eydur8791
18.08.11, 18:54
Ciężki temat. Choroba dużo zmieniła w naszych relacjach na lepsze. W miarę się dogaduję z nimi, ale czasem... Wyprowadzają mnie z równowagi samą swoją obecnością, tonem głosu, złośliwością (gdyby przyznawano medale na igrzyskach w kategorii złośliwość drużynowa złoto mielibyśmy w kieszeni).
Ostatnio jestem zrezygnowany. Nauka leży, wyjazd niedługo, egzamin też, z kobietą wszystko dobrze i niby człowiek powinien się cieszyć, a paliwa brak. Rezygnacja, brak wiary we własne siły, że się uda. I podsypianie w ciągu dnia. I dochodzimy do sedna: ton rodziców: znowu spałeś, pewnie znowu nic się nie uczysz, zostaniesz wiecznym studentem, nic tylko się szlajasz. Nie mam siły im tłumaczyć. Zresztą co mam tłumaczyć skoro sam nie rozumiem swojego zachowania? Ale ten ton, docinki sprawiają, że źle się czuje w domu. Wiem, wiem martwią się, ale zamiast mi pomóc tylko mnie wkurwiają. I ogarnie mnie megawkurw.
Wczoraj zaspałem do dentysty. Stwierdziłem, że trudno, a moja matka: co znowu tylko śpisz? Zaspałeś. I ten wszystko wiedzący ton. Nie chce mi się nawet z nimi gadać wtedy, bo przecież i tak oni mają rację.
Nie pierwszy raz czuję, że nie są po mojej stronie. Wybór studiów-za ciężkie nie poradzisz sobie, praca na kasie-zrobisz manko, będziesz zwracał kasę, erasmus-po co na co dlaczego i przecież przez to wiecznym studentem będę, wakacje w Czarnogórze-przecież tam była wojna i w ogóle tam jest koniec świata.
Dlaczego nie można normalnie pogadać i wymienić poglądów? Dlaczego często słyszę, że porozmawiamy, gdy będziesz miał tyle lat co ja (zwłaszcza od ojca)? Dlaczego cokolwiek zrobię jest mało, bo jeszcze to i to i to? Dlaczego ojciec ciągle mówi: co wy byście beze mnie zrobili? I dlaczego nigdy nie powiedzieli mi, że są ze mnie dumni?
Może jacyś rodzice coś doradzą?