pieg00ska
22.07.07, 11:13
Dzisiaj jest 12 rocznica naszego ślubu. Własnie skończyła się burza - i
dosłownie, bo pioruny trzaskały jakby chciały rozwalić świat, i w przenośni,
bo mąż 2 dni temu wyprowadził się z domu. Wczoraj zdjęlam z palca obrączkę.
Choć to on zrobił ten krok, ja sama wiedziałam już, że nie da się uratować
naszego związku. Dwa ostatnie lata mojego życia poświęciłam desperacko na
ratowanie mojej rodziny. Było wszystko - i moja przemiana, i terapia
małżeńska i rekolekcje (spotkania małżeńskie). I tylko brak woli z jego
strony, co starał się ukrywać jak mógł.
Żyłam jak na sinusoidzie - raz mnie zapewniał, że wszystko się poukłada,że
zrobi wszystko, aby poskładać nasz związek, a potem teksty, że nie wie czego
w życiu chce, że myśli, że nie może być ze mną szczęśliwy, nie wie czy mnie
kocha. Wczoraj już powiedział, że nie. Że był ze mną dlatego, że sie o mnie
bał.
Teraz się staram podnieść. Już sama nie chciałam, żeby ze mną był, nie
zniosłabym po raz trzeci takiej jazdy (moje dwa wątki były na forum, kto
ciekawy, niech odszuka).
Zostałam w domu z dwójką dzieci (7 lat, 7 miesięcy). Co do spraw
materialnych, nie martwię się ponieważ wiem, że będzie płacił na dzieci i
spłacał ratę kredytu mieszkaniowego.
I tylko dlaczeo płaczę???
Żal,żal tych wszystkich lat, żal dzieciaków, strach o przyszłość emocjonalną
(nie chcę do końca życia być sama). Gdyby nie to, że mam drugiego cudownego
synka, najbardziej żałowałabym, że nie wyrzuciłam go z domu po pierwszej
zdradzie - odkrytej w maju 2 lata temu. Teraz mój starszy synek ma brata,
nie będzie sam, a ja mam więcej siły, żeby żyć dalej.
Chętnie pogadam z Wami, może być na gg (i tak bardzo się otworzyłam, a nie
jestem emocjonalną ekshibicjonistką, jeśli ktoś ma taką chęć na priva wyślę
numer.
pozdrawiam
pieg00ska