mamalgosia 31.10.09, 13:16 Czym jest? Czy macie poczucie bezpieczeństwa? jeśli tak, to kto lub co je Wam daje? Czy dajecie komuś (np dzieciom) poczucie bezpieczeństwa? Jak to robicie? Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
andrzej585858 Re: poczucie bezpieczeństwa 31.10.09, 13:40 Poczucie bezpieczeństwa. Co daje dla mnie to poczucie? Chyba po raz pierwszy zastanowiłem się nad tym - jakoś nigdy nie czułem takiej potrzeby. Może dlatego że mimo wszystko zawsze miałem takie poczucie? Dlaczego? Tak sobie pomyślałem - nie jestem żadnym wzorcem cnót ani człowiekiem pełnym zalet, często na bakier z zasadami, zaleceniami moralnymi - chodzącym wlasnymi scieżkami a pomimo tego jest coś czego jestem pewny - tak immanentnie pewny. Pozsukujac odpowiedzi na to pytanie siegnąłem oczywiście do moich ulubionych Ojców Kościoła i chyba znalazłem swoja odpowiedż na to co daje mi poczucie bezpieczeństwa. Oto co pisze sw. Cyryl Jerozolimski w IV wieku: "Nie wstydżmy się wyznać Ukrzyżowanego! Ufnie czyńmy znak krzyża palcami, na czole i na wszystkim: na chlebie, który spożywamy, na kielichu, którym pijemy, przy wejściu i przy wyjściu, przed snem, kładąc się na spoczynek, przy wstawaniu, chodzeniu i spoczynku! Jest on wielką obroną. Nie muszą za niego płacić ubodzy, trudzić się słabi. Od Boga jest nam dany jako łaska. Krzyż jest znakiem wierzących, postrachem szatanów. W krzyżu odnosi triumf nad nimi wierny, jeśli się nim znaczy z ufnością. Na widok krzyża przypominają sobie Ukrzyżowanego. Lękają się Tego, który smokowi starł głowę. Ceń tę pieczęć, a ponieważ jest darmo dana, czcij tym więcej Dobroczyńcę!" To jest właśnie moje poczucie bezpieczeństwa, nie zawsze świadomie uświadamiane - ale istniejące. Czy daje tym swoim dzieciom poczucie bezpieczeństwa? - nie wiem, ale taką mam nadzieję. Odpowiedz Link
mamalgosia Re: poczucie bezpieczeństwa 31.10.09, 18:25 andrzej585858 napisał: > Poczucie bezpieczeństwa. Co daje dla mnie to poczucie? Chyba po raz pierwszy > zastanowiłem się nad tym - jakoś nigdy nie czułem takiej potrzeby. Może dlatego > że mimo wszystko zawsze miałem takie poczucie? Tak, myślę, że właśnie dlatego. Że rzadko zastanawiamy się nad tym, że jest powietrze, dopóki nie mamy problemu z oddychaniem. Dopiero zadyszka, kaszel, duszności zmieniają optykę. Odpowiedz Link
luna15 Re: poczucie bezpieczeństwa 31.10.09, 17:35 Miałam takie poczucie przez bardzo długi okres w życiu, tak mniej więcej do 17 roku życia.CZUŁAM że Bóg czuwa.Potem się posypało, nadal wierze ale nie umiem zaufać choć bardzo się staram.Tłumacze sobie,że muszę ufać, ale to ufność utrzymywana siłą woli a na poziomie emocji czarna dziura, strach. Wiem że Go obchodzę, ale w ogóle tego nie czuję więc poczucia bezpieczeństwa nie ma. Odpowiedz Link
ruda110 Re: poczucie bezpieczeństwa 31.10.09, 18:23 Moje poczucie bezpieczeństwa poleciało pewnego dnia na łeb na szyję... Do chwili kiedy dowiedziałam się o śmiertelnej chorobie mojej młodszej córeczki naiwnie sądziłam, że wszelkie trudne doświadczenia będą mnie omijać w nieskończoność. W jednej chwili zostałam odarta ze złudzeń i to bardzo boleśnie. Teraz staram się budować swoje poczucie bezpieczeństwa od nowa, prosząc Pana Boga o odwagę, łaskę zawierzenia. Od kiedy pamiętam bałam się zawierzyć Panu Bogu z lęku przed tym, że zechce mnie doświadczyć. I właściwie stało się to czego bałam się najbardziej - straciłam ukochaną osobę. Paradoksalnie ten ból, ogromna strata sprawiły, że ruszyłam do przodu i mierzę się ze swoimi lękami. Odpowiedz Link
mamachlopca1 Re: poczucie bezpieczeństwa 01.11.09, 12:39 ja wlasciwie moge napisac to samo.wszystko co mialam poukladane mi sie zawalilo i trzeba bylo budowac od nowa.i tez od zawsze balam sie jak tak naprawde zawierze to bede doswiadczona.i tak bylo wlasnie.od chwili poczecia Tobiasza mialam jakis straszliwy lęk o niego.niby zawierzylam wtedy gdy to byla tak trudna ciaza ale...jak w koncu wyladowalismy na tej hematologii to wszystko pryslo.wiem, ze moze gdyby nie ten moj lęk i wsłuchiwanie sie w niego to juz by nie zył bo nikt by białaczki wtedy nie rozpoznal-skoro 2 pediatrow nie widziało nic tylko ja-neurolog go zawiozłam na oddział bo tak czułam miedzy poczuciem bezpieczenstwa a calkowitym zawierzeniem to daleka jeszcze droga.ja przeszlam bezsilnosc wobec Jego woli, planow...niby zawsze wiedziałam ze dziecko jest darem nie wiadomo na ile ale...najbardziej besilnie sie czulam jak bylo podejrzenie wznowy i to okropne czekanie.ja lekarz nie potrafilam uleczyc wlasnego dziecka.tylko moglam patrzec czy leki zadzialaj czy nie i jakie beda powiklania. a jeszcze odnosnie szpitala i w ogole leczenia.jesli ja-matka zakladam ze moje dziecko ma zyc to taktez sie musze zachowywac.nie moge sie poddac.nie moze dziecko widziec ze ja placze bo po co mu dodatkowy niepokoj, lęk? przestalam planowac bo nie wiem co bedzie dalej i w sumie to jestem z tym szczesliwa. Na hematologii sa świete dzieci ale swietych matek to nie ma.tylko jest pogodzenie z sytuacja, przewartosciowanie calego zycia, skupienie sie na dziecku na kazdej z nim chwili bo nie wiadomo ile ich jeszcze bedzie.pelna akceptacja jego innosci, odnalezienie go w tej chorobie-bo to sie stala juz inna rzeczywistosc i trzeba zachowac normalnosc jaka by nie byla- z tymi ograniczeniami, rezimem sanitarnym, dieta itp.taki 3-4 latek jesli widzi ze mama przyjmuje za norme pewne sprawy to i on je przyjmuje-ze tak ma byc.mojemu dziecku i nam takie podejscie pomoglo i dalo poczucie bezpieczenstwa.nie raz serce mi pekalo-i jak mu wklucie centralne zalozyli i te 20 uspien, i jak wlosy wypadly i jak nie chodzil po lekach i jak w ciagu 2 tyg wygladal jak kulka po sterydach i jak pomysle o tych lekach i ich skutkach ubocznych.a najtrudniej mi bylo dac poczucie bezpieczenstwa mlodszemu-on teraz ma 14 mies, jak Tobiasz zachorowal mial 2.i mnieprzy nim nie bylo-tylko w nocyon jest moim nieustannym wyrzutem sumienia. Odpowiedz Link
mamalgosia Re: poczucie bezpieczeństwa 01.11.09, 15:59 mamachlopca1 napisała: > miedzy poczuciem bezpieczenstwa a calkowitym zawierzeniem to daleka jeszcze > droga. Na pewno. I powiem szczerze, że celowo założyłam wątek o poczuciu bezpieczeństwa - bo ono jest według mnie uniwersalne. Może je mieć mocno wierzący, słabo wierzący i niewierzący. Albo nie mieć. > a jeszcze odnosnie szpitala i w ogole leczenia.jesli ja-matka zakladam ze moje > dziecko ma zyc to taktez sie musze zachowywac.nie moge sie poddac.nie moze > dziecko widziec ze ja placze bo po co mu dodatkowy niepokoj, lęk? I dlatego napisałam, że jestem złą matką. Bo ja nie potrafię. Mam taką a nie inną wytrzymałość, taką a nie inną psychikę, odporność, choroby... Nie jestem silna. Trzymam się z trudem, a i tak tylko do jakiegoś momentu. A potem się sypię. I nie działa "musisz", bo się po prostu nie da. Chcę i powinnam - to tak. Ale po prostu nie mogę. To trochę tak, jak mówienie choremu na depresję "no, stary, weź się w garść". Ale nie było testów wstępnych na macierzyństwo, więc dzieci mam. Z jakichś powodów Bóg mi je powierzył - dziwne i niezrozumiałe, ale tak się stało. >przestalam > planowac bo nie wiem co bedzie dalej i w sumie to jestem z tym szczesliwa. Tez już nie planuję. Tzn jak najmniej. Czasem nawet na następny dzień jak się umawiam, to zastrzegam sobie, że to zależy od zdrowia dzieci (czy czasem mojego). Ale nie jest mi z tym dobrze > Na hematologii sa świete dzieci ale swietych matek to nie ma.tylko jest > pogodzenie z sytuacja, przewartosciowanie calego zycia, skupienie sie na dzieck > u > na kazdej z nim chwili bo nie wiadomo ile ich jeszcze bedzie. Na pewno masz większe doświadczenie. Ale ja myślę, że jednak są. Widziałam >a najtrudniej mi > bylo dac poczucie bezpieczenstwa mlodszemu-on teraz ma 14 mies, jak Tobiasz > zachorowal mial 2.i mnieprzy nim nie bylo-tylko w nocyon jest moim nieustanny > m > wyrzutem sumienia. Poruszasz bardzo ważną kwestię. I chyba już gdzieś o tym wspominałam - zdrowe rodzeństwo chorych dzieci. Że nie dostają często tego co im się należy. Oczywiście nie można powiedzieć, że coś jest dane komuś raz na zawsze, że coś "się należy". Ale jednak czuję całą sobą, że moja uwaga, miłość, czas - to się dziecku jednak nalezy. A tego nie ma, gdy trzeba się zająć chorym dzieckiem. Obiektywnie winy nie ma, ale subiektywnie narasta wyrzut sumienia. Że nie tak ma to być - ale nie da się inaczej. Jesteś bardzo dzielną kobietą, nie wiem w ogóle jak sobie radzisz. Nam się przez te kilka dni rozwaliło wszystko, Młodszy od razu się rozchorował, zachowywał się dziwnie, a gdy widział mnie na chwilę, to się przylepił i nie chciał nawet iść do ubikacji. A ma już 4 lata. I dlatego napisałam, że u nas sprawdza się to powiedzenie "chore dziecko - chora cała rodzina". myślę, że są rodziny, które radzą sobie lepiej. Odpowiedz Link
ankups Re: poczucie bezpieczeństwa 01.11.09, 13:21 Poczułam się bezpieczna, kiedy w pełni - o ile to możliwe... - zrozumialam o co się modlę mówiąc: "bądź wola Twoja" to dla mnie pewnosc, ze choć moge tego nie rozumiec, choć Jego wola jest inna niż moja, jest dobra, bo pełna Miłości od tej pory mam je, choc czasem o nim zapominam w codziennej bieganinie a kiedy zapominam, kiedy zaczynam sie bac - obojętnie czego, wołam o pomoc - nigy nie zawiódł, za to ja niejednokrotnie, spodziewajac się innej formy ratunku, czułam się opuszczona czy daję komuś - chyba Córce... mam nadzieję. Jak to robię? jestem, po prostu Mała ma 10mcy pomyślalam tez o takim 'zwykłym' poczuciu bezpieczenstwa: Męzu, domu, pracy, Córce. Tylko wiecie co? Oni, to wsyztsko mam od Boga - Męża wymodliłam u Matki Boskiej, nie wspomnę o Córze! Odpowiedz Link
maika7 Re: poczucie bezpieczeństwa 01.11.09, 16:32 mamalgosia napisała: > Czym jest? > Czy macie poczucie bezpieczeństwa? jeśli tak, to kto lub co je Wam > daje? > Czy dajecie komuś (np dzieciom) poczucie bezpieczeństwa? Jak to > robicie? Poczucie bezpieczeństwa? Czyli czego? Tego, że niezależnie od tego, co się stanie, ja i Najbliźsi damy radę uporać się z problemem? tragedią? Czy raczej poczucie, że "nam nic się stać nie może"? Mam poczucie tego pierwszego. "Damy radę". Będzie obok ludzka dłoń, która, jak nie będzie mogła pomóc, to chociaż pogłaszcze i pomoże przeżyć cierpienie. Nie wiem, kto daje takie poczucie. Tak mam od kiedy pamiętam. Myślę, że Najbliższym daję poczucie, że jesli tylko będę mogła pomóc - pomogę. A jeśli nie, to przytulę i może chociaż cierpieć będzie lżej, niż w pojedynkę. Ale... ale są też sytuacje, w których opuszczam Najbliższych, bo moja bezradnośc jest tak duża, że nie umiem nawet wyciągnać ręki. O tym może kiedys osobny wątek. O granicach poświęcenia. Odpowiedz Link
atama Re: poczucie bezpieczeństwa 02.11.09, 07:44 W całości podpisuję się pod Maiką. Towarzyszy mi raczej pewność, że oberwę jeszcze od życia nie raz tak, że bardzo zaboli. I staram się na to przygotowywać, żeby kiedy to już nastąpi nie stracić z oczu Boga. I tylko niepomiernie dziwię się patrząc na rodziny, które omija doświadczenie głębokiego cierpienia... Że i tak może być. No i przyznam, że też bym tak chciała no! Odpowiedz Link
mamalgosia odrzucić krzyż 03.11.09, 11:07 atama napisała: > > I tylko niepomiernie dziwię się patrząc na rodziny, które omija > doświadczenie głębokiego cierpienia... Że i tak może być. No i > przyznam, że też bym tak chciała no! Nie wiem, czy tak jest w rzeczywistości, czy to tylko tak z zewnątrz wygląda. Ale nie o tym chciałam napisać. Piszesz: "przyznam, że też bym tak chciała". No, ja też. Mamy w parafii taką panią Krystynę, aktywną działaczkę. Po Mszy św. porannej modli się różaniec przez mikrofon. Przed każdą dziesiątką wypowiada swoje rozważania i przemyślenia (np "módlmy się za tych, którzy odprawiają czarne msze"). No i powiedziała m.in. coś takiego (słowa te przypisując Siostrze Faustynie, może ktoś tutaj wie, o co chodzi) - że ludzi można podzielić na pewne grupy, stosując kryterium niesienia własnego krzyża. Pierwsza to ci, którzy niosą go ochoczo. Druga to ci, którzy czasem porzucaja swój krzyż, potem do niego wracają, narzekają, ale jakoś go znoszą. Nad tymi Pan Jezus płacze. I trzecia grupa - ci najgorsi - to ci, którzy odrzucają swój krzyż, wybierają lekkie życe bez trosk i cierpień. Zastanowiło mnie, jak można odrzucić swój krzyż, jak to w ogóle możliwe? Abstrahując od oceny moralnej danego czynu - jak jest możliwe "wybranie lekkiego życia bez trosk i cierpień"? Jak niby praktycznie miałoby to wyglądać? Odpowiedz Link
capriglione Re: odrzucić krzyż 03.11.09, 11:28 mamalgosia napisała: >Zastanowiło mnie, jak można odrzucić swój krzyż, jak to w ogóle możliwe? Abstrahując od oceny moralnej danego czynu - jak jest możliwe "wybranie lekkiego życia bez trosk i cierpień"? Jak niby praktycznie miałoby to wyglądać? No np. zmagając się z chorobą dziecka, odrzucasz swój krzyż w ten sposób: podrzucając to dziecko swojej mamie/bratowej (!)/koleżance, wyciągasz po kryjomu przed Mężem oszczędności z całego Waszego życia/ bukujesz sobie lot do Nowej Zelandii/i uwodząc kolegę z pracy zwiewacie, gdzie pieprz rośnie )) To by było odrzucenie swego krzyża w dość melodramatycznym tonie... Odpowiedz Link
mamalgosia Re: odrzucić krzyż 03.11.09, 18:43 A, tak. To byłoby odrzucenie krzyża (chociaż jestem bardzo ostrożna w ocenianiu samobójstwa - może z powodów bardzo osobistych - to może być akt totalnej bezsilności i neimożności życia dalej). Ale myślisz, że samobójstwo jest ucieczką w lekkie życie, bez trosk i cierpienia? Odpowiedz Link
atama Re: odrzucić krzyż 04.11.09, 06:27 > Ale myślisz, że samobójstwo jest ucieczką w lekkie życie, bez trosk > i cierpienia? Zdecydowanie TAK ) Inna sprawa, czy skutecznie. O tym się wszyscy dowiemy, jak już będziemy PO > A, tak. To byłoby odrzucenie krzyża (chociaż jestem bardzo ostrożna > w ocenianiu samobójstwa - może z powodów bardzo osobistych - to może > być akt totalnej bezsilności i neimożności życia dalej). Odrzucenie krzyża chyba jest aktem bezsilności, utraty nadziei i wiary w jego sens? Odpowiedz Link
mamalgosia Re: odrzucić krzyż 04.11.09, 11:00 atama napisała: > > Ale myślisz, że samobójstwo jest ucieczką w lekkie życie, bez > trosk > > i cierpienia? > > Zdecydowanie TAK ) Pod warunkiem, że Bóg je wybaczy. Bo jesli nie, to nie sądzę, żeby życie po tamtej stronie było przyjemne > Odrzucenie krzyża chyba jest aktem bezsilności, utraty nadziei i > wiary w jego sens? No chyba właśnie nie zawsze. Wydaje mi się, że jeśli tak by było, to to odrzucenie krzyża nie byłoby aż taką winą. Myślę, że chodzi raczej o sytuacje pewnego wyboru, kiedy jest możliwa ucieczka, to wybranie tej ucieczki. W sposób wolny (bo uważam, że bezsilność, przygniecienie krzyżem, utracenie nadziei, rozpacz, depresja - ograniczają tę wolną wolę, może nawet ją znoszą czasem) Odpowiedz Link
atama Re: odrzucić krzyż 04.11.09, 12:45 > Pod warunkiem, że Bóg je wybaczy. Bo jesli nie, to nie sądzę, żeby > życie po tamtej stronie było przyjemne Tego nie wiemy > > Odrzucenie krzyża chyba jest aktem bezsilności, utraty nadziei i > > wiary w jego sens? > No chyba właśnie nie zawsze. Wydaje mi się, że jeśli tak by było, to > to odrzucenie krzyża nie byłoby aż taką winą. Myślę, że chodzi > raczej o sytuacje pewnego wyboru, kiedy jest możliwa ucieczka, to > wybranie tej ucieczki. W sposób wolny (bo uważam, że bezsilność, > przygniecienie krzyżem, utracenie nadziei, rozpacz, depresja - > ograniczają tę wolną wolę, może nawet ją znoszą czasem) Pisałam o odrzuceniu w kontekście samobójstwa. Odpowiedz Link
mamalgosia Re: odrzucić krzyż 04.11.09, 13:07 atama napisała: > Pisałam o odrzuceniu w kontekście samobójstwa. To ja nie potrafie na to tak spojrzeć. Być może dlatego - o cyzm napisałam już wyżej - że mam do tego zbyt osobisty stosunek Odpowiedz Link
aetas Re: odrzucić krzyż 05.11.09, 17:12 mamalgosia napisała: > A, tak. To byłoby odrzucenie krzyża (chociaż jestem bardzo ostrożna > w ocenianiu samobójstwa - może z powodów bardzo osobistych - to może > być akt totalnej bezsilności i neimożności życia dalej). > Ale myślisz, że samobójstwo jest ucieczką w lekkie życie, bez trosk > i cierpienia? > nie, jeśli mogę się wtrącić, uważam, że samobójstwo jest ucieczką nie w lekkie życie, ale w NIEbycie i NIEcierpienie, dlatego niektórych tak kusi... Odpowiedz Link
mamalgosia Re: odrzucić krzyż 03.11.09, 18:38 Wiesz, ale jednak to nie do końca tak. Bo takie zachowanie oznaczałoby, że nie kocham swojego dziecka (i męża, skoro ten kolega z pracy). A mi nie chodzi o takie zachowania. Zastanawiam się, czy możliwa jest ucieczka od krzyża. Bo przecież bez względu na to, czy byłabym przy tym dziecku w szpitalu, czy nawet bym gdzieś wyjechała, to jego choroba tak samo by mnie bolała i była takim samym krzyżem. Wyjazd nie stanowiłby ucieczki P.S. Nigdy byś tego postu nie napisała, gdybyś poznała moich kolegów z pracy Odpowiedz Link
capriglione Re: odrzucić krzyż 03.11.09, 21:40 mamalgosia napisała: > Wiesz, ale jednak to nie do końca tak. Bo takie zachowanie > oznaczałoby, że nie kocham swojego dziecka (i męża, skoro ten kolega > z pracy). A mi nie chodzi o takie zachowania. Zastanawiam się, czy > możliwa jest ucieczka od krzyża. Bo przecież bez względu na to, czy > byłabym przy tym dziecku w szpitalu, czy nawet bym gdzieś wyjechała, > to jego choroba tak samo by mnie bolała i była takim samym krzyżem. > Wyjazd nie stanowiłby ucieczki > > P.S. Nigdy byś tego postu nie napisała, gdybyś poznała moich kolegów > z pracy A ja chciałabym przeprosić za ten głupawy swój wpis - opisałam po prostu swój beznadziejny stan uczuć i podpięłam "niechcący" pod Twój post - najchętniej właśnie zwiałabym, gdzie pieprz rośnie. Tylko za chorobę dziecka trzeba by podstawić "nieznośne i uporczywie utrzymujące się od 3 lat zachowania dziecka", no i może ta New Zealand to jednak może gdzieś bliżej... I nawet zaczęłam się przyglądać się kolegom z pracy - któremu to zaproponować... Ale, podobnie jak u Ciebie - też mnie jakoś ostatnio nie kręcą Odpowiedz Link
mamalgosia Re: odrzucić krzyż 04.11.09, 11:02 capriglione napisała: > A ja chciałabym przeprosić za ten głupawy swój wpis - opisałam po prostu swój > beznadziejny stan uczuć i podpięłam "niechcący" pod Twój post - najchętniej > właśnie zwiałabym, gdzie pieprz rośnie. Nie wiem, czy głupawy, ale przyznam, że jak go przeczytałam, to zrobiło mi się jakoś nieswojo. Ale minęło. > I nawet zaczęłam się przyglądać się kolegom z pracy - któremu to zaproponować.. > . > Ale, podobnie jak u Ciebie - też mnie jakoś ostatnio nie kręcą Moi koledzy z pracy chyba nie tylko mnie nie kręcą, bo aż dwóch (na czterech) jest kawalerami, a jeden rozwodnikiem Odpowiedz Link
capriglione Re: odrzucić krzyż 04.11.09, 12:14 mamalgosia napisała: > Nie wiem, czy głupawy, ale przyznam, że jak go przeczytałam, to > zrobiło mi się jakoś nieswojo. > Ale minęło. Ojej, to tym bardziej przepraszam. Zupełnie nie leżało w mojej intencji wprowadzić Cię w "nieswój nastrój" Po prostu sama obecnie borykam się ze swoim krzyżem, nałożyło się na to kilka spraw, nie bardzo wiem, jak przez to przebrnąć i mój sposób na odrzucenie krzyża (wg P. Krystyny) to właśnie byłaby teraz najchętniej ucieczka. A że ciepłe klimaty lubię, to tak samo mi się wymyśliło... Zostawić tu ten galimatias, niech sobie inni radzą > Moi koledzy z pracy chyba nie tylko mnie nie kręcą, bo aż dwóch (na > czterech) jest kawalerami, a jeden rozwodnikiem A dlaczego wg Ciebie, Mamalgosiu, panowie wolni czy z tzw. odzysku są mniej "kręcący" niż żonaci? U mnie (w pokoju) też wszyscy wolni lub w wolnych związkach, fajne chłopaki, ale ostatnio mój minorowy nastrój nie pozwala na dostrzeżenie ich atrybutów... Po prostu "leczy" mnie wszystko, jak się to dawniej mówiło Pozdrawiam. Odpowiedz Link
mamalgosia Re: odrzucić krzyż 04.11.09, 13:06 Nie wiem, tak jakoś sobie pomyslałam, że gdyby była kobieta, która by kręcili, to by z nią byli? Ale w sumie bez sensu, przeciez wzajemność jakaś musi być. Odpowiedz Link
atama Re: odrzucić krzyż 03.11.09, 12:58 Mi się jakoś nie wydaje, że odrzucenie krzyża równa się szczęśliwe, spokojne życie. Raczej skutkuje wewnętrzną, straszną walką. > Piszesz: "przyznam, że też bym tak chciała". No, ja też. To jest chyba normalne i zdrowe. No bo CHCIEĆ cierpieć??? Eee... Odpowiedz Link
atama Re: odrzucić krzyż 03.11.09, 13:07 > No i powiedziała m.in. coś takiego > (słowa te przypisując Siostrze Faustynie, może ktoś tutaj wie, o co > chodzi) - że ludzi można podzielić na pewne grupy, stosując > kryterium niesienia własnego krzyża. Pierwsza to ci, którzy niosą go > ochoczo. Druga to ci, którzy czasem porzucaja swój krzyż, potem do > niego wracają, narzekają, ale jakoś go znoszą. Nad tymi Pan Jezus > płacze. I trzecia grupa - ci najgorsi - to ci, którzy odrzucają swój > krzyż, wybierają lekkie życe bez trosk i cierpień. No to już wiadomo skąd się bierze w powszechnym mniemaniu ta nieprzyzwoitość kłócenia się z Panem Bogiem, o której pisała Sion o tu: forum.gazeta.pl/forum/w,16182,102321319,102336093,Re_Obecnosc.html Nad tymi, którzy porzucają swój krzyż, a potem do niego wracają Jezus płacze. A tych, którzy zupełnie odrzucają, to nawet nie warto komentować? Jakoś bardzo się na taki obraz nie zgadzam. Płacze i nad pierwszymi i nad drugimi i nad trzecimi! Płacze Z nimi, a nie z wyższością NAD nimi. Taki ciepły artykuł w TP ks. Bonieckiego na antidotum tygodnik.onet.pl/0,35313,moi_wszyscy_swieci,komentarz.html Odpowiedz Link
otryt nieść ochoczo swój krzyż 03.11.09, 14:06 mamalgosia napisała: >ludzi można podzielić na pewne grupy, >stosując kryterium niesienia własnego krzyża. >Pierwsza to ci, którzy niosą go ochoczo. Czy Chrystus niósł OCHOCZO swój krzyż? Czy Hiob znosił ochoczo swoje cierpienie? Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! ... Znoszenie swojego cierpienia bez szemrania, cierpliwie, odważnie, heroicznie, bez skargi, bez narzekania nie oznacza jeszcze, że się je znosi ochoczo. Jest duża różnica pomiędzy tymi postawami. No chyba, że ja inaczej rozumiem słowo „ochoczo”. Czy św. Faustyna mogła to napisać? Może zniekształciła pani Krystyna, a może Ty Kasiu? Czasem myślę, że taktyką nieprzyjaciela może być popadanie w przesadę w drugą stronę. Nieś ochoczo, z radością swój krzyż = odrzuć swój krzyż. Popadając w przesadę kompromitujemy słuszną ideę. Odpowiedz Link
mamalgosia Re: nieść ochoczo swój krzyż 03.11.09, 18:48 Nie zniekształciłam, bo mam to na świeżo. Takiej wypowiedzi św. Faustyny nie znam, więc powtarzam tylko za tą panią. Ale może warto poszukać Odpowiedz Link
luna15 Re: nieść ochoczo swój krzyż 03.11.09, 20:39 Ja też nie kojarzę takiej wypowiedzi.Cierpienie nie jest samo w sobie czymś dobrym.Ale może służyć czemuś dobremu.Według mnie ktoś kto dobrze niesie swój krzyż to ktoś kto robi to "zaślepiony" miłością do Boga.Zauważcie że święci zazwyczaj gloryfikują cierpienie- czego my nie rozumiemy, ale to dlatego że oni byli/są zakochani w Bogu i współcierpiąc z Nim / za grzechy świata/ tak naprawdę zbliżają się do swojej Miłości czyli doświadczają jednocześnie uczuć maksymalnie pozytywnych...a za naszym cierpieniem...pustka. Odpowiedz Link
mamalgosia Re: nieść ochoczo swój krzyż 04.11.09, 11:04 Tak, myślę, że w takim zakochaniu to własnie jest "ochoczo". Były sytuacje, kiedy święci wręcz prosili o cierpienia. Ale tak mnie już ta wypowiedź św. Faustyny (jesli w ogóle) zaciekawiła, że mam ochotę zagadać panią Krystynę, gdzie to znalazła. Ale jakoś się wstydzę Odpowiedz Link
atama nieść krzyż 04.11.09, 06:31 Gdzieś kiedyś usłyszałam, że nieść swój krzyż to znaczy mądrze się z nim zmagać. Chrystus upadał pod krzyżem... I przyjął pomoc w jego niesieniu... A my mamy ambicje z uśmiechem na twarzy znosić wszystko niedobre, co na nas przychodzi??? Odpowiedz Link
mamalgosia miś 05.11.09, 09:50 Mój Młodszy uczy się w przedszkolu czegoś takiego: Najlepszym przyjacielem jest mój misiek pluszowy On ponury, szary dzień zamieni w kolorowy Bo kiedy jest mi smutno przytulę się do niego przy nim jestem bezpieczny i nie boję się niczego I jest tak, że pluszaczek często daje dziecku poczucie bezpieczeństwa. Dlaczego? Odpowiedz Link
kim5 Re: miś 05.11.09, 20:01 Mam głęboką nadzieję, że sobie poradzę. Nieraz przekonałam się, ilu dobrych ludzi jest wokół mnie. Odpowiedz Link