kocham już męża 17.06.07, 21:18
      Jeśli jest tak jak pisesz to uciekaj jak tylko będizesz mogła
      Ja sie właśnei rozwode z rocznym dizeckiem
      Jeśli chesz to pisz na priv
    • glosatorr A jak ja piszę, że.... 18.06.07, 01:10
      Trzeba uważać kogo się wybiera na życiowego partnera
      to nikt nie słucha i jeszcze się czepiają...

      Współczuję Autorce - ale ta opowieść jest naprawdę prawdziwa.
      No cóż - Ona chyba wie już co robić?
      • druginudziarz Re: A jak ja piszę, że.... 18.06.07, 09:46
        glosatorr napisał:

        > Trzeba uważać kogo się wybiera na życiowego partnera
        > to nikt nie słucha i jeszcze się czepiają...
        >
        > Współczuję Autorce - ale ta opowieść jest naprawdę prawdziwa.
        > No cóż - Ona chyba wie już co robić?

        Chylę czoła przed Twoim doświadczeniem życiowym, ale Twoja wiara że
        rozwód/rozstanie jest wystarczającą receptą na szczęśliwość ogólną jest bardzo
        naiwna. Rozstanie ma sens wtedy gdy ma się pełną wiedzę dlaczego do tego doszło.
        A zwykle jest tak, że problem jest po obu stronach natomiast bardzo łacno i
        automatycznie uwaga koncentruje się na "tym fatalnym partnerze".
        Konieczna jest solidna autorefleksja, najczęściej potrzebna jest pomoc innych
        osób, najlepiej psychoterapeuty.
        W przeciwnym wypadku niechybnie człowiek ładuje się w bardzo podobny,
        niesatysfakcjonujący układ partnerski.
        • glosatorr Re: A jak ja piszę, że.... 18.06.07, 13:27
          druginudziarz napisał:


          > Chylę czoła przed Twoim doświadczeniem życiowym, ale Twoja wiara że
          > rozwód/rozstanie jest wystarczającą receptą na szczęśliwość ogólną jest bardzo
          > naiwna.

          A gdzie ja za przeproszeniem napisałem, że wierzę iż rozwód /rozstanie jest wystarczającą receptą?
          Nigdzie tego nie napisałem. Jeśli już tak piszę, to w poszczególnych przypadkach. Tak więc proszę mi niczego nie nadpisywać ani nie sugerować czegoś, czego nie piszę.

          > Rozstanie ma sens wtedy gdy ma się pełną wiedzę dlaczego do tego doszło
          > .

          A czy ja mam możliwość decydowania o czyimś działaniu? Nie.
          Natomiast jak ktoś się pyta - co myślę - to pisze co myślę.

          > A zwykle jest tak, że problem jest po obu stronach

          Zwykle? Nie zgodzę się z tą tezą. Zwykle jest tak, że wszystko ma swoją przyczynę, często złożoną a kwestia winy - jest zupełnie odrębną sprawą.
          Każda życiowa sytuacja, dobra lub zła - ma swoją przyczynę. Jeśli skutkiem działania tej przyczyny jest jakieś zło - np. w/w sytuacja, to i przyczyna była zła. A co było przyczyną? Ja nie wiem - ale wie a jeśli nie wie to się dowie kiedyś Autorka wątku.
          Ja mogę z nią prześledzić przycyzny, cały łańcuch przyczynowo skutkowy, który w ostateczności doprowadził do danej sytuacji. Ale błagam - nie będę szukał winy. Szukanie winy to taka małostkowa przypadłość - ktoś musi być odpowiedzialny za daną sytuację. Najczęściej bywa tak, że w łańcuchu przycyznowo skutkowym, ktoś pierwszy uruchomił lawinę nieszczęść. A kto tym razem? Ja nie wiem - więc stosowanie takiego truizmu jaki mi przypisujesz jest najzwyczajniejszym przynudzaniem.

          > natomiast bardzo łacno i
          > automatycznie uwaga koncentruje się na "tym fatalnym partnerze".

          Oj ja tego nie mówię. Życie ma miliony barw i jakiekolwiek próby łatwego klasyfikowania powodują, że spłyca się je do takich właśnie truizmów.
          Bo coś często występuje, to ustanawiamy nową kategorię porządkową i w ten sposób do jednego worka wrzucamy wszystkie podobne do siebie sytuacje.
          Tak po prostu nie jest.

          > Konieczna jest solidna autorefleksja, najczęściej potrzebna jest pomoc innych
          > osób, najlepiej psychoterapeuty.

          Nie gloryfikowałbym udziału psychoterapeuty, bo dobrych psychoterapeutów w Polsce chociażby można byłoby umieścić pod jednym dębem.
          Psychoterapeuta pomaga wyłącznie zlokalizować przyczyny problemu, ale nie załatwia problemu za pacjenta.


          > W przeciwnym wypadku niechybnie człowiek ładuje się w bardzo podobny,
          > niesatysfakcjonujący układ partnerski.

          A to już zupełnie inna para kaloszy. Jeśli się ładuje w nowy, niesatysfakcjonujący związek - to oznacza, że coś u niego szwankuje - np. kryteria wyboru Partnera albo percepcja.
          • aandzia43 Re: A jak ja piszę, że.... 18.06.07, 23:43
            Nikt nie gloryfikuje udziału psychoterapeutów w rozwiązywaniu problemów
            małżeńskich, ale przydają się oni często. Oczywiście, że nie załatwiają
            problemów za swoich klientów, nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie tego
            sugerował. Druginudziarz jako inteligentny mężczyzna tym bardziej tego nie czyni.
            Terapeuta pomaga zlokalizować przyczyny problemu (to już dużo, przyznasz), a w
            niektórych rodzjach terapii uruchamia proces, który prowadzi do poszerzenia
            percepcji, uzyskania lepszego wglądu w siebie i w swoje życie (a to jeszcze
            więcej). Jeśli klient jest zdeterminowany i nastawiony na pracę nad sobą i zyska
            ten wgląd, to dowie się (tzn. sam dojdzie do wniosku), dlaczego ładuje się raz
            po raz w podobne niesatysfakcjonujące związki, dlaczego ma pociąg do
            konkretnych, unieszczęśliwiających go typów płci przeciwnej itd. Co więcej, w
            wyniku zachodzących w nim zmian, jest szansa, że przestanie mieć pociąg do tych
            toksycznych dla niego typów.
            Więc nie jest to "zupełnie inna para kaloszy". Praca nas sobą pozwala zmienić
            szwankujące w nas trybiki, np. kryteria doboru partnera. Pozwala poszerzyć
            percepcję, a więc zyskać nową perspektywę, odkryć w sobie nowe możliwości i
            potrzeby, i wyjść z zaklętego kręgu pretensji do losu i ludzi, z kręgu wiecznych
            pomyłek, czyli kręcenia się w kółko.
            Można oczxywiście traktować swoje preferencje i skłonności jak fatum, tylko po
            co? Po co, jeśli istnieje możliwość zmiany na lepsze?
          • druginudziarz Re: A jak ja piszę, że.... 19.06.07, 13:40

            Ponad to co już napisała aandzia.

            glosatorr napisał:

            > druginudziarz napisał:
            >
            >
            > > Chylę czoła przed Twoim doświadczeniem życiowym, ale Twoja wiara że
            > > rozwód/rozstanie jest wystarczającą receptą na szczęśliwość ogólną jest b
            > ardzo
            > > naiwna.
            >
            > A gdzie ja za przeproszeniem napisałem, że wierzę iż rozwód /rozstanie jest wys
            > tarczającą receptą?
            > Nigdzie tego nie napisałem.

            Może i nie napisałeś...
            Odniosłem wrażenie że stosunkowo często i łatwo udzielasz takiej rady.
            Może się mylę... nie wiem, nie chce mi się robić jakieś statystyki w tym
            zakresie, zresztą nie o to chodzi...


            > > A zwykle jest tak, że problem jest po obu stronach
            >
            > Zwykle? Nie zgodzę się z tą tezą. Zwykle jest tak, że wszystko ma swoją przyczy
            > nę, często złożoną a kwestia winy - jest zupełnie odrębną sprawą.

            Zwróć uwagę że ja nie piszę o *winie*, piszę wyłącznie o *problemie*.


            > Każda życiowa sytuacja, dobra lub zła - ma swoją przyczynę. Jeśli skutkiem dzia
            > łania tej przyczyny jest jakieś zło - np. w/w sytuacja, to i przyczyna była zła
            [ciach]
            > a daną sytuację. Najczęściej bywa tak, że w łańcuchu przycyznowo skutkowym, kto
            > ś pierwszy uruchomił lawinę nieszczęść. A kto tym razem? Ja nie wiem - więc sto
            > sowanie takiego truizmu jaki mi przypisujesz jest najzwyczajniejszym przynudzan
            > iem.

            Dogrzebywanie się do tego "pierwszego razu" jest kompletnie niecelowe.
            "Kochamy się więc wybaczamy sobie wzajem i wiele" - to jest jedyna droga.
            Jeśli para szuka "kto pierwszy zaczął" to znaczy że jest nastawiona na
            konfrontację i niegotowa na stworzenie układu partnerskiego.
            Natomiast faktycznym problemem jest najczęściej nieprzekazywanie sobie
            informacji zwrotnych. Niby coś się tam rozmawia w sytuacjach "ostrych spięć",
            ale raczej jest to rozmowa dwóch magnetofonów - odtwarzamy co mamy to
            powiedzenia natomiast nie słuchamy. Często do tego w ogóle występują zahamowania
            w wypowiedzeniu co faktycznie nas boli.


            > > Konieczna jest solidna autorefleksja, najczęściej potrzebna jest pomoc in
            > nych
            > > osób, najlepiej psychoterapeuty.
            >
            > Nie gloryfikowałbym udziału psychoterapeuty, bo dobrych psychoterapeutów w Pols
            > ce chociażby można byłoby umieścić pod jednym dębem.
            > Psychoterapeuta pomaga wyłącznie zlokalizować przyczyny problemu, ale nie załat
            > wia problemu za pacjenta.

            Psychoterapeuta profesjonalny jest odpowiednio przeszkolony do umiejętnego
            postępowania z człowiekiem który ma problem, a który panicznie odrzuca taka
            ewentualność.
            W zaawansowanych sporach mediacja kogoś z zewnątrz jest wręcz nieunikniona, gdyż
            partnerzy skupiają się już wyłącznie na swoich bolączkach a nie na poszukiwaniu
            metody.
            Psychoterapia ma sens tylko gdy wytworzy się tzw. więź psychoterapeutyczna.
            Oczywiście psychoterapeutom nie musi być profesjonalista, może to być zwykła
            osoba, jakiś przyjaciel, człowiek z wrodzoną intuicją i talentem w tym zakresie,
            czy coś w tym stylu. Z tym że o takie osoby trudno. Niestety rozmowa z
            "psiapsiółką" czy "kumplem od kufla" najczęściej odpada, gdyż w takich układach
            towarzyskich najczęściej klepie się wyłącznie wzajem po plecach i mówi "masz
            rację, starrry, to jej wina".
            Acha, to forum również może mieć wartość terapeutyczną, aczkolwiek na pewno nie
            dla początkujących :)) (trudno odsiać ziarna od plew).


            > > W przeciwnym wypadku niechybnie człowiek ładuje się w bardzo podobny,
            > > niesatysfakcjonujący układ partnerski.
            >
            > A to już zupełnie inna para kaloszy. Jeśli się ładuje w nowy, niesatysfakcjonuj
            > ący związek - to oznacza, że coś u niego szwankuje - np. kryteria wyboru Partne
            > ra albo percepcja.

            No i to to mi dokładnie chodzi!!!
            Nic nie wiesz jaką człowiek ma tę percepcję", czy właśnie nie jest ona zaburzona
            ale walisz śmiało: zmień partnera.

            pzdr!
      • magda8887 glosatorr 23.06.07, 13:02
        > Trzeba uważać kogo się wybiera na życiowego partnera
        > to nikt nie słucha i jeszcze się czepiają...

        wiesz ja wychodziłam za mąż, uważając że dokonałam trafnego wyboru. Zanim
        pobraliśmy się byliśmy z sobą ponad 6 lat w tym rok mieszkaliśmy razem, było
        super. Owszem jak to w każdym związku były sprzeczki ale delikatne i
        krótkotrwałe. Mieliśmy w sobie oparcie, miłość ponad życie, współżycie jak w
        najlepszym porządku, pomagał mi w drobnych czynnościach domowych, czasem coś
        upitrasił, spacery, długie romantyczne i szczere rozmowy. Złego słowa od niego
        nie usłyszałam, szacunek poważanie itd ...

        A po ślubie? Nastąpiła radykalna zmiana.
        Chyba przeliczył swoje siły i nie był widocznie świadomy tego co robi, bo mam
        odczucie że małżeństwo go przerosło. I wyszło szydło z worka, chyba go przeraża
        tytuł "mąż". Przed ślubem ja byłam najważniejsza, teraz koledzy, koledzy i
        jeszcze raz koledzy. Buntują go, a on głupi słucha, przychodzi wszczyna awantury
        wyrzuca mnie z domu, wyzywa, upokarza.

        Hmmm... podzielam odczucia autorki, zaczynam czuć że jestem nieszczęśliwa,
        zaniedbana, często czuję się jak jego sprzątaczka, kucharka itd. Nie czuję się
        "żoną". Nie zabiera mnie na spacery, bo wiecznie zmęczony nawet w niedzielę i
        święta mimo iż nic nie robi.

        owszem przed ślubem zauważyłam złe relacje jakie ma z ojcem, nie szanują się,
        wyzywają, mąż pod wpływem alkoholu w trakcie kłótni kopnął ojca. Ale ja
        oczywiście przymrużyłam na to oko, bagatelizowałam, zawsze wmawiała sobie że to
        wina teścia że mają takie fatalne relacje. A wina okazała się obustronna. Dla
        mnie najważniejsze było że był dla mnie czuły, delikatny, złego słowa do mnie
        nie powiedział.

        Boże kochany jaka to zakochana kobieta potrafi był GŁUPIA, NAIWNA i ŚLEPA!!
        • magda8887 ciąg dalszy do mojej wypowiedzi 23.06.07, 13:11
          > owszem przed ślubem zauważyłam złe relacje jakie ma z ojcem, nie szanują się,
          > wyzywają, mąż pod wpływem alkoholu w trakcie kłótni kopnął ojca. Ale ja
          > oczywiście przymrużyłam na to oko, bagatelizowałam, zawsze wmawiała sobie że
          > to wina teścia że mają takie fatalne relacje. A wina okazała się obustronna.
          > dla mnie najważniejsze było że był dla mnie czuły, delikatny, złego słowa do
          > mnie nie powiedział. moje bagatelizowanie sprawy obróciło się przeciwko mnie.

          no i te bagatelizowanie sprawy odwróciło się przeciwko mnie.

          Więc jaki morał z tego i jaka rada:
          " przy wyborze życiowego partnera nie kierujcie się tylko tym jaki ona/on jest
          dla was ale zwróćcie uwagę jaka/jaki jest dla innych bliskich jej/mu osób"
    • misssaigon koń 18.06.07, 20:14
      "jaki jest koń, kazdy widzi" -
      - wybrałas sobie męza świadomie
      świadomnie z nim zamieszkalas, zaszlas w ciąze, wyszlas za maz - on sie nie
      zmienił, zmieniły sie twoje wymagania...

      ciąza w obecnych czasach nie obliguje juz do zamozpojscia - jesli nie milas
      przekonania do partnera to po co sie wizałas formalnym węzłem?

      ponadto nic nie piszesz o uczuciach swojego męza - czy on cie w ogole kocha? czy
      kiedykolwiek to powiedzial, okazal?
      czy moze jest typem , którym kobiety sie opiekuja - vide mamusia, teraz ty - a
      on uwaza, ze ten swiat tak jest skonstruowany?

      szczerze -= obecna sytuacja nie jest wina twojego meza - jest twoja wina -
      większosc argumentów było przeciw - egoistyczny, nie szanujacy cie roszczeniowy
      partner, toksyczna mamusia - co cie pchalo ? widmo staropanienstwa?
      • nikt-istotny-w-zyciu Re: koń 18.06.07, 23:13
        misssaigon widmo staropanieństwa to dla mnie póki co czysta abstrakcja.
        Nie napisałam tego wszystkiego po to by ktoś głaskał mnie po głowie. Wiem jaka
        jest moja wina, moją winą jest to że zbyt mocno kochałam mojego męża,
        idealizowalam go zrzucając tymczasowe przewinienia na stresujące sytuacje w
        życiu. Moją winą jest również to iż nie zauważyłam chorej sytuacji jaka panuje w
        tej rodzinie. Cóż, pewnie gdybym tam nie zamieszkała nie wiedziałabym jak jest
        na prawde. Mój mąz mówi że kocha, ale tylko mówi. Bo czy miłością można nazwać
        to ze kompletnie go nie interesuję? Jest świetnym ojcem, nasze dziecko go
        uwielbia, ale mężem i głową rodziny jest raczej kiepskim. Tak, jest on typem
        człowieka który wymaga wiecznej opieki, nieodpowiedzialnym i lekkomyślnym. Ale
        to mogę powiedziec dopiero teraz, po dwóch latach "chodzenia" i 3 latach "bycia
        razem".
        • misssaigon Re: koń 19.06.07, 08:27
          nikt - wg mnie nie mozna kochac za mocno albo za słabo - kocha sie głupio albo
          madrze...warto abys kochała madrze sibie i wasze dziecko - wnioski i plan
          działania przyjda wtedy same....

          zwróc uwage na wymowe swojego nicka - co on oznacza? wg mnie osobe o bardzo
          niskim poczuciu wartosci - te czesc swojej osobowosci musisz koniecznie odbudowac:))
        • lilyrush Re: koń 19.06.07, 10:06
          Wieć teraz, kiedy juz zauważyłas swoja wpadke trzeba coś z tym zrobić.
          Ja rozumiem dlaczeog wyszłaś z tego faceta- dokładnie pewnie z tego tysiaca
          powodów dla których ja za swojego. No może staropanienstwo tez by sie
          dorzuciło ;-)
          Uwierz mi- najtrudniejsze masz juz za sobą. Bo najtrudneisze jest zauważenie
          sytuacji i przyznanie sie do błedu. Potem juz ejst z górki.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka