Gość: wspaniały
IP: *.dynamic.gprs.plus.pl
08.08.09, 11:58
KURS – na Mokotowie, zapisałem się 2.VI.2009, 8-17.VI teoria, 18.VI-17.VII praktyka, 16.VII zapis na egzamin. Przed kursem miałem zero informacji i byłem pełen obaw, ale kurs full ok., co do minuty wyjeżdzony, zero olewki ze strony instruktora, same trudne jazdy, każdy manewr po kilkadziesiąt razy, wszystkie triki i pułapki przy Radarowej (no prawie wszystkie, jak się okaże). Tak że jak się dowiedziałem, że mam 3 tyg. czekać na egzamin to 10 godz. doszkalających wziąłem u tego samego instruktora.
SAMCHÓD – uczyłem się na nówce yarisce 6-cio biegowej, więc na egzaminie trochę zjechana 5-cio biegówka to jakieś dziwne uczucie było. Ale tak po egzaminie to stwierdzam że 5-cio biegowa bardziej mi się podoba, dłuższa droga drążka, biegi wyraźniej wchodzą, jedynka ze wstecznym się nie myli... a już sprzęgło w egzaminacyjnym, łapiące tuż nad podłogą to dla mnie bajka...więc samochód ok.
EGZAMIN 5.VIII.2009, godz 15. – pierwsze podejście, teoria i praktyka razem. Najpierw się trochę wkurzyłem, bo wielu ludzi z mojej grupy czekało na egzamin (ten sam łączony co ja) o połowę krócej !!!!.No dobra, biurwy z okienka, pies to drapał...Kiedy czekałem na praktyczny, to sobie myślę - ale dziś jacyś menelowaci egzaminatorzy...Wyczytują mnie (ok. 16.30), a tu niespodzianka, ten sam egzaminator, który prowadził teorię, młody (młodszy ode mnie:-(), wysoki, inteligentny uśmiech, nie ormowiec, myślę sobie – ok nie będzie źle. Zawsze śmiałem się z tych co oblewają na łuku, ale tu jakieś dziwne uczucie na łuku, jakaś bezwładność i w ogóle jakieś inne odczucia niż na kursie (a manewr na kursie robiłem ze sto razy z zamkniętymi oczami), ale ok., górka też. I tu pierwsza niespodzianka – wyjazd z ośrodka (w sumie tego manewru się najbardziej obawiałem, o 16-tej w największy ruch), nie w Hynka tylko tylną bramą bezpośrednio na Radarową (kilka osób przede mną tak wyjeżdzało, więc komentowałem głośno że chyba dali w łapę). Hmm... dobry znak. Trema od razu mi mineła, bezpośrednio po wyjeździe pierwszy pokaz pewności siebie, śmiało wyprzedzam jakąś turlającą się, chwiejną L-kę, jadę równo 30 (na wypukłościach bez gazu). Nawet nie zdążył kazać mi zaparkować, od razu w lewo w Lechicką (wszystkie równorzędne pod kontrolą) i znowu w lewo w Al. Krakowską, ale zero ruchu z naprzeciwka więc no problem. Na rondzie z Hynka oczywiście zawracanie, dojeżdżam a tam sznur samochodów, oj będzie źle. Ale po włączeniu zielonego jakoś szybko się rozjechały i bez problemu przejeżdzam (światła za rondem i tramwaje pod kontrolą). Wracam prosto Grójecką do trudnego skrzyżowania z Dickensa, ale tam... w prawo, do Pawińskiego i znowu w prawo (do trudnego wyjazdu w Korotyńskiego ze znakiem Stop), myślę o będzie pierwsza poważna próba, ale tam znowu w prawo (ha) i dopiero w malutką Sierpińskiego w lewo. Tam każe mi zawracać (on: o tutaj ten wjazd, tyłem proszę), więc się zatrzymuję, ale za mną już stoi z nieprzytomnym wyrazem twarzy paniusia. Więc jej energicznie pokazuję żeby mnie omineła, i coś komentuję do egzaminatora, a ona ma na twarzy: po 8 niezdanych przyrzekłam sobie że nigdy w życiu nikogo nie wyprzedzę, a szczególnie w tak wąskiej uliczce jak Sierpińskiego, najwyżej w październiku zatrąbię:-( .L-ka z naprzeciwka podjechała bliżej więc ta z tyłu już nie mogła mnie wyprzedzić, ale ja tego nie widziałem bo byłem odwrócony, ktoś jeszcze z tyłu podjechał i w klakson, więc egzaminator: niech pan coś zrobi. No to ok., zawracam wjeżdzając przodem w następny wjazd, a wyjeżdzam tyłem przekraczając oś jezdni, bezproblemowo, szybko, sprawnie itp. Wracam na Korotyńskiego i w lewo w słynną jednokierunkową Mołdawską ( myślę sobie , o tu się zacznie), ale on : w prawo proszę, kawałeczek Pruszkowską do Jasielskiej i... w prawo proszę, jadę tak dobrze że nawet nie próbuje mnie złapać na nieprawidłowym skręcie w lewo z jednokierunkowej, w prawo w Korotyńskiego i tu trudny przejazd przez Mołdawską (tam wszyscy mają pierwszeństwo przede mną), ale z przodu nikt nie jedzie, a tych z lewa zatrzymała babcia na przejściu dla pieszych. Ruszam bez stresu, znowu fart. Do Pawińskiego i w prawo oczywiście, do Trojdena i znowu w prawo (reguła egzaminu prawostronnego), jakieś śmiechowe parkowanie prostopadłe (w prawo), za samochodem jedynym na parkingu dla 10-u pojazdów. Po manewrze zgodnie z regulaminem kazał mi się upewnić czy mogę opuścić pojazd (a jak mówię po mojej lewej 8 wolnych miejsc parkingowych :-)). Dalej prosto Trojdena (uwaga na niepozorną równorzędną Sanocką). Dojeżdzamy do Żwirki, a on: w prawo. W tym momencie sobie pomyslałem, to niemożliwe, zdałem !!!. Tu już nic mi się nie może stać. A czułem się jakbym dopiero 5 minut jechał. Zero porównania do wysiłku na jazdach na kursie, z ciągłymi manewrami i wjeżdzaniem w najtrudniejsze sytuacje. Szok !!!. Przy wyjeździe w Żwirki jakiś chwiejny rowerzysta turlał się po chodniku między jezdniami, ale go przepuściłem z komentarzem do egzaminatora, że rowerzysta to mógł raptem przyśpieszyć, a w ogóle to nie prawidłowo po pasach jeździć rowerem itp. (znowu punkty dla mnie). Na skrzyżowaniu Żwirki z Racławicką podczas ruszania spod świateł wyprzedził mnie po prawej stronie jakiś inny rowerzysta, ulica full zapchana , ale ja płynnie za chwilę go prawidłowo wyprzedziłem, i już zaczynam świętować w myślach (a mniej więcej od Ronda przy Hynka truję coś do egzaminatora, on też gada, zero przejęcia, luźna gadka, jazda z pełną łatwością i precyzją). I w tym momencie ja z głupia frant: a panie kierowniku, a czy to prawda że od 9.VI to są inne zasady egzaminów i trzeba informować w czasie jazdy o nieprawidłowo wykonanych manewrach. On zastygł, chwilę myśli – no tak, to prawda. No to sobie myślę – no to amba, nic mnie do tej pory nie informował więc wszystko było ok. Ale atmosfera się jakoś zagęściła. Minuta ciszy i on: no to pana informuję, że źle pan wykonał manewr jazdy po ulicy dwupasmowej w zakresie trzymania się prawego pasa ruchu. Co !!! czyś ty oh..jał, o co ci chodzi, o to że przy wyprzedzaniu rowerzysty zmieniłem pas na lewy???!!!. Nawet nie skojarzyłem że wiadukt nad torami na Żwirki przed 1-Sierpnia przejechałem środkowym pasem, nie skojarzyłem bo codziennie z instruktorem jeździłem tamtędy z Wiktorskiej na Hynka żeby trenować wyjazd z ośrodka, właśnie środkowym pasem, więc zadziałał automat (uważajcie tam!). Więc ja , ale panie kierowniku no przecież to prawy pas ruchu kończący się, a on , ale skąd pan wiedział dwa skrzyżowania temu, na pamięć pan jeździ czy zgodnie z przepisami. Oh, pierwszy raz trochę się speszyłem, tak że jak dojechałem do Hynka to nie zauważyłem że włączyła się zielona strzałka, ale ponieważ tam się długo pali, to piesi przeszli a ja jeszcze zdążyłem. No to już została tylko Hynka, nie może być źle, od razu uciekłem z kończącego się prawego pasa, jeszcze przed strzałkami nakazującymi opuszczenie pasa ruchu, ale sobie przypomniałem o sytuacji z wiaduktu i myślę, o cholera będzie druga N-ka za to samo, ale jakoś przytomnie skomentowałem, że tu już jest linia krawędziowa, a on , no widzę przecież, ok. więc żyję. Zjazd do ośrodka tuż tuż, jadę 60 a tu na moim pasie jakiś pojazd z trójkątem, już nie pamiętam co to było, traktor czy jakiś buldożer, jechał ze 40, więc mam wybór, bojaźliwie się za nim doturlać, czy jeszcze jeden popis, więc bez wahania wyprzedzam, w pełnym tłoku, tak płynnie poszło, że jeszcze zdążyłem wrócić na prawy pas przed zjazdem. A on jakąś taką dziwaczną komendą kazał mi zjechać do ośrodka, że nie byłem pewien o co mu chodzi. Ale ok., koniec!. Jestem w nastroju takim, że nawet sam siebie zaskoczyłem swoją jazdą. Ja to czuję i on to czuje. Jedyne czego od niego oczekuję, to gratulacji i komentarza, że nie widział jeszcze tak jeżdżącego na pierwszym egzaminie gościa, no po prostu euforia. A on się odzywa i co....
SZOOOOKK !!!!!!!!
cdn..