Właśnie zaliczyłam dziś jazdę do lekarza z powodu tego robala.
Ranek, mały właśnie dotarł do przedszkola.
"Papa" i na koniec poczochranie włosków. A we włoskach COŚ.
Kleszcz jak nic.
Jazda na ostrej syrence (mały płakał w niebogłosy, bo go zabraliśmy
z przedszkola, a miał dziś przyjść zajączek i miało być malowanie
wydmuszek). Pani doktor wyciągnęła kosmitę i poszliśmy na sorbetowe
lody.
Tatuś spanikowany (wasi męzowie też tak wariują?); podejrzewam, że
od dziś będziemy turlać się przez gazik po trawie.

Mam się trząść przed boreliozą i zacząć w niego ładować jakieś
chemiczne cuda, czy zapomnieć o robalu i po prostu dobrze go wymyć
po następnym trawiasto-piachowym szaleństwie?