Wczoraj byłam u swojego lekarza po leki i chwilę rozmowy,bo to
mi zawsze pomaga. Pan doktor przyjmuje raz w tygodniu i dość często
jest mnóstwo ludzi,szczególnie jesienią i zimą.
Jak przyszłam,to przede mną było ok.7 osób,jakieś półtorej godziny
czekania! Ale było fajnie

Trafiłam na rozmowne osoby,a że ja też
małomówna nie jestem,to przegadaliśmy ten czas.
Do rzeczy:jedna z pacjentek,młoda (ok.30 lat)wyznała,że przyszła
tylko po to,aby opierdzielić pana doktora,gdyż okazało się,że
ona ma chorą tarczycę,a on ją leczył na depresję! Podobno jej
choroba (hashimoto,przepraszam za niepoprawne napisanie nazwy),
wywołuje takie objawy jak depresja. I ona ma ogromną pretensję,że
pan doktor nie wpadł na to,że to tarczyca! Przyznała,że choroby
w jej rodzinie są dziedziczne i doktor wysyłał ja na badania,ale hormony
wychodziły w normie,co podobno zdarza się przy tej chorobie
i on powinien o tym wiedzieć! Bardzo lubię i ufam swojemu psychiatrze
i nie sądzę,aby celowo wmawiał depresję,aby przychodziła i płaciła za wizyty
(co mu oczywiście zarzucała).
Mniejsza o winę lekarza,ale ona powiedziała,że podobno 30%
depresji,to tak naprawdę chora tarczyca,a psychiatrzy o tym wiedzą,
ale wmawiają depresję dla kasy.
Czy słyszeliście o takiej teorii? Od wczoraj siedzę i myślę o tym.