avide
26.01.09, 23:33
Słuchajcie. Mam poważny problem w swoim związku z wyznaczeniem granicy takiej
zdrowej niezależności a olania partnera w związku
O co chodzi.
Każdy w związku potrzebuje przestrzeni dla siebie. Większość z tym polemizować
nie będzie. Jednak problem się zaczyna w momencie gdy musimy ustalić tą
granicę po przekroczeniu której zaczynamy żyć bardziej jak współlokatorzy lub
nawet kochankowie a nie para czy małżeństwo.
Żona z uporem maniaka próbuje wypełnić mi każdą chwilę swoją osobą. Ja jestem
z kolei na zupełnie innym biegunie.Potrzebuję niejako pewnej dozy wolności.
Mam różne swoje zainteresowania (np. forum ;-), sport, czy czasami zwyczajne
zamknięcie się i poczytanie książki i inne) które nie znajdują w hierarchii
ważności żony uznania. Jedyną nieograniczoną rzeczą na która "dostaję" od niej
nieograniczoną ilość czasu to nauka. A że sporo się uczę bywa, że trochę czasu
to zabiera z dziennego harmonogramu. Ona jest ciągle mną jak to mówi
"nienasycona". Z jednej strony to łechcące, zwłaszcza po tylu latach. Z
drugiej strony bywa strasznie męczące. Do tego stopnia że czasami 1-2 dniowe
wyjazdy są dla mnie jak zbawienie. Co dziwne. Po takim wyjeździe wracam do
domu z ogromną przyjemnością. Potrzebuję po prostu czasami zatęsknić trochę za
związkiem.
Żona jak to kobieta potrzebuje przytulenia, rozmowy i takiego przebywania
razem, ale takiego jak to ona nazywam "totalnego". Czyli że całą uwagę
poświęcam jej. A nie, jedną ręką smyram gdzieś po nodze, odpowiadam na
wszystko tak lub nie słuchając lub czytając coś w tym czasie czy oglądając
;-). No a to czasu zajmuje. Godzina dziennie bynajmniej nie wystarczy ;-)).
Dochodzi do tego że by zaspokoić jej i swoje potrzeby to mi godzin w dobie
zaczyna brakować.
Mam pełne zrozumienie tych potrzeb w końcu ja chce od niej seksu i jedzenia
;-) i ona tez ma czasami zrozumienie dla tych moich potrzeb ;-) ).
Jednak kość niezgody stanowi podział czasu wolnego. Ona chce więcej razem, ja
chce więcej osobno.
Żeby nie było, dziennie staram się przynajmniej te 1,5-2 h poświęcić jej na
jej zasadach ;-). Więcej nie daję rady ;-). Oczywiście to z jej punktu
widzenia to minimum na jakie się godzi.
Stąd moje pytanie. Powiedzcie jak sprawa podziału czasu wygląda w waszych
związkach. Czy ustalaliście na sztywno że np. piątki i poniedziałki od 19 do
22 każde robi to na co ma ochotę i koniec kropka. Czy może jest to zupełnie
płynne.
Do kobiet: Ile wymagacie czasu na takie pełne poświęcenie sobie uwagi. Ile
byście chciały, a ile dostajecie i jak się z tym odnajdujecie ? Chcecie więcej
czy może tak jak jest może być.
Do facetów: Ile czasu poświęcacie na swoje hobby, zainteresowania ale takie,
które was całkowicie pochłaniają. Do tego stopnia, że to jest tak jakby was
nie było. Co sądzą, mówią, o tym wasze żony/dzieczyny/kochanki ;-).
Do wszystkich: Ile czasu bez siebie akceptujecie. Chodzi o stricte czas który
mógłby być poświęcony np. partnerce. O ile potraficie coś takiego kreślić.
Dla mnie mój własny czas jest świętością. Jednak w końcu nie po to się żeniłem
by mieć w du..e to co o tym myśli druga osoba. Nie jestem alfą i omegą, patrzę
na sprawy z mojego własnego punktu widzenia. Żona oczywiście ma własny punkt
widzenia. Pytam się was zatem bo chcę zobaczyć jak funkcjonują inne związki.
Może wyda się wam to banalne, ale będę wdzięczny za poważne potraktowanie tematu.