Dodaj do ulubionych

Dla kochanek - ciut sie rozpisalam...

07.10.07, 14:24
JA mysle ze zonaci kochaja w kochankach to czego nie ma w ich zonach,
Kochaja je za namietnosc,spontanicznosc,za czas i chec...za to ze
tak swietnie wygladaja(kiedy zona nie ma czasu nawet polozyc farby
na odrosty bo 2ka dzieci i zaawansowana ciaza nie bardzo daja sie
pogodzic z czasem na "pindrzenie" sie)za zrozumienie(zazwyczaj
udawane,ale co tam trudno sie mowi" i udaje sie dalej itd,itp

kochaja je kiedy sa kochankami ale kiedy zaczynaja im robic wymowki
i wyrzuty czesto to uczucie sie zmienia.

Facet ktory jest zonaty,ma "szczesliwe"zycie rodzinne,atrakcyjna
zone,udane dzieciaki i od 3lat na boku spotyka sie z kobieta.Prawie
codziennie,po pracy,przed praca,w drodze do pracy, zamiast pracy,w
delegacji,w czasie pobytu zony z dzieciakami u jej rodzicow na
wsi...on spotyka sie z kochanka,czasem na 15minut na godzine,
2,3...U niej w domu ,u Niego(podczas nieobecnosci rodziny rzecz
jasna)w kinie na nocnym seansie na drugim koncu miasta,w restauracji
gdzie podaja jej ulubione linguini fiorentina...w ciemnym barze
gdzie sacza whisky i ocieraja sie o siebie niby przypadkiem...
Zawsze pamieta o jej urodzinach,imieninach,ich rocznicy
poznania,wysyla jej kwiaty do biura,bukiety,piekne czerwone
roze,wszyscy padaja z zachwytu,pytaja kto przyslal?Ona z tajemnicza
mina klamie -nie mam pojecia...:)
Spedza z nia bardzo duzo czasu,nigdy do switu...musi sie rano
obudzic w swym domu aby dzieci mogly powitac tatusia porannym
skakaniem po glowie i nigdy nie wykryly jak ich tatus jest
niegrzeczny kiedy znika z pola ich widzenia ...
Nigdy sie nie kloca...nie krzycza.Nie ma takiej opcji.
W harmonii cial i dusz, spedzaja godziny na rozmowach na milosci na
chlonieciu siebie nawazajem...
Ale ona czesto placze,kiedy on wychodzi albo kiedy sie nie zjawi
choc mial przyjsc,Ona placze w noc wigilijna,w sylwestra w jego
urodziny bo nie moze z nim dzielic tych szczegolnych momentow...Ona
dala mu juz wszystko,absolutnie wszystko co mogla dac ...cala
siebie.A on...coz,w zamian...Tylko kocham Cie,ale musisz zrozumiec
ze...Wiem Wiem tysiace razy slyszala to juz...Nie ma sily ...

Pol Roku Pozniej...
Nie ma sily i nie ma zamiaru babrac sie wiecej w tych brudach ktore
uwalaly jej rece,skalaly dusze i serce...
Poznala mezczyzne...piekny,mlody i Singiel...
A na dodatek kompletnie oszalal na jej punkcie to juz kilka miesiecy
od kiedy zaczeli sie regularnie spotykac...Kocha i jest
kochana ,planuja slub...
Zonaty dzwoni ,pisze ze kocha ze teskni ze rozumie ale ten mlody to
dzieciak ze mu przejdzie,a ON nie moze bez niej zyc...
Ale on juz postanowila
jej sms do zonatego

Mam tylko jedno zycie...przy Tobie jakby pol,a Ty masz
dwa...niesprawiedliwe prawda?
Obserwuj wątek
    • majunia01 Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... 07.10.07, 17:36
      Boże jak ja Cię dobrze rozumiem - jakbym czytała o sobie, z tą
      różnicą że on nie był żonaty i nie mieli dzieci, byl jak pies
      ogrodnika i nie potrafil wybrać , na dodatek wiedziałyśmy o sobie a
      on twierdził że kocha nas obie, do czasu jak ze soba porozmawiałyśmy
      i jak ja znalazłam tą kochaną osobę do grobowej deski, zaczelo się
      pisanie sms,ów ze strony ex, raz ku sercu aż nogi się uginały raz ku
      pogardzie , jaka to ja zla kobieta jestem ale by uwolnić się od
      niego musiałam użyć jego sposobów być równie wulgarna jak on, udało
      się - uwolniłam się, za pół roku nie tylko byłam szczęśliwa przyszłą
      mamą ale i był piękny ślub!:)), dziś czasem o nim myślę, nigdy nie
      czułam tego co do tamtego , ale nie widuję go i dorze, mam wspaniałą
      rodzinę - pozdrawiam.
      • dragon_fruit Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... 17.10.07, 10:55
        no to teraz Majuniu czas na kochankę dla twojego męża-zrozumiesz
        jeszcze więcej
        • majunia01 Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... 07.11.08, 23:13
          heh...
          no cóż co ja mam ci odpowiedzieć
          mineło tyllllllllllllle eee czasu że- ah ( było mineło )
          dziś mogłabym powiedzieć mnie to nie spotka - ale krakać nie będę -
          wiem jedno kocham człowieka który kocha mnie i tylko ja jestem dla
          niego kochanka na szczęście dla mnie kochanka jakiej nigdy nie miał
          i wcale mi nie musi tego mówić, sama to wiem jeśli ty wiesz o czym
          teraz piszę, chwalić się nie mam zamiaru ale nadal jesteśmy
          zakochani w sobie po uszy - jeśli ty wogle to potrafisz zrozumieć .
    • xapur Ładnie napisane. 08.10.07, 10:47
      Nie mam takich doświadczeń, ale to chyba kwintesencja takich
      związków. Kochanka jest dodatkiem umilającym życie, jak ładne auto,
      ciekawy sport itp. Takie jest moje wrażenie.
      • misssaigon kwestia mentalnosci 08.10.07, 10:57
        czasami zdarza sie mimowolnie zapltac w romans - ale zwykle szybko przychodzi
        otrzezwienia
        jest natomiast inna kategoria ludzi - ludzi czerpia satysfakcje i sile z manipulacji
        uwodza, przywiazuja do sibie, stwarzaja aure czegos wyjatkowego, zwiazku dusz i
        tym podobne dyrdymaly...
        kontroluja caly czas, podporzadkowujac sobie zupelnie zycie tej drugiej osoby
        nie pozwalaja odejsci i ulozyc sobie normalnie zycia
        czemu? z powodu kompleksow, checi kompensacji niskiej pozycji w rodzinie,
        potrzeby podbudowywania sie w swoich oczach umiejetnoscia godzenia tego jawnego
        i podziemnego zycia...
        czesto sa to osoby psychopatyczne, ktore w sytuacji zagrozenia zaczynaja
        stosowac przemoc psychiczna, groza samobojstwem...
        • mamurzyca Re: kwestia mentalnosci 08.10.07, 12:43
          podpisuje sie pod tym postem moja bliska kumpela jest taka wlasnie
          kochnka, niestety nie da sie jej nic powiedziec, a szkoda, dodoam
          jeszcze od siebie ze kochanka to tak jakby przedluzanie sobie
          pieknego okresu poczatkow znajomosci kiedy jeszcze nie mieszkamy
          razem i nie mamy tylu obowiazkow, dzieci, klopotow i innych
          przyziemnych problemow domowych.. i jest duzo tego milego ukradania
          sobie pieknych momentow.
    • your_and Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... 08.10.07, 17:34
      Ciekawe czy w późniejszym zwiazku bedzie pamietać czego to facetom
      brakuje u boku żony którą potem będzie, która jest zajęta dziećmi i
      domem i czego szukaja u kochanek.
      Jeśli to ją nauczyło, to godna uwagi inwestycja we własną przyszłość.
    • notsogoodgirl nigdy w zyciu... 08.10.07, 18:27
      Ten zonaty to to totalny egoista i samolub!!!Wszystko chcialby miec!
      Tylko dla siebie!!!Za co?...Hmmm za te pare groszy wydanych na te
      bukiety,wina,kolacje...
      Ale co Ona ma z tego?
      Ona ma krwawiaca dziure w sercu,pustke w glowie,wyrzuty
      sumienia,koszmary nocne(Ze zona ich nakryla)ma podkrazonete swoje
      piekne zielone oczy,ktore on Tak uwielbia...
      MA NIC!!!nawet wiecej Wielkie NIC!
      On mowil jej wiele razy: Ok znajdz sobie faceta ktory nie musi tak
      jak ja wracac do zony i dzieciakow,zobaczysz jak bedzie Cie puszczal
      kantem,pobawi sie Toba,wykorzysta i zlamie Ci serce a na koniec Cie
      zostawi.Nie to co ja,Ja Cie kocham !!!Nie moge sie rozwiesc bo,wiesz
      ze to by ja zabilo no i dzieciaki by mi tego nie wybaczyly nigdy,ale
      ja jetem z Toba,Ty jestes dla mnie najwazniejsza,z Zona to tylko tak
      z przyzwyczajenia...bla,bla,bla

      Ona go slucha i przytakuje bo jakas czastka swojego serca go
      kocha,kocha ta pasje miedzy nimi,kocha ten dreszcz emocji,ale juz
      nie moze dluzej tak zyc

      On jest jak rdza,zzera jej dusze...

      Ona sie ostatnio zastanawia a co by bylo gdyby jednak sie
      rozwiodl...I postanowil z nia zamieszkac,ozenic sie...
      Nigdy w zyciu,kto by chcial miec za meza takiego
      klamczucha.hipokryte?Co tak dba o swoja rodzine ze az z tej troski w
      malzenskim lozu(kiedy zony nie bylo w domu kilka dni)dogadzal
      kochance,wyznajac milosc dozywotnia...koszmar...
      • al9 Re: nigdy w zyciu... 19.10.07, 15:42
        dobra decyzja...
        zwłaszcza , że jesli facet nie potrafi od zony odejść od razu -
        NIGDY nie odejdzie....
        Brawo!
        serce krwawi?
        szkoda krwi..
        on nie kocha. on bzyka na boku...

        Pozdr
        al
        • notsogoodgirl Re: nigdy w zyciu... 19.10.07, 16:05
          Jakis meski punkt widzenia:)Ciesze sie ze sie zgadzamy:)Pozdrawiam
          • glamourous Re: nigdy w zyciu... 19.10.07, 17:58
            Pare lat temu zdarzylo mi sie przez moment bycie kochanka zonatego
            faceta z jednym dzieckiem. Ktory bardzo szybko podjal decyzje ze
            odchodzi od zony (szwankowalo oczywiscie lozko), i ze chce byc ze
            mna ;-) Czyli skrajnosc w druga strone w stosunku do tego co opisuje
            notsogood... Weszlam wtedy ten uklad, bo bylam totalnie wyglodzona
            brakiem seksu po wczesniejszym rozstaniu z dlugoletnim partnerem -
            ale jego deklaracja ze odchodzi od zony kompletnie mnie zmrozila.
            Spowodowala natychmiastowa chec ucieczki - nie takie byly moje
            zamierzenia, nie chcialam nikomu krasc meza, a tylko sie milutko
            pobzykac bez zobowiazan. Najgorsza jednak byla kwestia dziecka - on
            sobie spokojniutko planowal ze zostawi zone, bedzie jej placil
            alimenty na synka, a mi sie robilo slabo na mysl ze moglabym rozbic
            dziecku rodzine. Pomimo ze bylam niezle zauroczona, zerwalam ten
            zwiazek. Nie moglabym odebrac nikomu ojca - to nie na moje nerwy.
            Nie wyobrazam sobie jak te dziewczyny - kochanki zonatych - moga
            czyhac na rozstanie ich kochanka z zona, jak mozna chciec budowac
            swoje szczescie na gruzach czyjegos zwiazku i potem byc weekendowa,
            znienawidzona ("to ONA rozbila nam rodzine") macocha dla jego
            dzieci? No i jak to rokuje dla niej na przyszlosc? Przeciez skoro
            facet potrafil juz raz porzucic rodzine dla kochanki, to bedzie
            potrafil byc moze zrobic to kiedys po raz drugi. Po co komu taka zla
            karma? Swiadome komplikowanie sobie zycia. Rozumiem, ze winne sa
            tzw. uczucia obezwladniajace, ale sa przeciez jakies granice
            zdrowego rozsadku - po co sie samej ladowac w latwe do przewidzenia
            klopoty?

            Reasumujac, romans z zonatym to nic innego jak wieeeelki kanal i
            stapanie po kruchym lodzie. Lepiej sie w to nie pakowac - jest tylu
            wolnych facetow na swiecie... Nie rozumiem, skad te dylematy
            notsogood - tamtego faceta trza zapomniec, olac, i budowac swoj nowy
            zwiazek, bogata o doswiadczenie bycia "po drugiej stronie"
            • notsogoodgirl Re: nigdy w zyciu... 19.10.07, 18:08
              To nie dylematy Moja Droga:)Tak mi sie wzielo na pisanie Dylematy
              byly potezne,.Na szczescie, dawno!
              Zawsze bylam przeciwniczka zwiazkow gdzie jedno jest po slubie z
              kims innym.Kiedy uwiklalam sie w ta cala sytacje,spowodowalo to
              jedynie ze teraz jestem jeszcze wiekszym tego wrogiem.Ale rozumiem
              jak to jest i wspolczuje dziewczynom ktore nie moga sie z tego
              wyplatac.Stad wzial sie moj post. Ot Tak:)
            • sylwiamich Re: nigdy w zyciu... 20.10.07, 23:00
              glamourous napisała:
              Weszlam wtedy ten uklad, bo bylam totalnie wyglodzona
              > brakiem seksu po wczesniejszym rozstaniu z dlugoletnim partnerem -


              Dziwne masz morale.Radzisz żeby nie wchodzić w związki z żonatymi bo:

              "jest tylu
              > wolnych facetów na swiecie... "

              Ale bzykanie się jest oki? Bo bzykać się można bez tego bagażu?

              "Nie moglabym odebrac nikomu ojca - to nie na moje nerwy.byc
              weekendowa,
              > znienawidzona ("to ONA rozbila nam rodzine") macocha dla jego
              > dzieci?bedzie jej placil
              > alimenty na synka

              Ciekawe spojrzenie...a ostrość łapiesz?Bo coś podwójnie chyba
              widzisz?
              • glamourous Re: nigdy w zyciu... 21.10.07, 16:06
                Po pierwsze napisalam ze WTEDY weszlam, a bylo to kilka lat temu - kiedy mloda i
                glupia 24-letnia koza jeszcze bylam. Dzisiaj juz bym raczej nie weszla. Widzisz,
                ludzie ewoluuja.

                I nawet wtedy chcialam sie tylko niezobowiazujaco pobzykac, nie ostrzylam sobie
                na niego zebow, nie chcialam zeby sie rozwiodl, wyprowadzil od zony, nie
                chcialam z nim byc. Ot, niezobowiazujacy seks raz na tydzien - to wszystko co
                mnie interesowalo. Myslalam ze jego tez, ale sie mylilam - on szukal doslownej
                ucieczki z niesatysfakcjonujacego zwiazku. A tego wtedy nie przewidzialam, bo na
                wstepie mowil mi co innego - i myslalam ze reguly gry byly jasne.

                Nie wiem, co to ma wspolnego z podwojnym widzeniem. To byl blad, ktorego dzisiaj
                bym nie powtorzyla - to bylo WTEDY, wiec nie przypisuj mi TERAZ podwojnej
                moralnosci.
                • megg2003 Re: nigdy w zyciu... 28.07.08, 09:34
                  Glam, nie warto się tłumaczyć. I tak Ci, co Cie mają zlinczować, to to zrobią.
                  Ja pomimo podobnych przeżyć, nigdy nie będę żałowała tego, co zrobiłam, bo
                  bogatsza jestem o to jedno doświadczenie. Wiem, że już nie zwiążę się z żadnym
                  żonatym facetem. A za kilka lat, gdyby wciąż samotność doskwierała, nie wiadomo,
                  co by mi do łba strzeliło. Latka lecą niestety..
            • kalina1970 Re: nigdy w zyciu... 20.10.07, 23:30
              ALE nie mozna bzykac bez zobowiazac z kims kto ma
              rodzine...............TO takie trudne do zrozumienia???
              • eeela Re: nigdy w zyciu... 23.10.07, 12:50
                > ALE nie mozna bzykac bez zobowiazac z kims kto ma
                > rodzine...............TO takie trudne do zrozumienia???

                O czym ty gadasz, kobieto? Wlasnie w takiej sytuacji zazwyczaj mozna!
                • kalina1970 Re: nigdy w zyciu... 23.10.07, 13:53
                  eeela napisała:

                  > > ALE nie mozna bzykac bez zobowiazac z kims kto ma
                  > > rodzine...............TO takie trudne do zrozumienia???
                  >
                  > O czym ty gadasz, kobieto? Wlasnie w takiej sytuacji zazwyczaj
                  mozna!
                  >
                  >
                  Nie,nie mozna.Seks bez zobowiazac to seks z wolnym czlowiekiem.A
                  wolny czlowiek,to taki,ktory zakonczyl swoj poprzedni zwiazek.
                  • eeela Re: nigdy w zyciu... 23.10.07, 14:17
                    Hmmm, twoje osobiste definicje seksu bez zobowiazan nie sa w stanie niestety
                    zmienic stanu faktycznego, ktory jest taki mianowicie, ze ludzie przebywajacy w
                    malzenstwie, poza nim szukaja glownie seksu bez zobowiazan. Bez zobowiazan
                    wzgledem kochanki/kochanka - zdradzana zona lub zdradzany maz nie sa brani pod
                    uwage w formulowaniu tej definicji, bo nie uczestnicza w definiowanym seksie bez
                    zobowiazan.
                    • kalina1970 Re: nigdy w zyciu... 23.10.07, 14:37
                      eeela napisała:

                      > Hmmm, twoje osobiste definicje seksu bez zobowiazan nie sa w
                      stanie niestety
                      > zmienic stanu faktycznego, ktory jest taki mianowicie, ze ludzie
                      przebywajacy w
                      > malzenstwie, poza nim szukaja glownie seksu bez zobowiazan. Bez
                      zobowiazan
                      > wzgledem kochanki/kochanka - zdradzana zona lub zdradzany maz nie
                      sa brani pod
                      > uwage w formulowaniu tej definicji, bo nie uczestnicza w
                      definiowanym seksie be
                      > z
                      > zobowiazan.
                      >
                      >
                      To nie moje osobiste definicje seksu,tylko bardzo proste
                      zasady,ktorymi sie w zyciu kieruje.Nazywa sie owa zasada "uczciwosc".
                      • eeela Re: nigdy w zyciu... 23.10.07, 15:52
                        Nie rozumiesz, co sie do ciebie mowi. Co tu ma do rzeczy uczciwosc? Jasne, ze
                        nieuczciwe jest uprawiac seks bez zobowiazan na boku, za plecami stalego
                        partnera. Ale posiadanie stalego partnera nijak nie uniemozliwia uprawiania
                        seksu bez zobowiazan. Tak wiec twoje stwierdzenie, ze seks bez zobowiazan jest
                        niemozliwy, gdy posiada sie stalego partnera, jest bledne.
                        • kalina1970 Re: nigdy w zyciu... 24.10.07, 08:47
                          eeela napisała:

                          > Nie rozumiesz, co sie do ciebie mowi. Co tu ma do rzeczy
                          uczciwosc? Jasne, ze
                          > nieuczciwe jest uprawiac seks bez zobowiazan na boku, za plecami
                          stalego
                          > partnera. Ale posiadanie stalego partnera nijak nie uniemozliwia
                          uprawiania
                          > seksu bez zobowiazan. Tak wiec twoje stwierdzenie, ze seks bez
                          zobowiazan jest
                          > niemozliwy, gdy posiada sie stalego partnera, jest bledne.
                          >
                          >
                          >
                          Ty nie rozumiesz co piszesz,w malzenstwie z definicji nie ma seksu
                          bez zobowiazan.Seks bez zobowiazan nie krzywdzi nikogo,a to ,ze
                          ludzie bedac w stalych zwiazkach szukaja wrazen ,to nie znaczy ,ze
                          bzykaja sie bez zobowiazan,oni zdradzaja.I tak,taka jest moja
                          definicja seksu bez zobowiazan
                          • eeela Re: nigdy w zyciu... 24.10.07, 11:47
                            > Ty nie rozumiesz co piszesz,w malzenstwie z definicji nie ma seksu
                            > bez zobowiazan.

                            W malzenstwie z definicji jest seks z zobowiazaniami. Definicja
                            malzenstwa obejmuje ewentualna wiernosc, ale wiernosc nie jest
                            warunkiem sine qua non dla zaistnienia malzenstwa - ergo, nie
                            wyklucza mozliwosci zaistnienia seksu bez zobowiazan miedzy jednym z
                            malzonkow a kims z zewnatrz.

                            Myla ci sie wartosci moralne z definicjami, nie mamy o czym gadac.
                            • kalina1970 Re: nigdy w zyciu... 24.10.07, 12:02
                              eeela napisała:

                              > > Ty nie rozumiesz co piszesz,w malzenstwie z definicji nie ma
                              seksu
                              > > bez zobowiazan.
                              >
                              > W malzenstwie z definicji jest seks z zobowiazaniami. Definicja
                              > malzenstwa obejmuje ewentualna wiernosc, ale wiernosc nie jest
                              > warunkiem sine qua non dla zaistnienia malzenstwa - ergo, nie
                              > wyklucza mozliwosci zaistnienia seksu bez zobowiazan miedzy jednym
                              z
                              > malzonkow a kims z zewnatrz.
                              >
                              > Myla ci sie wartosci moralne z definicjami, nie mamy o czym gadac.
                              >
                              >
                              RAcja,nie mam o czym z toba gadac
                              • songo3000 Re: nigdy w zyciu... 26.07.08, 19:43
                                Zanim następnym razem zaczniesz wyłuszcać swój jedynie słuszny punkt widzenia proponuję poczytać:
                                T. BATÓG, "PODSTAWY LOGIKI", ISBN: 83-232-0962-6, cana około 40PLN
                                Bardzo dobra i przystępnie napisana książka. Naprawdę gorąco polecam.

                                Do moderatorów. Proszę o niekasowania tego posta. Jego przeslaniem jest krzyk rozpaczy nad jakością wywodów forumowiczów. Poglądy na szczęście mamy zróżnicowane ale i konstukcja i 'uzewnętrznienie' struktury...
                          • krzysztof-lis Re: nigdy w zyciu... 08.08.08, 11:42
                            > Ty nie rozumiesz co piszesz,w malzenstwie z definicji nie ma seksu
                            > bez zobowiazan.

                            Zdrada to nie jest seks w obrębie małżeństwa. Nie musi być więc z definicji
                            seksem z zobowiązaniami.
            • kalina1970 Re: nigdy w zyciu... 20.10.07, 23:39
              no....Glam brzydka z Ciebie dziewczynka:)a myslalam,ze bardziej
              doswiadczona zyciowo i empatyczna...I Ludzie dajecie rady innym,sami
              bedac spaczeni moralnie.Faktycznie kazde forum tematyczne to lekkie
              gowienko:)
              • glamourous Re: nigdy w zyciu... 21.10.07, 16:12
                Powtarzam raz jeszcze - napisalam przeciez ze bylo prawie 6 lat temu. Mialam
                wtedy niewiele ponad dwadziescia lat i szybko zorientowalam sie ze to byl blad.
                Sporo ewoluuowalam od tamtego momentu, wiec nie linczujcie mnie az tak ;-) Nie
                zawsze bylam tak politycznie poprawna jak dzis, coz, prawo mlodosci. W mlodosci
                popelnia sie rozne glupstwa i potem wlasnie miedzy innymi z tego czerpie sie owo
                "doswiadczenie zyciowe i empatie".
                • notsogoodgirl Glam Ty niegrzeczna dziewczynko:)) 21.10.07, 17:42
                  Bravo! Glam!Zgadzam sie z Toba:)Nie przejmuj sie
                  przeciez "...grzeczne dziwczynki ida do nieba a niegrzeczne tam
                  gdzie chca...":))pozdrawiam.
                • anais_nin666 Re: nigdy w zyciu... 21.10.07, 17:47
                  W mlodosci
                  popelnia sie rozne glupstwa i potem wlasnie miedzy innymi z tego czerpie sie owo
                  "doswiadczenie zyciowe i empatie".

                  Glam, na Boga..., Ty jeszcze nie masz 30tki, a zabrzmiałaś jak 70-tka;)
                  • zdzichu-nr1 Re: nigdy w zyciu... 21.10.07, 20:51
                    Część postów sugeruje rzeczy, których nie było. IMO umawianie się na seks bez
                    zobowiązań z żonatym facetem, to nie jest rozbijanie małżeństwa. Można różnie
                    oceniać to moralnie, ale jest w przyrodzie masa tego typu układów, gdzie
                    umawiające się strony (często obie tkwiące w związkach małżeńskich) absolutnie
                    nie zamierzają porzucać swych ślubnych partnerów. Chodzi wyłącznie o rekreacyjny
                    seks.

                    • prosty_facet Re: nigdy w zyciu... 28.07.08, 07:25
                      zdzichu-nr1 napisał:


                      > umawiające się strony (często obie tkwiące w związkach małżeńskich) absolutnie
                      > nie zamierzają porzucać swych ślubnych partnerów. Chodzi wyłącznie o
                      rekreacyjny seks.

                      Dokładnie tak - i takie układy są najbezpieczniejsze i najbardziej
                      satysfakcjonujące. Wszystko wiadomo od początku więc można dać się ponieść w
                      seksie i robić rzeczy, których z mężem/żoną w życiu byśmy nie doświadczyli :-)
              • juninhopernambucano Re: nigdy w zyciu... 27.07.08, 22:17
                kalinko naciągnij mocherka na czerep i wyp... z forum
                • prosty_facet Re: nigdy w zyciu... 28.07.08, 07:26
                  juninhopernambucano napisał:

                  > kalinko naciągnij mocherka na czerep i wyp... z forum

                  No to już lekka przesada kolego - każdy ma prawo mieć swoje zdanie ....
            • megg2003 Re: nigdy w zyciu... 28.07.08, 09:27
              Byłam dokładnie w takiej samej sytuacji. Tez odszedl od zony, placil alimenty na synka. Mi przysięgał dozgonną miłość i wierność. Jednak pomimo mojego, jak by nie było - zakochania, coś w środku mówiło mi "nie, nie można mu zaufać, nie wolno mi go kochać, trzeba uciekać". Zostawiłam go, chociaż prosił bardzo, bym została. Nie wyobrażałam sobie życia wśród nienawiści jego żony, matki i być może syna. Chciałam mieć spokój, a takie życie nie da spokoju nigdy.
              Od tamtej pory minęły 2 lata. Ostatnio się dowiedziałam, że szybciutko po mnie wrócił do żony. Teraz można zobaczyć ich szczęśliwą rodzinkę na fotkach z wakacji opublikowanych na naszej-klasie :)
    • makwalz Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... 22.10.07, 15:11
      facet który tak robi to tchórz...nie potrafi wziąść na swoje barki
      odpowiedzialności.
      a w razie wpadki - może zranić kilka osób
      zastanawia mnie fakt jak ty mogłaś zyć z nim ze świadomością że on
      wraca do domu i tam też jest szczęsliwy, idzie z nią do łóżka, mówi
      że kocha
      a może ci mówił że z nią nie sypia?????że są nieszczęśliwi?
      • al9 makwalz 22.10.07, 16:40
        zastanawia mnie fakt jak ty mogłaś zyć z nim ze świadomością że on
        > wraca do domu i tam też jest szczęsliwy, idzie z nią do łóżka,
        mówi
        > że kocha
        > a może ci mówił że z nią nie sypia?????że są nieszczęśliwi?

        -----------
        a kim jesteś żeby tu prowadzić śledztwo....
        i oceniać czyjeś decyzje..
        wyluzuj!

        a swoja drogą - ludzie mają różne pomysły na swoje życie...
        ja odszedłem od razu. Nic nie robiłem na zakładkę. Zadnej
        dziewczynie nie zawracałem głowy dopóki poprzedni związek trwał. ale
        cierpiałem i długo byłem sam..
        inni - nie są do tego gotowi.. I nie chcą odchodzic donikąd. Albo w
        ogóle nie chcą odchodzić... Nie nam to oceniać....
        al


        • kalina1970 Re: makwalz 22.10.07, 16:53
          A wlasnie,ze nam to oceniac.Nie sypia sie z cudzymi facetami i tyle.
        • kalina1970 Re: makwalz 22.10.07, 16:54
          i z kobietami cudzymi rowniez,oczywiscie:)
          • al9 Re: makwalz 22.10.07, 17:08
            kalina!
            jest 2007 rok'
            a nie 1807

            60% małżeństw kończy się rozwodami...
            statystyczny Polak ma 11 partnerek...

            Życie jest jakie jest..
            ja nie sypiam z mężatkami
            udaję że nie widzę niektórych spojrzeń (pracuję z kobietami i mam
            mnóstwo pokus..)
            ja odrzucę zaproszenie...
            ale inni niekoniecznie..
            zdrada jest skutkiem poważnego kryzysu a nie jego przyczyną..
            Pozdr
            al
            • glamourous Re: makwalz 22.10.07, 18:16
              al9 napisał:

              > zdrada jest skutkiem poważnego kryzysu a nie jego przyczyną..


              A niekoniecznie. Zdrada moze byc skutkiem zwyklego znudzenia,
              kaprysu, checi urozmaicenia sobie nudnej codziennosci, polechtania
              ego. Moze byc tysiace przyczyn zdrady, zarowno tych "lekkich" i
              pozornie bez znaczenia, jak i tych ciezszego kalibru, typu kryzys w
              zwiazku czy kompletny brak uczuc.

              Dlatego nie sadzmy, ze skoro nasz zwiazek nie przezywa "glebokiego
              kryzysu" to jest OK i mozemy czuc sie bezpieczni. Czasami nie
              slychac zadnego dzwonka alarmowego, a zdrada rodzi sie z
              tzw "okazji", z chwilowej slabosci czy tak po prostu - z braku
              asertywnosci ;-)) Wszystko zalezy od charakteru zdradzajacego, od
              jego stosunku do samej zdrady, stazu zwiazku, wieku, oraz wielu
              innych czynnikow. Czasami ta sama osoba zdradzi w wieku lat 25, ale
              juz po trzydziestce dojrzeje, okrzepnie, przemysli i bedzie jak
              ognia unikala sytuacji "zdradogennych". Albo odwrotnie - mezowi,
              wiernemu w mlodosci swej zonie, nagle po czterdziestce
              odbije "palma" i zacznie w pogoni za utracona mlodoscia polowac na
              jakas krecaca sie niepodal mlodke. Kto wie... Nikt, w zadnym
              zwiazku, nie moze czuc sie bezpieczny.

              Jedno jest pewne - mozemy jak najbardziej panowac nad swoimi
              odruchami. Mamy przeciez rozum, nie musimy wiec ulegac dzikim
              chuciom, kiedy tylko poczujemy do kogos "miete". Mozemy powstrzymac
              sie sila woli gdy "startuje" do nas atrakcyjny lecz zonaty osobnik
              plci przeciwnej. My mozemy oprzec sie zdradzie. Ale czy jestesmy w
              stanie dac sobie uciac reke, ze bedzie to potrafil rowniez i nasz
              partner?
              • notsogoodgirl No wlasnie... 22.10.07, 18:45

                Sami jestesmy w stanie za siebie reczyc kiedy juz dojrzejemy a
                szalenstwa wywietrzeja nam z glowy.Ale nikt nie moze reczyc za
                partnera.
                I zgodze sie z Glam ze powodow do zdrady moze byc wiele tak jak
                wiele jest powodow ktore moga sklonic mloda,samotna dziewczyna
                do "grzechu"z zonatym facetem.
                Facet opisany w pierwszym poscie w jakims tam sensie(bo tylko On wie
                w Jakim tak naprawde)kochal swoja zone i regularnie uprawial z nia
                seks,czego nie ukrywal.Mowil ze to nie to ale On nie moze zyc bez
                seksu i juz.Nigdy nie powiedzial zlego slowa na zone i nigdy nie
                sprawil wrazenia ze w jego malenstwie cos jest nie tak.

                Ta historia jest absurdalna ,ale dowodzi ze takie przypadki tez sie
                zdarzaja.I jak tu nie zglupiec i ufac komus bezgranicznie...?
              • your_and Re: makwalz 22.10.07, 19:31
                glamourous napisała:
                > jakas krecaca sie niepodal mlodke. Kto wie... Nikt, w zadnym
                > zwiazku, nie moze czuc sie bezpieczny.

                Któraś terapeutka porównywała zdradę do korupcji. W zasadzie nie ma kraju w
                którym by nie występowała. Ale regułą jest że kraje gdzie urzędnik zarabia
                grosze i jego zawód nie ma poważania przesiąknięte są korupcją, a tam gdzie
                bardzo zależy mu na pracy i pozycji są to przypadki incydentalne. Podobnie dobra
                kondycja naszego związku nie zabezpieczy nas nigdy na 100%, ale zła spowoduje że
                zadecyduje że brakowało będzie jedynie okazji...
                • horyzont_zdarzen Re: makwalz 23.10.07, 11:38
                  AMEN! podpisuję się pod tym obiema ręcami :-)
              • al9 glam dwa słowa 23.10.07, 11:53
                Zdrada moze byc skutkiem zwyklego znudzenia,
                kaprysu, checi urozmaicenia sobie nudnej codziennosci, polechtania
                ego. Moze byc tysiace przyczyn zdrady,
                -----------
                Może...
                ale jesli ktos jest podatny na takie błache sygnały
                (asertywność!!! :-))
                to znaczy że nie zasługuje na miłośc Partnera...
                Im jestem starszy tym bardziej uważam, że różne pokusy - drogi na
                skróty, bzykania na boku, małego szachrajstwa, nie zapłacenia
                podatku... w różnej skali i różnego kalibru - są sprawdzianami
                naszego charakteru..
                Jesli ktoś z nudów czy nieumiejętności odmowy zdradza - to nie jest
                wart obdarzania go miłością. To bolesne ale kalrowne...
                Jesli ktoś z nudów idzie do łóżka z kolegą czy koleżanką z pracy -
                narażając małżeństwo na rozpad - prosze bardzo.. Ale jesli to nie
                jest skutek poważnego kryzysu tylko głupoty - to może to i lepiej..
                Lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć... A jeszcze gorzej z
                głupim spędzić całe życie..
                Pozdr
                al

                • glamourous Re: glam dwa słowa 23.10.07, 13:14

                  > Jesli ktoś z nudów czy nieumiejętności odmowy zdradza - to nie
                  jest
                  > wart obdarzania go miłością. To bolesne ale kalrowne...
                  > Jesli ktoś z nudów idzie do łóżka z kolegą czy koleżanką z pracy -
                  > narażając małżeństwo na rozpad - prosze bardzo.. Ale jesli to nie
                  > jest skutek poważnego kryzysu tylko głupoty - to może to i lepiej..


                  Masz racje, al. Tylko ze to nie zmienia postaci rzeczy. Bo czy mozna
                  cos takiego przewidziec? Widzialam juz naprawde przyzwoitych ludzi,
                  ktorym odbijala przyslowiowa palma w jakims momencie zycia. A potem
                  co kobiecie z dwojka dzieci po stwierdzeniu ze maz "nie byl wart
                  milosci" Pewnie i nie byl. Ale kawalka zmarnowanego zycia jej takie
                  stwierdzenie nie zwroci. Trudnosci zwiazanych z samotnym
                  wychowywaniem dzieci tez ta swiadomosc nie umniejszy. Dzieciom ojca
                  tez bedzie brakowalo, jakikolwiek by nie byl, o skazie emocjonalnej
                  juz nie wspomne. Mam w rodzinie piecdziesiecioletnia kobiete ktora
                  nigdy nie pozbierala sie po rozstaniu z notorycznie zdradzajacym ja
                  mezem. Nikomu juz nigdy nie zaufala. Moze sie tylko pocieszac
                  ze "nie byl wart", tylko co jej z tego?
                  • al9 Re: glam dwa słowa 23.10.07, 14:39
                    nie zwróci jej nic kawałka zmarnowanego życia...
                    nigdy sie nie pozbierała...
                    Lepiej było trwać w toksycznym związku?
                    Tolerować zdrady?
                    Wybaczać?

                    Może i tak. To kwestia nie do rozstrzygnięcia...
                    Każdy postępuje inaczej a i tak znaczna część żałuje decyzji...
                    Pozdrawiam
                    al
                    • glamourous Re: glam dwa słowa 23.10.07, 16:11
                      al9 napisał:

                      > Lepiej było trwać w toksycznym związku?
                      > Tolerować zdrady?
                      > Wybaczać?

                      Pewnie, ze lepiej nie tolerowac i odejsc. Ale ja nie o tym. Mi
                      chodzi o to, ze odejsc zawsze mozna, tyle ze nikt nam nie zwroci
                      tych zmarnowanych lat. Widzisz, ja tez bylam kiedys zwiazana z takim
                      zdradzajacym patrnerem. Odeszlam i ulozylam sobie zycie na nowo,
                      tyle ze mi bylo latwo - mialam zaledwie 24 lata i zycie przed soba.
                      Ale wyobraz sobie sytuacje kobiety z dwojka malutkich dzieci, ktora
                      dowiaduje sie o zdradzie. W jej przypadku nie jest to juz takie
                      proste. Nawet jesli sie odwazy przerwac toksyczny uklad, to jak ona
                      sie czuje - widzac ze jej byly maz uklada sobie teraz na nowo zycie,
                      szczesliwy ze swoja nowa flama, podczas gdy ona boryka sie w
                      pojedynke z trudnosciami codziennego zycia, z samotnym wychowaniem
                      dzieci itp. To musi byc okropne czuc sie jak nadgryziona kanapka,
                      ktora ktos posmakowal i wyrzucil, wybierajac sobie inna.

                      Moje pytanie brzmi wiec : jak sie uchronic przed takim scenariuszem?
                      Jak rozpoznac symptomy zapowiadajace taka katastrofe w dobrym
                      poczatkowo malzenstwie? W jaki sposob kobieta moze przewidziec, czy
                      jej idealnemu w poczatkowej fazie zwiazku mezowi nie odwali kiedys,
                      np. za lat 10, jakas palma i nie obudzi sie ona dnia pewnego z
                      dwojgiem malych dzieci jako zdradzana, nadgryziona kanapka?
                      • glamourous P. S. 23.10.07, 16:26
                        Obok na forum jest watek zalozony przez Zara.beauty, ktory swietnie
                        ilustruje wlasnie taka sytuacje jaka opisalam powyzej - klasyczny
                        przyklad "odbicia palmy" po 15 latach malzenstwa :

                        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=15128&w=70945027
                        Ona nie mogla tego przewidziec na poczatku zwiazku. Teraz ma troje
                        dzieci, a facet kompletnie jej "poplynal". I rob co chcesz ;-/ Choc
                        nie jest do konca (przynajmniej na razie) powiedziane, ze wchodzi w
                        gre zdrada, to nie ukrywam ze takie opowiesci przerazaja mnie bardzo.

                        Jak na poczatku zwiazku przewidziec taki obrot sprawy, pytam
                        ponownie ? Jak zaoszczedzic sobie w zyciu takich klimatow? Jak im
                        zapobiec ???
                        • sunflower30 Re: P. S. 23.10.07, 17:05
                          Glam, sory, że zapytam tak otwarcie, ale czy ty masz jakieś
                          kompleksy, albo problem na tym punkcie? To jest kolejne Twoje
                          pytanie z gatunku, co zrobić, żeby facet nie odszedł, co zrobić,
                          żeby sie nie znudził w związku. Wbij sobie, Glam, do swojej ślicznej
                          zapewne głowki, że nic nie możesz zrobić, zupełnie nic. Bo choćbyś
                          na głowie stawała, czy na rzęsach, jak wolisz, nic nie możesz
                          zrobić, a tym bardziej przewidzieć, jak ułoży się Twoje życie, czy
                          związek. Jeśli facetowi z dnia na dzień odbije palma? Coż, takie
                          sytuacje się zdarzają, a nawet staja się powszechne, ale nie wiem,
                          czy można to przewidzieć, albo temu zapobiec. Powtórze po raz
                          kolejny, trzeba mieć własne życie, aby w przypadku odejścia męża
                          skutki tego wydarzenia były mniej odczuwalne. Ja również znam
                          kobiety, które mąż zostawił po wielu latach małżeństwa, ale
                          podziwiam je, za to jak daja sobie radę, pewnie dlatego, że razem z
                          mężem odeszła od nich tylko mała, całkiem malutka część życia.
                          Jak zaoszczedzić sobie takich klimatów? Jak im zapobiec? Nie wiem
                          Glam, ale chyba na tej samej zasadzie, jak można zapobiec np.
                          rakowi, albo wypadkowi na drodze. Pewnych rzeczy nie możesz
                          przewidzieć, ani im zapobiec, po prostu.
                          Pozdrawiam
                          • glamourous Re: P. S. 24.10.07, 12:50
                            sunflower30 napisała:

                            > Glam, sory, że zapytam tak otwarcie, ale czy ty masz jakieś
                            > kompleksy, albo problem na tym punkcie?


                            Czy mam problem?

                            Nie chce sobie spieprzyc zycia, po prostu, i tyle.
                            I raczej nie kompleksy, lecz obserwacja tego co sie dzieje naokolo,
                            tych wszystkich przyzwoitych facetow rzucajacyc/zdradzajcych
                            gremialnie zony, choc wczeniej wielka milosc, dzieci i sielanka ;-/

                            Aha, no i jeszzce lekki strach przed macierzynstwem, ktore, jako
                            kobieta ceniaca niezaleznosc, postrzegam w pewnym sensie
                            jako "klamka zapadla" - swojego rodzaju definitywne przywiazanie do
                            mezczyzny... Swiadomosc, ze wybor faceta oraz ewolucja zwiazku sa,
                            dokladnie tak jak piszesz, taka rosyjska ruletka - nie powiem,
                            troche mnie w tym kontekscie przeraza....
                            • marek_kolomanski babska jeszcze gorsze:) 24.10.07, 14:18
                              glamourous napisała:


                              > Czy mam problem?
                              >
                              > Nie chce sobie spieprzyc zycia, po prostu, i tyle.
                              > I raczej nie kompleksy, lecz obserwacja tego co sie dzieje naokolo,
                              > tych wszystkich przyzwoitych facetow rzucajacyc/zdradzajcych
                              > gremialnie zony, choc wczeniej wielka milosc, dzieci i sielanka ;-/
                              >

                              Kurcze, moje obserwacje tego co się dzieje dookoła są dokładnie odwrotne:)
                              Zauważyłem, ze to kobiety najczęściej zdradzają i zostawiają swoich facetów.
                              Najczęściej dla kochanka poznanego w pracy...

                              Trzy przypadki, które przyszły mi na myśl w ciągu sekundy:

                              1)Koleżanka nr 1 zostawia męża po 8 latach znajomości o odchodzi do kochanka
                              poznanego w pracy. Kochanek wkrótce zostaje mężem nr 2
                              2)Koleżanka nr 2 wraz z mężem (poznanym w pracy) zostają obydwoje zwolnieni
                              (pracowali w jednej sporej firmie). Ona wyjeżdża do Anglii zostawiając męża i
                              trzyletnie dziecko (dziecko ma teraz wyjechać z nią ). Po jakimś czasie życia na
                              odległość są już po rozwodzie. Niezłą suką się okazała bo teraz chodzi i
                              pierdoli po znajomych jak to go z niczym zostawiła po rozwodzie. Facet swoją
                              drogą taki dupowaty trochę był...
                              3)Koleżanka nr 3 ma męża również poznanego w pracy, mają trzyletnie dziecko,
                              zaciągnięty kredyt na mieszkanie. Pomimo, że pracuje z mężem w jednej firmie,
                              nie przeszkadzało jej to w romansie z długoletnim kolegom .....z pracy:)
                              Zamierza sprzedać mieszkanie i zostawić męża...

                              Żeby było śmiesznie opisane przypadki dotyczą ludzi pracujących w tej samej
                              sporej firmie. To grupa znajomych sobie osób.

                              Na dodatek jak poczytałem co kobiety wypisują o swoich facetach na sąsiednim forum:
                              forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=898
                              to mi się zwyczajnie włos na głowie zjeżył...

                              Jak widać panie nie mają żadnych skrupułów w tym temacie, nawet jeśli zostają z
                              małym dzieckiem:(

                              Dla równowagi znam tylko jeden przypadek, kiedy mój kolega zostawił żonę z
                              dwójką dzieci i odszedł do kochanki poznanej w pracy:)
                              • glamourous Re: babska jeszcze gorsze:) 24.10.07, 14:41
                                Ja mam z kolei zgola odwrotna sytuacje w moim otoczeniu - jestem
                                wlasnie swiezo po rodzinnej "bombie newsowej" : kuzynke mojego meza
                                zostawil wlasnie ojciec jej dwojga dzieci, sam zas wyjechal na
                                Martynike budowac nowe zycie u boku poznanej w pracy kochanki, z
                                owej Martyniki rodem ;-)

                                Dodam ze malzenstwo bylo calkiem udane, tylko tą egzotyką tak mu
                                powialo ;-))
                                • marek_kolomanski Re: babska jeszcze gorsze:) 24.10.07, 14:51
                                  Cecha wspólna wszystkich przypadków - kochanek/kochanka poznani w pracy:)
                                  Wniosek - zamknąć baby w domu z dziećmi jak 50 lat temu i statystyka się poprawi
                                  o 50%
                                  :)))
                                • zdzichu-nr1 Re: babska jeszcze gorsze:) 24.10.07, 15:00
                                  40 lat temu M. Samozwaniec pisała o "zagrożeniu blond" jakie czai się na
                                  porządnych facetów ze strony blondynek, obecnie to chyba 'exotic danger' ;-)
                                  Polacy są też na to podatni
                                  forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=12264&w=58229272&v=2&s=0
                                • al9 glam i udane małżeństwa 24.10.07, 16:12
                                  Dodam ze malzenstwo bylo calkiem udane,
                                  -----------
                                  jesli facet rzuca wszystko i leci na Martynikę to rzeczywiście miał
                                  bardzo udane małżeństwo... Po prostu wzorcowe... Był bardzo
                                  szczęśliwy...
                                  Wracam do mojej tezy: zdrada to wynik dużego i poważnego KRYZYSU!
                                  albo głupoty.... ale to chyba nawet gorzej

                                  Pozdr
                                  al
                                  • zdzichu-nr1 Re: glam i udane małżeństwa 24.10.07, 16:20
                                    al9 napisał:

                                    > jesli facet rzuca wszystko i leci na Martynikę to rzeczywiście miał
                                    > bardzo udane małżeństwo... Po prostu wzorcowe... Był bardzo
                                    > szczęśliwy...

                                    Nie musisz ironizować, bo naprawdę mogło tak być. Jest coś takiego jak syndrom
                                    psa, który urwał się z łańcucha. Czasem nawet ułożone pudelki wyrywają się z rąk
                                    swej Pani i przez tydzień latają w sforze kundli głośno ujadając i terroryzując
                                    przechodniów ;-)
                                    • glamourous Re: glam i udane małżeństwa 24.10.07, 16:30
                                      zdzichu-nr1 napisał:

                                      Jest coś takiego jak syndrom
                                      > psa, który urwał się z łańcucha. Czasem nawet ułożone pudelki
                                      wyrywają się z rą
                                      > k
                                      > swej Pani i przez tydzień latają w sforze kundli głośno ujadając i
                                      terroryzując
                                      > przechodniów ;-)


                                      ...potem zas czesto wracaja brudne i sponiewierane, bo w domu pelna
                                      miska i czyste legowisko ;-)
                                      Ale co przezyly - to ich!

                                      Moze taki sam mechanizm jest i u nas? Przezyc przygode po prostu,
                                      zerwac z rutyna, rzucic sie w wir czegos emocjonujacego, zakazanego?

                                      Nadal sie upieram, ze nie zawsze kryzys jest powodem zdrady
                                      malzenskiej.
                              • m125 Re: babska jeszcze gorsze:) 26.10.07, 21:41
                                to ludzkie sprawy,plec nie robi roznicy.ja tylko takich ludzi
                                podziwiam za odwage. nie chcialabym miec trojki dzieci - kazde z
                                innym facetem-fascynacja mija,mozna szukac bez konca. chyba,ze jak
                                sie znajdzie, to sie juz nie szuka - tego nie wiem
                            • m125 Re: P. S. 26.10.07, 21:39
                              nie wiem dlaczego piszesz,ze przeraza Cie macierzynstwo,bo wtedy to
                              klamka zapadla- dzieci sa najczesciej przy matce. jesliby myslec, ze
                              trzeba z dziecmi koniecznie na sile i bez wzgledu na wszystko zostac
                              przy ich ojcu, to nikt by dzieci nie mial, bo nie ma rzeczy trwalych
                              i zwiazki umieraja..milosc rodzicielska nie!
                          • krzysztof-lis Re: P. S. 08.08.08, 11:47
                            > To jest kolejne Twoje pytanie z gatunku, co zrobić, żeby facet nie
                            > odszedł, co zrobić, żeby sie nie znudził w związku. Wbij sobie, Glam,
                            > do swojej ślicznej zapewne głowki, że nic nie możesz zrobić, zupełnie
                            > nic. Bo choćbyś na głowie stawała, czy na rzęsach, jak wolisz, nic
                            > nie możesz zrobić, a tym bardziej przewidzieć, jak ułoży się Twoje
                            > życie, czy związek.

                            Czy oznacza to, że kobieta nie powinna się starać utrzymać męża przy sobie?
              • krzysztof-lis Re: makwalz 08.08.08, 11:42
                > Dlatego nie sadzmy, ze skoro nasz zwiazek nie przezywa "glebokiego
                > kryzysu" to jest OK i mozemy czuc sie bezpieczni.

                Możemy co najwyżej nie być świadomi kryzysu rozgrywającego się w głowie drugiej
                osoby. Głębokiego nawet!
    • miedzianakonefka Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... 23.10.07, 19:52
      Zabrzmiało jak harlekin. A mi się wydaje że w kochankach się szuka
      tego co dawno temu miała żona ale z premedytacja odrzuciłą wchodząc
      w nowy etap "rodzinny". Zamiast powitalnego uśmiechu warkot że to
      czy tamto nie pasuje, wymagania, narzekania i lament że to nie tak
      że miało być inaczej, to źle , tamto żle, wszystko źle a w ogóle
      to "gdzie miałam oczy jak cie brałam" że Jacek robi karierę , że
      lepiej za Włodka było sie wydać bo ma firmę. No i efekt jest prosty
      do przewidzenia. Facet się ulatnia do innej pani z którą czuje się
      dobrze.

      Alleluja i do przodu...
      • notsogoodgirl Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... 24.10.07, 09:02
        W zyciu czasem bywa i tak ze historia zaczyna sie jak Harlequin a
        konczy jak horror,albo dramat...
        A faceci na pewno nie cierpia zrzedzacych kobiet.Tu gdzie mieszkam
        na zrzedzenie mowi sie buru-buru:)
        Wiec nawet jak po jakims czasie kochanka zacznie buru-buru to facet
        sie zmyje.
        Ale to co przychodzi mi na mysl po lekturze niektorych watkow,ze
        chyba jedynym sposobem zeby uniknac fatalnego konca,jesli juz musi
        nastapic to nie zaprzedawac calej(calego) siebie.Miec i pielegnowac
        jakas malenka osobista przestrzen,jak maly ogrod.I jak wszystko
        pojdzie z hukiem,miec jakies miejsce gdzie mozna sie pozbierac.Ale
        nigdy do tej oazy nie dopuszczac partnera,nie dawac mu klucza ani
        hasla czy kodu.
        Kiedy zdarzy sie ze Nasz partner swoim odejsciem zniszczy nam po
        latach caly swiat,zostanie jakas sfera nie tknieta przez chaos i
        moze pozwoli nam to jakos powrocic do normalnosci.

        A jesli chodzi o to czy mamy wplyw na pewne sprawy.Ja wierze ze na
        wiele mamy i wielu da sie uniknac,prosty przyklad:
        Nie jestem dobrym kierowca,nie czuje sie pewnie za kolkiem ale
        prowadze samochod bo to mi bardzo ulatwia zycie. I Wcale nie musze
        jechac 100km/h zeby dotrzec tam gdzie jade.Zmniejszam w ten sposob
        ryzyko wypadku(oczywiscie nie do zera!!!)Przy mniejszej predkosci
        mam wrazenie pelnej kontroli nad tym co sie dzieje wokol mnie,lecac
        ponad stowe moge wielu rzeczy nie zauwazyc.Proponuje wiec niektorym
        zwolnic i rozejrzec sie bardziej dookola siebie :)Przynajmniej na
        drodze:)Milego dnia Wszystkim!
      • m125 Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... 26.10.07, 21:46
        dawno mnie tu nie bylo odkad pojawilam sie na chwile li i jedynie
        ale widze, ze zgadzam sie z tym co piszesz niezmiennie.
        sama jestem zona i matka i bardzo dbam o to zeby byc przede
        wszystkim kobieta!! nie rozumiem kobiet ktore koncentruja sie na
        byciu matka, do tego matka polka oraz facetow, ktorzy takie kobiety
        chca!!!!!!! jesli z tego powodu zdradzaja to rozumiem ich w 100%
    • sagittka glamorous 24.10.07, 15:18
      glamorous: "Mi chodzi o to, ze odejsc zawsze mozna, tyle ze nikt nam
      nie zwroci tych zmarnowanych lat."

      "Widzialam juz naprawde przyzwoitych ludzi,
      ktorym odbijala przyslowiowa palma w jakims momencie zycia. A potem
      co kobiecie z dwojka dzieci po stwierdzeniu ze maz "nie byl wart
      milosci" Pewnie i nie byl. Ale kawalka zmarnowanego zycia jej takie
      stwierdzenie nie zwroci. Trudnosci zwiazanych z samotnym
      wychowywaniem dzieci tez ta swiadomosc nie umniejszy. Dzieciom ojca
      tez bedzie brakowalo"



      Dlaczego upierasz się, ze to życie było zmarnowane?
      Nie można tego brac w kategorii inwestycji, która ma się zwrócić.
      Przykład, który podałaś: facet przyzwoity, tylko mu palma odbiła.
      Można domniemywać, że przez kilka lat kobieta była z nim szczęśliwa,
      mieli dzieci, ona nie myślała że marnuje życie. Nagle mu palma
      odbija i to bezsprzecznie jest ogromny zawód. Pojawiają się między
      innymi trudności z samotnym macierzyństwem, ale gdyby facet np.
      zszedł z tego świata, to sytuacja obiektywna byłaby podobna, ale nie
      przyszłoby jej do głowy mówić, ze zmarnowała zycie i zainwestowała
      uczucie w takiego, co nie dożył z nią starości (choć oczywiście
      wtedy jest zupełnie inny rodzaj żalu).
      Jesli zaś ona uważała że bycie z tym mężczyzną jest marnowaniem
      życia, to dlaczego z nim była? Chciała z nim być, czy jedynie
      inwestowała w to, żeby mieć u boku mężczyznę na 40 lat życia?

      Ja po 15 latach związku też stanęłam przed dylematem, co dalej z
      moim małżeństwem. Pojawił się kryzys, byłam psychicznie gotowa na
      decyzję, ze odejdę, jesli naprawa się nie uda. Oczywiście czułam
      wielki żal, że taki wspaniały związek być może się właśnie kończy.
      Ale właśnie dlatego, ze uważałam ze był wspaniały, to nie przyszłoby
      mi do głowy mówić, ze zmarnowałam te lata. Byłam bardzo szczęśliwa
      przez te 15 lat, urodziłam dwoje dzieci, czułam się kochaną i
      kochałam. Nie zmarnowałam tego czasu. Nawet jeśli mój związek się
      skończy (naprawa jeszcze trwa i wciąż mam nadzieję, ze się uda), to
      mam wspaniałe córki, których nie traktuję jako dopust boży, ani
      skutek uboczny "inwestycji". Myśle że, pozostając przy kategoriach
      ekonomicznych, wyjdę z tego z zyskiem, a nie stratą. Zyskiem są
      dzieci oraz 15 szczęśliwych lat. I życie się nie kończy w tym
      momencie.

      Naprawdę łatwiej jest żyć we dwoje mając świadomosć, ze związek i
      miłość nie jest dana raz na zawsze. I nie wszystkim się udaje mimo
      starań utrzymać ją przez cąłe życie w dobrej kondycji (tak jak ze
      zdrowiem).

      Glam, nie myśl o tym, co ci się opłaca, ani czy warto mieć dziecko,
      skoro mąż może kiedyś odejść. Powiedzenie, ze "urodziłam mu troje
      dzieci, a on mnie zostawił" jest wyrazem poświęcalnictwa. Po
      pierwsze w dzisiejszych czasach dzieci mamy także dla siebie (nie
      musimy "dawać" potomka mezowi), po drugie mamy prawo oczekiwac wtedy
      od partnera szacunku, wsparcia i wspólnego wychowywania tych dzieci,
      ale nie miłości. Tego się nie kupi.

      Wydaje mi się, że jeśli pomyślisz, ze chcesz być z tym meżczyzną,
      np. pod warunkiem, że będziecie szczęśliwi przez co najmniej 25 lat,
      oznacza, że nie jesteś pewna czy w ogole chcesz z nim być. W miłości
      nie ma miejsca na takie warunki. Można jedynie się starać, by
      trwała, ale nie mamy gwarancji, ze to sie uda.
      • glamourous Re: glamorous 24.10.07, 16:48
        Sagittko, moze rzeczywiscie jestem zbyt pragmatyczna i za bardzo
        podchodze do tej kwestii jak analityk gieldowy ;-)

        Ale nic nie bierze sie z powietrza, zostalam juz kiedys zraniona
        wlasnie dlatego ze facetowi sie "odwidzialo" tak po prostu, bez
        mojej szczegolnej winy - i do dzis nosze w sobie slady
        tej "dziejowej niesprawiedliwosci". Coz, pewnie przydalby mi sie
        kilka seansow u psychoterapeuty... ;-)
        • glosatorr Re: glamorous 25.10.07, 13:40
          Glam - czytając Forum czasami zapominam o tym co przeszli Ci, co tu
          sami piszą, więc ten watek był odświeżający.
          Myslę, że niepotrzebny Ci jest żaden psychoterapeuta, bo obserwując
          choćby swoje środowisko (bank) i moich kolegów i to co się czasami
          wyrabia, włos staje deba i wyć się chce. Mamy bardzo podobne koleje
          losu tylko, że ja Twoje dylematy mam troszeczkę już za sobą. Nie ma
          we mnie już lęku, nie ma ran (zagoiły się) jest wyłacznie czekanie
          na odpowiedni moment, odpowiednią kobietę, z którą już można zacząć
          wszystko od nowa, od poczatku mając już swiadomość popełnionych
          błędów, niezauwazonych symptomów, rzeczy których się nie zrobiło a
          powinno sie zrobić etc.

          To, że zostałas zraniona - jak wiele Pań tutaj piszących - nie jest
          czymś nietypowym, bo każdy kto nie urodził się geniuszem musi
          przejść drogę od bycia głupim do bycia mądrzejszym. I te rany na
          szczęście to takie przypomnienie o tym czego się robić w swoim życiu
          nie powinno.
          I tu nie chodzi o winę - ale o przebaczenie.
          Tak - o przebaczenie sobie.

          Bo my czasami nosimy w sobie poczucie winy w stosunku do nas samych.
          Nie potrafimy sobie wybaczyć błędnych decyzji, braku rozpoznanych
          symptomów zbliżającej się klęski, nierozpoznania byłych partnerów,
          którzy nas skrzywdzili, tych własnie chwil, gdzie odpuściliśmy sobie
          idąc do łóżka z kimś "tylko dla seksu" bądź chwilowego poczucia
          się "chcianym".

          I powiem Ci, że powinnać sobie odpuścić winy.
          Tak - tu miało rację wiele osób piszących, iż pewnych rzeczy się nie
          przewidzi. Życie ma to do siebie, że generalnie ono boli. My możemy
          czasami nauczyć się z tym bólem żyć - ale unikanie zycia pełną
          piersią z powodu lęku przed bólem - nie jest rozsądne.
          By wyjść z tej pułapki - na to jest jedna rada - odpuść sobie swoje
          winy. Nie bądź wobec siebie taka sroga.

          Ktoś Cię zranił - bo zaufałaś. Może zaufałaś pochopnie, może za
          mocno - ale tak ludzie robią, kiedy się zakochują. To już
          przeszłość, już wiesz czego nie robić, na co zwracać uwagę - jesteś
          wciąż wspaniałą kobietą, której po prostu jakiś idiota nie docenił i
          przez to Cię skrzywdził - tracąc.
          No trafiłas na ludzi, którzy więcej biorą niż dają, których jak
          podasz im chleb - oddają Ci kamieniem. No są tacy - niektórzy się
          kamuflują, niektórzy nie wiedzą, iż są skończonymi idiotami.
          Uważają, że jest inaczej. Każdy może przejść dokładnie to samo co
          Ty. Wybacz sobie - wybacz sobie, że popełniłaś błąd, że za mocno
          wierzyłaś. I pozwól swoim ranom by się zagoiły.

          Nie ma tak, że facetowi się coś nagle, bez przyczyny "odwidzi".
          Nie ma tak, że nagle ni stąd ni zowąc facetowi odbija. Takie gadanie
          i niedostrzeganie przyczyny jest wyłacznie lenistwem. Zawsze jest
          przyczyna i trzeba ją tylko odnaleźć szczególnie wtedy, kiedy trzeba
          przyznac się do błędów - np. że miało się na nosie różowe okulary.

          Mamy prawo do błędów. Ty je popełniłaś źle wybierając kogoś, zrobiło
          to wielu ludzi różnej płci. Ja też źle wybierałem, źle lokowałem
          uczucia. Ale już wiem czemu popełniałem błędy, chociaz dupa czasami
          bolała.

          Patrz optymistycznie w przyszłość i uwierz, że znajdziesz mężczyznę,
          który Cię pokocha, będzie chciał byś była matką jego dzieci, będzie
          czasami trudno, czasami śmiesznie i będzie też cudownie - bo już
          wiesz, że bywa różnie i że trzeba o związek dbać i wybrac takiego
          faceta, który tę zasadę też będzie znał.
          Tylko sobie wybacz. Powiedz to co napisałaś wyżej: tak, popełniłam
          błędy, tak, była głupia, ślepa a teraz 100 razy się zastanowię nim
          postawię pierwszy krok. I jak już sobie odpuścisz - to mam nadzieję,
          że poczujesz jak się goją twoje rany.
          Tego Ci serdecznie i wszystkim zranionym życze.
          • glamourous Gloss... 25.10.07, 15:01
            Dziekuje Ci za te budujace slowa. Dobrze jest czasem
            uslyszec z ust kogos obcego cos, co sie niby teoretycznie wie, ale
            nie do konca sie o tym na codzien pamieta...:-)

            Widzisz, problem w przypadku mojego bylego zwiazku nie polegal tym,
            ze bylam "slepa", ze zle wybralam - i ze sie teraz o to obwiniam,
            tylko na totalnej, niezaleznej ode mnie transformacji
            mojego bylego. I to mnie do tej pory tak strasznie przeraza. Ze
            mozna sie az tak bardzo zmienic pod wplywem tzw. kariery. Poznalam
            milego, fajnego, usmiechnietego chlopaka, tzw. "serce na dloni",
            ktory swiata poza mna nie widzial - i ktory w przeciagu kilku lat
            przeistoczyl sie w straszliwego buca - mrukliwego, gruboskornego,
            pogardzajacego ludzmi "nie na stanowisku", i do tego potwornego
            pracoholika. No Mr. Hyde po prostu :-) Nawet dla dawnych znajomych
            zrobil sie niesympatyczny, zerwal wszystkie stare kontakty. Brzmi
            niewiarygodnie ale tak wlasnie bylo. Totalna przemiana.

            Wiem, ze cos takiego jest mozliwe i tego wlasnie sie obawiam. Ze
            cudowny i empatyczny mezczyzna z ktorym teraz od 5 lat dziele zycie,
            z ktorym uleczylam dawne rany - tez moze sie kiedys tak zmienic.
            Chociaz sama widze, ze to na szczescie nie ten sam typ osobowosci,
            ze to zupelnie inna bajka, ze ten (w przeciwienstwie do tamtego)
            kocha mnie naprawde - to jednak obawiam sie ze w momencie kiedy
            spale za soba wszelkie mosty (macierzynstwo, o ktorym decyzja zbliza
            sie nieuchronnie) znow kolejnemu facetowi w moim zyciu nagle odbije
            cholerna palma. Przeraza mnie wlasnie ta nieuchronnosc,
            przynaleznosc biologiczna do mezczyzny, to spalenie mostow, ktore
            sprawi ze facet poczuje sie znow ZBYT pewnie i.... Wiem, ze musze z
            tym walczyc, nie myslec ciagle o tym - po prostu zaufac. Ale nie
            jest to latwe, to siedzi we mnie gleboko.
            Ale grunt ze zdaje sobie sprawe z problemu, a to wedlug szkoly
            psychoanalizy juz polowa sukcesu :-)

            Dzieki serdeczne za pelen dobrej energii post i pozdrawiam :-)
            • glosatorr Re: Gloss... 25.10.07, 23:26
              glamourous napisała:


              >
              > Widzisz, problem w przypadku mojego bylego zwiazku nie polegal tym,
              > ze bylam "slepa", ze zle wybralam - i ze sie teraz o to obwiniam,
              > tylko na totalnej, niezaleznej ode mnie transformacji
              > mojego bylego. ... No Mr. Hyde po prostu :-)

              No na początku myślałem, że coś przeoczyłem, ale dzięki Ci Glam za ten list, bo
              tak naprawdę wydaje mi się, że może uda mi się jedną Twoją obawę rozwiać.
              Mianowicie - nadal podtrzymuję tezę, w której pisałem, że czasami siebie
              obwiniamy za zły wybór. No źle wybrałaś. Wybrałaś mr. Hyde i nie odkryłaś w nim
              wcześniej tego co się nazywa "Stabilnością wewnętrzną" a co opisać mogę jako
              wewnętrzną niezmienność w stosunku do osoby w związku. Ja np. mogę być potworem
              wobec innych, ale wobec kobiety zawsze będę taki sam. Czy można to rozpoznać?
              Myślę że można - bo taka stabilność wewnętrzna jest charakterystyczna dla
              mężczyzn po przejściach, którzy już z niejednego pieca chleb jedli, którzy
              wiedzą co jest ważne, a co jest mniej lub bardziej ważne a co jest nieistotne.
              Fakt - czasami kasa powoduje, że z miłego faceta robi się taki "szfunio" w domu.
              Poczucie władzy - zgodnie z przysłowiem: Im wyżej małpa się wspina, tym bardziej
              odsłania swój tyłek - pokazuje, że facet zrzuca maskę.
              Widzisz - spora grupa Panów, kiedy im zależy na poprawnych, dobrych a nawet
              bardzo dobrych relacjach z kobietą - stara się. Dlatego ja na swoim blogu
              powtarzam jak mantrę: Pamiętaj spraw, żeby Twój facet nigdy nie poczuł się pewny.
              Piszesz, że obawiasz się, że Twój obecny partner, pod wpływem jakiegoś czynnika
              się zmieni, nagle się zbiesi. No to nie zostaje Ci nic innego, jak zabrać go na
              Twój poligon i zaobserwować jak on się zachowuje, kiedy Ty mu zmieniasz warunki
              pogodowe w związku. Np. kiedy milkniesz, albo kiedy jesteś nad pobudzona, potem
              mu zapłacz, a na końcu przemień w wampa. I tak parę razy i ...obserwuj. Jak
              reaguje. Czy jest wewnętrznie spójny. Czy zmiana okoliczności, życia, statusu -
              powoduje, że facet nagle się zmienia, pokazuje inną twarz. To taka refleksja na
              gorąco.


              >
              > Wiem, ze cos takiego jest mozliwe i tego wlasnie sie obawiam. Ze
              > cudowny i empatyczny mezczyzna z ktorym teraz od 5 lat dziele zycie,
              > z ktorym uleczylam dawne rany - tez moze sie kiedys tak zmienic.

              A może zaufaj? No jesteście 5 lat - to kawał czasu. Nie widzę sensu w tym, abyś
              tutaj opowiadała o swoim związku - ale sama się zastanów, czy po 5 latach bycia
              razem masz jakieś realne przesłanki, że on może w sobie skrywać mr. Hyda?

              Bo jeśli to tylko Twoje własne obawy, to wyzwól się od nich zdając sobie sprawę,
              że to tylko Twój lęk przed nieznanym. Ale musisz to sama przemyśleć, czy to
              tylko Twoja podświadomość, czy jednak nie wydarzyło się coś, co powoduje, że
              Twoje zaufanie dla Partnera jest niepełne.

              > Chociaz sama widze, ze to na szczescie nie ten sam typ osobowosci,

              To ważne.

              > ze to zupelnie inna bajka, ze ten (w przeciwienstwie do tamtego)
              > kocha mnie naprawde - to jednak obawiam sie ze w momencie kiedy
              > spale za soba wszelkie mosty (macierzynstwo, o ktorym decyzja zbliza
              > sie nieuchronnie)

              A tego nie zrozumiałem zupełnie. Czemu macierzyństwo jest spaleniem wszystkich
              mostów? Dla mnie to zupełnie bezpodstawna teza.
              Będąc w ciąży będziesz pracować - jeśli masz własną firmę - to przez czas
              okołoporodowy, możesz firmę odwiedzać sporadycznie a potem będziesz nadal po
              paru dniach mogła do niej wrócić. Ja nie rozumiem Twojego dylematu. Zresztą w
              związku opieka nad dzieckiem powinna byc dzielona między obu partnerów, więc o
              jakim paleniu mostów mowa?
              Chodzi Ci o nieodwracalność? Dziecko nie jest żadną przeszkodą.
              Ani alibi.

              > znow kolejnemu facetowi w moim zyciu nagle odbije
              > cholerna palma.

              To po 5 latach nie znasz swojego faceta?
              To odpowiedz sobie Glam - czemu tak myślisz?

              > Przeraza mnie wlasnie ta nieuchronnosc,
              > przynaleznosc biologiczna do mezczyzny, to spalenie mostow, ktore
              > sprawi ze facet poczuje sie znow ZBYT pewnie i....

              Nie poczuje się tak długo, jeśli w swojej głowie nie zrobisz mądrego zabiegu.
              Dziecko nie jest żadnym mostem - to owoc Waszej miłości. Jeśli on zawiedzie, to
              trudno. Ale posiadanie dziecka, to nie więzy, to nie smycz, to nie łańcuch. Może
              Ty tak myślisz, ale dziecko nie jest żadną przeszkodą. Jeśli facet zawiedzie.
              Możesz mu to powiedzieć, o tej obawie i zaobserwuj jego reakcję.

              > Wiem, ze musze z
              > tym walczyc, nie myslec ciagle o tym - po prostu zaufac.

              Powinnaś i zastanów się sama, czemu nie ufasz mu. I sobie...

              >Ale nie
              > jest to latwe, to siedzi we mnie gleboko.
              > Ale grunt ze zdaje sobie sprawe z problemu, a to wedlug szkoly
              > psychoanalizy juz polowa sukcesu :-)
              >
              Owszem - ale myślę, że najwyższy czas powiedzieć sobie - raz kozie śmierć. Jak
              facet zawiedzie, to dam mu kopa a przynajmniej dziecię me mi zostanie. I pomyśl,
              że mężczyźni też nie z każdą kobietą chcą mieć dziecko. Tak więc nie tylko Ty
              dokonujesz wyboru. On - Twój partner - ma dokładnie takie same przemyślenia. Bo
              my ojcowie, tracimy więcej, jeśli zawiedziemy. Widzenia z dzieckiem w
              weekendy... to duża kara... i boli bardzo. Tak więc myślę, że zamartwiasz się na
              zapas. No chyba, że coś sama przed sobą ukrywasz...

              > Dzieki serdeczne za pelen dobrej energii post i pozdrawiam :-)
              >
              Nie ma sprawy ;)) Trzymam za Was kciuki i życzę powodzenia.

              >
    • jurre Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... 24.10.07, 17:59
      Notsogoodgirl, chcialas komentarzy mezczyzn, prosze.
      Po pierwsze, podziwiam cie, silna jestes i dobrze zrobilas.
      Po drugie, to nie tylko mezczyzni zdradzaja swoje zony,
      statystycznie rzecz biorac powinno byc mniej wiecej tyle samo
      zonatych kobiet, ktore zdradzaja swoich mezow, czyli problem
      powinien byc jakos symetryczny, nie?
      Po trzecie, tu probuje nawiazac do rozwinietej dyskusji, moga byc
      rozne powody zdrady. Ciekawosc, nuda, chec przygody, itp. Ale jednak
      najbardziej wiarygodnym powodem to to, ze malzenstwo nie dziala,
      albo zle dziala. I to nie jest wina kochanki, a raczej meza i zony.
      Nie zawsze czlowiek jest tego swiadomy, ale wydaje mi sie, ze tak
      jest.
      Moge opowiedziec moja historie.
      Po wielu latach malzenstwa, bardzo dobrego jak mi sie wydawalo,
      zaczalem sie rozgladac za innymi kobietami. Jeszcze pare lat pozniej
      nawiazalem romans z kobieta, tez mezatka. Na poczatku wszystko bylo
      ok, moglem wrocic do domu i miec seks z zona i wydawalo mi sie, ze
      to tylka fajna przygoda. Po jakims czasie jednak, zuwazylem, ze
      stosunek do mojego malzenstwa zmienil mi sie, zaczalem duzo bardziej
      krytycznie patrzec na nie.
      Moja kochanka przezywala to w podobny sposob.
      Skonczylo sie na tym, ze kazde z nas sie rozwiodlo, jestesmy teraz
      rezem i dobrze nam jest.
      Wazne jest jednak co innego: tak jak ja to widze, to ona byla
      katalizatorem ktory pozwolil mi realistycznie popatrzec na moje
      zycie i przyspieszyl moj rozwod. Ja dzialalem w podobny sposob na
      jej rozwoj.
      Czy ona rozbila moje malzenstwo? Ja twierdze, ze nie. Moje
      malzenstwo zostalo rozbite przeze mnie i przez moja zone w czasie
      gdy nie widzielismy jak sie rozpada i nie probowalismy go naprawiac.
      Czy ja rozbilem malzenstwo mojej obecnej partnerki? Tak samo nie.
      Tyle.
      Jak ktos ma jakies komentarze, przeczytam chetnie, odpowiem tez.
      Jurre
      • glamourous Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... 24.10.07, 22:16
        jurre napisał:

        Po jakims czasie jednak, zuwazylem, ze
        > stosunek do mojego malzenstwa zmienil mi sie, zaczalem duzo bardziej
        > krytycznie patrzec na nie.
        > Moja kochanka przezywala to w podobny sposob.
        > Czy ona rozbila moje malzenstwo? Ja twierdze, ze nie.
        > Czy ja rozbilem malzenstwo mojej obecnej partnerki? Tak samo nie.


        A czy nie przyszlo Ci do glowy, ze angazujac sie coraz bardziej w zwiazek z
        kochanka, zaczales podswiadomie coraz bardziej negatywizowac swoje malzenstwo?
        Szukac dziur w calym, widziec rozne rzeczy na czarno, wyolbrzymiac? Moze to byla
        podswiadoma proba usprawiedliwienia sie przed samym soba z romansu ("przeciez z
        ta nowa mi lepiej, a zona to to i tamto") W kazdym, nawet najlepszym zwiazku sa
        jakies drobne minusy, jakies slabe punkty. Na ogol w udanym zwiazku nie
        przeszkadzaja one na codzien, da sie z nimi zyc. Kiedy jednak pojawi sie na
        horyzoncie ktos nowy i atrakcyjniejszy (chocby przez sam fakt nowosci i
        "niecodziennosci") moze byc tak, ze sami zaczynamy szukac pretekstow do wyrwania
        sie ze starego ukladu, podswiadomie go wypieramy robiac miejsce dla nowego.
        Zazwyczaj jest tak, ze kiedy tracimy do czegos motywacje, preteksty znajduja sie
        same.

        Wyobrazmy sobie, ze komus zupelnie swietnie sie jezdzi dwuletnim wygodniutkim
        samochodem. Lecz jesli pojawi mu sie sansa na wyjatkowo korzystny zakup nowego -
        jeszcze fajniejszego - wtedy natychmiast okaze sie ze ten "stary" - chociaz w
        gruncie rzeczy bardzo dobry - to wiecej pali, nie ma z tylu elektronicznych szyb
        ani wbudowanego GPSU, czy innych bajerow :-) Detale, ktore dotad zupelnie nie
        przeszkadzaly ani nie wplywaly na komfort jazdy szybko urosna do rangi rzeczy
        nieakceptowalnych - az w koncu czlowiek nakreci sie tak, ze decyzja wyda mu sie
        oczywista, a powody znajda sie same...
        • jurre Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... 25.10.07, 09:44
          glamourous napisała:


          >
          > Wyobrazmy sobie, ze komus zupelnie swietnie sie jezdzi dwuletnim
          wygodniutkim
          > samochodem. Lecz jesli pojawi mu sie sansa na wyjatkowo korzystny
          zakup nowego
          > -
          > jeszcze fajniejszego - wtedy natychmiast okaze sie ze ten "stary" -
          chociaz w
          > gruncie rzeczy bardzo dobry - to wiecej pali, nie ma z tylu
          elektronicznych szy
          > b
          > ani wbudowanego GPSU, czy innych bajerow :-) Detale, ktore dotad
          zupelnie nie
          > przeszkadzaly ani nie wplywaly na komfort jazdy szybko urosna do
          rangi rzeczy
          > nieakceptowalnych - az w koncu czlowiek nakreci sie tak, ze
          decyzja wyda mu sie
          > oczywista, a powody znajda sie same...
          >
          >
          Po pierwsze, nie chce porownywac stosunkow ludzkich ze zmiana
          samochodu. To byloby wulgarne i bardzo niestosowne.
          Po drugie, sam zastanawialem sie wtedy oczywiscie, dlaczego zaczalem
          sie rozgladac za innymi kobietami?
          Chyba dlatego, ze nasze malzenstwo przestalo funkcjonowac. Wczesniej
          do glowy by mi to nie przyszlo.
          Owszem, gdy to zauwazylem, probowalem nawiazac jakis kontakt z zona,
          zaczac z nia rozmawiac o tym jak sie od siebie oddalalismy, niestety
          bez responsu z jej strony.


          > A czy nie przyszlo Ci do glowy, ze angazujac sie coraz bardziej w
          zwiazek z
          > kochanka, zaczales podswiadomie coraz bardziej negatywizowac swoje
          malzenstwo?
          > Szukac dziur w calym, widziec rozne rzeczy na czarno,
          wyolbrzymiac?

          To nie byly dziury w calym, to byly dziury. Widzialem je tez
          wczesniej, ale z tych lub innych wzgledow przechodzilem nad nimi do
          porzadku dziennego.

          Moj poglad na to wszystko co mi sie wtedy zdarzylo jest taki:
          Dzisiaj moje zycie ma wyzsza jakosc, nie moglbym sobie teraz
          wyobrazic kontynuacji mojego malzenstwa.

          Moze to byl
          > a
          > podswiadoma proba usprawiedliwienia sie przed samym soba z romansu
          ("przeciez z
          > ta nowa mi lepiej, a zona to to i tamto") W kazdym, nawet
          najlepszym zwiazku sa
          > jakies drobne minusy, jakies slabe punkty. Na ogol w udanym
          zwiazku nie
          > przeszkadzaja one na codzien, da sie z nimi zyc.

          W nieudanym zwiazku tez da sie z nimi zyc, tylko po co. Czy nalezy
          kontynuowac malzenstwo gzie zyje sie kolo siebie a nie ze soba?
          Gdzie rutyny dnia codziennego sa tak dobrze opracowane i znane, ze
          nie przeszkadza sie sobie za bardzo, ale gdzie nie ma sie zadnego
          kontaktu uczuciowego?

          jurre
          • sagittka Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... 25.10.07, 09:57
            > W nieudanym zwiazku tez da sie z nimi zyc, tylko po co. Czy nalezy
            > kontynuowac malzenstwo gzie zyje sie kolo siebie a nie ze soba?
            > Gdzie rutyny dnia codziennego sa tak dobrze opracowane i znane,
            ze nie przeszkadza sie sobie za bardzo, ale gdzie nie ma sie zadnego
            > kontaktu uczuciowego?


            > Po wielu latach malzenstwa, bardzo dobrego jak mi sie wydawalo,
            > zaczalem sie rozgladac za innymi kobietami.

            Te dwa cytaty z twoich dwóch postów dowodzą, że najczęściej
            przegapiamy krytyczny moment, do którego wszystko jest OK., a po
            którym to, co wydawało nam się dopasowaniem, dogadaniem się i dobrą
            organizacją życia rodzinnego, staje się grobowcem emocji
            (pozytywnych i negatywnych), obojętnością, chłodem uczuć.
          • glamourous Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... 25.10.07, 10:52
            Przepraszam za odrobine niestosowne porownanie do samochodu, jesli
            Cie ono urazilo. Nie mialam jednak zamiaru porownywac akurta
            konkretnie Twoich zwiazkow do zamiany samochodow, chcialam tylko
            wykazac jak bardzo wszystko jest wzgledne i jak bardzo nasz punkt
            widzenia jest czasami tendencyjny - nasze myslenie zalezy bardzo
            czesto od tego jak sami je sobie "nakrecimy".

            Niepotrzebnie wdalam sie w te dyskusje - oczywiscie nie mam pojecia
            jak naprawde bylo w Twoim bylym malzenstwie, z Twojego opisu nie
            wynikalo CO konkretnie bylo w nim nie tak. Napisales jedynie ze
            uwazales swoj byly zwiazek za "bardzo udany" wiec na tej podstawie
            wysunelam akurat taka hipoteze - co nie znaczy ze tak akurat musialo
            byc. Ty znasz najlepiej swoja historie i miales pewnie powazne
            powody, zeby podjac akurat taka decyzje. Nie nam tutaj oceniac.

            Pozdrawiam :-)
            • jurre Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... 25.10.07, 12:27
              Sagittko, masz racje. Juz po rozwodzie mielismy z zona kilka dlugich
              dyskusji, cale noce mogly nam na tym przejsc, gdzie sobie duzo
              wygarnelismy, spokojnie i nawet dosc konstruktywnie. Wudaje mi sie,
              ze gdybysmy mieli takie rozmowy kilka lat wczesniej i gdybysmy je
              kontynuowali to pewnie bylibysmy ciagle ze soba. A tak...

              Glamourous:
              To porownanie z samochodem uwazalem za nieodpowiednie glownie
              dlatego, ze jest aktualne w konsumpcyjnym spoleczenstwie, gdzie
              takie symbole sa bardzo wazne. Ja staram sie dzisiaj odejsc od tego,
              wazniejsze dla mnie sa przezycia niz posiadanie.
              Co konkretnie bylo nie tak w naszym malzenstwie, to nawet nie jest
              takie bardzo istotne, uwierz mi, bylo. Jak pisalem "bardzo dobrego"
              to dodalem, ze tak mi sie wtedy wydawalo. Nie bylo takie, ale jak
              sie rozwijalismy, dzieci sie plodzily i rosly to czlowiek nie mial
              czasu sie nad tym zastanawiac.
              Dziekuje, ze moglem sie troche wygadac, pozdrawiam,
              jurre
              • nuela Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... 26.10.07, 14:23
                Nie bawią mnie role drugoplanowe,nigdy nie grałam na skrzypcach,ale intuicyjnie
                wyczuwam, że lubię pierwsze. Nie znam nut, ale jestem muzykalna. Całą wiedzę
                muzyczną przyswoiłam ze słuchu i w sposób praktyczny.Moim ulubionym składem jest
                duet. Dyskwalifikuję już trio, nie wspominając o orkiestrach.
                I najważniejsze: ZAWSZE wyczuwam fałszywe nuty, a wtedy nawet najpiękniejsza
                melodia się kończy.

                Pomyślałem sobie, że gdyby zjednoczyć nasze siły w walce o lepsze jutro, to
                efekt mógłby być zaskakujący. Tak, to chyba najwłaściwsze słowo.

    • notsogoodgirl Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... 26.10.07, 17:51
      Zonaty dzis dzwonil 3 razy...Powiedzial ze jednak mysli o niej
      codziennie wiec dzwoni aby sprawdzic co u niej ,czy wszytsko ok.
      Czyzby ...?
      • nuela Zmień numer telefonu 26.10.07, 22:35
        Kobiety mają dwa chromosomy X, a mężczyźni jeden X i jeden kulawy Y, który
        chybocze się na kruchej nóżce, podejrzewam, że w nim ukryte są ich atawistyczne
        pragnienia.
      • notsogoodgirl ciag dalszy... 26.07.08, 14:25
        Po dokladnie roku od ich rozstania.Po roku unikania jakiegokolwiek
        kontaktu z jej strony,zonaty mimo wszytsko wyslal sms z informacja
        ze wraca do swojej ex(dziewczyny,ktora zna juz dobrze caly uklad i
        nie musi jej na nowo uczyc i przystosowywac do bycia kolem zapasowym)
        Tak sie oto konczy cala historia.Widuja sie czasem,z usmiechem
        wymienia dzien dobry i tyle...Bylo minelo...a moze to wcale nie
        prawda tylko jakis sen wariata sniony na jawie...
        • lunatic_ann Re: ciag dalszy... 26.07.08, 14:56
          historia do mojej podobna, nie calkiem, mimo to, zaluje, ze nie
          przeczytalam wczesniej:)
          a co to za ex? czyzby jakas tzrecia? ja chyba nie zrozumialam...
          napisz
        • krissdevalnor100 Re: ciag dalszy... 26.07.08, 19:31
          Istnieje ksiażka "Dawcy i biorcy", autora nie pomnę. Mimo pewnych
          uproszczeń czy przerysowań spora część niezrównoważonych układów
          damsko-męskich przepięknie jest tam rozpracowana. Zwłaszcza tym
          książkowym dawcom przydałaby się wiedza, jaką grają/grali rolę w ich
          bajce. Dlatego polecam. Układ: facet i iks kochanek bardzo mi
          przypomina historie tam opisane.
          Aż dziw, że są ludzie, którzy się w takie układy ładują, ale są i
          należy im się coś na otwarcie oczu.
    • prosty_facet Dla kochanek i kochanków - inna wersja :-) 26.07.08, 20:44
      No prawie trafione :-) Chyba, że ona jest mężatką, z dwójką dzieci i mężem,
      któremu nie staje .... I raz w tygodniu on i ona spotykają się na fajny, 2 - 3
      godzinny sex, po którym oboje super się czują i ładują akumulatory na kolejny
      tydzień "normalnego" życia w rodzinach ....
      • matkapolka2 Re: Dla kochanek i kochanków - inna wersja :-) 26.07.08, 21:30
        właśnie....:)
        • raffi73 Re: Dla kochanek i kochanków - inna wersja :-) 27.07.08, 22:25
          facet chce zeby zona byla dobra ,odpowiedzialna,zajmowala sie nim jak
          chory,dobra dla dzieci a kochanka zeby bula namietna i robila rozne fajne
          rzeczy z jego fujarka.
    • notsogoodman Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... 08.08.08, 08:53
      Taka moja historia tego który stoi po drugiej stronie, zdradzającego i mającego
      małżonkę:
      Właśnie mija kolejny już dzień jak się zastanawiam w jaki sposób
      zrobić sobie rachunek sumienia i wyjaśnić jak to wszystko naprawdę
      było i jakie motywy kierowały mną gdy postępowałem tak, a nie inaczej
      z Nią.
      W końcu postanowiłem napisać ten tekst pod wpływem rozmów z Nią samą.
      Co za absurd, rozmawia ze mną pomimo, że wywinąłem jej życie do góry
      nogami. I to w sposób bardzo brutalny. Kto- jedyna moja kochanka.
      Pierwsza i zapewne ostatnia, nigdy już nie będzie tak jak z Nią, a i
      sam fakt zdrady nie powoduje, że chcę to robić notorycznie z coraz to
      nowymi kobietami. Ja porostu zdradziłem trochę nietypowo, ale
      jednocześnie tak klasycznie.

      Plan był nad wyraz prosty. Trochę ryzykowny, ale przy odrobinie
      logicznego zaplanowania, całkiem łatwy do przeprowadzenia.
      Nie wiem, jakie motywy mną kierowały. Zobaczcie sami:
      - seks z żoną bardzo dobry, urozmaicony, coraz to nowe wariacje :)
      - relacje domowe, ciepłe i rodzinne
      - miłość była i jest cały czas
      - rodzina moja na punkcie małżonki bardzo pozytywnie nastawiona wręcz
      rewelacyjnie
      - może trochę pochłonęła nas kariera i robienie biznesów i
      oddaliliśmy się od siebie, ale wciąż potrafiliśmy odnajdywać sie
      nawzajem i być ze sobą , a nie koło siebie

      Ale plan został wcielony w życie.
      Założywszy konto na jednym z serwisów randkowych i zacząłem
      poszukiwania. Już sam nie wiem czy ja byłem pierwszy, czy Ona
      kliknęła pierwsza. Mniejsza o to. Nawiązała się nić porozumienia.
      Jedno jej zdjęcie było dla mnie fascynujące. Stała w spódniczce w
      szkocką kratę oparta o blat mebli. Normalnie jak patrzyłem na to
      zdjęcie, ciarki przechodziły mnie po plecach.
      Spódnica była krótka, ale zdjęcie było ucięte zaraz na wysokości
      połowy ud, więc nie widziałem całych nóg. Boże, jak ja już wtedy
      pragnąłem jej. Czysto fizycznie. Niby absurd, bo jak można kogoś
      pragnąć na podstawie jednej pieprzonej fotki? Pomyślicie jakiś pojeb.
      Ale zapytam się Was, facetów, czy nie zdarzyło Wam się nigdy w życiu
      pod wpływem jednego zdjęcia czuć mrówek na plecach? jakiś pozornie
      nieistotny szczegół na fotce, powodował, że kobieta na nim widniejąca,stawała
      się dla Was pożądaniem nad wyraz silnym i nie pozwalającym
      spokojnie ogarnąć myśli? jeśli teraz się pukacie w czoło to powiem
      Wam, że nie żyliście nigdy pełnią pożądania. Żadna erekcja nie zastąpi
      tego uczucie które dodatkowo potęguje stan pożądania.

      Rozpocząłem z Nią grę. Najpierw delikatne rozbudzenie jej uśpionej
      kobiecości, potem stopniowe wchodzenie głębiej w jej duszę ,
      odkrywanie jej zmysłowości, wydobywanie na wierzch piękna. Niby
      miała być to zmysłowa gra słów, ale tak naprawdę ukierunkowana była
      na jedno. Posiąść Ją do końca, bez zahamowań. Oszalałem na tym
      punkcie.
      Nie było to najtrudniejsze, Ona miała dłuższą przerwę w relacjach z
      mężczyznami, sam nie wiem jakim cudem jakiś facet jej nie wypatrzył,
      przecież to diament, który należy oszlifować, dać jej wolność,
      rozświetlić Ją i błyszczałaby Swoim oryginalnym blaskiem będąc u boku
      tego szczęśliwca spełniona. Ale, cóż najwyraźniej więcej było mośków
      niż facetów mężczyzn, którzy umieliby docenić jaki skarb właśnie
      odkryli. Lucky me!!
      Pierwsze spotkanie na neutralnym gruncie, maiło pozwolić mi zbadać
      mój cel. Wspólny obiad, wzajemne badawcze spojrzenia, potem pierwszy
      pocałunek. Pamiętam to jak dziś, siedzieliśmy z tyłu restauracji na
      wolnym powietrzu, na ławeczce z oparciem i smakowałem jej usta z
      rozkoszą i wielką przyjemnością. Już wtedy miałem niepohamowaną
      ochotę wessać się w jej szyję i niżej w jej piersi i powędrować
      dłońmi do jej bielizny i czuć i smakować jej wilgoć.
      Pachniała słodko, delikatne perfumy, wtedy jeszcze nie ode mnie, ale
      już wtedy pomyślałem, że chciałbym dobrać jej zapach perfum, żebym
      wiedział, że tak właśnie pachnie Tylko Ona.
      Po spotkaniu byłem bardzo zadowolony. Wszystko rozwijało się w jak
      najlepszym tempie. Dalej tkałem swoją pajęczą nić w która miała wpaść
      Ona.
      I sama stopniowo, ale konsekwentnie wchodziła w kierunku sieci.
      Drugie spotkanie miało być tym , na którym spełnię swoje pragnienia.
      Uwierzcie mi- było po stokroć. Było bardzo smakowicie i ....czule.
      Wtedy chyba wpadłem na pomysł kupienia jej osobistego prezentu.
      Prezentu, którego, nomen omen, nigdy jej nie wręczyłem. Wtedy
      poleciałem do tego sklepu i kupiłem go i leży on u mnie w biurku do
      dziś.
      Miałem zaliczenie. Ale ja chciałem więcej i więcej. Zamiast teraz
      stopniowo się wycofać, chciałem z Nią szaleć i kochać się do końca.
      Nie wiedziałem, że stąpanie po kruchym lodzie się zaczęło.
      Wtedy żyłem w dziwnej euforii, faceta, który miała świadomość zdrady,
      ale chciał, żeby stan ten trwał jak najdłużej. Nie dlatego, że
      wracałem do domu i nie miałem ochoty na seks z żoną. Miałem i było
      cudnie.
      Dlatego, że chciałem Ją, Moją Kochankę odkrywać stopniowo, dawać Jej
      i brać sobie wszystko, na co przyjdzie ochota.
      Zapach dobrany Pewnie wiele Pań na forum powie, że oklepany, ale
      Chance Chanel dawał mi najbliższe o Niej wyobrażenie. Subtelny, ale
      wyrazisty, nie za ostry , ale nie ginął w palecie zapachów, która nas
      otacza. Wyróżniał się. I tak chciałem, aby Moja Kochanka się właśnie
      wyróżniała. Bym ją wyczuwał już na odległość i wiedział, że to Ona.
      Co ciekawe, moja Małżonka była zwolenniczką zupełnie odmiennej linii
      zapachowej, Gucci Rush. I też ten zapach podkreślał jej osobowość i
      wyjątkowość.
      Wtedy kruchość lodu zwiększać się zaczęła dość intensywnie. Nie
      wiedziałem, dlaczego tak się dzieje. Potem po upływie pewnego czasu,
      myślałem, że to przewrotność losu tak spowodowała.
      Zaczęło mi na Niej zależeć. I co ciekawe, wraz ze wzrostem mojego
      zaangażowania w Jej osobę nie malało zaangażowanie uczuciowe do mojej
      żony. Dziwne to wszystko było wtedy.
      Chciałem jej wreszcie dać ten prezent (ten który leży do dziś), ale
      wciąż bałem się, że może go odczytać jako zielone światło dla
      miłości, tak dla miłości, bo chyba wtedy się to zaczęło klarować i
      definiować. Jestem pewny, że mnie kochała. Teraz, po upływie roku,
      wiem, że to było bardzo silne uczucie.
      A wtedy, była totalnie zaangażowana. Ja już wiedziałem, że to
      ślepa uliczka i zacząłem ulatniać się w stylu pseudo angielskim, ale
      koniec końców chodziło o to żeby to wszytko wygasło. Tyle, że
      wszystko we mnie w środku wyło i wołało NIE!!! Sam sobie stawiałem
      zaporę przed uczuciem jakie mnie zaczynało ogarniać. Uczuciem do
      Mojej Kochanki, która miała być Kochanką, a nie miłością.
      Trwałem w ciszy mimo wszystko, chociaż był to jeden z bardziej
      podłych okresów w moim życiu.
      Aż w końcu sama odkryła , że jestem żonaty. Pamiętam ten sms, który
      przyszedł do mnie rankiem od Niej.
      Dramat. cały się roztelepałem. I uwierzcie mi nie z tylko z powodu
      strachu o małżeństwo, to takie stereotypowe, ja telepałem się też z
      powodu strachu przed tym, że właśnie miłość wyrywa mi się z rąk i
      nigdy już nie będzie dla mnie.
      Wiem byłem skurwysynem, tchórzem, pewnie wciąż takim jestem. Ale
      przeżyłem wtedy nietypową miłość. Miłość, której nigdy nie wyznałem,
      która była zbudowana na podłych fundamentach, na obłudzie ,
      kłamstwie i niewierności. Jak siedzę dziś nad tą spowiedzią, to
      zastanawiam się czy ta miłość była godna w całej fałszywości sytuacji
      być nazwana miłością? Nie wiem. każdy, ponoć nawet najgorszy
      grzesznik, kiedyś ma szansę na poprawę.
      Ale była to moja własna miłość i nawet jeśli wiele , albo wszyscy z
      Was potępią mnie i zlinczują, to ja przeżyłem to i cieszę się , że
      nawet tak mi było dane Ją pokochać. Ja już tej miłości nie
      odnajdę, ona została we mnie, ale nie ma jej w Niej. Wyparowała wraz
      z lawiną kłamstw którą napotkała na swojej drodze. Została zniweczona
      przez mnie samego w Niej.
      Rozmawiamy dziś. O dziwo, chce ze mną rozmawiać. Jest naprawdę mądrą,
      dojrzałą kobietą, ma na pewno żal i urazę do mnie i to jej
      pozostanie. Spaczyłem jej pogląd na facetów, jest dużo ostrożniejsza
      i bardziej podejrzliwa zapewne, ale wierzę
      • lunatic_ann Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... 15.08.08, 02:45
        to jest smieszne, co piszesz. zeby nie powiedziec zalosne. skoro miales odwage 1 zalogowac sie na randkach 2 spotkac te osobe 3 ciagnac to dalej. dlaczego nie miales jej zeby powiedziec, jak z toba jest naprawde...(tj zona itd)
        moze nastepnym razem bedziesz sprytniejszy i nie "zaangazujesz sie" sie na chwile, czego ci zycze BTW:)

        • eeela Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... 08.11.08, 11:29
          > to jest smieszne, co piszesz. zeby nie powiedziec zalosne.


          Moim zdaniem to może być po prostu kryptoreklama Chanel i Gucci :-)
    • notsogoodman Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... cz.2 08.08.08, 08:53
      Nie przyznam się jej i pewnie się nie spotkam z Nią więcej, ale
      chciałbym i chętnie wysłucham Waszych uwag, gros z nich będzie pewnie
      uwagami negatywnymi, ale ja właśnie chciałbym takich słuchać Nigdy
      już nie będę miał kochanki. Dla samego seksu można pójść do burdelu.
      Ja jak się okazało, nie potrafię kochać się bez uczucia.
      To moja historia. Może stereotypowa, ale dla mnie wyjątkowa.
      • prosty_facet Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... cz.2 08.08.08, 09:13
        To tylko potwierdza, że najlepszą kochanką jest mężatka :-) Wie o co chodzi i
        się nie zakochuje ;-)
        • maadita Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... cz.2 08.08.08, 12:24
          i nie stanie pewnego dnia z walizkami u drzwi Twoich..
      • in.flagranti.30 urzekła mnie twoja historia 08.08.08, 09:27
        No tak, historia obiektywnie stereotypowa, dla Ciebie z pewnością przełom życia.
        Ale tak sobie myślę, że nie warto się przekonywać i mówić "nigdy w życiu", "to moja ostatnia kochanka", itp. Nigdy nie mów nigdy i nigdy nie mów zawsze...taką sobie dewizę osobistą ukułem jakiś czas temu.
        Znam te uczucia fascynacji kochanką, pożądania i namiejętności - sam je przezywałem/przeżywam, więc z mojej strony krytyki nie będzie. Do pewnego momentu odczytywałem Twoją historię jak moją, aż doszedłem do momentu w którym okazało się, że kochanka nie wie o Twojej żonie....I aż się zdziwiłem, że tak inteligentny facet wpadł tak głupio (a nawet klasycznie bym powiedział;).
        Ja wyznaję zasadę - przed kochanką nie ma kłamstwa, karty na stół ...albo bierze z całością inwentarza, albo żegaj. Być może dlatego miałem 2 kochanki (do tego małżonki) przed którymi nie miałem tajemnic (i vice versa). Oczywiście na drodze temu "szczęściu" jak zwykle stanęli mężowie...ale to już temat na inną hisotrię, równie banalną jak Twoja.
        Pozdrawiam




        • sunflower30 mnie też;-)) 08.08.08, 09:46
          Zacytuję tytaj znanego forumowicza: "Zeby zdradzać, trzeba mieć
          ogromne jaja" , co w wolnym tłumaczeniu oznacza, że się NIE
          ZAKOCHUJEMY. Zdrady w małzeństwach się zdarzają, czasami są
          prowokowane, innym razem spadają, jak grom z jasnego nieba.
          Małżonkowie zdradzają z ludźmi stanu wolnego, ale i z
          żonatymi/mężatkami, to nie ma znaczenia z kim. Ważne jest, aby nie
          angażować sie emocjonalnie, seks na boku z definicji powinien być
          dla sportu, poprawienia sobie samopoczucia, podniesienia podupadłej
          samooceny itp. Natomiast, kiedy zdradzający zakocha sie w
          kochance/kochanku, tzn. że wkracza na kruchy lód, a taka przechadzka
          może skończyć sie tylko upadkiem.
          Tylko ten, który "ma jaja" na ten lód nie wchodzi.
      • kachna79 Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... cz.2 08.08.08, 12:01
        Dla mnie zdrada to zdrada i jej nie pochwalam. Ale nie o tym...
        Zszokowało mnie to, że Twoją kochankę potraktowałeś jak swoją
        własność. Była jak pożądana zabawka, którą chciałeś mieć, ozdabiać i
        cieszyć się nią. To chyba nie miłość jeśli w drugiej osobie nie
        dostrzegasz partnera.
        • notsogoodman Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... cz.2 08.08.08, 13:04
          Kachna mam wrażenie , że nie do końca zrozumiałaś. Oczywiście, że na początku
          miała być to zabawa, przyjemny seks itp, itd, który trzeba ubarwić gadżetami
          (kwiaty i inne rzeczy)i wtedy o partnerstwie mowy być nie mogło. Tylko potem
          nastąpiła diametralna zmiana. Pytanie się ciśnie, czy jest się w stanie
          udowodnić drugiej osobie, że dostrzega się w niej partnera, osobę najważniejszą
          w przypadku, kiedy pierwotne założenie co do tej osoby było z góry negatywne
          mające na celu wykorzystanie i porzucenie? Moim zdaniem jeśli w ogóle to
          możliwe, to lata zmian i udowadniania, że ma się czyste intencje, ale tak
          naprawdę 99,99% takich przypadków przegrywa na starcie mając już tak zszarganą
          opinię, że druga strona (ta skrzywdzona) nie będzie nawet chciała dać szansy.
          • kachna79 Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... cz.2 08.08.08, 13:07
            Ale przecież nie rozstałeś się z żoną - to kim była kochanka? Jeśli
            partnerem to dziwne to partnerstwo...
            • misssaigon Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... cz.2 08.08.08, 14:46
              a po co dopisywac cała te wydumana ideologia to zwyklej checi pobzykania na
              boku? czy ta "ideologia" zmieni prosty fakt, ze sie swiadomie, w imie li tylko
              wlasnej przyjemnosci skrzywdzilo czlowieka?

              zamiast tego calego gadania trzeba wypiac tylek i pozwolic sobie nakopac...
            • notsogoodman Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... cz.2 08.08.08, 15:04
              A przeczytaj sobie Kachna ostatnie zdanie z mojej ostatniej wypowiedzi...
              • maciejka_04 Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... cz.2 08.08.08, 16:27
                U mnie podobnie:
                - relacje domowe: super, wręcz idealne
                - żona seksowna, zadbana, śliczna
                - miłość jest cały czas. Kocham ją i nie wyobrażam sobie życia bez niej
                - moja rodzina małżonkę lubi bardzo jak i mnie rodzina żony
                - seks z żoną: tak sobie, mało, jedna, dwie pozycje, brak seksu oralnego z jej
                strony. Gdy jesteśmy na rauszu wtedy staje się wulkanem seksu.
                Jesteśmy razem 4 lata.
                Kochankę poznałem ponad 2 lata temu. Sympatia z liceum. W czasach licealnych
                były drobne pocałunki i trzymanie sie za rączkę. Spotkaliśmy się na imprezie.
                Jej coś nie wyszło i wróciła do rodzinnego miasta, ja w tym mieście od matury.
                Mądra, inteligentna, ładna. Po ok. 2 miesiącach był seks. Zaje...ty seks.
                Wszystko to czego nie miałem nigdy z żoną + dużo, dużo, dużo niespodzianek i
                wspaniały lodzik z połykiem w ustach. Długo by pisać. Spotykaliśmy się jak tylko
                się dało. Czasem kilka razy w tygodniu. Czasem raz na 2-3 tyg. Gdy gdzieś
                wyjeżdżałem jechała ze mną (nie miałem lepszego seksu w samochodzie, nad
                jeziorem, w lesie, w pubie, w restauracyjnej toalecie, etc.). A to wszystko przy
                doskonałych relacjach w domu. Po ok. roku od pierwszego razu w czasie wspólnego
                wyjazdu doszło do rozmowy. szczerej i prawdziwej (kawa na ławę). Skończyło się
                jej płaczem i chęcią zerwania, powiedziałem że nie rozwiodę się, że chcę być z
                żoną. Przestaliśmy się spotykać. Po jakimś czasie (ok. 2-3 miesięcy) znowu
                zaczęliśmy do siebie pisać. Najpierw nieśmiale na gg potem gorące smsy. Teraz
                też czasem się spotykamy. Zdecydowanie rzadziej ale seks jest nadal wspaniały.
                Wyjaśniliśmy sobie wszystko. Chcę to skończyć, ale wystarczy że zobaczę ją
                gdzieś w zasięgu wzroku i od razu się podniecam. Nie potrafię
              • smutnaewa Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... cz.2 07.11.08, 23:23
                NIE WIEM CZY TO SPOTKAŁO TA KOBIETE ALE ŚCIĄGNEŁA SŁOWA Z BLOGU, NIE
                SWOJEGO, O NIE ... bARDZIO BRZYDKO, TYLKO PO EMOCJE INNYCH SIĘGASZ,
                PO WRAŻLIWOŚĆ??? JAK SIĘ NIE PRZEZNAM PODAM LINK... jEŚLI CIE TO
                SPOTKAŁO I NIE POTRWFOŁAŚ SWOIMI SŁOWAMI W WIĘKSZOŚCI TREZBA BYŁO
                NAPISAĆ,,, TYLE DO CIEBIE...
          • krissdevalnor100 Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... cz.2 08.08.08, 22:28
            Czemu z prostej sprawy robić Tragedię Grecką?
            Ano- ktoś się chciał zabawić i/lub dowartościować, potem chciał też
            coś przeżyć i zasmakować emocji. Jedni w takiej sytuacji skaczą na
            pralotni do Wielkiego Kanionu, idą "na miasto" dać w mordę jakiemuś
            karkowi albo grają na giełdzie majątkiem firmy. Inni celowo
            komplikują życie osobiste (sobie i tym, co sie akurat nawiną) i
            reżyserują wielki dramat. Potem jest czym się emocjonować, i
            powspominać, i pobiczować się można. I ta swiadomość wyjatkowości-
            TAKA historia mi się przytrafiła.
            No cóż- zieeeeew...
            • kanfieta Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... cz.2 11.08.08, 14:00
              caly czas mowimy o zdradach nielicznych..
              a gdy jest odwrotnie?
              mowi, ze kocha, jest inaczej. probujesz sie wysilic leczyc wziazek..
              przypadkowo patrzesz wtelefon komorkowy i stwierdzasz, ze nic sie
              nie zmienilo.. oczywiscie ze on upiera sie .. i obwinia, ze
              dotknelas go prywatnosc ( telefon).. jak moglam to zrobic, ze bylam
              agresywna, i wulgarna.. Jaka mialam byc, gdy ktos raz owy mnie
              oszukuje, przy tym mowiac , ze mnie kocha..
              mielismy zwiazek pelny chemii, po duzych przejsciach wciaz wracamy
              do siebie.. ale juz nie ma zaufania.. oboje zesmy dolozylismy do
              tego ze tak sie dzieje.. ale przez ostane 1,5 lat ( razem w sumie
              3,5) to on byl w stosunku do mnie nie fer .. ja sie zmienilam , ale
              on zostal.. nie wiedzialam ana poczatku naszej znajomosci , ze byl
              zonaty, pozniej kalsyczna bajeczka, ze sa w separacji i im juz dawno
              sie nie uklada.. ale jak pozniej sie dowiedzialam ona tego nie
              wiedziala.. chociaz zawsze wiedziala, ze sa kobiety w jego zyciu (
              nie pomyslalam , ze to moze odwrocic w moja strone) .. czlowiek
              zakochany - slepy czlowiek.. tym bardziej , to byla moja pierwsza
              prawdziwa milosc.. wciaz jest.. smutno..
          • al9 zły facet i już 11.08.08, 14:37
            Ja jak się okazało, nie potrafię kochać się bez uczucia.
            To moja historia.

            ----
            Twoja historia jest stara jak świat
            Jesteś małym smiesznym egoistą, który usprawiedliwia swoje
            szachrajstwa dobudowując ideologię...
            Ok - usiadłes do serwisu randkowego. Znalazłeś Ją.. Wspaniała. Co
            prawdę źle pachniała i była nieoszlifowana, ale cóż - ręka miszcza
            wygładziła krzywizny...
            Co robi prawdziwy facet, jak trafia na Tę Jedną Jedyną? Dziś, w 21
            wieku? Potrafi wybrać..
            A Ty - jesteś żałosny. Dobrze, że nie jesteś moim kumplem, bo
            musiałbym dać Ci w mordę..
            I jeszcze ciagniesz to dalej..
            Chcesz miec ciastko i zjeść ciastko..
            Smutne
            al
            • vapi70 Re: zły facet i już 11.08.08, 15:53
              nie czytalam wszystkich wypowiedzi,ale ja rozumiem taka sytuacje,
              nie staram sie patrzec na piekna otoczke tej historii, ale staram
              sie wejsc glebiej w psychike i emocje czlowieka (kobieta,
              mezczyzna).Jescze nikt na swiecie nie wymyslil leku, ktory
              powstrzymuje nasze uczucia, emocje, nad ktorymi mozemy zapanowac bez
              zadnych konsekwencji czyt: deprejsa, stres. Znalezienie sie w
              sytuacji jak nasz bohater nie jest latwe, szczegolnie kiedy jest sie
              wrazliwym, uczuciowym mezczyzna i emocje biora gore nad wszystkim.
              Trudna sytuacja, moze nawet bardzo trudna...pozostaje tylko
              zastanowic sie dlugooooooo jak wyjsc z tego z twarza nie raniac
              wokol siebie nikogo,ale za to raniac mocno siebie i zostawiajac w
              sobie skaze na dlugie lata....jesli moge cos poradzic naszemu
              bohaterowi to duzo sily i prawdziwego przyjaciela/ki (tej drugiej
              tylko wylacznie jako psychologa i sluchacza), pozdrawiam
              • al9 Re: zły facet i już 11.08.08, 17:38
                Znalezienie sie w
                sytuacji jak nasz bohater nie jest latwe, szczegolnie kiedy jest sie
                wrazliwym, uczuciowym mezczyzna
                ---------
                nogodman sam ze sobą rozmawiasz?
                sam sobie piszesz posty?
                wrażliwy mężczyzna?
                nie jest łatwe znalezienie się w jego sytuacji?
                łatwe - logujesz sie na serwisie randkowym, szukasz nieoszlifowanego
                diamentu i już.. wzruszająca historia gotowa...

                al
    • lonely_one Re: Dla kochanek - ciut sie rozpisalam... 12.08.08, 10:33
      A ja bym draniowi nie dala rozwodu jakby chcial mnie zostawic z dziecmi. A co on
      ma prawo niszczyc mi zycie wiec czemu mam je mu ulatwiac. Ciekawe jak dlugo
      tamta by tak wytrzymala...Poza tym juz widze ta haje rodzinna, z jego rodzicami
      mysle ze staneli by po stronie dzieci. Nie mowiac o moich. A z nia napewno mozna
      sobie jakos poradzic i napewno jako kobieta (wstretna ladacznica) przynajmniej
      nad dziecmi ma litosc a jak nie to jeszcze jej mozna problemow narobic. Oj
      zemsta moze byc sladka. Znam takie malzenstwo:)
      • al9 nie dała rozwodu? 12.08.08, 15:21
        Dziewczyno
        jest 2008 rok, nie 1908
        nikt się Ciebie nie będzie pytał o zdanie..
        Może utrudniłabys mu życie, ale rozwód dostanie tak czy siak..

        to na marginesie
        al
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka