Dodaj do ulubionych

Gdzie jest granica zdrowej niezależności w związku

26.01.09, 23:33
Słuchajcie. Mam poważny problem w swoim związku z wyznaczeniem granicy takiej
zdrowej niezależności a olania partnera w związku

O co chodzi.
Każdy w związku potrzebuje przestrzeni dla siebie. Większość z tym polemizować
nie będzie. Jednak problem się zaczyna w momencie gdy musimy ustalić tą
granicę po przekroczeniu której zaczynamy żyć bardziej jak współlokatorzy lub
nawet kochankowie a nie para czy małżeństwo.

Żona z uporem maniaka próbuje wypełnić mi każdą chwilę swoją osobą. Ja jestem
z kolei na zupełnie innym biegunie.Potrzebuję niejako pewnej dozy wolności.
Mam różne swoje zainteresowania (np. forum ;-), sport, czy czasami zwyczajne
zamknięcie się i poczytanie książki i inne) które nie znajdują w hierarchii
ważności żony uznania. Jedyną nieograniczoną rzeczą na która "dostaję" od niej
nieograniczoną ilość czasu to nauka. A że sporo się uczę bywa, że trochę czasu
to zabiera z dziennego harmonogramu. Ona jest ciągle mną jak to mówi
"nienasycona". Z jednej strony to łechcące, zwłaszcza po tylu latach. Z
drugiej strony bywa strasznie męczące. Do tego stopnia że czasami 1-2 dniowe
wyjazdy są dla mnie jak zbawienie. Co dziwne. Po takim wyjeździe wracam do
domu z ogromną przyjemnością. Potrzebuję po prostu czasami zatęsknić trochę za
związkiem.

Żona jak to kobieta potrzebuje przytulenia, rozmowy i takiego przebywania
razem, ale takiego jak to ona nazywam "totalnego". Czyli że całą uwagę
poświęcam jej. A nie, jedną ręką smyram gdzieś po nodze, odpowiadam na
wszystko tak lub nie słuchając lub czytając coś w tym czasie czy oglądając
;-). No a to czasu zajmuje. Godzina dziennie bynajmniej nie wystarczy ;-)).
Dochodzi do tego że by zaspokoić jej i swoje potrzeby to mi godzin w dobie
zaczyna brakować.

Mam pełne zrozumienie tych potrzeb w końcu ja chce od niej seksu i jedzenia
;-) i ona tez ma czasami zrozumienie dla tych moich potrzeb ;-) ).

Jednak kość niezgody stanowi podział czasu wolnego. Ona chce więcej razem, ja
chce więcej osobno.
Żeby nie było, dziennie staram się przynajmniej te 1,5-2 h poświęcić jej na
jej zasadach ;-). Więcej nie daję rady ;-). Oczywiście to z jej punktu
widzenia to minimum na jakie się godzi.

Stąd moje pytanie. Powiedzcie jak sprawa podziału czasu wygląda w waszych
związkach. Czy ustalaliście na sztywno że np. piątki i poniedziałki od 19 do
22 każde robi to na co ma ochotę i koniec kropka. Czy może jest to zupełnie
płynne.

Do kobiet: Ile wymagacie czasu na takie pełne poświęcenie sobie uwagi. Ile
byście chciały, a ile dostajecie i jak się z tym odnajdujecie ? Chcecie więcej
czy może tak jak jest może być.

Do facetów: Ile czasu poświęcacie na swoje hobby, zainteresowania ale takie,
które was całkowicie pochłaniają. Do tego stopnia, że to jest tak jakby was
nie było. Co sądzą, mówią, o tym wasze żony/dzieczyny/kochanki ;-).

Do wszystkich: Ile czasu bez siebie akceptujecie. Chodzi o stricte czas który
mógłby być poświęcony np. partnerce. O ile potraficie coś takiego kreślić.

Dla mnie mój własny czas jest świętością. Jednak w końcu nie po to się żeniłem
by mieć w du..e to co o tym myśli druga osoba. Nie jestem alfą i omegą, patrzę
na sprawy z mojego własnego punktu widzenia. Żona oczywiście ma własny punkt
widzenia. Pytam się was zatem bo chcę zobaczyć jak funkcjonują inne związki.
Może wyda się wam to banalne, ale będę wdzięczny za poważne potraktowanie tematu.
Obserwuj wątek
    • balbina11 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 00:00
      Oboje jesteśmy ogromnie niezależni, pracujemy w domu i siłą rzeczy stale ze sobą
      przebywamy. Jakoś tak naturalnie wypracowaliśmy wzajemne relacje, mamy czas na
      przytulanie, jak i na zajęcie się swoimi sprawami (wspólna kanapa i każdy przy
      swoim laptopie). Poza tym, mąż ma swoje pasje (motocykle enduro), które ja całą
      sobą popieram ;) Ja się realizuję w kuchni i pisaniu.
      Każde z nas ma swoich znajomych, mamy też wspólnych z którymi lubimy się spotykać.
      To moje drugie małżeństwo i tym razem trafiłam idealnie.
    • tlustaklucha Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 00:02
      Ja p...ę... Nie jesteś moim facetem, mam nadzieję..
      Zaraz pójdę do drugiego pokoju zobaczyć, co robisz.. Nieeee, mój to
      nie lubi tego forum. Ale brzmi identycznie i myślę, że w moim
      związku to jest jeden z unikania seksu przez mojego partnera.

      Ja jestem dość zaburzona jeszcze, mimo mojej pracy nad sobą od lat.
      Cięzko znoszę, jak partner czego mi odmawia. Jestem taka właśnie
      przyklejona do niego i wymagam nieustannej uwagi.
      U mnie to niestety niedojrzałość emocjonalna, niezałatwione
      problemy, nieumiejętność poradzenia sobie samej z czymkolwiek,
      emocje, które mi bokami wyłażą, jak ich komuś zaraz nie opowiem,
      nieumiejętnosć panowania nad nimi... Wiele innych.

      Uważam, że koniecznie musisz postawić granicę, bo inaczej będziesz
      zalany i potwornie sfrustrowany. Trzeba to jednak robić powoli,
      żeby partnerka nie przeżyła szoku. Bo będzie go leczyć na Twoim
      ramieniu, jeszcze bardziej przyklejona.

      Ogólnie całujesz w czółko, czy gdzie chcesz i zamykasz drzwi do
      pokoju.
      U nas to się nazywa - idź popatrzeć, co robi gołąb :) Bo mam
      takiego gołębia na ścianie, który jest na banie :) Trochę dalej od
      innych zdjęć wisi...

      Ja jestem trochę jak dziecko pod tym względme, mam nadzieję, że
      Twoja żona nie i że Wam się uda.

      Ile wolnego potrzebujemy?
      Jak coś robię, czy Mój robi, to cały dzień nawet. Żadnego
      wchodzenia i tulenia.

      Pomyśl, że tak naprawdę to żona zyska, jak Ty będziesz wypoczęty i
      spełniony, jak będziesz się rozwijał, miał swój czas itd. I potem
      spotkania będą lepiej smakowały na pewno!
      • zolteoczy Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 00:03
        Ja i klucha to to samo.
        Straram się lepiej myśleć o sobie, dlatego zmieniłam nick.
        Ale mi się znowu myli teraz :)
        • gardenersdog Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 00:07
          Phe, zamienił stryjek siekierkę na kijek...:)
          Lubię Twoje posty.
          • zolteoczy Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 00:11
            Nie na kijek, tylko chciałam mieć teraz nick snow leopard, bo to
            piękne zwierzę! Niestety zajęty, a snow-leoprad 25 mi nie
            odpowiada. Śnieżny lampart za długie, więc wybrałam jego oczy.
            Choć ogon też mi się podoba - taki gruby i długi, i wywija nim..
            • gardenersdog Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 00:15
              To jak w tej historyjce, gdy Mały Książę narysował słonia pożartego przez węża,
              ale dorośli, którym pokazywał rysunek, stwierdzali,że to kapelusz...
              Może dopisz w sygnaturce, że chodzi o te śnieżno-lamparcie:)
              • pollyannadorosla Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 00:46
                a może lamparcie_oko?

                faktycznie szkoda tego lamparta, że nie w nicku, po samych oczach trudno go
                wytropić :-)

                • zolteoczy Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 28.01.09, 00:37
                  Do lamparta to mi jest jednak niesłychanie daleko.
                  Myślę, że żółteoczy są w sam raz i dobrze, że się z kotem nijak nie
                  kojarzą.
          • eeela Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 29.01.09, 15:30
            > Phe, zamienił stryjek siekierkę na kijek...:)

            Eee tam, zolte oczy sa sliczne przeciez!
            • aandzia43 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 29.01.09, 15:36
              > Eee tam, zolte oczy sa sliczne przeciez!
              >

              No właśnie! Smoki mają żóte oczy (jak wszystkim wiadomo).
              • gardenersdog Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 29.01.09, 20:21
                Dobra, już się kajam!
                Myślałam, że to chodzi o żółte tłustoklusze, a nie lamparcie, smocze etc:)
        • aandzia43 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 09:37
          zolteoczy napisała:

          > Ja i klucha to to samo.
          > Straram się lepiej myśleć o sobie, dlatego zmieniłam nick.
          > Ale mi się znowu myli teraz :)

          Wieeeedziaaaałam!
          Witaj więc Lamparcie Oko:-)
          • zolteoczy Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 28.01.09, 00:34
            Hej. Bardzo mi jest miło, że mnie pamiętasz, Andzia. Choć pewnie to
            nie jest nic fajnego. Czytam czasem to forum, ale staram się nie
            pisać, bo potem strasznie tego żałuję. Wiem, że to tylko forum,
            jednak cały czas jakoś nie moge wyrobić w sobie dystansu.
            Mam nadzieję, że Ty tu jesteś już tylko pro forma :)
            Bardzo lubiłam zawsze, i lubię, czytać Twoje wpisy.
            Pozdrawiam.
            • aandzia43 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 28.01.09, 09:26
              Twoje wpisy pamiętam, choć rzadko się pojawiają, bo są po prostu
              bardzo interesujące. A ciekawe postaci się pamięta:-)
              Nie do końca jestem tu pro forma. Przez te dwa lata dużo zrobiłam,
              parę spraw popchnęłam do przodu. Przede mną zaś tyle, że życia mi
              nie starczy. A co do dystansu... myślę, że masz go więcej, niż
              ktokolwiek. Z własnego doświadczenia wiem, że wystarczy tylko
              nauczyć się przeczekiwać te czarne dziury, gdy znika zupełnie. Jak
              radiowe połączenie z internetem;-)
              Pozdrawiam:-)
      • avide Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 09:54
        O Chryste, współczuję Twojemu facetowi.

        Powiem Ci że u mnie było bardzo podobnie długi czas. Ja ten proces wyznaczanie
        pewnych granic zacząłem dobre kilka lat temu. Jeszcze przed ślubem. By na
        poczatku była tak samo jak u Ciebie. Żona ma bardzo podobny problem. Trąci to
        trochę taką kobietą-bluszczem. Koszmarnie męcząca osobowość.

        Założyłem ten wątek bo nieustannie w moim związku toczy się cicha walka na tym
        polu. Myślę że sporo już "wywalczyłem", nie mniej czasami jak słyszę na jakich
        zasadach funkcjonują ludzie w związkach to jestem w szoku. Są tacy co to w domu
        trochę bardziej jak w noclegowni bywają. Sa tacy co z kolei z domu się nie ruszają.
        Nie znam i się pewnie nie dowiem jaki jest poziom satysfakcji tych ludzi z
        takich a nie innych układów. Dlatego pytam tutaj. Anonimowość pozwala napisanie
        tego czego by się zazwyczaj w 4 oczy nigdy nie powiedziało.
        Po co mi to ? Autorefleksja. Tak dla samego siebie czy aby nie za dużo
        wymagam/żądam.

        Działa to trochę jak z zarobkami. Idąc ulicami widząc samochody takie, że oczy
        ciężko oderwać (mimo iz motoryzację mam w głębokim poważaniu zazwyczaj), widząc
        domy jak pałace, widząc ceny mieszkań po 12 000 zł/m2 zastanawiam się skąd
        ludzie biorą na to kasę. W takich chwilach wydaje mi się, że zarabiam istne
        grosze. Ale później czytam jakiś raport o wynagrodzeniach i okazuje się, że w
        każdej grupie do jakiej się zaliczam nie mam powodów do narzekania.
        • urquhart Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 10:13
          avide napisał:
          > Działa to trochę jak z zarobkami. Idąc ulicami widząc samochody takie, że oczy
          > ciężko oderwać (mimo iz motoryzację mam w głębokim poważaniu zazwyczaj), widząc
          > domy jak pałace, widząc ceny mieszkań po 12 000 zł/m2 zastanawiam się skąd
          > ludzie biorą na to kasę.

          W przypadku zarówno satysfakcji ze związków jak i kasy to jeżeli to jest zdobyta uczciwie - kolejne pokolenia na to pracują :)
          Bo w jednym jak i w drugim przypadku startujemy z wyniesionym z rodzinnego domu kapitałem który zdecydowanie łatwiej jest pomnażać i kontynuować dobre wzorce niż budować od podstaw.
          • felicia.3 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 23:35
            urquhart napisał:

            >

            >
            > W przypadku zarówno satysfakcji ze związków jak i kasy to jeżeli to jest zdobyt
            > a uczciwie - kolejne pokolenia na to pracują :)
            > Bo w jednym jak i w drugim przypadku startujemy z wyniesionym z rodzinnego domu
            > kapitałem który zdecydowanie łatwiej jest pomnażać i kontynuować dobre wzorce
            > niż budować od podstaw.

            Dokladnie tak.A jesli tej podstawy brak,to powoduje niestety frustracje.Ze
            czlowiek musi sam zaczynac od nowa,zeby zbudowac dobrze funkcjonujaca
            rodzine.Budowanie tego od podstaw kosztuje niestety wiele wiecej wysilku,niz jak
            sie ma podane na tacy i majatek i zasady.
        • zolteoczy Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 28.01.09, 00:25
          > O Chryste, współczuję Twojemu facetowi.

          No ja mu też współczuję. Chciałam odejść parę razy, ale on chce ze
          mną być. To, co opisałam, to jest wierzchołek góry lodowej, jeśli o
          mnie chcodzi. Niestety nie pomaga wieloletnia terapia i im bardziej
          się napinam, żeby być lepsza, tym bardziej jestem spięta, a im
          bardziej jestem spięta tym bardziej nie mogę wytrzymać z tego
          napięcia i tym bardziej szukam jego pomocy.

          Temat nie na to forum, już się zmywam zresztą stąd, bo zawsze będę
          się tu czuła gorsza. Czasem próbuję jakoś wyjść do normalnego
          świata, jednak za każdym razem się przekonuję się, że nie mam szans.

          Odnośnie Twojej żony: Ona ma raczej chyba problem osobowościowy,
          niż społeczny, jak napisał Gomory. Bo to bycie dzieckiem to jest
          słabo wyodrębniona osobowość, słabe panowanie, brak takiego
          kręgosłupa, na którym ona by się mogła oprzeć. Dlatego opiera się
          na Tobie. Jeśli Ci na niej zależy, zwróćcie się do psychologa. Może
          będzie mógł jej pomóc. Wydaje mi się, z tego, co piszesz, że Twoja
          żona ma mniejsze natężenie problemów, więc nie sugeruj się mną, że
          mnie się nie udaje. Ja mam zresztą jakieś swoje osiągnięcia w
          innych dziedzinach i wielu rzeczy już dzięki terapii nie robię.
          Raczej bym się wystrzegała łątwych kilkuzdaniowych podsumowań
          zarówno tego, jak i jakiegokolwiek innego problemu.
          Zawsze im szerzej na coś spojrzysz, tym lepiej.

          Rzadko czytam to forum, więcnie wiem do końca, jakie problemy macie
          w związku, ale myślę, że Ty na pewno musisz stawiać granice i
          próbować koncentrować żone na Tobie. Bo ona może mało Cię widzi. Im
          bardziej będziesz akcentował siebie i swoje potrzeby, tym szybciej
          ona Cię zobaczy i, mam nadzieję, zrobi na Ciebie miejsce w swoim
          świecie. Może zresztą wcale nie jest potrzebna terapia, bo sami
          dacie radę, a może Ty też lubisz to dziecko w niej..
          A jak ona jest związana z rodzicami? Czy to też jest/była taka
          trochę symbioza? Bo ten problem raczej wynosi się z domu...

          Nie wiem, trudno mi coś radzić, bo za mało wiadomo. Ty na pewno
          stawiaj granice, godzina dziennie intensywnego kontaktu wystarczy.
          Tylko zadbaj, żeby ten kontakt naprawdę był wtedy pełnowartościowy,
          a nie tam jakies gadanie do gazety.
          Jeśli ona nie będzie sobie dawała z tym rady i, zwłaszcza, jełśi ma
          jakieś inne jeszcze problemy, staraj się ją zmotywować do terapii,
          bo po prostu będzie jej łatwiej żyć. I Tobie też.

          Jak napisałeś, bo tak zrozumiałam, zawsze się znajdą tacy, co mają
          gorzej. Na przykład mój facet.
          Więc ... nie wiem już co dalej pisać.
          Bądź konsekwentny.
    • murakami2 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 00:22
      Nie wiem, czy w czymś ci to pomoże, ale w moim związku takiej granicy nigdy nie
      wyznaczaliśmy, bo rozumiemy, że czasem człowiek potrzebuje być sam i umiemy
      jakoś wyczuć, kiedy to ma być (lepiej niż z diagnozowaniem, kiedy seks mógłby
      być, he he). Jestem też przeciwna wyznaczaniu granicy z powodu takiegoż, że
      ludzie nie krowy, zmieniają się, czasem tracą chęć niezależności i potrzebują
      być przyklejeni, czasem odwrotnie, i nie mówię o kilkugodzinnych zdarzeniach,
      ale długotrwałych stanach. No człowiek powinien się starać, obserwować drugiego,
      widzieć, kiedy tamten potrzebuje czegoś innego. Taki mój przepis na życie.
      Chociaż mam też koleżanki znakomicie poukładane pod tym względem. Poniedziałek -
      ona wychodzi. Wtorek - on wychodzi. Środa - razem z dzieckiem. I tak dalej,
      świat jasny, sprawiedliwy, partnerski, wszystko działa. Muszę jednak powiedzieć,
      że wolę swoje rozważania, bo wymagają ode mnie OBSERWACJI. Człowiek powinien
      obserwować partnera, nie zdawać się tylko na zasady.
    • gacusia1 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 01:30
      Do kobiet: Ile wymagacie czasu na takie pełne poświęcenie sobie
      uwagi. Ile
      byście chciały, a ile dostajecie i jak się z tym odnajdujecie ?
      Chcecie więcej
      czy może tak jak jest może być.
      Odp.
      1 Niewiele. Cenie sobie wlasne towarzystwo
      2.Chcialabym o 99% wiecej uwagi,to znaczy jak o czyms mowie,zeby
      sluchal i zapamietal a nie po czasie wmawia mi,ze ja to chyba "Panu"
      mowilam a nie jemu.
      3.Dostaje ulamek tego czego potrzebuje,czyli mniej wiecej 3min
      dziennie.
      4.Do dupy ale jak sie nie ma co sie lubi, to sie lubi co sie ma. Po
      5 latach idzie przywyknac. Dzieki temu mam czas na forum ,-)
    • nikkka5 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 08:23
      Zdecydowanie więcej "wolności" będziesz miał, kiedy dołączy do Was dziecko.
      Wtedy zona na pewno swój wolny czas, który chce podzielić obecnie z Tobą będzie
      musiała wypełnić na piastowaniu dziecku. Ciesz się teraz tą " wolnością", bo za
      jakiś czas zacznie Ci jej bardzo brakować:)
      • avide Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 09:41
        Hehe dobre z tą wolnością.

        Jakiś czas temu kupiliśmy sobie psa. I wiesz co, nagle poczułem co to znaczy
        utrata owej wolności. Rano, choc zaspany trzeba było go wyprowadzić. Po
        południu trzeba było zasówać do domu bo trzeba go wyprowdzić. W między czasie
        trzeba nie zapomnieć kupić/ugotować jeść bo sam na mieście w razie czego
        przecież nie zje. Spontaniczny wypad gdziekolwiek ? Odpada w zasadzie.
        Pies długo u nas nie pobył. Poszedł w dobre ręce. Do ludzi którzy mieli dla
        niego więcej czasu.

        Poczułem co znaczy owa utrata "wolności". Dziś wiem, że drugi raz mogę z niej
        świadomie zrezygnować jedynie dla dziecka.
        Tak, apropos ;-)...
      • glamourous Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 10:41
        nikkka5 napisała:

        > Zdecydowanie więcej "wolności" będziesz miał, kiedy dołączy do Was
        dziecko.

        Hehe, czyli, jak rozumiem, dziecko - babska sprawa? ;-)) Podczas gdy
        zona bedzie zajmowala sie dzieckiem, maz bedzie mial wreszcie wiecej
        wolnosci i czasu dla siebie ??? ;-))
        Dobre, dobre ;-)

        (nie wiem, co mialas na mysli, ale tak to wlasnie zabrzmialo ;-)
        • nikkka5 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 16:42
          Dziecko zabiera intymność w związku , to oczywiste. Nawet, jeśli obowiązki
          rodzicielskie są równo podzielone miedzy zona a mężem, zostaje dużo mniej czasu
          i ochoty do bycia dla siebie tylko we dwoje. Jak milo jest w wolnym czasie
          wziąć np. książkę do reki i nie dzielić tych chwil z nikim.
          • felicia.3 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 23:44
            nikkka5 napisała:

            > Dziecko zabiera intymność w związku , to oczywiste.

            Czegos rownie "madrego" dawno nie czytalam;)
    • poitevin Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 09:46
      > Stąd moje pytanie. Powiedzcie jak sprawa podziału czasu wygląda w
      waszych
      > związkach. Czy ustalaliście na sztywno że np. piątki i
      poniedziałki od 19 do
      > 22 każde robi to na co ma ochotę i koniec kropka. Czy może jest to
      zupełnie płynne.

      Chociaż pewne rzeczy są niejako ustalone z góry, to ilość wspólnie
      spędzanego czasu kształtuje się sama. Czasem chcemy więcej, czasem
      mniej. Jesteśmy też "ograniczeni" czasem, który należy się dzieciom.
      Ze względu na organizację życia domowego i zawodowego zwykle
      uprzedzamy się wzajemnie o planowanych wyjściach dzień lub dwa przed.
      >
      > Do kobiet: Ile wymagacie czasu na takie pełne poświęcenie sobie
      uwagi. Ile
      > byście chciały, a ile dostajecie i jak się z tym odnajdujecie ?
      Chcecie więcej
      > czy może tak jak jest może być.

      Może być tak jak tak jak jest:)))
      W zasadzie pełnego poświęcenia uwagi wymagam tylko w sytuacjach
      ekstremalnych typu choroba lub jakieś poważne zawirowania rodzinne.
      W normalnym trybie nadmiar uwagi kierowany w moją stronę przez M
      lekko by mnie przytłaczał. Ze tak powiem lubię stan dyskretnej
      troski - czyli nie trwałej obecności ale pewności, że w razie czego
      M będzie mógł z innych zajęć "przełączyć" się na mnie.
      >
      > Do facetów: Ile czasu poświęcacie na swoje hobby, zainteresowania
      ale takie,
      > które was całkowicie pochłaniają. Do tego stopnia, że to jest tak
      jakby was
      > nie było. Co sądzą, mówią, o tym wasze żony/dzieczyny/kochanki ;-)

      No cóż, nie przepadam za tym, ale wyjątkwo wypowiem się za M.
      Przeciętnie trzy wieczory/popołudnia poświęca na sport. Zdarza mu
      się pracować w domu, chociaż akurat tego procederu nie pochwalam,
      ale to bardziej ze względu na jego zdrowie psychiczne bo ma zapędy
      na pracoholika.
      Zwykle co drugi weekend wybywa gdzieś na jeden dzień (narty, basen),
      ale często razem z dzieciakami, więc to się bardziej liczy jako mój
      wolny czas;)
      Raz na jakiś czas zdarzy się browarek z kolegami (mam nadzieję, że
      TYLKO z kolegami)
      Absolutnie mi nie przeszkadza hobby M, wręcz przeciwnie, cieszy
      mnie, że ma jakąś pasję, która jednakowoż nie przeszkadza mu w
      pełnieniu obowiązków ojca i męża.
      >
      > Do wszystkich: Ile czasu bez siebie akceptujecie. Chodzi o stricte
      czas który
      > mógłby być poświęcony np. partnerce. O ile potraficie coś takiego
      kreślić.

      Nie umiem tego określić, to się zmienia w zależności od nastroju,
      pory roku, dnia cyklu i miliona innych spraw.
    • glamourous Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 11:00
      W moim zwiazku wyglada to tak : maz jest osoba, ktora ma mnostwo
      pasji i zajec (on ma niejako osobowosc napedzana pasjami ;-)W chwili
      obecnej prym wioda sport i muzyka. Obie pasje uprawiane BARDZO
      czynnie ;-) Wypadaja nam przez to 3 wieczory w tygodniu, staramy sie
      wiec spedzac pozostale wieczory razem. Ale to "razem" wyglada tak,
      ze nie wisimy na sobie nawzajem, tylko najczesciej kazde z nas robic
      cos osobno. Ja najczesciej czytam (mol ksiazkowy), on siedzi w
      kompie - lub odwrotnie. Potem spotykamy sie w lozku i wtedy wlasnie
      mozemy spedzic taki prawdziwy czas razem na pogaduchach, obejrzec
      razem jakis film, poprzytulac sie itp.
      Wychodze z zalozenia, ze po X latach zwiazku nie mozna oczekiwac od
      partnera takiego totalnego, fuzyjnego przyklejenia, gruchania i
      patrzenia sobie non stop w oczy. To nie jest zbyt zdrowe podejscie i
      swiadczy o problemach emocjonalnych, o pewnym "niepozbieraniu"
      wewnetrznym. Dorosly, dojrzaly czlowiek nie powinien zyc "poprzez"
      inna osobe, nie powinien byc przyssany do partnera jak niemowle do
      matki - powinien byc samowystarczalny emocjonalnie, co oczywiscie
      nie wyklucza potrzeby bliskosci. Stopien natezenia tej potrzeby
      bliskosci jest wlasciwy kazdemu z nas. I pod tym wzgledem rowniez
      trzeba sie dobrze w zwiazku DOBRAC, jak w kazdej dziedzinie zycia.
      Sa osoby oczekujace wiekszych pokladow codziennej fuzji i bliskosci
      i sa takie, ktore potrzebuja tego duuuzo mniej. To tak jak z seksem.
      Czasami roznice sa niezbyt duze i do pogodzenia, czasami ciezko jest
      wypracowac kompromis, bo oboje partnerzy maja zupelnie inne pod tym
      wzgledem oczekiwania.

      • urquhart Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 11:17
        glamourous napisała:
        > Czasami roznice sa niezbyt duze i do pogodzenia, czasami ciezko jest
        > wypracowac kompromis, bo oboje partnerzy maja zupelnie inne pod tym
        > wzgledem oczekiwania.

        Związek symbiotyczny gdzie zaciera się granica psychiczna miedzy ja a drugą osobą to normalna faza rozwojowa relacji matka niemowlę i mozna je te pragnienie tak normalnie zrealizować.

        W relacjach dorosłych potrzeba jest autonomia i część wspólna, a nie pochłoniecie drugiego ja.
        • glamourous Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 13:20
          urquhart napisał:

          > W relacjach dorosłych potrzeba jest autonomia i część wspólna, a nie
          pochłoniecie drugiego ja.

          Dokladnie. Dlatego IMO fajnym rozwiazaniem jest spedzenie wieczoru "kazde osobno
          zajmuje sie soba" a potem spotkanie sie powiedzmy okolo godz. 21 czy 22 w lozku
          i spedzenia tego czasu juz razem (rozmowa, seks, wspolne czytanie ksiazek,
          ogladanie dobrego filmu) Czyli wieczor podzielony na 2 czesci : najpierw
          autonomiczna, a potem wieziotworcza :-) Przy czym kazda para sama sobie ustala
          proporcje wedlug wlasnych potrzeb, mozliwosci oraz widzimisie.
        • mujer_bonita Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 16:39
          urquhart napisał:
          > Związek symbiotyczny gdzie zaciera się granica psychiczna miedzy
          ja a drugą oso
          > bą to normalna faza rozwojowa relacji matka niemowlę

          Czy Ty w ogóle potrafisz dostrzec w kobietach coś więcej niż związek
          z dzieckiem?
          • urquhart Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 20:46
            mujer_bonita napisała:
            > Czy Ty w ogóle potrafisz dostrzec w kobietach coś więcej niż związek
            > z dzieckiem?

            Oczywiście że potrafię, dlatego zresztą interesuje mnie to a nie inne forum. Uważam ponadto że instynkt seksualny i macierzyński to klucz do naszej podświadomości. Pierwszy mnie fascynuje drugi nie jest mi dany wiec przynajmniej próbuje zrozumieć jego wpływ.
            Ty natomiast podobnie jak radykalne feministki w jednym widzisz głownie uprzedmiotawiający czynnik, drugiego istnienie kwestionujesz i wypierasz żądając w nim równouprawnienia z mężczyznami.
            Cóż, współczuje takiemu samookreśleniu wojowniczej kobiecości.
            • mujer_bonita Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 23:54
              urquhart napisał:
              > Pierwszy mnie fascynuje drugi nie jest mi dany wiec przynajmniej
              próbuje
              > zrozumieć jego wpływ.

              Zrozumieć wpływ a widzieć go wszędzie to dwie różne sprawy. To
              pierwsze można zaliczyć do otwartości a drugie to tylko paranoja.

              > Ty natomiast podobnie jak radykalne feministki w jednym widzisz
              głownie uprzedm
              > iotawiający czynnik, drugiego istnienie kwestionujesz i wypierasz
              żądając w nim
              > równouprawnienia z mężczyznami.
              > Cóż, współczuje takiemu samookreśleniu wojowniczej kobiecości.

              Bzdura. Nigdzie tak nie napisałam a tym bardziej tak nie sądzę.
              Piszesz, że chcesz coś 'zrozumieć' a jedyne co robisz to kierujesz
              się stereotypami. W zasadzie nawet nie kierujesz ale wszystko
              starasz się w nie wepchnąć. Jak fakty nie pasują - tym gorzej dla
              faktów ;)
    • eudajmonika Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 14:30
      Od zawsze pracujemy zawodowo po 10 a nawet 12 godzin dziennie. Niewiele więc pozostaje tego czasu, który można by potencjalnie spędzić razem. Jednak dla mojego męża nawet to jest powyżej jego potrzeb. Często dochodziło do "próby sił" na tym polu, ponieważ do tej pory miałam ciut większą tę potrzebę bycia razem (na różne sposoby) niż on, lecz nigdy z dobrym skutkiem - zazwyczaj kończyło się jego znikaniem (na imprezach "integracyjnych", w toalecie, w drodze z supermarketu - rodzaj czarnej dziury pochłaniającej czas). To było dość przykre, szczególnie w tych momentach życia, kiedy miałam dużo wolnego czasu. Pewnie dlatego starałam się go mieć jak najmniej, jakoś ten czas tęskny zagospodarować - studiami, kursami, pracą, sportem. Śmieję się czasami, że cała jestem stworzona przez takie substytuty. Gdybym miała wystarczająco tej uwagi, obecności męża, prawdopodobnie nie zrobiłabym połowy tych rzeczy, które zrobiłam radząc sobie jakoś z tym niedosytem. Widać BRAK ma również swoje zalety.

      Zaobserwowałam też ostatnio pewną zmianę. To stało się chyba po przeczytaniu wpisu Andzi w wątku "Łóżko". Wtedy właśnie mnie olśniło, że istnieją szczęśliwe małżeństwa niesymbiotyczne, które (to było dopiero odkrycie!) kochają się, a nie śpią w jednym łóżku. Zastanawia mnie, dlaczego wcześniej na to nie wpadłam? Trzeba było takiego forum, aby poczuć się lepiej? Może...
      • cyklista6 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 15:24
        Bardzo ciekawie o tym problemie (ile "ja i ty" a ile "my" pisze pani
        Milska-Wrzosińska w Bezradniku. Trywiałem będzie stwierdzenie, że każdy ma gdzie
        indziej tę granicę i nie ma tutaj żelaznych reguł.

        Moje małżeństwo przechodziło przez różne fazy - pierwsza faza pt. "robimy
        wszystko razem", druga faza "przecież to nic złego że z kolegami poszliśmy na
        piwo", trzecia faza "każde z nas lubi wyjść na miasto ze swoimi znajomymi". W
        tej chwili nie mamy dużo czasu dla siebie wieczorami bo mamy dzieci, ale staramy
        się wyskoczyć na jakieś zajęcia indywidualne (głównie sportowe aby brzuchy nie
        rosły tak szybko). Raczej tutaj nie mamy konfliktów.

        Może tylko taki, że ja bym chętnie wypchnął żonę na męski show typu Chippendales
        a ona się wstydzi pójść - argumentując, że nie chce iść sama a jej koleżanki się
        wstydzą. A ja bym miał nadzieję, że wróci nieco rozgrzana :-)
    • gomory Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 17:02
      > Słuchajcie. Mam poważny problem w swoim związku z wyznaczeniem
      granicy takiej zdrowej niezależności a olania partnera w związku

      Nieczego nie ujmujac Twojej atrakcyjnosci, sprobuj wyjsc moze z
      takiego zalozenia: zona ma spoleczne problemy i dlatego sie wokol
      Ciebie owija. Robi to z wlasnych pobudek, bycie sama oznacza dla
      niej staniecie na przeciwko nieprzyjemnych lekow. Jest jak mala
      dziewczynka ktora boi sie zostac bez rodzica. W takiej fazie zabawy
      dla doroslych sa raczej nie dla niej.
      • eudajmonika Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 18:23
        gomory napisał:

        > > Słuchajcie. Mam poważny problem w swoim związku z wyznaczeniem
        > granicy takiej zdrowej niezależności a olania partnera w związku
        >
        > Nieczego nie ujmujac Twojej atrakcyjnosci, sprobuj wyjsc moze z
        > takiego zalozenia: zona ma spoleczne problemy i dlatego sie wokol
        > Ciebie owija. Robi to z wlasnych pobudek, bycie sama oznacza dla
        > niej staniecie na przeciwko nieprzyjemnych lekow. Jest jak mala
        > dziewczynka ktora boi sie zostac bez rodzica. W takiej fazie zabawy
        > dla doroslych sa raczej nie dla niej.

        Dwa zdania warte dwóch tomów rozpraw pt. "Dlaczego...?"
        Szacunek!
        • prosta-kobieta56 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 19:03
          Nie wiem kiedy ale jakis czas temu zrozumialam ze partner(ka)maz zona nie sa jednascia i kazde potrzebuje troche odosobnienia i prywatnosci.Czasu spedzonego na swoich zajeciach odpoczynku od polowki.To niestety wymagalo wielu lat zanim to zrozumialam.
        • glamourous Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 22:09
          eudajmonika napisała:

          > Dwa zdania warte dwóch tomów rozpraw pt. "Dlaczego...?"
          > Szacunek!

          Zgadzam sie. Post Gomorego rowniez powalil mnie swoja zwiezla trafnoscia. Czasem
          na forum zdarzaja sie takie fajne, celne syntezy, ze ktos w 2 zdaniach ujmie
          cale sedno dlugich rozwazan i kretych dyskusji.
          To wlasnie jedna z nich.
      • lilyrush Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 19:42
        gomory napisał:

        > > Słuchajcie. Mam poważny problem w swoim związku z wyznaczeniem
        > granicy takiej zdrowej niezależności a olania partnera w związku
        >
        > Nieczego nie ujmujac Twojej atrakcyjnosci, sprobuj wyjsc moze z
        > takiego zalozenia: zona ma spoleczne problemy i dlatego sie wokol
        > Ciebie owija. Robi to z wlasnych pobudek, bycie sama oznacza dla
        > niej staniecie na przeciwko nieprzyjemnych lekow. Jest jak mala
        > dziewczynka ktora boi sie zostac bez rodzica. W takiej fazie zabawy
        > dla doroslych sa raczej nie dla niej.

        Właśnie..śledząc Twoją historie Avide od prawie 2 lat zgadzam sie z Gomorym.
        ciężko rozmawiać tu o normalnych granicach w zwiazku, bo Twoja żona mało podpada
        swoimi zachowaniami pod kategorię 'normalnej, dorosłej kobiety'
        Paradoksalnie o tyle dziecko może Wam pomóc, ze może zmusi ją, żeby wreszcie
        dorosła. ale jest tez opcja, że raczej zajdzie drugi stan czyli załamanie i
        depresja i wtedy będziesz miał już dwoje dzieci.
        • felicia.3 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 27.01.09, 23:54
          A ja mysle,ze Avide to tez duzo ma z dzieciaka.Lubie go.Fajnie pisze,ale bez
          przesady z tym forumowaniem. i netowym lajfem.Tez by mogl sie bardziej zajac
          zyciem REALNYM,i swoja zona wlasnie;)
          • avide Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 28.01.09, 09:02
            ;-)))))))))))))))
            Rozbawiłaś mnie felicia. Poważnie.
            Powiedz mi na jakiej podstawie osądzasz ile czasu poświęcam żonie ?
            Jakbyś się dokładnie przyjrzała dacie moich wpisów zauważyłabyś iż większość z
            nich ma godzinę między 8 a 16÷16.30. Jak myślisz gdzie wtedy jestem i gdzie
            wtedy jest moja żona ?

            Powiedz mi, skąd wiesz ile czasu i jak poświęcam go żonie że uważasz że
            powinienem się w końcu nią zająć bo zaniedbuję swoje obowiązki ?

            A nie przyszło Ci do głowy że być może całe moje życie poza pracą i spaniem
            spędzam z żoną i może chwilami mam tego dość i dlatego postanowiłem się
            dowiedzieć jak to jest w innych związkach ? Jak żyja inni ? Bo z jednej strony
            może to normalne, że tak jest (wtedy może zwyczajnie nie nadaję się do życia w
            związku ?) a może jednak istnieje pewien przesadyzm wynikający choćby z tego co
            zauważyła Lily czy Gomory ? Bo ja nie twierdzę że go nie ma. Powiem więcej, wg
            mnie jest, tylko nie wiem co z tym zrobić bo jesteś tylko inżynierem a nie
            jakimś psychoterapeutą bez względu a to co się komuś wydaje.

            Będę wdzięczny za udzielenie odpowiedzi na pytanie zadane w temacie a nie
            dokonywanie psychoanalizy oraz struktury czasu jaki poświęcam rodzinie, bo
            zwyczajnie nie masz o tym zielonego pojęcia.

            Masz natomiast głęboką wiedzę jak radzicie sobie z mężem w sprawie tolerowania
            własnych autonomii i to mnie interesuje.
            • kasitza Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 28.01.09, 09:21
              przylacze sie do wszystkich tych osob, ktore wypowiedzialy sie, w
              sensie, ze oklejanie sie wokol partnera jest niezdrowe. I nie bede
              do tego juz wiecej dodawac opisowo, bo wiele osob, juz bardzo
              trafnie skomentowalo to zjawisko, na przyklad tlumaczac, ze jest to
              wynik lekow i niedojrzelosci malzonki do doroslego zycia. Z calym
              szacunkiem.

              Dodam jeszcze jedna pare obserwacji z wlasnego malzenstwa. Po
              pierwsze, to wyznaczanie wlasnych granic i spedzanie czasu
              oddzielnie jest w malzenstwie procesem. Co wczoraj pasowalo
              partnerom, dzis juz moze nie pasowac. I dlatego nie ma moim zdaniem
              czegos takiego jak stale reguly. No i chyba nikogo nie powinno
              dziwic, ze na poczatku malzenstwa spedza sie caly czas ze soba a
              potem powolutku szuka pewnych autonomii.

              U mnie w zwiazku to szukanie autonomii czesto doprowadza do awantur
              i dyskusji zasadniczych. Ciekawy jest jednak fakt, ze to ja
              przewaznie walcze o swoja niezaleznosc (naprawde nie chodzi o jakies
              wielkie rzeczy, moj maz naprawde czasem ma niewytlumaczalne
              zagrania) a tymczasem jestem rownoczesnie ta osoba w zwiazku, ktora
              bardzo sie frustruje oddaleniem meza. I wynika z tego wlasnie
              jeszcze jeden moj wniosek, ze jest wiele form niezaleznisci = wiele
              form zaleznosci, co sie rowna wielu formom bliskosci i oddalenia.
              Jedna niezaleznosc jest taka w stylu miec wlasnych znajomych i
              wlasne hobby i walczyc o to, by moc te rzeczy realizowac(o co
              musialam sie niezle wyklocac przez ostatnie dwa lata). Druga sprawa
              to poczucie u mnie braku bliskosci, poniewaz iwem, ze jak sie rano w
              niedziele wryje mezowi na jego polowe lozka, to boje sie, ze w
              kazdej chwili moze mu sie popsuc humor bo to "jego polowa" i on
              wtedy walczy o przestrzen terytorialna dla siebie, gdy ja tymczasem
              chce sie przytulic.

              Jak to pisze, to stwierdzam ze moj maz nie jest calkiem normalny...
            • vapi70 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 28.01.09, 14:10
              Witaj, avide postaram sie Tobie odpowiedziec na twoje pytanie z
              wlasnego zycia,jestesmy razem juz bardzo dlugo,glosno twierdze ze za
              dlugo,i patrzac w nasz przeslosc nie powinismy byc razem ze wzgledu
              na calkowita odmiennosc charakterow, ale to juz inny temat. W naszym
              zwiazku zawsze mielismy granice prywatnosci. Ja osobiscie nie
              wyobrazam sobie zycia pod dyktando drugiej osoby nawet najbardziej
              kochanej i uwielbianej, musialam i mam swoj wlasny swiat , albo
              wlasne zycie,i dlatego umialam zrozumiec potrzeby mojego
              partnera.Dla mnie malzenstwo to zwiazek partenerski,akceptujemy
              siebie nawzajem, jednym slowem nie probujemy zmienic parnera dla
              swoich potrzeb, ani ograniczac wolnosci w jakikolwiek sposob.
              Wiadomo ze sa obowiazki, ale nie trwaja one 24h.
              Jak juz wspomnialam kazde z nas mialo swoj maly swiat i tak: dom
              nasz wspolny i wszystko z nim zwiazane, wspolni znajomi i rodzina
              oraz jego znajomi i moi znajomi, jego hobby i moje,dwa telewizory,
              dwa komputery,sumujac swoj wlasny kawalek podlogi do ktorego wstep
              jest troszke ograniczony dla partnera. Co do czas? jesli mamy ochote
              spedzamy go razem , jesli nie mamy ochoty to znikamy do swoich zajec
              i swoich przyjemnosci,ja uwielbiam spotykac sie ze znajomymi i robie
              to zawsze kiedy mam czas i ochote, moj partner tez i po takich
              spotkaniach uwielbiamy oboje usiasc i pogadac.Wieczorami w domu dosc
              czesto zdarza sie ze pracuje przy komputerze,nie zdarzylo mi sie
              zeby moj partner zwracal mi glowe,wtedy on znajduje sobie jakies
              zajecie, jednym slowem w kazdej dziedzinie zycia nie wchodzimy sobie
              w droge, ale sa rzeczy ktore robimy razem hmmm pomijam seks bo
              wiadomo ze tak jest, ale lubimy razem robic duze zakupy,generalne
              porzadki w domu, cos planowac np wakacje,niestety wiecej rzczy
              robimy oddzielnie, ja uprawiam sport sama, maz tez.
              Moglabym tak duzo wymieniac rzeczy ktore robimy oddzielnie, to tylko
              namiastka naszego zycia, pozdrawiam
            • felicia.3 Avide:) 28.01.09, 16:59
              Mam nadzieje,ze cie tylko rozbawilam,a nie urazilam.Nawet przez mysl mi nie
              przeszlo,zeby oceniac Twoje zycie.Zasugerowalam sie tylko tym,co napisales,ze
              zona czuje sie zaniedbywana,bo nie spedzasz z nia tyle czasu ile chce.I ja ja
              rozumiem doskonale.Ja tez nie lubie,kiedy mojego meza nie ma.Nie jest to fajne
              uczucie.Na szczescie maz zazwyczaj jest i nigdzie sam nie wychodzi.Czasem,bardzo
              rzadko i to raczej tez nie,ze chce tylko tak wypada.Niewiele wiec moge Ci
              doradzic.Tyle tu madrych wypowiedzi.Moze to tez kwestia nastawienia i sposobu
              wyrazenia,ale przeciez spedzanie wspolnie czasu ma byc przyjemnoscia,a nie
              poswieceniem sie i obowiazkiem.Nam bycie razem ciagle te przyjemnosc sprawia i
              nie mamy potrzeby spedzania czasu osobno.Poza pojsciem do pracy i innymi
              wyjsciami koniecznymi.Gdy dopada nas monotonia praca-dom zazwyczaj staramy sie
              wymyslic cos dla odmiany.Ale zawsze razem.Tyle ode mnie.Niewiele pewnie Ci
              pomoglam,a jesli czyms urazilam to przepraszam:)
    • zakletawmarmur Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 28.01.09, 02:30
      Nie wiem ile sobie dokładnie czasu sobie poświęcamy. Jest to
      zupełnie płynne, mniej niż 1-2h/dzień (poza weekendem i świętami).
      Dla mnie idealnym rozwiązaniem byłoby mieć dwa domy połączone za
      sobą mostem... Możemy być z sobą kiedy chcemy ale mamy też dokąd
      uciec gdy chcemy odpocząć.

      Czasami irytuje mnie jego obecność, to że krąży bez celu gdzieś koło
      mnie, niszczy ciszę oglądaniem jakiegoś główna w tv, wybija mnie ze
      skupienia pytając się o banalne sprawy typu "gdzie jest cukier".
      Czasami zdarza mi się iść na spacer, tylko dlatego że chce od niego
      odpocząć. Gdy ochłonę wracam do domu i jestem znowu dla niego dobra.
      Czasem to on wychodzi bo już na tyle mnie zna, żeby takie sprawy
      rozumieć.

      Lubię oczywiście spędzać z nim czas. Doceniam te chwile gdy razem
      wypijamy butelkę wina gadając o wszystkim, gdy po raz n-ty ogrywam
      go w scrabble lub komentuje głośno oglądany wspólnie filmu a on
      udaje że mnie ucisza... A w weekend podczas niedzielnego spaceru
      trzy godziny wykłócamy się o jakiś szczegół budowy statku
      kosmicznego... albo godzinami słuchamy razem muzyki, rozmawiając "z
      czym nam się ten utwór kojarzy".

      Czasem tylko chciałabym, żebyśmy mieli więcej wspólnych
      zainteresowań, jakieś wspólne hobby. Tu się jednak mijamy...

      Jeśli chodzi o moje wątpliwości w sprawach "niezależności" to są
      trochę innej materii...
      Czy fakt, że idę sama obalić litra z kumplem lub kumplami jest ok.?
      Czy fakt, że mamy oddzielne finanse jest ok.?
    • loppe Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 28.01.09, 09:34

      Przez pierwsze 16 miesięcy małżeństwa spędziliśmy większość dni (i
      nocy) osobno, co pozwoliło utrwalić wysokie standardy niezależności
      i szczodre kwoty czasu własnego. Żona jakiś czas temu powiedziała
      nawet że najlepiej żebyśmy mieszkali w osobnych mieszkaniach. Bardzo
      się kochamy.
    • aandzia43 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 28.01.09, 21:25
      Nie potrzebuję, by partner poświęcał mi dużo czasu. Potrzebuję
      intensywności w momencie, gdy przebywamy ze sobą. To może być nawet
      wspólne oglądanie filmu, gotowanie obiadu, spacer po lesie, rozmowa
      o jakiś bzdurach, głaskanie kota, czy jazda na rowerze. Brzmi
      dziwnie, nie wiem, czy wiesz, o co mi chodzi. Można oglądać film
      siedząc obok siebie na jednej kanapie i... oglądać film siędząc obok
      siebie na jednej kanapie. Chodzi o stan ducha w momencie wspólnego
      wykonywania jakiejś czynności lub wykonywania dwóch różnych
      czynności w swojej obecności.

      Jestem, jakby to ująć, antysymbiotyczna, co oznacza, że w praktyce
      nei osiągnęłam dojrzałości w kwestii zdrowej bliskości. Można
      powiedzieć, że jestem symbiotyczna inaczej;-) Niewiele trzeba, bym
      doznawała duszności i uczucia oblepiania, na próby zbliżenia się do
      mnie, które uważam za zbyt gwałtowne. Wpadam wtedy w panikę i często
      kończy się to ucieczką (wewnętrzną oczywiście;-) Z drugiej strony
      zdarzały mi się w zyciu sytuacje, gdy to ja byłam stroną ewidentnie
      przylepiającą się. Kompletny brak równowagi i złotego środka, z
      przechyłem w stronę trzymania dystansu. W związku z wyżej
      wymienionymi "własnościami" wzięłam sobie faceta towarzyskeigo i
      pozornie ciepłego, a naprawdę unikającego bliskości nie mniej niż
      ja. O jesssuuuu, różnie bywało! Ale ostatnio uczymy się, uczymy,
      uczymy i jest coraz lepiej. Mieszkamy oddzielnie, razem spędzamy
      weekendy i urlopy, czasem widujemy się w ciągu tygodnia. Jakościowo
      jest lepiej, niż keidykolwiek. Nawet to banalne siedzenie obok
      siebie raz w tgodniu na kanapie ma zupełnie inny wymiar, niż keidyś.
      Jakżesz dziwnymi drogami ludzie chadzają, by osiągnąć szczęście i
      harmonię.

      Mój przydługi wywód był po to, by na koniec powiedzieć, ze nie w
      ilości, tylko w jakości pies pogrzebany. A jakość jest w nas. Albo
      jej nie ma.
      • felicia.3 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 28.01.09, 23:23
        fajnie to ujelas aandzia43:)to bycie razem rozumiem podobnie.Maz sobie sport
        oglada,ja np na forum,ale to jest ciagle razem.Siedzimy obok siebie.Rozmawiamy
        jak mamy ochote.Jest ciagly kontakt.Nikt sie nie poswieca,choc rozumiem tez
        Avide,ze ma potrzebe wyjscia gdzies,zrobienia czegos innego,niz przyslowiowe
        wspolne siedzenie na kanapie.Kazdy zwiazek jest inny i ciagle sie
        zmienia.Najtrudniej chyba sie dogadac,ale trzeba probowac.I co moim zdaniem
        najwazniejsze i najtrudniejsze to czasem odpuscic i pomyslec,co czuje druga
        strona.Empatia sie to nazywa;)
      • zolteoczy Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 29.01.09, 00:08
        No, z tym unikaniem bliskości to jest duży problem. I właśnie
        najgorsze jest to, że tego napierwszy rzut oka wcale nie widać.
        Wydaje się, że człowiek chętnie z nami przebywa, nawet coś mówi
        czasem, a tak naprawdę jest nieprzerwanie w swoim świecie i
        prawdziwy kontakt albo nie istnieje albo istnieje bardzo rzadko.
        Gdyby nie to, że jestem osobowością symbiotyczną i dla mnie chyba
        żaden kontakt nie będący symbiozą byłby niepełny, podejrzewałambym
        to u siebie w związku. Może zresztą jedno nie wyklucza drugiego. Bo
        mój mężczyzna jest taki właśnie zawieszony wpół kontaktu... To
        strasznie prowokuje do lepienia się, bo cały czas ma się poczucie,
        że brak tego ostatniego kroku do bliskości..
        Mam nawet taką teorię, że osoby mające trudności z wejściem w
        kontakt mogą się wiązać z takimi symbiotycznymi, bo te ostatnie
        dbają o kontakt za obie strony.. Niby to przeszkadza, a jednak jest
        się dalej z taką przylepą i pewnie czerpie się z tego jakieś
        korzyści.
        Albo może te unikające bliskości osoby unikają jej z powodu jakiejś
        zbytniej lepkości ze strony np. któregoś z rodziców w dzieciństwie,
        ale jednocześnie dążą do tej bliskości, jaką zapamiętali, bo
        inaczej nie umieją się odnaleźć.
        Tak sobie tylko rozważam.
        • zolteoczy Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 29.01.09, 00:20
          A ja mam, ąndzia, nawet podobnie do Ciebie, tylko pewnie bardziej
          drastycznie to u mnie wygląda/wyglądało. Bo na początku, jak
          wchodziłam w ten związek, wktórym teraz jestem, a to jest mój
          pierwszy tak naprawdę, bo wcześniej tylko jakieś alkoholowo-
          narkomańskie układy, to przeżywałam potwornie ambiwalentne uczucia
          do partnera. Było tak, że bardzo chciałam z nim być, a potem nagle
          nie mogłam znieść jego obecności, kończyłam związek, kazałam mu się
          wyprowadzać.. Żyłam potem parę dni w nienawiści do niego, po czym
          się uspokajałam, wyciszałam, przestawałam bać i byliśmy razem znowu.
          Strasznie dużo się ten mój partner ode mnie wycierpiał. Może
          właśnie dzięki swojej zdolności do wycofania i zawieszenia wytrwał
          ze mną. Teraz się zmieniłam i już się tak nie zachowuję, ale co
          władowałam niego negatywnych emocji, to jego.
          To jest taka mieszanina lęku przed samotnością i lęku przed
          wchłonięciem. Ty chyba łagodniej to przeżywasz, ale coś z tego
          chyba znalazłam w Twoim poście, tak mi się wydawało. To mnie
          sprowokowało do napisania tego.
          Ciekawe, jak jest u Avide z potrzebą bliskości...
          • zolteoczy Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 29.01.09, 00:22
            Andzia, przepraszam, zamiast shift wcisnęłam alt przy Twoim
            imieniu. Wygląda żenująco, przepraszam.
            • aandzia43 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 29.01.09, 15:10
              >To jest taka mieszanina lęku przed samotnością i lęku przed
              >wchłonięciem. Ty chyba łagodniej to przeżywasz, ale coś z tego
              >chyba znalazłam w Twoim poście, tak mi się wydawało.

              Właśnie tak.


              Ądzia brzmi ciekawie. Prawie jak Ędward Ącki;-)))
        • eudajmonika Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 29.01.09, 16:33
          Żółte Oczy, też mam takie podejrzenia, że "że osoby mające trudności z wejściem w
          kontakt mogą się wiązać z takimi symbiotycznymi, bo te ostatnie
          dbają o kontakt za obie strony.. Niby to przeszkadza, a jednak jest
          się dalej z taką przylepą i pewnie czerpie się z tego jakieś
          korzyści."

          Jak się zastanowić, to znacznie ciekawszym pytaniem niż "Dlaczego on taki jest?"
          jest pytanie "Dlaczego wybrałam sobie takiego właśnie faceta?". Pozornie
          ciepłego, ale z rezerwą, dawkującego swoją obecność i seks wycyzelowaną miarą,
          inwestującego raczej w życie wewnętrzne niż w spektakularne gesty. I coraz
          częściej dochodzę do wniosku, że pewnie dlatego, że jakoś podskórnie chyba
          czułam, że gdyby próbował być bardziej obecny w moim życiu - z dobrze rokującej
          kandydatki na bluszcz stałabym się duszącą jemiołą; gdyby odpowiadał na
          wszystkie moje zaczepki erotyczne, pewnie większość życia spędziłabym w łóżku, a
          nasz związek być może wyglądałby jak z związek Mimi z Gorzkich Godów; gdyby nie
          skupiał się na swoim wewnętrznym świecie, pewnie już dawno przestałby mnie
          intrygować.
          Może trochę pachnie słodkimi cytrynami, ale coraz bardzie składa się w spójną
          całość.
    • meg758 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 29.01.09, 18:34
      Trzy refleksje.
      Niedawno przeczytałam książkę, która może pomóc pozbyć się poczucia winy wywołanego potrzebą bycia samym niezależnie od tego, gdzie człowiek sytuuje siebie na kontinuum introwertyzm-ekstrawertyzm. "Introwertyzm to zaleta" autorstwa Marti Olsen Laney. W każdym razie mnie pomogła:)

      Przypomina mi się pewna wypowiedź Jacka Santorskiego- ludzie mający tendencję do zlewania się z partnerem mają problemy z osiąganiem orgazmu. Ciężko podniecić się kimś jeśli się tej osoby nawet nie widzi wyraźnie z pozycji przyklejonej do ramienia. I nie wiadomo, gdzie kończę się "ja", a zaczyna ta druga osoba.

      Perel opisuje przypadek pary, która "zdusiła erotykę nadmierną tkliwością." Też spędzali ze sobą dużo czasu, ona zrezygnowała ze swoich przyjaciół i hobby. Ciągle się przytulali i "niziali."

      Czy to twoja żona ma jakieś hobby, zajęcia które realizuje bez ciebie i przyjaciół/przyjaciółki, których nie dzieli z tobą?
      Jeśli nie ma, to warto zadać sobie pytanie: dlaczego nie?
      Pozdrawiam
      • jutro_bedzie_futro Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 29.01.09, 22:15
        Witajcie, dorzucę 3 grosze z własnego podwórka :-) Związek dość
        świeży więc jesteśmy na etapie ustalania wielu spraw. U nas granice
        niezależności wymusza fakt, że nie mieszkamy razem. To nam pomaga
        zachować odrębność i swoje własne światy, oboje mamy sporo
        zainteresowań i obowiązków. Z jego strony są stałe zakusy by
        anektować i wypełnić cały mój czas wolny, przed czym ja się bywa
        bronię bo mam go malutko (praca i studia). Ja z kolei mam chyba
        tendencje do zawłaszczania cielesnego - tj. jak się już zobaczymy,
        to potrafię się przyklejać. I chyba wolałabym tak po 2 godziny co
        drugi dzień, ale intensywnie niż tak jak mamy teraz czyli więcej
        czasu razem, ale trochę taki jakby rozwodniony :-)
    • sagittka Re: żółte oczy 30.01.09, 19:18
      > Temat nie na to forum, już się zmywam zresztą stąd, bo zawsze będę
      się tu czuła gorsza. Czasem próbuję jakoś wyjść do normalnego
      świata, jednak za każdym razem się przekonuję się, że nie mam szans.


      tłustaklucho vel zolteoczy - PISZ!

      Piszesz o ważnych, ciekawych sprawach i robisz to w ładnym stylu.
      Szczerze zachęcam cię do aktywności na tym forum (i myślę, że mogę
      to zrobić w imieniu wszystkich stałych i zasiedziałych bywalców).
      • zolteoczy Re: żółte oczy 30.01.09, 21:36
        Dziękuję bardzo, bardzo mi było miło to przeczytać i nie
        spodziewałam się.
        Niestety dopadł mnie właśnie zespół odstawienny po odstawieniu
        cipramilu (SRRI). Czułam się już dobrze, lek biorę ok. 7 lat i
        zdecydowałam odstawić. Odstwiałam powoli, 1/2 tabletki na tydzień
        (brałam dwie), na ostaniej połówce byłam miesiąc. Zaczęłam
        potrzebować mniej snu, ale nie wiązałam tego z lekiem.
        Tydzień temu odstawiłam tę ostatnią połówkę i zaczęła się jazda:
        zero snu, zero senności, nieprawdopodobne pobudzenie, napady
        gorąca, agresja, drżączka słowem koszmar. Dzisiaj doszedł dół.
        Jestem chwilowo w rozsypce, więc na razie chyba pisać nie będę.
        Dzisiaj wzięłam tę połówkę i chyba na razie będę brać wobec w/w
        objawów. Niestety przeciwdepresanty uzależniają jak wszystko inne.

        Zrobiłam straszny offtop, ale chciałam tylko podziękować za
        zaproszenie, powiedzieć, że mi bardzo, bardzo miło, no i
        usprawiedliwić swoje ewentualne milczenie.

        Tamten post napisałam, bo zrobiło mi się przykro, że Avide
        współczuje mojemu partnerowi i jakoś potem nie mogłam dojsć z tym
        do ładu. Ale to pewnie nie post, tylko wycofywanie leku tak na mnie
        zadziałało. Dobija mnie to, że się staram nad sobą pracować, a tak
        jakbym stała w miejscu.

        Dzięki Sagittko i Andziu!
        Jak się odnowię lekowo, wracam.
    • avide Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 31.01.09, 00:43
      Cóż, wygląda na to że ci co mieli się już w temacie wypowiedzieć zrobili to.
      Dziękuję wszystkie za posty odnoszące się do pytań w temacie.

      Był to dla mnie dość trudny wątek. Nosiłem się z zamiarem napisania go przez
      dobry ..... rok.

      Wątek ten był bardziej potrzebny mi samemu a nie mojemu związkowi czy mojej
      żonie jak sugerowali co niektórzy.
      Z racji mojej pokręconej przeszłości mam jak chyba każdy jakieś swoje trupy w
      szafie.
      Od 15-go roku życia wychowuje mnie praktycznie ulica. W związku z tym brak mi
      pewnych wzorców, które się wynosi z domu. Urquhart w odpowiedzi na jeden z moich
      postów w tym wątku świetnie to ujął:

      "Bo w jednym jak i w drugim przypadku startujemy z wyniesionym z rodzinnego domu
      kapitałem który zdecydowanie łatwiej jest pomnażać i kontynuować dobre wzorce
      niż budować od podstaw."

      I właśnie pewnych wzorców, które powinienem wynieść z domu rodzinnego mi
      zwyczajnie brak. Mam tego świadomość, dlatego obserwuję ludzi i buduję od zera
      to co powinienem "odziedziczyć".

      Całe życie niezależność była podstawową częścią mnie. Robiłem co chciałem i
      kiedy chciałem. Dlatego w starciu z małżeństwem, żoną, kiedy trzeba wziąć pod
      uwagę co myśli druga strona, czasami nie zawsze wiem czy granica, którą ustalam
      i z mojego punktu widzenia jest oczywistością, nie jest pewną patologią wynikłą
      z takiego a nie innego wychowania/przeszłości. Dlatego właśnie potrzebowałem
      dowiedzieć się jak inni funkcjonują. Poczytałem sobie, wyciągnąłem wnioski. Za
      to jestem wam wdzięczny.

      Pozdrawiam.
      Avide

      PS. Gomory, w ocenie drugiej połówki mojego związku trafiłeś w 10-kę. Nie mniej
      nie zmienia to faktu, że jeżeli ja sam nie ustalę obiektywnie zdrowych zasad ona
      sama ich nie jest w stanie ustalić. Właśnie ze względu na swoje trupy w szafie
      jakie chowa (DDA). Dlatego wyjście z takich czy innych założeń jakie sugerujesz,
      choć trafne, trochę mija się z celem.
      • aandzia43 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 31.01.09, 01:39
        Półtora roku temu, okrężną drogą starałam się powiedzieć ci mniej
        więcej to, co Gomory dzisiaj. Między innymi w tym poscie.

        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=15128&w=65379556&a=65443272
        Ale może od początku się mylę, może twoja żona nie jest małą
        dziewczynką zdolną tylko do platonicznej miłości do męża-tatusia.
        Może myli się też Gomory. W każdym razie cieszę się, że od pewnego
        czasu już wiesz, że wasze problemy łóżkowe nie są problemami tylko
        łóżkowymi i w samym łóżku się nie rozwiążą. Że kopać trzeba głębiej
        i całkiem daleko od łóżka;-)
        Życzę ci dużo siły:-)
      • lilyrush Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 31.01.09, 03:56
        Może trochę off topic, ale jak czytam Twoje posty Avide, to sobie myślę, ze ja
        cie bardzo podziwiam za pracowitość i za to, ze nie przeraża Cię ilość problemów
        w Twoim zwiazku tylko mozolnie próbujesz je rozwiązać. Musisz ta Twoją żonę
        bardzo kochać
      • urquhart Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 31.01.09, 11:51
        avide napisał:
        > sama ich nie jest w stanie ustalić. Właśnie ze względu na swoje trupy w szafie
        > jakie chowa (DDA). Dlatego wyjście z takich czy innych założeń jakie sugerujesz

        No tak, ale skoro mówimy o dziewczynie z DDA to podręcznikowy problem głodu bliskości i przy okazji nieumiejętności połączenia bliskości i seksu. Blokady seksualnej do osoby która staje się bliska. Znowu czy nie trzeba zacząć od ujawnienia i uświadomienia sobie i jej tego i przeniesienia z podświadomości do świadomości? Z tego co pamiętam to podstawa terapii DDA?
        Zresztą czy to temat nie godny odzielnego całkiem wątku?
        • glamourous Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 31.01.09, 13:35
          urquhart napisał:

          > No tak, ale skoro mówimy o dziewczynie z DDA to podręcznikowy problem głodu
          bliskości i przy okazji nieumiejętności połączenia bliskości i seksu. Blokady
          seksualnej do osoby która staje się bliska.


          Dokladnie to samo tez mowie Avide. Terapia DDA dla zony przede wszystkim!!!!
          • urquhart Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 31.01.09, 23:50
            Avide, zwróć uwagę na ten artykuł z Charakterów - pisany jakby w na zamówienie twojego wątku:
            Kochankowie i wrogowie
            Ona ciągle walczy, by poświęcał jej więcej czasu i był bliżej niej i jej problemów. On nie zgadza się na zbyt silne więzi, chce autonomii. Kłócą się i... nieświadomie potrzebują siebie. Dlaczego nie mogąc żyć ze sobą, nie chcą żyć bez siebie?
            www.charaktery.eu/razem/593/Kochankowie-i-wrogowie/PS
            Zwróciłeś uwagę jak na forum dda dziewczyny piszą o swoich problemach z seksem?
            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=25314&w=70563974&v=2&s=0
            ______________________________
            urquart - znachor teoretyk
            • avide Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 01.02.09, 23:07
              Dzięki za ten link. Poczytałem.
              Od jakiegoś czasu w ogóle zacząłem śledzić tamte forum. Zadziwiające jak Ci
              wszyscy ludzie są podobnie do siebie "sformatowani".

              Choć problem DDA istnieje to jednak nie jest to klasyczny przypadek. Albo
              inaczej, żona była klasycznym przypadkiem ale przez lata docierania się wiele
              demonów przeszłości (zupełnie nieświadomie z mojej strony) udało się przegnoić.
              to co mnie zastanawia to fakt że byliśmy oboje u samego Starowicza i facet
              wiedział dokładnie o sytuacji i mówił, że ona nie ma wiele wspólnego z łóżkiem.
              Ja z kolei jak czytam, obserwuję i porównuję wyraźnie widzę jak na dłoni
              wszystkie problemy DDA i jestem prawie pewien że ma to wpływ na stan psychiki. A
              skoro tak, to wiadomo że i na sferę intymną bo wszak seks rodzi się w głowie a
              nie w lędźwiach.

              Brak wyluzowania podczas seksu. Ewentualny luz jedynie ze wspomagaczami. Bardzo
              długie postrzeganie seksu jako czegoś brudnego, czegoś dla faceta. Czegoś co się
              daje a nie co się bierze. Brak własnych fantazji, pragnień. Nastawienie na
              potrzeby drugiego człowieka i zero własnych wymagań. Takie całkowite oddanie.
              Oraz wiele wiele innych.

              Jak sobie poczytałem link, to w zasadzie z tego co obserwuję mógłbym jedynie
              fajeczki stawiać przy kolejnych symptomach opisywanych przez tamtejsze
              forumowiczki. Wiele z nich udało się przegonić sporo cięgle siedzie gdzieś tam
              głęboko w jej umyśle.
              Przerypane. ;-((

              Niestety to się wszystko układa w jedną całość. Już nawet nie chodzi o sam seks.
              Tylko o całokształt.
              Pytanie: Co dalej z tym fantem zrobić ?
              • mujer_bonita Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 01.02.09, 23:22
                avide napisał:
                > Niestety to się wszystko układa w jedną całość. Już nawet nie
                chodzi o sam seks
                > Tylko o całokształt.
                > Pytanie: Co dalej z tym fantem zrobić ?

                Nie śledzę Twojej hitorii od początku. Żona przecodziła jakąś
                terapię dla DDA? Zaparła się, że nie pójdzie?

                Bo mi z opisu jasno wynika, że to co się dało to udało Ci się
                naprawić ale więcej sam zrobić nie możesz.
                • avide Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 01.02.09, 23:52
                  Terapia. Tak. Tylko nie wiem komu bardziej by sie przydała. Żonie czy mi ;-)).
                  Nie wiem, póki co nie mam siły na terapie. Poza tym nie wiem gdzie, ile to
                  kosztuje itp. A nie chce trafić w ręce jakiegoś szrlatana.
                  Poza tym, parami ? osobno ? DDA ? czy może jakaś małżeńska ?
                  Muszę jeszcze nad tym pomyśleć.
        • anais_nin666 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 03.02.09, 21:55
          O, ja też DDA. Ale z całkiem innej bajki... Z bajki, w kt. sama sobie zaczęłam
          pomagać... Hm... Bliskości jak chleba, ale ... trochę na moich zasadach:( Nie
          potrzebuję się wklejać, tulić non stop. Ale gdy czuję potrzebę bliskości musi
          ona być rzeczywiście duża;) Żadnego udawania;) Ma być mój i tylko mój, bez
          zerkania kątem oka w tv. Ale takich chwil (tulenia, zajmowania się sobą) nie ma
          w ciągu dnia zbyt wiele. Praca. Zajęcia domowe (wspólnie).
          Cenię swoje towarzystwo. Cenię odrębność. Nie odnajduję się w związku, w którym
          ja to odbicie mego męża. Ja to ja. On to on. Do tego się dojrzewa. Do tego też
          trzeba samoakceptacji. I polubienia siebie. Ale przede wszystkim zrozumienia, że
          szczęście w związku to nie jest bycie cieniem kogoś, a wspólne życie ramię w
          ramię. Życie ramię w ramię to dla mnie życie gdzie jest przestrzeń. Gdzie jest
          czym oddychać.
    • meg758 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 31.01.09, 09:46
      No właśnie mnie też zastanawia wytrwałość Avide w podtrzymywaniu związku z
      osobą, która ma naprawdę poważne problemy i nie bardzo daje mu szczęście. Czy to
      miłość/pracowitość? A może jakieś poczucie winy lub/iobowiązku wobec niej? A
      może Avide pięknie wpasował się w rolę, w której ona chce go widzieć, tj.
      ojca/opiekuna/sponsora? I jak tu rzucić swoje dziecko? Przecież biedne zginie w
      tym okrutnym świecie. Jak takiej biednej istotce postawić jakieś
      ultimatum,wymagać czegokolwiek? Po prostu się nie da. Tylko ostatni drań porzuca
      swoje dzieci na pastwę losu, prawda?

      • avide Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 01.02.09, 23:11
        Tutaj akurat się całkowicie mylisz.
        Ja chcę mieć u swojego boku kobietę z krwi i kości a nie kogoś kim się będę mógł
        zaopiekować czy sponsorować. Gdyby tak było jak piszesz nie zawracał bym wam
        głowy tylko doskonale się wpasował w scenariusz bo przyznaję, że warunki do tego
        miałem świetne.
        Sorry, mnie to nie bawi.
      • avide Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 01.02.09, 23:49
        Meg a odpowiadając jeszcze na Twoje pytanie czemu tak mam, czemu walczę do końca.
        To przez naturę perfekcjonisty oraz ponad 15lat uprawiania półwyczynowo sportu.

        Natura perfekcjonisty (obciążenie genetyczne po ojcu ;D) powoduje że jak się za coś zabieram to chce to zrobić od początku do końca dobrze. W przeciwnym razie wolę nie robić wcale. Nienawidzę jakichkolwiek prowizorek. I dlatego jak się za coś zabiorę to zazwyczaj na maxa.

        Sport zaś nauczył mnie, że raz się przegrywa a raz wygrywa, ale nie wolno się poddawać dopóki istnieje jeszcze choć cień szansy na wygraną.

        Widziałaś mecz w piłkę ręczną Polska-Norwegia teraz na mistrzostwach świata ? Żona mówiła przez ostatnie 5 minut, że już nie mamy szans czym wybitni mnie doprowadzała do furii ;-). Wygraliśmy 1 bramką po czymś co spokojnie można nazwać sportowym cudem. Nasi wygrali dlatego, że wierzyli do końca i byli bardziej zdeterminowani.

        Tego właśnie uczy sport. Ta cecha później funkcjonuje również w życiu codziennym. Jest w człowieku zaszczepiona. Przynajmniej ja tak mam.
        • meg758 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 03.02.09, 21:44
          Witaj ponownie.
          W moim odczuciu zareagowałeś dosyć ostro na mój post, bo rzeczywiście był
          cokolwiek zjadliwy, ale nie z chęci dokopania ci. Wiem z własnego doświadczenia,
          że żeby wyjść ze starych, utartych sposobów i myślenia i zobaczyć coś więcej niż
          zazwyczaj czasami trzeba dosyć po łbie. Albo włożyć kij w mrowisko. Bywa
          bolesne, ale czasami gra warta jest świeczki. Pozwoliłam sobie na małą prowokację.
          Mam za sobą wieloletni związek przylepkowy(że tak to ujmę) :) i takie refleksje
          mi się nasunęły na podstawie tegoż, jak jest w twoim przypadku widzieć nie mogę.
          Co do perfekcjonizmu, myślę, że warto, żebyś dla samego siebie zastanowił się,
          gdzie jest ta granica, kiedy rezygnujesz i przestajesz walczyć. I czy w ogóle
          istnieje taka granica, a jeśli nie, czy i dlaczego ci to odpowiada. Tak dla
          samego siebie.
          Tak na koniec, po latach pracy z ludźmi i nad sobą, wiem,że często jest tak, że
          silna reakcja na dany bodziec oznacza, że coś jest na rzeczy i warto bardziej
          podrążyć temat. Ale może po prostu miałeś zły dzień.
          Tak czy inaczej
          Pozdrawiam
          • avide Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 04.02.09, 00:30
            Powiem Ci że aż przeczytałem oba moje posty powyżej sprawdzając czy aby nerwowśc
            faktycznie zbytnia się nie wkradła.
            Po wstępnych ogledzinach postów stawiradzam co następuje: agresji nie
            stwiedzono, nerwowości w postach brak. ;-)).
            Bynajmniej ciśnienia mi Twój post nie podniósł, a ową zjadliwość chyba w
            rozpędzie czytania zwyczajnie przegapiłem. Także luzik. ;-)

            Co do perfekcjonizmu to przyznaję że bywa u mnie problem z odpuszczaniem sobie.
            Jak się zawezmę nad czymś to czasami nie ma zmiłuj. Zazwyczaj to zaleta, potrafi
            się jednak przerodzić w ogromną wadę. Łóżko jest tutaj świetnym przykładem.
            Dlatego przechodzę obecnie kurs asertywnego odpuszczania sobie i olewania ;-).
            Świat się przecież nie zawali jak zluzuję raz czy drugi ;-).
            • meg758 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 04.02.09, 19:21
              Byłam kiedyś bardzo zawziętą osobą. Potrafiłam latami walić głową w jakąś ścianę, nie chcąc przyjąć do wiadomości faktu, że to nic nie daje. Z czasem nauczyłam się hamować swoje zafiksowanie. Teraz umiem się zatrzymać, rozejrzeć wokoło i zadać sobie pytania typu: czy jest jakiś inny sposób na pokonanie, obejście tej ściany? A może jest tu jakaś szpara, którą przeoczyłam, itd :) Jeśli nic nie skutkuje, zaczynam się zastanawiać czy warto dalej walić w tę ścianę czy może poszukać innej.

              Myślę, że magicznym słowem jest tutaj "warto." Być może jest tak, że pomimo swoich problemów (w moim przypadku DDA to poważny czynnik odstraszający)twoja żona jest warta tego by tak długo i wytrwale o nią walczyć. My jej nie znamy, ty tak.
              Pozdrawiam
    • zolteoczy Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 31.01.09, 18:02
      No ja, jak przeczytałam o tej ulicy, to też mi się trochę punkt
      widzenia zmienił...
      Bo sama też przez tą ulicę przeszłam i trochę wiem, jak jest.
      Uciekłam na ulicę przed moją zaborczą matką, pełna ideałów, nie
      mając pojęcia, jak to naprawdę wygląda. I cóż, u mnie to
      doświadczenie skończyło się uzależnieniem i zwątpieniem w ludzi na
      jakieś 10 lat. Potem urwałam kontakty ze wszystkimi, z nikim już
      nie chciałam sie spotykać. Poznawałam jakichś innych ludzi, ale
      nikomu już nie byłam w stanie uwierzyć.
      Nie wiem, jak to u Ciebie było, Avide, bo może mężczyznom na ulicy
      nieco łatwiej, ale ja się nauczyłam, że nie warto ufać nikomu. Nie
      warto nic nikomu dawać, bo zaraz się będzie wykorzystanym. Jesteś
      wart tylko tyle, ile można Ci zabrać/wyrwać/ukraść. Nawet jeśłi ni
      dochodzi do ekstremów, to prawda ulicy jest taka, że ludzie
      przychodzą i odchodzą, nic nie trwa, ine ma żadnej bliskości,
      ciepła. Jeden dzień ktos jest i wydaje Ci się, że jest Twoim
      największym przyjacielem, drugiego dnia znika. Ja miałam z tego
      powodu takie potworne poczucie oszukania i szybko się nauczyłam, że
      w nic nie warto inwestować.
      Myślę, że może Twoja żona daje Ci jednak dużo ciepła i stałości,
      których szukałeś, choć może jest też poczucie duszenia, bo nie jest
      się do tego przyzwyczajonym.
      Myślę też, że nieprzypadkowo jesteś z DDA, bo ludzie wiążą się też
      swoimi problemami i swoim doświadczeniem. Dogadałbyś się po tej
      szkol ulicy z doskonale poukładaną kobietą z dobrego domu? Bardzo
      wątpię. O czym byście gadali? Więc masz kobietę, która też ciągnie
      za sobą jakąś przeszłość, podobnie jak Ty, i to Was łączy.
      Ja nie wierzę w romantyczną, altruistyczną miłość. Każdy związek to
      jest wsólnota interesów i ludzie wiążą się ze sobą, bo czerpią z
      tego jakieś profity, choć czasem na pozór wygląda to tak, jakby się
      męczyli.
      Moze za bardzo patrzę przez pryzmat swojego własnego związku, nie
      wiem. Wiem, że wszyscy moi problemowi i z przeszłościa znajomi
      związali się z podobnymi osobami.
      Tylko niestety poszukiwanie takiej bratniej duszy też jest
      brzemienne w skutki, które trzeba potem unieść. Jeśli szukam osoby,
      z którą się dogadam, która mnie zrozumie, z podobnym bagażem
      doświadczeń, to pewnie ta osoba też będzie niełatwa, właśnie z
      powodu swoich przejść, które uczyniły ją dla mnie bliską.
      Trudno mi jest zaakcptować problemy mojego partnera, ale mmuszę
      przyznać, że właśnie trochę dla tych problemów go wybrałam. Bo nie
      mogłabym być z jakimś poukładanym szefem korporacji, który właśnie
      parł przez życie jak przecinak. No więc teraz niosę brzemię
      problemów swojego partnera, tak samo, jak on niesie moje problemy.
      Bo mamy bardzo podobną przeszłość, mijaliśmy się na tej ulicy, mamy
      wspólnych znajomych, choć poznaliśmy się na randakch internetowych.
      Cóż, swój swego zawsze znajdzie, nawet jakby go miał spod ziemi
      wykopać. Raczej pokiereszowany pokiereszowanego, bo problemy mamy
      nie identyczne.
      Nie wiem, czy u Ciebie jest podobnie, ale może warto się
      zastanowić.
      • glamourous Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 31.01.09, 18:41
        zolteoczy napisała:

        >Dogadałbyś się po tej
        >szkol ulicy z doskonale poukładaną kobietą z dobrego domu? Bardzo
        >wątpię. O czym byście gadali?

        Masz watpliwosci co do tego ze Avide mialby O CZYM z gadac z innymi kobietami
        niz jego zona??? Tak wyjatkowo wygadany facet jak on???? No, daj spokoj ;-)))
        IMO to, czy ludzie maja ze soba o czym gadac, to nie kwestia symbolicznego
        wychowania sie na jednej ulicy czy podobnego CV. To kwestia podobnych gustow,
        szeroko pojetej kultury, ciekawosci swiata, oczytania, dopasowania
        intelektualnego, seksualnego, socjalnego itp.
        Wspolne tematy w zwiazku to nie tylko "tak, tak, oboje jestesmy pokiereszowani i
        pokrzywdzeni przez los". Partnerskie dopasowanie to rowniez cala gama innych
        podobienstw i plaszczyzn porozumienia.
        • zolteoczy Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 31.01.09, 20:55
          No nie wiem, nie wiem...
          Pisząc "o czym byście gadali" miałam na myśli nie to, że nie maja
          innych tematów, niż własna przeszłość, tylko o takim wewnętrznym
          dogadaniu się i zrozumieniu. Tu wygadanie nie ma żadnego znaczenia.
          To prawda, że płaszczyzny porozumienia mogą być różne, niemniej
          jedne są, że tak powiem, bardziej od innych nośne.
          Trudno mi to wytłumaczyć, ale pewne przeżycia kształtują ludzi w
          bardzo specyficzny sposób i potem trudno jest się od tego uwolnić i
          szuka się ludzi podobnych.
          Ja zresztą nie wiem, jak jest u Avide, tak tylko przecież
          spekuluję. Opieram się przy tym na swoich doświadczeniach i na
          doświadczeniach znajomych. Wydaje mi się, że ludzie się łączą, bo
          mają podobne spojrzenie na życie, bo się rozumieją. A to podobne
          spojrzenie na życie, zrozumienie innej osoby bierze się z podobnego
          ukształtowania.
          Jasne, że można też rozumieć kogoś kompletnie innego, ale twierdzę,
          że wtedy nie będzie takiej bliskości.
          Dajmy na to, że spotykam inteligentnego, odpowiadającego mi w
          łózku, ciekawego świata, dobrze prosperującego bankowca, który
          miałby idealne dzieciństwo, szedłby od szkółki do szkółki, bez
          żadnych zbędnych kolizji, prostą drogą do celu... Dajmy nawet na
          to, że oboje mamy wspólne zainteresowania i dużą dozę
          wyrozumiałości dla drugiej osoby. Podobne poglądy polityczne ;)
          Ja bym zawsze czuła dystans.
          Pomijając to, że tacy ludzie po prostu nie są dla mnie atrakcyjni.
          I nie dlatego, że im w życiu łatwo szło, tylko dlatego, że nie mają
          takiego specyficznego rysu.
          Wydaje mi się, że nie jestem wyjątkiem, bo z moich znajomych NIKT
          nie związał się z osobą bardzo odbiegającą od środowiska.
          Ja przez pewnien czas próbowałam, bo właśnie chciałam być inna i
          nie dać się zdeteminować przez jakąś "byłość", ale to były totalne
          porażki.
          • zolteoczy Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 31.01.09, 21:50
            Hm, tak sobie pomyślałam, że może są tu jacyś bankwocy i może
            poczuli się urażenie tym, co napisałam w poprzednim poście.
            Jeśli tak, to pomyślcie, czy chcielibyście się związać z byłą
            narkomanka/alkoholiczką/anorektyczka/bulimiczką (niepotrzebne
            skreślić, ale może tez wszystko razem występować), która w wieku 34
            lat dopiero układa sobie życie? Raczej wątpliwa atrackja chyba.
            Może nawet niepotrzebne są te uzależnienia, może wystarczy po
            prostu trochę ulicy, trochę kompletnie innego charakteru, trochę
            kompletnie innej osobowości, trochę więcej swobody, trochę więcej
            szaleństwa, trochę innego stosunku do pieniądza, kariery, sukcesu i
            już mamy dwa światy które się nigdy nie zejdą. Nie w jednym związku
            w każdym razie.

            A, Glamour, że nie zrozumiałaś, o czym piszę, to też jest bardzo
            dobre świadectwo tych dwóch światów, co się do końca dogadać nie
            mogą :)
            • glamourous Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 31.01.09, 22:34
              Mozliwe, mozliwe... Nie neguje, ze wlasnie TAK to moze dzialac u ludzi "z
              przezyciami" i nieciekawym dziecinstwem. Byc moze rzeczywiscie podswiadomie
              dobieraja sobie takie swoje "odpowiedniki" na partnerow i przyjaciol.

              JEDNOCZESNIE mam pewne watpliwosci czy jest to aby absolutna regula. Znam taki
              przypadek bardzo osobiscie - moja dobra kolezanka, pelnoobjawowe DDA,
              wychowywana w naprawde BARDZO patologicznej rodzinie. Odkad sie z niej wyrwala,
              spedzila cale swoje zycie na uciekaniu od przeszlosci, szukaniu normalnosci i
              budowaniu swojego zycia na zasadzie kontrastu w stosunku do tego co przezyla w
              dziecinstwie. Wybierala sobie ZAWSZE facetow z tzw. dobrych domow, wlasnie TYLKO
              TACY ja pociagali. Bogiem a prawda, chyba bardziej pociagaly ja wlasnie te domy
              i te ich cieple, bezproblemowe rodziny (z obojgiem kochanych rodzicow,
              niedzielnym obiadkiem i popoludniowa wspolna herbatka) niz sami ci faceci ;-)
              Przynajmniej takie mialam wrazenie. Przyjaciol tez zawsze dobierala sobie wedlug
              tego klucza, tak jakby tesknila za taka bezproblemowoscia i lgnela do
              wszystkiego co jest kontrastem dla jej nieciekawego dziecinstwa i problemow.
              Tak, ze moze byc naprawde roznie. DDA niejedno ma oblicze - ludzie roznia sie
              miedzy soba - kazdy ma inna wrazliwosc, wiec i sposob radzenia sobie z demonami
              przeszlosci nie zawsze musi byc ten sam...
              • zolteoczy Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 31.01.09, 23:13
                Nie no, na pewno nie jest to absolutna reguła. Zwłaszcza po tym, co
                napisałaś :). Ja po prostu nikogo takiego nie znam, dlatego może
                tak napisałam, że wyglądało, że to jakaś reguła. Twojej koleżance
                trzeba przede wszystkim pogratulować, że się wyrwała z bagna i nie
                wpadła w nowe, jak to często u DDA jest. Mam tylko nadzieję, że coś
                ją więcej łączy z tymi facetami oprócz tego, że bardzo chciałaby
                nie powtórzyć swojej przeszłości. Może to jest zresztą tylko taki
                jej pierwszy krok i potem może ten kontrast nie będzie
                najważniejszy. Na razie musi przede wszystkim chronić siebie i to
                właśnie robi. Pogratulować, naprawdę.
                Nic nie jest regułą, na szczęście, na szczęście :)

                To nam tu daje dużo nadziei nie tylko w tym temacie :)
                • jane.bond Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 01.02.09, 00:37
                  Mogłabym się podpisać pod tym co napisała Żółteoczy.Zawsze szukamy pokrewnych
                  dusz,niekoniecznie w celu delektowania się podobnym nieszczęściem.
                  W jednym z ważniejszych moich związków było tak,jak u koleżanki Glamourous -
                  facet z 'normalnej' rodziny,wszyscy,łącznie z dziadkiem staruszeczkiem,kochający
                  i niepatologiczni.I często się zastanawiałam jak to jest mozliwe,że oni mnie
                  lubią,akceptują i szanują,i dobrze mi wśród nich.A tu rodzinne trupy wyszły z
                  czasem.
                  WSZYSCY najbliżsi mi ludzie mają swoje upiory.Niekoniecznie DDA,czasami
                  gorsze,ale nie znam nikogo z t.zw. zdrowej rodziny.
                  Przypadek?

                  A co do meritum i pytania Avide:nie wymagam od mojego mężczyzny ściśle
                  okreslonego czasu przeznaczonego tylko dla mnie.Ma odpowiedzialną,stresującą
                  pracę i czasami bywa tak,że myślami jest zupełnie gdzie indziej i ja to
                  rozumiem.a nawet się cieszę,bo też potrzebuję chwili tylko dla siebie.Do tego
                  dochodzi jego ukochane pływanie i squash - ok.
                  Mieszkamy oddzielnie,prawie wszystkie weekendy spędzamy razem - u niego lub u
                  mnie,co wcale nie znaczy że 100% czasu poświęcamy sobie.On ma swoje potrzeby,ja
                  swoje.Wiem że rano lubi z godzinę posiedzieć przy kompie i woli mieć wtedy ciszę
                  i spokój oraz puste mieszkanie :)więc ja wykształciłam w sobie w tym czasie
                  odruch...spania:D
                  On z kolei nie ma żalu kiedy ja potrzebuję samotności,a potrzebuję często.
                  Więc jeśli pytasz o ilość czasu przeznaczonego dla tej drugiej osoby to wychodzi
                  jakoś tak pół na pół.
                  Myślę tak jak większość tutaj - że Twoja żona potrzebuje pomocy specjalisty,bo
                  Twoja miłość to za mało.
                  • aandzia43 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 01.02.09, 01:06
                    > WSZYSCY najbliżsi mi ludzie mają swoje upiory.Niekoniecznie DDA,czasami
                    > gorsze,ale nie znam nikogo z t.zw. zdrowej rodziny.
                    > Przypadek?

                    Oczywiście, ze nei przypadek:-) Dodam jeszcze, jako ciekawostkę, że jak się
                    nieco wyterapiowałam, to straciłam kupę znajomych. Czasem w dramatyczny i
                    niemiły sposób. Ale naistotniejsze jest to, że naprostowałam i ułożyłam sobie
                    stosunki z najbliższymi mi ludźmi. I dałam nowe szanse ma zdrowsze jutro mojemu
                    dziecku. To jest sukces wart utraty sympatii tego czy owego. Kiedy skarżyłam się
                    mojemu psychorowi* na samotnośc i poczucie wyalienowania, powiedział, że teraz
                    latam wyżej, a tam jest mało ptaków. Za to są piękniejsze:-)
                    Dla porządku: nie były to kwestie ściśle związane z DDA.

                    *psychor - określenie ze "Strachu przed pięcdizesiątką" Eriki Yong. Polecam:-)
                    • aandzia43 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 03.02.09, 22:28
                      No tak, wydało się: wszyscy jesteśmy Chrystusami;-)
                  • zyg_zyg_zyg Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 01.02.09, 13:56
                    Mnie też blisko do Śnieżnej Lamparcicy vel Żółtychoczu. To nie jest
                    ani kwestia istnienia czy braku wspólnych tematów, ani nawet
                    lubienia czy nielubienia, ale "czucia" drugiej osoby. Ja mam tak, że
                    wyczuwam ludzi, którzy podobnie do mnie dostali po uszach od życia.
                    Często bez słowa, często po pierwszym spotkaniu. W mig łapię, o co
                    im chodzi, widzę i rozumiem półgesty i półsłówka, przewiduję
                    reakcje. Jestem "u siebie".

                    Tutaj na forum są i takie osoby, do których mi blisko, i takie,
                    których rozumienie świata i ludzi jest dla mnie zupełnie obce,
                    których poglądy odbijają się ode mnie jak piłeczka kauczukowa od
                    ściany. I mogę się założyć, że nie bez znaczenia jest bagaż
                    doświadczeń jednych i drugich. Potrzebuję wokół siebie różnych
                    ludzi - i podobnych do mnie, i całkiem różnych. Ale zdecydowanie
                    bliżej mi do tych, którzy tak jak ja na własnej dupie weryfikowali
                    różne życiowe teorie :-)
              • aandzia43 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 01.02.09, 00:53
                > JEDNOCZESNIE mam pewne watpliwosci czy jest to aby absolutna regula. Znam taki
                > przypadek bardzo osobiscie - moja dobra kolezanka, pelnoobjawowe DDA,
                > wychowywana w naprawde BARDZO patologicznej rodzinie. Odkad sie z niej wyrwala,
                > spedzila cale swoje zycie na uciekaniu od przeszlosci, szukaniu normalnosci i
                > budowaniu swojego zycia na zasadzie kontrastu w stosunku do tego co przezyla w
                > dziecinstwie. Wybierala sobie ZAWSZE facetow z tzw. dobrych domow, wlasnie TYLK
                > O

                Że lgnęła i tęskniła to mnie szczególnie nie dziwi. Pytanie: co tak naprawdę
                znajdowała? I przy czym w końcu zostawała, po tych poszukiwaniach i tym
                przytulaniu się do ciepłych domów i ludzi. Jeśli uporała się w ten czy w inny
                sposób ze swoimi demonami, to pewnie zostało jej w rękach coś konkretnego,
                dobrego i trwałego. I nie dawała się nabierac na plewy. Jeśli nie miała
                załatwionych spraw z przeszłości, to pewnie okazywało się, że nabierała się na
                atrapy. Atrapy rodzin, ludzi i tego ciepła. Nie wykluczam, że były to bardzo
                udane atrapy;-) Takie trudne do rozszyfrowania.
                Ale takie opadanie zasłon ma miejsce zazwyczaj około trzydziestki. Wtedy
                dowiadujemy się, co tak naprawdę mamy w ręku. I co siedzi pod fasadą sytuacji,
                które wydawały nam się całkiem OK.

                Smiac mi chce, jak sobie przypomnę swoje zadęcie i zarozumiałosc sprzed
                parunastu lat. "Ja mam inny dom, inne małżeństwo, niż moi przodkowie, ja jestem
                inna". I takie tam bzdety. Im bardziej się nadymałam, tym mniej rzeczywistości
                widziałam. Przebudzenia są nie tylko przykre. Są tak cholernie zaskakujące, że
                aż śmieszene. Wyłażą rzeczy, wydawałoby się wcześniej, wręcz nieprawdopodobne.
          • bi_chetny Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 02.02.09, 11:59
            zolteoczy: ja i moja żona jesteśmy trochę takim związkiem - ona DDA, z różnymi
            traumami, do tej pory się borykająca. ja - z zupełnie normalnej rodziny,
            wychowany jak trzeba. mimo to umieliśmy stworzyć związek, który niejedną burzę
            już przetrwał. i mamy o czym rozmawiać, od lat.
            • cimka1 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 03.02.09, 21:02
              Według mnie granica pomiędzy niezależnością a zależnością może być bardzo
              cienka, szczególnie że większość z nas ma własny bagaż doświadczeń, często nie
              najlepszy.. Polecam artykuł o toksycznych związkach
              www.wyspa-kobiet.pl/sekrety_szczescia/zwiazki/80.html
      • avide Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 01.02.09, 23:37
        Złoteoczy, nie no, z tą ulicą to nie tak jak myślisz.
        Pisząc o "ulicy" miałem na myśli źródło skąd czerpałem wzorce od mniej więcej 1 klasy szkoły średniej. Z domu jak Ty uciekać nie musiałem bo ... to moi rodzice uciekli z domu ;-). Matula do pracy jakieś 2000 km a staruszek do kochanki (później żony) jakieś 150 km. Spotykaliśmy się praktycznie z okazji większych świąt. Na co dzień cóż... sam nawet na swoje wywiadówki chodziłem ;-) bo nie bardzo było komu ;-).

        Wzorce jakie są wśród 15-latków wszyscy wiemy. Powiem tylko, że był to czas kiedy trawy do palenia, alkoholu i różnego rodzaju imprez nie brakowało w moim życiu.

        Co do Twojej tezy iż nieprzypadkowo jestem z DDA. Cóż, wtedy nie miałem pojęcia, że coś takiego istnieje. Poznałem ją, spodobała mi się (i dalej podoba, z roku na rok co raz bardziej), mieliśmy i mamy o czym gadać i bynamniej wspólna przeszłość to nie jest. Jak poznałem żonę, była prymuską w klasie, poukładana grzeczna dziewczyna, z dwojgiem kochających się rodziców. Modelowa rodzina.
        Do statusu "laski z wyższych sfer" (tak ją postrzegałem bardzo długo zanim zaczęliśmy być parą) brakowało jej tylko trochę więcej kasy na koncie ojca.
        To ja byłem ten z rozbitej rodziny, ten "gorszy", ona ta z dobrego domu. To że jej "dobry" dom był tylko atrapą zdałem sobie sprawę zupełnie niedawno. Dokładnie tak jak napisała Aandzia. Takie rzeczy wychodzą koło 30-stki.

        Ja nie klasyfikuję ludzi dopóki z nimi nie pogadam. Przez to w jakim w młodości towarzystwie się obracałem miałem do czynienia z pełną przekrojówką. Byli i ci z dobrych domów, którzy okazywali się nic niewartymi frajerami jak i potencjalny margines społeczny, który żył wg jakichś własnych zasad i człowiek zawsze mógł na takiego liczyć, miał z nim o czym pogadać. Ważne co masz w głowie, a nie gdzie pracujesz czy jak się ubierasz.
    • felicia.3 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 02.02.09, 00:02
      Avide;) prosze..... Cie napisz ksiazke:) Styl masz swietny i przekonujacy (w
      sensie literackim rzecz jasna):)
      • bi_chetny Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 02.02.09, 12:03
        avide: zastanawia mnie tylko ta historia z psem... zastanówcie się dobrze nad
        dzieckiem, jego nie oddacie :)
    • kaachna1 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 02.02.09, 17:19
      Kiedy przeczytałam twój wątek to od razu nasunęła mi się myśl,że jesteś
      klasycznym przykładem faceta z Marsa,a twoja żona kobietą z Wenus według Johna
      Graya,myślę,że w twoim przypadku bardzo by pomogło przeczytanie tej książki
      przez Twoją żonę,aby zrozumiała,że aby się do niej zbliżyć musisz się od niej
      oddalić,że potrzebujesz samotności co nie oznacza,że się od niej oddalasz bo ona
      pewnie tak to odbiera dlatego wtedy kiedy ty chcesz być sam ona jeszcze bardziej
      szuka kontaktu z Tobą,nie spotkałam zbyt wielu zwolenników tej książki,ale mi
      ona bardzo pomogła zrozumieć różnicę między płciami,szczególnie polecam
      rozdział;Mężczyźni zaszywają się w swoich jaskiniach oraz Mężczyźni są jak sprężynki
      W moim związku zdecydowanie się poprawiło kiedy zrozumiałam i zaakceptowałam te
      odmienności czego i Tobie życzę:)

    • kati1973 Re: Gdzie jest granica zdrowej niezależności w zw 03.02.09, 21:21

      NO patrz, a ja mam tak, ale odwrotnie, to mój mi ma problem z wolnym
      czasem dla mnie, glownie z forum ;)
      Ale moze to dlatego, ze mamy po...ne znaki, ja strzelec(mezczyzna),
      on panna:P


      justkati.blox.pl/html
      zapraszam na forum:
      problemy w małżeństwie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka