10.07.04, 17:10
Jesteśmy juz z wami jakiś czas, ale w zasadzie sie nie przedstawiliśmy.
Opisywałam już naszą historię wcześniej i mam gotowy tekst, który pozwalam
sobie wam przytoczyćsmile))
łatwiej mi będzie wkleić tekst , niz wszystko od poczatku pisać.
Pozdrawiamy
Basia i Jaś26.05.2003

Jest piękna wiosna, właśnie otworzyliśmy swój pierwszy interes- maleńki bar
na wsi gdzie od niedawna mieszkamy. Jacy jesteśmy dorośli! Skończyliśmy
studia. Została tylko obrona pracy- juz niedługo. Dwoje bezrobotnych
magistrów inżynierówsmile Śmiesznie jakoś. Myslałam, że studia nigdy się nie
skończą a tu proszę- po wszystkim. Interes nawet nieźle idzie. Jestem trochę
przemęczona ale to normalne- nie dosypiam, nie dojadam, pracujemy pełną parą.
Okres mi się spóźnia już prawie dwa tygodnie ale to też pewnie konsekwencja
wariackiego trybu życia. Dla żartu robię test ciążowy i... dwie kreski to
chyba oznacza negatywny wynik testu? Matko Jedyna!!! Jestem w ciąży. Robię
drugi test (pewnie tamten był przeterminowany albo zepsuty)- to samo. Ale
niespodzianka w Dniu Matki! Kamil prawie siada gdy oznajmiam, że będzie
musiał sprzedać baaaardzo dużo tego piwa. Przecież dzieci kosztują.
Tego dnia wie już cała rodzina. A nam przez cały dzień towarzyszą okrzyki: No
nareszcie! Cieszymy się bardzo, choć chyba jeszcze do nas nie dotarło, że
bedziemy rodzicami.

01.06.2003

Dzień Dziecka a ja trafiam do szpitala z niewielkimi plamieniami. CHolera co
ja mam z tymi datami! Badający mnie lekarz, choć bardzo uprzejmy, nie daje
dzidzi szans. Takie wczesne poronienia często się zdarzają, proszę się nie
martwić to nic takiego-mówi. Nie martwić się??? Leżę w maleńkiej obskórnej
salce sama i wyję. Nie mogę się powstrzymać. Po prostu przez trzy dni zalewam
się łzami i nie mogę o niczym innym myśleć. Nawet słowa otuchy wypowiadane
przez mojego cudownego męża nie przynoszą żadnego efektu. Dostaję duphaston i
cyklonaminę. Jestem załamana.
Przepadł termin obrony pracy magisterskiej. Dziekan żąda dowodów, że jestem w
szpitalu. Kamil prawie płacze. Po interwencji promotora udaje się przełożyć
obronę na wrzesień. Swoją drogą, dlaczego tacy bezduszni ludzie pracują na
uczelni? Nic mnie to nie obchodzi, mam ważniejsze problemy. Mogę się nawet
nigdy nie obronić.

5 dni później

Wychodzę ze szpitala na przepustkę. Już tu nie wrócę. Proszę się zgłosić za 2
tygodnie-mówi lekarz- zobaczymy czy zarodek już obumarł. Nienawidzę go.
Naprawdę. Dwa tygodnie! Jak ja to wytrzymam. Boże pomóż mi.

Dwa tygodnie później

Siedzimy z Kamilem przed pracownią USG. Razem z nami czeka z dziesięć kobiet.
Jakie mają piękne brzuchy! Ogromne. Jak cudownie wygląda taki brzuch! Czy ja
też taki będę miała? Kobiet szybko ubywa. Wychodzą wzruszone, szczęśliwe i
szybko znikają przytulane przez szczęśliwych tatusiów. Kamil kurczowo ściska
moją dłoń. Nasza kolej. Kamil nie chce wejść ze mną. Idę. Nogi mam jak z
waty. A może nie pójdę? Ucieknę. W gabinecie ciemno. - Zobaczymy co my tu
mamy...
Prosze pani to jest żywy dzidziuś!!! Lekarz nie ukrywa zdziwienia. - No
proszę, udało się nam. WAM się udało??? Nam się udało! Jemu się udało!
Płaczę. Wychodzę nie mówiąc nawet \"Do widzenia\" bo najnormalniej wzruszenie
odebrało mi głos. Kamil czeka na korytarzu. Widzi moje łzy a ja widzę, że
gaśnie. Łamiącym się głosem mówię- On tam jest, widziałam serduszko! Kamil
też płacze. Śmiejemy się na przemian i zawodzimy. I tylko ludzie na korytarzu
jakoś dziwnie na nas patrzą.


Czerwiec

W zwązku z niezbyt miłymi doświadczeniami z pobliskiego szpitala postanawiam,
że moją ciążę będzie prowadził mój przyszywany wujek- ginekolog, znajomy
moich rodziców. Wiąże się to niestety z wizytami kontrolnymi 320 km od mojego
miejsca zamieszkania. Trudno, znajomy to zawsze znajomy. Robię rutynowe
badania - wszystko jest ok.
Ciągle chce mi się spać. Zasypiam w 5 sekund! Wszędzie. Po prostu czuję, że
wtej chwili muszę się położyć natychmiast. Zrezygnowałam z leków
przeciwalergicznych. Strasznie się męczę ale co mi tam - jakoś przeżyję.
Prawie wogóle nie wychodze z domu aby uniknąć spotkania z moimi \"
ukochanymi\" pyłkami. a Kamil pracuje biedaczek.

Lipec

Toaleta stała się moim najlepszym kumplem niestety. Mdli mnie ciągle- od rana
do wieczora. Chyba się przekręcę. Nie mogę nic jeść. Gdy sąsiedzi rozpalają
grilla ja ścigam się z czasem w biegu do ubikacjismile
Ile to jeszcze może trwać? Mam nie za dobre wyniki bo oczywiście mięska nie
miałam w ustach od 2 miesięcy. Muszę się zacząć zmuszać jakoś. Dalej
przeważnie w domu chociaż spać już tyle nie muszę. Schudłam 6 kilo!
Lekarz uspokaja , każe jeść na co mam ochotę a ja niestety mam ochotę jedynie
na czekoladę i owoce. No i jem tylko czekoladę i owoce. Zaczynam odrabiać
wagowe stratysmile A Kamil pracuje biedaczek.

Sierpień

Kilka dni nad jeziorem dobrze mi zrobiło, zmusiłam się nawet do prawie
normalnego jedzenia no i jakimś cudem przeszły mi mdłości! Jakie życie jest
piękne! Pływam kilometrami, mam mnóstwo siły. Brzucha prawie nie widać.
Ludzie przestają wierzyć, że jestem w ciążysmile
Wyniki badań - super. Jestem naprawdę bardzo szczęśliwa. Chodzę czasami do
Kamila do pracy ale za dużo ludzi tam pali więc wchodzę i wychodzę.

Wrzesień

Nareszcie mamy trochę czasu dla siebie. Ruch w barze trochę zamarł więc
jeździmy na grzyby, dużo spacerujemy. Jest cudownie! Czuję, że to będzie
dziewczynka. Chciałabym, żeby miała na imię Jagna ale Kamil trochę marudzi.
Wyniki badań w porządku ale skróciła się szyjka macicy więc muszę na siebie
uważać. Zapowiada się znowu leżenie- straszne. Maluch rośnie jak na drożdżach
a ja mam w końcu brzuszek! Maleńki co prawda ale już widać.

Pażdziernik

Boli mnie kręgosłup i coraz ciężej mi się ruszać. Przy każdym gwałtownym
ruchu brzuch robi się strasznie twardy. Trochę sie boję więc staram się
takich ruchów nie wykonywać. Jedziemy na kolejne badania. Niestety wiadomości
nie są dobre.Mam za mały brzuch. Szyjka macicy dalej się skraca a maluch ma
dysproporcje pomiędzy główką a resztą ciałka. Wogóle jest za malutki. Bo to
chłopiec jak się okazało. Nazywamy go Kubusiem, ładnie co?
Coraz bardziej się martwię. Kazano mi przyjechać za 3 tygodnie na USG.

Listopad

Jedziemy na badania. Podróż jest dość męcząca. Trudno mi wysiedzieć 4 godziny
w jednej pozycji więc robimy przystanki. W szpitalu robię kontrolne USG.
Niedobrze. Dysproporcje się powiększyły. Kubuś jest stanowczo za malutki wazy
około 800 gr a to już 29 tydzień ciąży. Strasznie się wystraszyłam. Znowu
jestem załamana. Kamil(kochany mój)pociesza mnie, że może się pomylili w
terminie porodu, że wszystko będzie dobrze. Ale niestety nic nie pomaga.
Jedna nowina- Kubuś jest jednak dziewczynką więc wracamy do wersji \"Jagna\".
Wracamy do domu. Po przejechaniu ok. 100 km odbieram telefon. Mój lekarz. \"
Basia wracaj, położymy cię do szpitala i przebadamy. Po co masz się
martwić.\" Teraz to już wyję. Ja w szpitalu 320 km od domu. Kamil musi wracać
do pracy. Mam się zgłosić na izbę przyjęć o 7.30 jutro. Jedziemy na zakupy.
Nic przecież ze sobą nie mam. Śpimy u mojego brata w nastrojach strasznych.
Rano jedziemy do szpitala. Idę na izbę przyjęć, Kamil czeka na oddziale.
Strasznie długo to trwa. W poczekalni jednak czas upływa szybko na
pogawędkach z innymi pacjentkami. Niewiele jest tych zdrowych, do porodu.
Raczej co pacjentka to problem. Jestem w końcu na oddziale. Na patologii
ciąży nie ma miejsc, więc kładą mnie na ginekologii. Kamil jedzie w końcu do
domu. Znowu ryczę. Całe życie udało mi się spędzić bez \"usług\" szpitala.
Teraz, w przeciągu ostatnich kilku miesięcy już drugi raz.

Od wczoraj nic nie jadłam ale czekam powinni mi chyba zrobić jakieś badania
więc nie mogę nic jeść. Na sali leżą jeszcze dwie dziewczyny mniej więcej w
moim wieku. Muszą być ze sobą zżyte. Ja na razie się nie odzywam. Położna
woła na badanie- idę. Po badaniu za
Obserwuj wątek
    • axamit1 Re: Jaś 12.07.04, 21:51
      Basiu, czekam niecierpliwie na ciag dalszy!!!
      Pozdrowionka
    • ania.silenter_exunruzanka Re: Jaś 13.07.04, 11:37
      Ja też - tak jak Axamit1 - czekam na ciąg dalszysmile.
      pozdrawiam
      • basiaf1 Ciąg dalszy... 13.07.04, 12:03
        Po badaniu zaczynam rozmawiać z dziewczynami. Okazuje się, że jedną z nich
        kiedyś spotkałam. Mamy wspólnych znajomych. Rozmowa zaczyna się jakoś kleić a
        wieczorem jesteśmy już przyjaciółkamismile Ala leży już 2 miesiące, Monika ponad
        miesiąc- problemy z utrzymaniem ciąży. Przychodzi lekarz.\"Poczekamy tydzień
        zrobimy USG i zobaczymy czy dzidziuś rośnie, jeśli tak- wszystko w porządku\".
        Jestem dobrej myśli. Na pewno urośnie, wyjdę do domku i już.

        Zmajomość z dziewczynami bardzo mi pomaga. Wygłupiamy się, oglądamy \"Kawalera
        do wzięcia\" i ryczymy ze śmiechu. Siostra na dyżurze wrzeszczy na nas, żebyśmy
        się uspokoiły codziennie około 1 w nocy. Nie potrafimy- prawie popuszczamy ze
        śmiechu. Gdyby nie powaga sytuacji myślałabym, że jestem na koloniach 10 lat
        temu. Przemycamy na oddział jedzenie z McDonalds\'a a ponieważ moje
        \"współlokatorki\" mają bezwzględny zakaz chodzenia, bezprzerwy chodzę na dół
        po \"zachciewajki\".
        Rozmawiamy dużo. O naszych historiach, o życiu wogóle. Mężowie dziewczyn też
        często przychodzą. Wtedy to jest zabawa! Kamil też mnie odwiedził. Przyjechał
        na dwa dni. Zupełnie się rozkleiłam. Chyba wolę być tu sama. Wtedy nie myślę o
        tym wszystkim. Odwiedza mnie też mój brat, mnóstwo jego i moich dawnych
        znajomych, znajomi rodziców. Mama też mnie odwiedziła. Prawie bez przerwy ktoś
        u mnie jest ale męczą mnie okropnie te odwiedziny. Wszyscy pytają co w końcu mi
        dolega a ja tłumaczę, choć wcale nie wiem sama. Dziwi mnie trochę, że \"wujek\"
        ginekolog nie zajrzał ani razu. Trudno. Najlepiej się czuję sama z
        dziewczynami. Nie wiem dlaczego. Chyba nie jestem w porządku. Przecież oni
        wszyscy się martwią i chcą mi pomóc. Świnia ze mnie.

        Piątek. Dzisiaj kontrolne badanie. Mała rośnie ale malutko. Waży 890 gram. Nic
        więcej lekarz nie mówi. Podobno jakieś przepływy źle wyszły. Nie wiem o co
        chdzi za bardzo. Myślę sobie na pewno dzisiaj do domku! Kamil już po mnie
        przyjechał. Strasznie się cieszę, że go widzę. Stęskniłam się. Tylko kilka dni
        ale... Przychodzi do mnie ordynator- myślę wypis. a on mówi:\" Przewieziemy
        panią do kliniki na śląsk, my nie przyjmujemy dzieci poniżej kilograma\".
        Wychodzi.Jak to dzieci? Przecież dziecko jest jeszcze w brzuchu. Dostaję ataku
        histerii. Kamil siedzi jakby do niego nie docierało. Dziewczyny mnie
        uspokajają. Drę się na nie, na Kamila, na lekarzy, na cały świat. Przecież to
        one miały problemy, one były zagrożone przedwczesnym porodem nie ja!!! Kiedy
        mogę już logicznie myśleć idziemy z Kamilem do ordynatora. \" Ma pani za mało
        wód płodowych i dziecko nie chce rosnąć. Trzeba będzie \"dopuścić\" trochę wód
        ale przy tym może pęknąć pęcherz płodowy i mamy poród. My nie możemy przyjąć
        takiego dziecka, więc musi pani jechać do kliniki\".
        Nie wyrażam zgody na przewiezienie do kliniki. Jak by to było? Ja na Śląsku,
        Kamil 100 km za Warszawą? Zamiast 320 -420 km do przejechania. A jeśli będę tam
        musiała poleżeć do końca ciąży to co? Kto do mnie zajrzy? Nie chce zostać sama.
        Mój wspaniały mąż porusza niebo i ziemię, żeby znaleźć dla mnie miejsce w
        Warszawie. Udało się. Czekają na mnie. Muszę wziąć tylko wypis i skierowanie.
        Jestem zła,że trzymali mnie tutaj tydzień a nie zrobili żadnych badań. Na USG
        mogłam przyjechać siedząc tydzień w domu. Z dziewczynami żegnam się szybko i
        jedziemy do Warszawy. Jestem przerażona. Nawet nie wiem kiedy upływa droga.
        Jakaś dziwna ta Warszawa dzisiaj...
      • basiaf1 Ciąg dalszy... 13.07.04, 12:05
        W Warszawie jesteśmy wieczorem. Gdy dojeżdżamy do Instytutu Matki i Dziecka
        jest około 22.00. Idziemy na Izbę Przyjęć. Lekarz dyżurny jest bardzo miły i
        spokojny ale niewiele mi to pomaga. Cała się trzęsę. Postanawiają położyć mnie
        na Patologii ale najpierw KTG. Słuchamy bicia serduszka a tu nagle spadek tętna
        do 60. Zmiana decyzji- ide na Perinatologię. Tutaj lekarz jeszcze milszy. Robią
        mi mnóstwo badań mimo, że jest koło północy. Zastanawiam sie dlaczego. W
        poprzednim szpitalu nic przez tydzień a tutaj od razu. Po wszystkim Kamil
        wychodzi- będzie nocował u znajomych. Lekarz mimo późnej pory przychodzi do
        mnie i wyjaśnia sytuację. Jest źle. Dziecko ma spadki tętna a to znaczy, że coś
        mu nie odpowiada tam w brzuchu. Zbadają co. Przez całą noc będę podłączona do
        KTG. Jeśli spadki będą się powtarzać tzreba będzie podjąć decyzję o cięciu.
        Mimo okropnych wiadomości spokój lekarza i jego profesjonalizm trochę mnie
        uspokajają. Dostaję fenoterol i isoptin. Strasznie się trzęsę a serce wali tak,
        że nie pozwala zasnąć. Dostałam też sterydy na przyspieszenie rozwoju płuc u
        dziecka- tak na wszelki wypadek. Lekarz dziwi się, że nie podano mi ich w
        poprzednim szpitalu. Czekamy. Co chwilę przez całą noc przychodzą do mnie
        siostry i lekarz. Cały czas mam nadzieję, że nie trzeba będzię ciąć.
        Rano okazuje się, że ktg z nocy jest lepsze niż to z Izby przyjęć, więc może
        się uda. Cały dzień w niepewności ale personel kliniki sprawuje się na szóstkę.
        Robią mi kolejne USG. Noc i znowu KTG i sterydy. Byle do rana.
        Jest niedziela. Budzę się o 6.00. Kamil dzwoni, że zaraz będzie. Fajnie. Do
        sali wchodzi pani doktor. \"Proszę nic dzisiaj nie jeść i nie pić
        zaplanowaliśmy jednak cięcie na 15.00. Proszę być dobrej myśli\". Pękam. Jestem
        taka zmęczona, zrezygnowana, załamana. Nie chce mi się nawet płakać. Kamil też
        się denerwuje. Oboje wiemy jakie szanse ma dziecko, które waży 800 g.( tyle
        wyszło tutaj z USG). Idę pod prysznic, rozbieram się a z piersi po raz pierwszy
        wycieka mleko. Osuwam się po ścianie. To koniec. Dlaczego ja??? Boże ratuj moje
        dziecko!!!
        Przychodzi anastezjolog, zakłada wenflon, przebiera w koszulę szpitalną i
        idziemy na salę operacyjną. Na korytarzu cisza. Idę ja i lekarz a pod ścianą
        stoi Kamil i płacze. Idę jak na ścięcie. Dobrze, że to dziewczynka, one są
        silniejsze. Cięcie do przyjemnych nie należy choć nie boli. Wszyscy, a jest tu
        7 osób, próbują mnie rozśmieszyć a może pocieszyć podczas znieczulenia i potem
        w czasie operacji. atmosfera \"piknikowa\" pozwala troszkę mniej się denerwować
        choć nie wiem czy można bardziej. Czuję szarpanie i szept pani doktor do
        koleżanki\"Dycha?\" Od razu zabierają dziecko. Jest strasznie cicho. Nie mam
        odwagi zapytać. Płaczę. Pani anastezjolog, która stoi za moimi plecami chyba
        zauważa mój niepokój.\" Wie pani to chłopczyk\" mówi. Nic więcej.
        Chłopczyk??!!! Boże zlituj się! Nagle słyszę płacz. Delikatne skomlenie, jak
        szczeniaczek. Żyje!!! Wszystkim na sali poprawiają się humory.
        I nie obchodzi mnie już to,że ze mną coś nie tak słyszę tylko\" Szybciutko
        wszystką oksytocynkę jaką macie! A gdzie jest łożysko?- pytają, \"To jest
        łożysko??? Zobaczcie jeszcze takiego nie widzieliście!!!\" Moje łożysko ma
        powierzchnię połowy dłoni pani doktor i podobno zawał. Ale ja nie wiem jakie
        powinno być łożysko!!!Małego zabierają na KPN. Mnie przewożą do sali
        pooperacyjnej. Leżę sama. Gdzie się wszyscy podziali? Był przecież Kamil,
        teściowie, mama. Czuję się otumaniona, chyba za dużo tego \"narkotyczku\" na
        rozluźnienie. Oczy same się zamykają. Znowu ryczę. Czuję się samotna,
        opuszczona nic nie warta i to nie dla tego, że nikogo ze mną nie ma.
      • basiaf1 Ciąg dlaszy... 13.07.04, 12:07
        Okazało się, że wszyscy poszli na górę zobaczyć małego. Później wrócili do
        mnie. Mimo zalanych łzami twarzy ciągle powtarzali, że wszystko z dzieckiem ok.
        Jak może być ok jak mały urodził się 10 tygodni za wcześnie z wagą 810 g.???
        Bałam się pytać. Przyszła pani doktor zapytała jak mały ma na imię. Franek-
        wypaliłam. To pierwsze co mi przyszło do głowy. Ładnie nawet. Kamil pocieszał
        mnie, że wszystko będzie dobrze choć chyba sam w to nie wierzył. \"Wiesz jak na
        niego tam mówią? Żywczyk!\". Jednak trochę mnie uspokoił. Lekarze byli zdania,
        że najgorsze są pierwsze 3 doby. Modliłam się o każdą minutę. Bez przerwy się
        modliłam. Próbowałam ubić interes. Boże, zabierz mnie a on niech przeżyje.
        Nawet nie zauważyłam kiedy wzsyscy poszli. Ciągle się trzęsłam. Nie wiem od
        czego, z nerwów czy od fenoterolu. Każdy szept na korytarzu, każdy
        przyspieszony krok, dźwięk windy czy trzaśnięcie dzrzwi powodowały u mnie
        mdłości. Wszystko mi się kurczyło. Myślałam, że to koniec. Teraz przyjdą mi
        powiedzieć, że już go nie ma. Nie spałam ani sekundy. Trochę racji miałam, bo
        następnego dnia okazało się, że mały o północy miał kryzys i jest w stanie
        ciężkim. Nie potrafię opisać co wtedy czułam, co dalej czuję gdy o tym myślę.
        To był z pewnością najgorszy czas w moim życiu. Przyszedł Kamil i razem z naszą
        przyjaciółką zawieźli mnie po południu na KPN. Przeraził mnie sam oddział.
        Pachniało oliwką, było bardzo ciepło, wszędzie coś pikało. Zrobiło mi się
        niedobrze. Na intensywnej terapi zapytałam który inkubator. Pokazał mi Kamil
        małą budkę przy oknie. To mój synek! Boże jaki chudziutki i maleńki! Był
        czerwono- brązowy, miał mnóstwo siniaków. Wyglądał jakby się bił z całym
        światem. Nie ruszał się. Respirator równo oddychał za niego. Miał meszek na
        buzi, ramionkach i ciemne włoski. Mimo wszystko był śliczny(oczywiście dla
        mnie). Tylko dlaczego tak leży i się nie rusza? Bałam się zapytać choć siostry
        były naprawdę cudowne i z ogromnym poczuciem humoru. Po trzech minutach
        poczułam, że muszę wyjść. Zrobiło się strasznie duszno. I tak wyglądały te
        nasze odwiedziny- 5 minut i na dół. Za godzinę jeszcze raz. Cały czas chciałam
        go widzieć, ale jak juz się tam znalazłam musiałam wyjść. Czułam się wyrodną
        matką. W ciągu następnych dni nie było lepiej. Jasiek był niewydolny
        krążeniowo, miał nie zamknięty przewód tętniczy, nie oddychał samodzielnie.
        karmiony był dożylnie. Cały okręcony był tylko w rurki, przewody, czujniki.
        Prawie go nie widziałam. Nawet nie mogłam go dotknąć choć nie wiem czy miałabym
        odwagę. Najlepsze słowa jakie słyszałam to \" nie jest gorzej\". Lekarze nie
        chcieli robić nadziei- rozumiem. Tak było przez kilka dni. Myślałam, że
        oszaleję. Zdecydowaliśmy się na imię- Jaś. Chrzest w 3 dniu po urodzeniu był
        tak smutnym wydarzeniem, że brak mi słów. Ja , ksiądz i Jaś. W obawie, że go
        stracę. nie mogłam nić powiedzieć. Ciągle płakałam. A on wogóle się nie ruszał.
        dopiero później dowiedziałam się, że tak działały leki bo kłócił się z
        respiratorem. Walczył dzielnie. Wyszłam do domu. Niczego bardziej nie pragnęłam
        oprócz tego by Jaś wyszedł ze mną. Myślałam, że zwariuję w szpitalu. Mimo
        ogromnego taktu, zaangażowania i fachowości personelu czułam, że już tam nie
        wytrzymam. Codziennie więc lub co dwa dni jeździliśmy 100 km do Warszawy.
        Najpierw z obawą i ściśniętym żołądkiem czy Jaś tam jeszcze będzie, później z
        nadzieją, że będzie lepiej. Minęło kilka pierwszych dni. Stan bez zmian.Oby nie
        było gorzej. W zasadzie nie przestawałam się modlić choć wcześniej robiłam to
        sporadycznie. Wiadomo- jak trwoga to do Boga. Było nam naprawdę bardzo ciężko.
        Wszystkie te dni wspominam jak koszmarny sen. Czasami myślę, że to wcale się
        nie wydarzyło i zastanawiam się jak ja mogłam to przetrwać? ciężko mi opisywać
        kolejne dni bo wszystko złożyło się w jedną całość, więc ogólnie:
        Jaś od 2 do 7 doby miał żółtaczkę co oczywiście było najmniejszym problemem.
        Martwiłam się o jego oczka ale on jeszcze miał je zrośnięte.Urodził się z
        hipotrofią i naprawdę był zagłodzony. Ważył tylko 810 g. a miał 41 cm. Obwód
        głowy 24 cm, klatki piersiowej 20 cm wyobraźcie to sobie! Dostał 3/5 punktów w
        skali Apgar. Od 6 doby przełączyli go na CPAP. Cieszyłam się jak cholera, że
        jest taki dzielny. Niestety moja radość nie trwała długo. Dostał zapalenia płuc
        i wrócił na respirator. Kiedy wzieliśmy ze sobą aparat żeby zrobić małemu
        zdjęcie- nie było czego fotografować. Jasia nie było widać spod aparatury. Do 6
        doby dostawał dopaminę . Wcześniej dwa antybiotyki. Później znowu dwa. Do 11
        doby nie dostawał mojego pokarmu, później po kropelce ale szybko straciłam
        pokarm (mimo starań) i przeszedł na sztuczne mleko. Dopiero od 23 doby jadł
        wyłącznie mleko. Znowu czułam się beznadziejna bo nie miałam pokarmu a tak
        bardzo chciałam karmić! Stwierdzono u Jasia wylew w główce po prawej stronie
        III stopnia. Przyplątała się także retinopatia II stopnia w prawym oczku. 8
        razy toczono mu krew. Podobno to normalne, ale za każdym razem gdy
        przychodziłam i widziałam woreczek z krwią bałam się strasznie. Z medycznego
        punktu widzenia to chyba wszystko. Aż tyle. Z Jasiem było coraz lepiej i po
        trzech, czterech tygodniach już tak bardzo się nie zadręczaliśmy. Ciągle miał
        problemy z oddychaniem. Potrzebował tlenu okresowo przez prawie dwa miesiące.
        Strasznie mu też szła nauka jedzenia z butelki. Często karmienie kończyło się
        podaniem mleka przez sondę. Jak my się cieszyliśmy jak Jasio sam zjadał 20
        ml!!! Miał też problemy z noskiem, który przez intubację a później sondę cały
        czas był pokaleczony. Tworzyły się skrzepy i znowu miał problemy z oddychaniem.
        Ze szpitalnym personelem zaprzyjaźniliśmy się bardzo szybko i po pewnym czasie
        zaczeliśmy traktować oddział jak dom. Tylko dzięki tym wszystkim cudownym
        ludziom nasz synek żyje a my jakoś przez to przebrneliśmy. Było różnie. Jednego
        dnia euforia- jest lepiej, następnego załamanie- znowu się pogorszyło. Jednak
        Janek bardzo chciał żyć. I my też bardzo tego chcieliśmy. Rodzice zazwyczaj
        obchodzą roczek. My obchodziliśmy kilogram a później 2 i 3... Kiedy jaś miał
        1700 gram zaczęła nam świtać myśl, że może go już wypuszczą. Nie było jednak
        tak kolorowo. Musiał się najpierw nauczyć dobrze jeść i oddychać. 23 stycznia
        20004 roku dokładnie na dwa dni przed terminem porodu z wagą 1910 g. Jaś i my
        pojechaliśmy do domu. Tą chwilę chce pamiętać tak, jakby Jaś się dopiero
        urodził. Dopiero do tej chwili zaczęło się nasze nowe życie. Ja , Kamil i Jaś.
        Czy może być coś piękniejszego?
      • basiaf1 i jeszcze.... 13.07.04, 12:13
        Na początku było ciężko. Strasznie się bałam o Jasia. W nocy praktycznie nie
        spałam tylko nasłuchiwałam czy wszystko w porządku. Wpadliśmy w jakiś obłęd.
        Jakiekolwiek sapnięcie powodowało panikę. Miałam też kłopoty przy zwykłych
        czynnościach np. strasznie się bałam zakładać małemu czapeczkę- po prostu bałam
        się podnieść główkę. Kamil na szczęście mnie wyręczał. Nie wiem ale chyba w
        facetach jednak więcej jest odwagi. Karmienie trwało godzinę ale szybko
        ustaloną w klinice porcję 30 ml zamienialiśmy na 40 a później 50. Ogólnie było
        kiepsko. Na szczęście wszystkie kłopoty wynagradzał nam Jaś, który rósł jak na
        drożdżach. Z dnia na dzień robił się bardziej kontaktowy i tak cudnie się
        uśmiechał. Po pewnym czasie nie mogliśmy uwierzyć jak mogliśmy zyć bez niego.
        Czekały nas wizyty w Centrum Zdrowia Dziecka u okulisty no i w poradni kontroli
        rozwoju noworodka. Kamil zawsze był spokojny, przkonany, że Jaś jest
        nadczłowiekiem i nic mu nie grozi. Aż mnie to wkurzało! Mówiłam mu o swoich
        obawach- wiadomo jak to z wcześniakami, a on wszystko bagatelizował. Do dzisiaj
        jest tak samo. Na pierwszą wizytę do okulisty pojechałam z moją mamą, Kamil był
        w pracy. Bardzo to przeżyłam. Gdy wyszliśmy z gabinetu nie wiem kto bardziej
        płakał Jaś czy ja. Kurcze, żyjemy w 21 wieku , ludzie latają w kosmos a takiemu
        maleństwu żeby sprawdzić czy ma retinopatię wywala się oczy do góry nogami!
        Strasznie się spłakał. Ja też. Okazało się, że nadal ma 2 stopień retinopatii
        ale zmiany się cofają. Na drugą wizytę pojechałam już z Kamilem i zaznaczyłam,
        że nie wchodzę do gabinetu. Kamil wyszedł zielony. Diagnoza: ciągle to samo.
        Trzecią wizytę odbębniliśmy też razem. Nareszcie! Ulżyło mi, retinopatii nie
        ma, Jaś ma zdrowiuteńkie oczka jak donoszony noworodek. Uff! Nie lubiłam tego
        CZD więc cieszę się, że już tu nie przyjadę. Za dużo tu ludzi, jak fabryka.
        Wszędzie tłumy, zgubić się można. Fatalnie.
        Wizyta u neurologa przebiegła spokojnie. Nie zalecił, żadnej rehabilitacji.
        Pojechaliśmy do Instytutu na badanie kontrolne. Wszystko dobrze, strasznie
        dzielny ten nasz Jasieksmile Ważył już wtedy ponad 3 kg. Przez miesiąc przytył
        prawie 1,5 kg. Był maleńki ale dla mnie ogroomny. Patrzyłam na normalnie
        urodzone dzieci jak na ufoludki. Wydawało mi się, że dziecko powinno wyglądać
        jak Jaś a reszta to jakieś potwory z wielkimi głowami i strasznie tłuste.
        Dzisiaj chce mi się z tego śmiać. Zmieniliśmy mleko na 2. Na szczęście tańsze.
        Minął kolejny miesiąc bez jakichkolwiek komplikacji, Jasiek nie miał nawet
        jeszcze kataru. Naprawdę był wyjątkowo dzielny. Załatwialiśmy kolejne
        szczepienia. Na wizycie kontrolnej ważył już 4,5 kg! Znowu 1,5 kg w miesiąc no
        może troszkę więcej. Niepokoiły mnie tylko ciągłe ulewania, ale pani doktor
        uspokoiła mnie mówiąc, że jeżeli Jaś przytył 1,5 kg. w miesiąc to jemu się nie
        ulewa a przelewasmile Odwiedziliśmy także dermatologa i chirurga bo okazało się,
        że Jasio oprócz przepukliny pępkowej- podobno niegroźnej, ma jeszcze mosznową i
        jest kwalifikowany do zabiegu operacyjnego. Znowu chodziłam zmarwiona i
        strasznie się denerwowałam. Okazało się jednak, że to nie przpuklina a wodniaki
        jąder i nic z tym na razie się nie robi. Ulżyło mi strasznie. Pani dermatolog
        także miała dla mnie dobre wiadomości. Wysypka na czole okazała się niegroźnymi
        zmianami łojotokowymi, też bez leczenia a krostki, które miał od początku w
        jednym miejscu na pleckach to tworzące się znamie. Jasiek był zupełnie zdrowy.
        Strasznie się cieszyłam Rósł nadal, zaczeliśmy mu dawać zupki i soczki. Na
        początku jadł ślicznie z łyżeczki później mu się pozmieniało i trzeba było
        zupki przelewać do butelek. Jedyne co mnie martwiło to to, że niesymetrycznie
        się układał . Naczytałam się o wcześniakach trochę i domyślałam się
        najgorszego. Była to nasza wina bo ciągle układaliśmy go na ulubionym boku.
        Zaczeliśmy kłaścć go na drugim i poskutkowało. Jaś waży dzisiaj 6850 g. Od
        początku praktycznie przesypia całe noce tzn od 21,22 do 6,7 rano. Nigdy na nic
        nie chorował, nawet nie miał kataru.
        Jaś 16 skończy 8 miesięcysmile Jest niesamowicie pogodnym dzieckiem. Bez przerwy
        się śmieje, krzyczy, gada, bawi. Jest przesłodki.
    • tiya Re: Jaś 13.07.04, 12:34
      Hej, Basiu
      Strasznie "waleczny" ten Twój Jaśko!I dzielny... Pozdrawiamy Was
      serdecznie smile)))
      Kiedy czytam Waszą historię, przypominają mi się nasze "początki". I to jak
      patrzyłam na "normalne" niemowlaki:po prostu mutanty! Przecież dzieci wyglądają
      tak jak moje...
    • basiaf1 Zdjęcia 13.07.04, 22:57
      Chciałabym wstawić link do zdjęć Jaśka ( na razie tych najwcześniejszych) ale
      nie wiem czy mi się udasmile))
      • basiaf1 no i się nie udało:( Buuuu............. 13.07.04, 22:59
      • basiaf1 Re: Zdjęcia 13.07.04, 23:03
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=621&w=14088607
        • aniula77 Re: Zdjęcia 14.07.04, 11:11
          Witaj Basiu !

          Wasz dzielny Jasiu ma bardzo dzielnych rodziców smile

          Pozdrawiam
          Ania
    • ania.silenter_exunruzanka Re: Jaś 14.07.04, 11:25
      Widziałam zdjęcia Jasia na "Zobaczcie" - kochany maluszeksmile)).
      pozdrawiam
    • tiya Re: Jaś 14.07.04, 13:08
      Właśnie obejrzałam zdjecia. Kochany maluszek!Jakiś czas temu czytałam Waszą
      historię na wczesniak.pl. Ale chłopak urósł! Szerokie uśmiechy od Natali dla
      przystojnego kawalera wink))). Pozdrawiamy serdecznie M&N
    • agnesm1 Re: Jaś 14.07.04, 14:07
      Plakalam czytajac Wasza historię, ale bradzo sie ciesz, ze skonczyla sie
      szczesliwie...
      i gratuluję Wam przeslicznego synka wink
      Trzymajcie sie cieplo,
      Agnesm
    • basiaf1 Re: Jaś 16.07.04, 11:18
      Dodałam na ,zobaczcie, nowsze zdjęcia Jaśkasmile
      Pozdrawiamy
      Basia&Jaś
    • ania.silenter_exunruzanka Re: Jaś 16.07.04, 11:50
      Basiu!
      To już kaaawał chłopasmile)). I jakiego przystojnego!
      pozdrawiam
    • basiaf1 Re: Jaś 31.08.04, 19:10
      Tak sobie pomyślałam, że trzeba odświeżyc troszkę historię Jaśkasmile)
      Jasiek ma już 9 i pół miesiąca, korygowanych 7 miesięcy.
      Radzi sobie srednio ale lekarze mówią , że wszystko ok.
      Jasiek jeszcze samodzielnie nie siada ale siedzi juz coraz pewniej i dłużej.
      Trzymany za rączki nie tylko siada ale podnosi się na proste nóżki. Jeszce do
      niedawna tylko na nich mocno i długo stał teraz kuca, podskakuje, "tańczy",
      potrafi ukucnąć i podnieść się trzymany tylko za łapki. Śmiejemy się , że
      szybciej nauczy się chodzić niż dobrze siedziećsmile Obroty nie sprawiają mu juz
      kłopotu, chociaż czasmi ma problem z wyciągnięciem spod siebie rączki po
      przewrocie na brzuszek. Rączki ma bardzo sprawne, nóżki zresztą teżsmile Jest
      strasznie ruchliwy, wszędzie go pełno. Nie czworakuje jeszcze ale chyba się
      zbiera bo podkula nóżki pod siebie jak leży na brzuszku. Pełzać to on nigdy nie
      umiał i chyba ten etap ominiesmile Je słabo, raz lepiej raz gorzej, zaczynam się
      przyzwyczajać i nie karmię go na siłę. Waży mało niecałe 7,5 kg i ma 77 cm
      wzrostu. Jest bardzo pogodny, strasznie ciekawy świata, wydaje z siebie
      codziennie nowe dzwięki ale jeszcze nie powtarza sylab typu ma-ma , ba-ba
      raczeja oła-ałasmile Strasznie krzyczy, woła mnie "eee...", zresztą jak cos mu się
      podoba to też woła "e" zaczęłam juz rozrózniac rodzaje jego "e" to np wołanie-
      przyjdz do mnie, fajne, gdzie jestes" daj mi szybko" coś nowego itdsmile)))))
      Śpi świetnie jak zawsze zresztą ale tylko w nocy. W dzień nieustannie coś
      nowego odkrywa. Kocham tego mojego niedobrego niejadka nad życiesmile
      Na zobaczcie w wątku Jasia są już bardziej aktualne zdjęcia, zapraszamysmile
      • atlantis75 Re: Jaś 11.09.04, 12:23
        Basiu, popłakałam się czytając Waszą historię... Co Wy przeżyliście! Na
        szczęście macie ukochanego synka smile Podziwiam Cię za siłę i pogodę ducha. Aż mi
        głupio, że gdy ja leżałam w 26 tc w szpitalu (tylko tydzień) z zagrożeniem
        porodem przedwczesnym to histeryzowałam i użalałam się nad sobą.
        Teraz leżę w domu i czekam rozwiązania - termin przypada 9 listopada.
        Pozdrawiam gorąco!
        Atlantis w 31tc4d i Kubuś smile
        • mamaigora1 Re: Jaś 02.11.04, 08:10
          Szperalam po forum i wygrzebałam Jaska historię...
          Jak bardzo podobna do mojej...
          Strasznie sie wzruszyłam
          • bei Re: Jaś 03.11.04, 05:32
            Dzielna Mamusiu.....Twój synek odziedziczył po Tobie tę siłę.....
            zalewałam sie łzami czytając o okruszku- który góry przestawił- góry
            przeciwnosci....slodkie malenstwo....a taki silny! Prawdziwy facetsmile

            i piękne dzieckosmilesmile
            och...odnieśliscie taki sukces!!!!!!!!!!!!!!!
            Gratulacje! i już wiecznie uśmiechniętego losu....smile

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka