Kurczę, chciałam się podzielić swoimi dziwnymi rozważaniami dotyczącymi moich
ataków paniki.
A mam je bardzo często i bardzo silne. Ponoć wyjątkowo silne (opinia lekarzy).
Otóż, jak już pewnie nie raz pisałam, nie pomagają mi na nie żadne, ale to
żadne leki przeciwlękowe. Przecież czy to nie dziwne, że leki przeciwlękowe
zamiast likwidować - nasilają mi jeszcze lęki??
Ataki paniki to iście tajemniczna, egzotyczna sprawa.
Mam wrażenie, że przychodzą po to, by najpierw totalnie zamieszać mi we łbie,
wyczyścić wszystko, pomotać, zepsuć, rozwalić, abym potem mogła wszystko
budować od nowa.
Być może szanowne ataki paniki mają szczytny cel, być może chcą mi pomóc -
wymiatając to co mi się w głowie nagromadziło, abym zgromadziła lepsze, ale ja
wcale nie proszę o ich pomoc

Tak to jednak u mnie wygląda. Są naprawdę masakryczne. Ale dostrzegam ich
jakiś ukryty cel, jakiś strzępek zalet... Wiem, tonący się brzytwy chwyta - i
ja to właśnie robię szukając pozytywności w atakach paniki - ale naprawdę
takie myśli mnie nachodzą.....
Obecnie jestem w ataku paniki, silnym jak cholera, od przeszło 3 godzin.
Co Wam na nie pomaga?
Mi tak do końca nic. Ale łapię się wszystkiego, co choć trochę odwraca moją
uwagę od tych okrropnych stanów.
Koi mnie film "Fingersmith", to balsam na moją zalęknioną duszę

Muszę mieć coś, co mnie przejmie do żywego, obudzi we mnie jakąś iskierkę
radości...
Wiem, znów zakładam wątek pełen bełkotu...
i dobrze mi z tym