Tak mi przykro...
Wczoraj byliśmy u gastrologa - mały sporo wciąż ulewa (a to przecież 10-
miesięczny bobas), bo najwyraźniej ma alergię. Tego można się było
spodziewać, ale ja.. nie o tym.
Trochę poprzynudzam, ale zacznę od początku. Jestem sama w domu i muszę się
wypłakać.
Gdy Martynka urodziła się w 27 tyg. mówiono, że mam zatrzymać laktację, bo
jeśli "W OGÓLE (świetne wyczucie i takt) mała zacznie jeść" to za 2 miesiące.
Uparłam się i co trzy godziny w dzień i noc odciągałam pokarm. Tak
rozkręciłam laktację, że z laktatorem szłam... na jej pogrzeb... Do zapalenia
piersi było blisko.
Mleko miałam w piersiach jeszcze rok po jej urodzeniu...
Gdy w 29 tyg. ciązy przyszedł na świat Bartuś i zaczęto podawać mu już na
trzecią dobę sondą mój pokarm, byłam szczęśliwa i dumna. Już nie czułam się
tak bardzo do niczego - bo, owszem, urodziłam za wcześnie, moje ciało jest
beznadziejnie słabe, ale mam mleko, które pomoże dojrzeć układowi pokarmowemu.
Biegałam jak na skrzydłach do kuchni mlecznej i długie godziny w domu
spędzałam z laktatorem.
O mojej mozolnej walce z tym by mały nauczył się ssać i trawić mleko mamy
pisałam już w innym wątku ("Dlaczego nei karmicie piersią" czy jakoś tak).
Po siedmiu miesiącach nadziei i smutku powiedziałam: "Dość"! Przestałam go
męczyć moim mlekiem. Przeszliśmy ostatecznie na nutramigen i tak jest do dziś.
Jak po grudzie szło włączanie innych rzeczy - zupek i deserków. Mały nie może
do dziś strawić zupek z mięskiem, mimo, że są od 6-go miesiąca (a on ma
korygowanego wieku 7,5).
Wczoraj gastrolog poradziła bym zaczęła gotować mu sama. Mamy wrócić do
początku - to znaczy ziemniaczek z marchewką, po czterach dniach dodać
kolejne warzywo i tak dalej.
No i ok. Zabrałam się dziś do roboty. Ugotowaną marchewkę (działkową)
przetarłam przez sitko razem z ziemniaczkiem, dodałam wody i próbowałam
nakarmić małego. Dodałam też odrobinkę glukozy dla smaku. Baruś lubi jeść,
więc przeżyłam szok. Modliłam się w duchu by mu zasmakowało.
Miał straszne odruchy wymiotne, widać, że cierpiał. Dławił się, krztusił i
płakał. Płakałam razem z nim i ręce mi opadły do samej ziemi.
Tak bardzo chciałam by choć to, co sama zrobię dla niego, mu zasmakowało.
Może to błahe i banalne, ale zrozumcie. Nigdy nie nakarmię swojego dziecka
piersią!
Chciałam choć ugotować coś smacznego...
Walka o karmienie piersią Bartusia kosztowała mnie sporo. Do dziś jest to dla
mnie trudny temat, bo nie mogę się pogodzić z faktem, że pewnych rzeczy nie
da się przeskoczyć. Kolejny banał.
Tak mi źle. Nie ma obok mnie Martynki, a bycie mamą Bartusia to trudne
zadanie. Czuję się chora, zbędna, do niczego.
Wiecie, dla Bartka nie ma różnicy czy usypia go tata, czy mama. Nie czuję się
dla niego kimś wyjątkowym...
Usłyszałam kiedyś od mojej koleżanki piękną rzecz, gdy płakałam, że Bartuś
nie może pić mojego mleka, o które tak walczyłam po nocach (np. 1,5 godziny
po operacji usunięcia woreczka żółciowego, na pól przytomna, odciągałam mleko
by tylko nie zgubić pokarmu)...
Ona powiedziała:
"Karmisz Bartusia miłością - dlatego tak pięknie rośnie".
...Był to najpiękniejszy komplement, jaki usłyszałam. Naprawdę.
Tylko.. że już nie starcza.
Płaczę.
PS. Przepraszam,że taki długi post. Raz nie zawsze.