Siemanko

)
Byłem wyluzowanym kolesiem, który cieszył sie życiem, nie miał żadnych
problemów, nigdy sie nie nudził.... ciągle miał mase pomysłów... różnych
zajawek... jak kończyła sie jedna znajdował automatycznie drugą, zawsze żył
czymś ...
Wierzyłem głęboko w Boga i zawsze starałem sie wybierać tę dobrą drogę -
chociaż wybór nie zawsze był prosty, ponieważ czasami to co mówiło Pismo
Święte i cała religia było trudne do osiągnięcia ... Pewnego dnia wszystko
zaczeło nabierać nowego sensu... Powoli dostrzegalem, że zawsze można
wybierać dobro i, że dobrem można wiele wiecej zdziałać... zacząłem to
sprawdzać na ludziach, z którymi spotykalem sie służbowo i prywatnie - dobro,
serdecznosć na wszystkich działała tak samo - ludzie odpowiadali mi tym czym
ich obdarowywałem ... Uśmiech stał sie idealnym narzędziem do rozbrajania
ludzi... Zacząłem przygladać sie złu które wyrządziłem innym ludziom ..
glównie rodzinie i znajomym ... oddzielilem wszystko co było dobre we mnie od
tego co było zle ... zobaczyłem jak wiele ludzi w przeszłości obdarowwywało
mnie dobrem ... jak troszczyli sie o mnie a ja unikałem ich mądrości i
szydziłem z rad ... rozmyślałem nad wszystkim dużo... zacząłem szalenie cenić
myślenie ... aż stało sie moją kolejną ogromną zajawką ... rozmyślałem nad
wszystkimi swoimi problemami i znajdowałem na nie magiczne i proste
rozwiązania ....analizowałem swoje rozmowy z ludźmi nawet z dalekiej
przeszłości (takze i kłótnie), odnajdowałem ich nowy sens.... Szybko
przebaczyłem osobom do których miałem gdzieś na dnie serca jakiś żal ...
smutek który pozostał po krzywdach jakie mi w przeszłości uczynili ...
zacząłem wyciągać z wszystkiego wnioski ... odnalazlem radość w zagladaniu do
Pisma Świetego ... cytaty szukały moich oczu i odpowiadały na kolejne
pytania, które miałem w głowie .... zacząłem inaczej sie modlić .... starałem
sie mówić do Boga jak do swojego kolegi .... który jest gdzieś obok .... po
pewnym czasie zacząłem delikatnie odczuwać jego obecność ... jak
w "alchemiku" ukazywały mi sie znaki.... zdałem sobie sprawę z tego, że
zawsze były gdzieś blisko tylko nei zwracałem na nie uwagi ... im bardziej
sie na tym skupiałem tym wiecej ich bylo... wystraszyło mnie to troche i
zacząłem prosić Boga, aby strzegł mnie przed szatanem ... chcialem odrzucić
zło ... powiedzieć mu wielkie NIE !!! .. z czasem z rozmyślania czerpałem
wielką energię zacząłem sobie stawiac cele pogodzenia sie z ojcem z którym
kiedyś miałem cięzkie przejścia... rozmawialem na temat swoich przemysleń z
przyjacielem, z rodziną ... ale gubiłem sie gdy rozmawialismy w grupie ...
jedynie rozmowa w cztery oczy dawala mi to czego potrzebowalem ... przestałem
odczuwać głód, wódka przestała na mnie dzialać ... myślalem, że Bóg za
głęboką wiarę obdarował mnie ogromną miłoscią i czułem, żę daje mi to o co go
prosze .... dotarło do mnie, że sie nawróciłem ... zacząłem zaczepiać ludzi
na ulicy i pytać czy wierzą w to że sie nawróciłem ... nie przespałem dwóch
nocy a mimo to mialem dużo energii .. jedyna osoba z którą nie moglem sie
dogadać to moja zona .... wędrowalem od przyjaciela do przyjaciela(dzwonili
do mnie gdy tylko o nich pomyslalem) ... Ciotka powiedziala mi, ze cala
rodzina sie o mnie martwi ... ze nie wiedzą co sie ze mną dzieje i
zaproponowala mi rozmowe ze znajomym lekazem psychiatri ... zgodziłem sie ..
gdyż chciałem poddać sie badanią aby udowodnić, że ze mną nic złego sie nie
dzieje, że jedyne o czym myśle to dobro i pokoj .....
po pierwszej w nocy trafilismy na izbe przyjęc w szpitalu dla chorych
psychicznie i nerwowo "Drewnica" w Ząbkach pod Warszawą ... wyszedł do mnie
lekarz zaspany ledwo obudzony przez pielęgniarkę i zaczął zadawać durne
pytania odnośnie moich danych personalnych brania narkotyków i innych
pierdół - na wszystkie odpowiadałem szczerze gdyż szczerością i prawda żyłem
od jakiegoś czasu ... opowiedzialem po koleji na wszystkie pytania ... a on
tego nie szanowal ... co chwile mi rozkazywal ... kazal mi usiaść nie
szanował mojej wolnej woli .... az coś we mnie pękło straciłem szacunek do
tego człowieka i zacząlęm mu o tym mówic .... zacząlem pytać dlaczego mnie
nie szanuje ... dlaczego mnie grzecznie nie poprosi zebym usiadł ... albo
czemu nie zastanowi sie nad tym ze moze wole postać ..... wyszedłem z
gabinetu ..... wykrzykując w jego strone rózne ponizajace epitety ...
powiedzialem mu miedzy innymi ze to ja moge go leczyć a nie on mnie

)
za chwile zjawili sie pielęgniaze z pielęgniarką i przez lasek zaprowadzili
mnie do jakiegoś innego pomieszczenia ... spokojnie z nimi poszedlem ...
poprosili mnie zebym polozyl sie spac .... powiedzialem ze nie dam rady
usnąć ... po czym dostałem zastrzyk ..... połozylem sie na łóżku i nei
pamietam kiedy zasnąlem ... wierzylem ze posiedze dwa dni i że rodzince
bedzie glupio ze mnei w to wpakowaly

)
zamiast 2 dni jak sobie to wyobrażałem wyszło 42 dni
od końca maja 2005 przez cały czerwiec i jeszcze kawalek lipca spedziłem w
szpitalu ..... bylem najmłodszy ... ale szybko znalazłem sobie jakichś
kolegów ... lekaze próbowali mi wmówić ze jestem chory ... ja starałem sie im
w to uwierzyć ale nie potrafiłem ....30 dni spędziłem jak w więzieniu ....
codziennie starałem sie o wyjście jednak ordynator mi nie pozwalała ... cały
czas obiecując mi perspektywe szybkiego wyjscia ale nie dzisiaj nie jutro ....
to ze coś popierdoliło mi sie w głowie zrozumiałem dopiero na pierwszej
przepustce ... gdy dostałem krótkiego ataku mani u rodziców .. i wtedy
szpital stał sie szpitalem a nie wiezieniem .... stałem sie oficjalnie w
swojej świadomości świrem ...
i tak sobie teraz jakoś zyje .... ze swoją chorobą ... najbliżsi stracili do
mnie na jakiś czas zaufanie ... ktore powoli odzyskuje .... choroba rozwalila
mi wszystko .... jak wyszedlem ze szpitala bylem silnie przedawkowany
lekami ... nie moglem usiedziec - caly czas chodzilem az dostawalem bąbli na
palcach i licznych odcisków ...
mineły 3 miesiące od wyjscia ze szpitala ... a ja nie mam żadnych zajawek,
nie wiem jak żyć ... nie mam o czym rozmawiać ze znajomymi ... chyba ze o tym
jak sie czuje ....
przewaznie śmieszy mnie to wszystko ... i zartuje sobie z tego ze jestem
wariatem

)) po szpitalu mam paru znajomych schizofreników ...
Powiedzcie mi prosze ... czy kiedys wróci wszystko do normy ... bo na razie
czuje sie czesto jakbym przez swoją chorobę stał gdzies z boku ... powiedzcie
mi prosze ... ze da sie z tym lajtowo żyć bo mnie branie leków i obserwowanie
skutków ubocznych juz nudzi .... powiedzcie czy mam sie pozegnać z alkoholem
na dobre? czy jointów tez mam juz nigdy nie palić ?? czy wspolzycie z zoną
bedzie takie jak przed chorobą ?*(bo na początku w ogóle nie mialem na nią
apetytu a teraz mam mały - nie podnieca mnie gra wstepna) Powiedzcie mi czy
ludzie, którzy mnie otaczają przestaną sie dopatrywać we mnie mani czy de
[presji bo to mnie meczy .... samemu mi sie nie chce juz przygladac temu
wszystkiemu .... czy zawsze bede musial brac te posrane leki ?

i w koncu
czy moge sam sobie ufac ??
pozdrawiam
snafu