Dodaj do ulubionych

poczucie bezpieczeństwa

31.10.09, 13:16
Czym jest?
Czy macie poczucie bezpieczeństwa? jeśli tak, to kto lub co je Wam
daje?
Czy dajecie komuś (np dzieciom) poczucie bezpieczeństwa? Jak to
robicie?
Obserwuj wątek
    • andrzej585858 Re: poczucie bezpieczeństwa 31.10.09, 13:40
      Poczucie bezpieczeństwa. Co daje dla mnie to poczucie? Chyba po raz pierwszy
      zastanowiłem się nad tym - jakoś nigdy nie czułem takiej potrzeby. Może dlatego
      że mimo wszystko zawsze miałem takie poczucie?
      Dlaczego?
      Tak sobie pomyślałem - nie jestem żadnym wzorcem cnót ani człowiekiem pełnym
      zalet, często na bakier z zasadami, zaleceniami moralnymi - chodzącym wlasnymi
      scieżkami a pomimo tego jest coś czego jestem pewny - tak immanentnie pewny.
      Pozsukujac odpowiedzi na to pytanie siegnąłem oczywiście do moich ulubionych
      Ojców Kościoła i chyba znalazłem swoja odpowiedż na to co daje mi poczucie
      bezpieczeństwa.
      Oto co pisze sw. Cyryl Jerozolimski w IV wieku:

      "Nie wstydżmy się wyznać Ukrzyżowanego! Ufnie czyńmy znak krzyża palcami, na
      czole i na wszystkim: na chlebie, który spożywamy, na kielichu, którym pijemy,
      przy wejściu i przy wyjściu, przed snem, kładąc się na spoczynek, przy
      wstawaniu, chodzeniu i spoczynku! Jest on wielką obroną. Nie muszą za niego
      płacić ubodzy, trudzić się słabi. Od Boga jest nam dany jako łaska. Krzyż jest
      znakiem wierzących, postrachem szatanów. W krzyżu odnosi triumf nad nimi wierny,
      jeśli się nim znaczy z ufnością. Na widok krzyża przypominają sobie
      Ukrzyżowanego. Lękają się Tego, który smokowi starł głowę. Ceń tę pieczęć, a
      ponieważ jest darmo dana, czcij tym więcej Dobroczyńcę!"

      To jest właśnie moje poczucie bezpieczeństwa, nie zawsze świadomie uświadamiane
      - ale istniejące. Czy daje tym swoim dzieciom poczucie bezpieczeństwa? - nie
      wiem, ale taką mam nadzieję.

      • mamalgosia Re: poczucie bezpieczeństwa 31.10.09, 18:25
        andrzej585858 napisał:

        > Poczucie bezpieczeństwa. Co daje dla mnie to poczucie? Chyba po
        raz pierwszy
        > zastanowiłem się nad tym - jakoś nigdy nie czułem takiej potrzeby.
        Może dlatego
        > że mimo wszystko zawsze miałem takie poczucie?
        Tak, myślę, że właśnie dlatego. Że rzadko zastanawiamy się nad tym,
        że jest powietrze, dopóki nie mamy problemu z oddychaniem. Dopiero
        zadyszka, kaszel, duszności zmieniają optykę.


    • luna15 Re: poczucie bezpieczeństwa 31.10.09, 17:35
      Miałam takie poczucie przez bardzo długi okres w życiu, tak mniej więcej do 17
      roku życia.CZUŁAM że Bóg czuwa.Potem się posypało, nadal wierze ale nie umiem
      zaufać choć bardzo się staram.Tłumacze sobie,że muszę ufać, ale to ufność
      utrzymywana siłą woli a na poziomie emocji czarna dziura, strach.
      Wiem że Go obchodzę, ale w ogóle tego nie czuję więc poczucia bezpieczeństwa nie ma.
    • ruda110 Re: poczucie bezpieczeństwa 31.10.09, 18:23
      Moje poczucie bezpieczeństwa poleciało pewnego dnia na łeb na szyję... Do chwili
      kiedy dowiedziałam się o śmiertelnej chorobie mojej młodszej córeczki naiwnie
      sądziłam, że wszelkie trudne doświadczenia będą mnie omijać w nieskończoność. W
      jednej chwili zostałam odarta ze złudzeń i to bardzo boleśnie. Teraz staram się
      budować swoje poczucie bezpieczeństwa od nowa, prosząc Pana Boga o odwagę, łaskę
      zawierzenia. Od kiedy pamiętam bałam się zawierzyć Panu Bogu z lęku przed tym,
      że zechce mnie doświadczyć. I właściwie stało się to czego bałam się najbardziej
      - straciłam ukochaną osobę. Paradoksalnie ten ból, ogromna strata sprawiły, że
      ruszyłam do przodu i mierzę się ze swoimi lękami.
      • mamalgosia Re: poczucie bezpieczeństwa 01.11.09, 10:05
        podziwiam Cię
      • mamachlopca1 Re: poczucie bezpieczeństwa 01.11.09, 12:39
        ja wlasciwie moge napisac to samo.wszystko co mialam poukladane mi sie zawalilo
        i trzeba bylo budowac od nowa.i tez od zawsze balam sie jak tak naprawde
        zawierze to bede doswiadczona.i tak bylo wlasnie.od chwili poczecia Tobiasza
        mialam jakis straszliwy lęk o niego.niby zawierzylam wtedy gdy to byla tak
        trudna ciaza ale...jak w koncu wyladowalismy na tej hematologii to wszystko
        pryslo.wiem, ze moze gdyby nie ten moj lęk i wsłuchiwanie sie w niego to juz by
        nie zył bo nikt by białaczki wtedy nie rozpoznal-skoro 2 pediatrow nie widziało
        nic tylko ja-neurolog go zawiozłam na oddział bo tak czułamcrying
        miedzy poczuciem bezpieczenstwa a calkowitym zawierzeniem to daleka jeszcze
        droga.ja przeszlam bezsilnosc wobec Jego woli, planow...niby zawsze wiedziałam
        ze dziecko jest darem nie wiadomo na ile ale...najbardziej besilnie sie czulam
        jak bylo podejrzenie wznowy i to okropne czekanie.ja lekarz nie potrafilam
        uleczyc wlasnego dziecka.tylko moglam patrzec czy leki zadzialaj czy nie i jakie
        beda powiklania.
        a jeszcze odnosnie szpitala i w ogole leczenia.jesli ja-matka zakladam ze moje
        dziecko ma zyc to taktez sie musze zachowywac.nie moge sie poddac.nie moze
        dziecko widziec ze ja placze bo po co mu dodatkowy niepokoj, lęk? przestalam
        planowac bo nie wiem co bedzie dalej i w sumie to jestem z tym szczesliwa.
        Na hematologii sa świete dzieci ale swietych matek to nie ma.tylko jest
        pogodzenie z sytuacja, przewartosciowanie calego zycia, skupienie sie na dziecku
        na kazdej z nim chwili bo nie wiadomo ile ich jeszcze bedzie.pelna akceptacja
        jego innosci, odnalezienie go w tej chorobie-bo to sie stala juz inna
        rzeczywistosc i trzeba zachowac normalnosc jaka by nie byla- z tymi
        ograniczeniami, rezimem sanitarnym, dieta itp.taki 3-4 latek jesli widzi ze mama
        przyjmuje za norme pewne sprawy to i on je przyjmuje-ze tak ma byc.mojemu
        dziecku i nam takie podejscie pomoglo i dalo poczucie bezpieczenstwa.nie raz
        serce mi pekalo-i jak mu wklucie centralne zalozyli i te 20 uspien, i jak wlosy
        wypadly i jak nie chodzil po lekach i jak w ciagu 2 tyg wygladal jak kulka po
        sterydach i jak pomysle o tych lekach i ich skutkach ubocznych.a najtrudniej mi
        bylo dac poczucie bezpieczenstwa mlodszemu-on teraz ma 14 mies, jak Tobiasz
        zachorowal mial 2.i mnieprzy nim nie bylo-tylko w nocycryingon jest moim nieustannym
        wyrzutem sumienia.
        • mamalgosia Re: poczucie bezpieczeństwa 01.11.09, 15:59
          mamachlopca1 napisała:


          > miedzy poczuciem bezpieczenstwa a calkowitym zawierzeniem to
          daleka jeszcze
          > droga.
          Na pewno. I powiem szczerze, że celowo założyłam wątek o poczuciu
          bezpieczeństwa - bo ono jest według mnie uniwersalne. Może je mieć
          mocno wierzący, słabo wierzący i niewierzący. Albo nie mieć.



          > a jeszcze odnosnie szpitala i w ogole leczenia.jesli ja-matka
          zakladam ze moje
          > dziecko ma zyc to taktez sie musze zachowywac.nie moge sie
          poddac.nie moze
          > dziecko widziec ze ja placze bo po co mu dodatkowy niepokoj, lęk?
          I dlatego napisałam, że jestem złą matką. Bo ja nie potrafię. Mam
          taką a nie inną wytrzymałość, taką a nie inną psychikę, odporność,
          choroby... Nie jestem silna. Trzymam się z trudem, a i tak tylko do
          jakiegoś momentu. A potem się sypię. I nie działa "musisz", bo się
          po prostu nie da. Chcę i powinnam - to tak. Ale po prostu nie mogę.
          To trochę tak, jak mówienie choremu na depresję "no, stary, weź się
          w garść". Ale nie było testów wstępnych na macierzyństwo, więc
          dzieci mam. Z jakichś powodów Bóg mi je powierzył - dziwne i
          niezrozumiałe, ale tak się stało.


          >przestalam
          > planowac bo nie wiem co bedzie dalej i w sumie to jestem z tym
          szczesliwa.
          Tez już nie planuję. Tzn jak najmniej. Czasem nawet na następny
          dzień jak się umawiam, to zastrzegam sobie, że to zależy od zdrowia
          dzieci (czy czasem mojego). Ale nie jest mi z tym dobrze



          > Na hematologii sa świete dzieci ale swietych matek to nie ma.tylko
          jest
          > pogodzenie z sytuacja, przewartosciowanie calego zycia, skupienie
          sie na dzieck
          > u
          > na kazdej z nim chwili bo nie wiadomo ile ich jeszcze bedzie.
          Na pewno masz większe doświadczenie. Ale ja myślę, że jednak są.
          Widziałam



          >a najtrudniej mi
          > bylo dac poczucie bezpieczenstwa mlodszemu-on teraz ma 14 mies,
          jak Tobiasz
          > zachorowal mial 2.i mnieprzy nim nie bylo-tylko w nocycryingon jest
          moim nieustanny
          > m
          > wyrzutem sumienia.
          Poruszasz bardzo ważną kwestię. I chyba już gdzieś o tym
          wspominałam - zdrowe rodzeństwo chorych dzieci. Że nie dostają
          często tego co im się należy. Oczywiście nie można powiedzieć, że
          coś jest dane komuś raz na zawsze, że coś "się należy". Ale jednak
          czuję całą sobą, że moja uwaga, miłość, czas - to się dziecku jednak
          nalezy. A tego nie ma, gdy trzeba się zająć chorym dzieckiem.
          Obiektywnie winy nie ma, ale subiektywnie narasta wyrzut sumienia.
          Że nie tak ma to być - ale nie da się inaczej. Jesteś bardzo
          dzielną kobietą, nie wiem w ogóle jak sobie radzisz. Nam się przez
          te kilka dni rozwaliło wszystko, Młodszy od razu się rozchorował,
          zachowywał się dziwnie, a gdy widział mnie na chwilę, to się
          przylepił i nie chciał nawet iść do ubikacji. A ma już 4 lata. I
          dlatego napisałam, że u nas sprawdza się to powiedzenie "chore
          dziecko - chora cała rodzina". myślę, że są rodziny, które radzą
          sobie lepiej.
    • ankups Re: poczucie bezpieczeństwa 01.11.09, 13:21
      Poczułam się bezpieczna, kiedy w pełni - o ile to możliwe... -
      zrozumialam o co się modlę mówiąc: "bądź wola Twoja"
      to dla mnie pewnosc, ze choć moge tego nie rozumiec, choć Jego wola
      jest inna niż moja, jest dobra, bo pełna Miłości
      od tej pory mam je, choc czasem o nim zapominam w codziennej
      bieganinie
      a kiedy zapominam, kiedy zaczynam sie bac - obojętnie czego, wołam o
      pomoc - nigy nie zawiódł, za to ja niejednokrotnie, spodziewajac się
      innej formy ratunku, czułam się opuszczona
      czy daję komuś - chyba Córce... mam nadzieję. Jak to robię? jestem,
      po prostu smile Mała ma 10mcy
      pomyślalam tez o takim 'zwykłym' poczuciu bezpieczenstwa: Męzu,
      domu, pracy, Córce. Tylko wiecie co? Oni, to wsyztsko mam od Boga -
      Męża wymodliłam u Matki Boskiej, nie wspomnę o Córze!
    • maika7 Re: poczucie bezpieczeństwa 01.11.09, 16:32
      mamalgosia napisała:

      > Czym jest?
      > Czy macie poczucie bezpieczeństwa? jeśli tak, to kto lub co je Wam
      > daje?
      > Czy dajecie komuś (np dzieciom) poczucie bezpieczeństwa? Jak to
      > robicie?

      Poczucie bezpieczeństwa?
      Czyli czego?
      Tego, że niezależnie od tego, co się stanie, ja i Najbliźsi damy
      radę uporać się z problemem? tragedią?
      Czy raczej poczucie, że "nam nic się stać nie może"?

      Mam poczucie tego pierwszego. "Damy radę". Będzie obok ludzka dłoń,
      która, jak nie będzie mogła pomóc, to chociaż pogłaszcze i pomoże
      przeżyć cierpienie. Nie wiem, kto daje takie poczucie. Tak mam od
      kiedy pamiętam.
      Myślę, że Najbliższym daję poczucie, że jesli tylko będę mogła
      pomóc - pomogę. A jeśli nie, to przytulę i może chociaż cierpieć
      będzie lżej, niż w pojedynkę.

      Ale... ale są też sytuacje, w których opuszczam Najbliższych, bo
      moja bezradnośc jest tak duża, że nie umiem nawet wyciągnać ręki. O
      tym może kiedys osobny wątek. O granicach poświęcenia.
      • atama Re: poczucie bezpieczeństwa 02.11.09, 07:44
        W całości podpisuję się pod Maiką.

        Towarzyszy mi raczej pewność, że oberwę jeszcze od życia nie raz
        tak, że bardzo zaboli. I staram się na to przygotowywać, żeby kiedy
        to już nastąpi nie stracić z oczu Boga.

        I tylko niepomiernie dziwię się patrząc na rodziny, które omija
        doświadczenie głębokiego cierpienia... Że i tak może być. No i
        przyznam, że też bym tak chciała no!
        • mamalgosia odrzucić krzyż 03.11.09, 11:07
          atama napisała:

          >
          > I tylko niepomiernie dziwię się patrząc na rodziny, które omija
          > doświadczenie głębokiego cierpienia... Że i tak może być. No i
          > przyznam, że też bym tak chciała no!

          Nie wiem, czy tak jest w rzeczywistości, czy to tylko tak z zewnątrz
          wygląda.
          Ale nie o tym chciałam napisać.
          Piszesz: "przyznam, że też bym tak chciała". No, ja też.

          Mamy w parafii taką panią Krystynę, aktywną działaczkę. Po Mszy św.
          porannej modli się różaniec przez mikrofon. Przed każdą dziesiątką
          wypowiada swoje rozważania i przemyślenia (np "módlmy się za tych,
          którzy odprawiają czarne msze"). No i powiedziała m.in. coś takiego
          (słowa te przypisując Siostrze Faustynie, może ktoś tutaj wie, o co
          chodzi) - że ludzi można podzielić na pewne grupy, stosując
          kryterium niesienia własnego krzyża. Pierwsza to ci, którzy niosą go
          ochoczo. Druga to ci, którzy czasem porzucaja swój krzyż, potem do
          niego wracają, narzekają, ale jakoś go znoszą. Nad tymi Pan Jezus
          płacze. I trzecia grupa - ci najgorsi - to ci, którzy odrzucają swój
          krzyż, wybierają lekkie życe bez trosk i cierpień.
          Zastanowiło mnie, jak można odrzucić swój krzyż, jak to w ogóle
          możliwe? Abstrahując od oceny moralnej danego czynu - jak jest
          możliwe "wybranie lekkiego życia bez trosk i cierpień"? Jak niby
          praktycznie miałoby to wyglądać?
          • capriglione Re: odrzucić krzyż 03.11.09, 11:28
            mamalgosia napisała:
            >Zastanowiło mnie, jak można odrzucić swój krzyż, jak to w ogóle
            możliwe? Abstrahując od oceny moralnej danego czynu - jak jest
            możliwe "wybranie lekkiego życia bez trosk i cierpień"? Jak niby
            praktycznie miałoby to wyglądać?

            No np. zmagając się z chorobą dziecka, odrzucasz swój krzyż w ten sposób:
            podrzucając to dziecko swojej mamie/bratowej (!)/koleżance, wyciągasz po kryjomu
            przed Mężem oszczędności z całego Waszego życia/ bukujesz sobie lot do Nowej
            Zelandii/i uwodząc kolegę z pracy zwiewacie, gdzie pieprz rośnie smile))

            To by było odrzucenie swego krzyża w dość melodramatycznym tonie...
            • atama Re: odrzucić krzyż 03.11.09, 12:56
              No albo wziąć i się zabić.

              • mamalgosia Re: odrzucić krzyż 03.11.09, 18:43
                A, tak. To byłoby odrzucenie krzyża (chociaż jestem bardzo ostrożna
                w ocenianiu samobójstwa - może z powodów bardzo osobistych - to może
                być akt totalnej bezsilności i neimożności życia dalej).
                Ale myślisz, że samobójstwo jest ucieczką w lekkie życie, bez trosk
                i cierpienia?

                • atama Re: odrzucić krzyż 04.11.09, 06:27
                  > Ale myślisz, że samobójstwo jest ucieczką w lekkie życie, bez
                  trosk
                  > i cierpienia?

                  Zdecydowanie TAK smile)
                  Inna sprawa, czy skutecznie. O tym się wszyscy dowiemy, jak już
                  będziemy PO wink

                  > A, tak. To byłoby odrzucenie krzyża (chociaż jestem bardzo
                  ostrożna
                  > w ocenianiu samobójstwa - może z powodów bardzo osobistych - to
                  może
                  > być akt totalnej bezsilności i neimożności życia dalej).
                  Odrzucenie krzyża chyba jest aktem bezsilności, utraty nadziei i
                  wiary w jego sens?
                  • mamalgosia Re: odrzucić krzyż 04.11.09, 11:00
                    atama napisała:

                    > > Ale myślisz, że samobójstwo jest ucieczką w lekkie życie, bez
                    > trosk
                    > > i cierpienia?
                    >
                    > Zdecydowanie TAK smile)
                    Pod warunkiem, że Bóg je wybaczy. Bo jesli nie, to nie sądzę, żeby
                    życie po tamtej stronie było przyjemnesad



                    > Odrzucenie krzyża chyba jest aktem bezsilności, utraty nadziei i
                    > wiary w jego sens?
                    No chyba właśnie nie zawsze. Wydaje mi się, że jeśli tak by było, to
                    to odrzucenie krzyża nie byłoby aż taką winą. Myślę, że chodzi
                    raczej o sytuacje pewnego wyboru, kiedy jest możliwa ucieczka, to
                    wybranie tej ucieczki. W sposób wolny (bo uważam, że bezsilność,
                    przygniecienie krzyżem, utracenie nadziei, rozpacz, depresja -
                    ograniczają tę wolną wolę, może nawet ją znoszą czasem)

                    • atama Re: odrzucić krzyż 04.11.09, 12:45
                      > Pod warunkiem, że Bóg je wybaczy. Bo jesli nie, to nie sądzę, żeby
                      > życie po tamtej stronie było przyjemnesad

                      Tego nie wiemy

                      > > Odrzucenie krzyża chyba jest aktem bezsilności, utraty nadziei i
                      > > wiary w jego sens?
                      > No chyba właśnie nie zawsze. Wydaje mi się, że jeśli tak by było,
                      to
                      > to odrzucenie krzyża nie byłoby aż taką winą. Myślę, że chodzi
                      > raczej o sytuacje pewnego wyboru, kiedy jest możliwa ucieczka, to
                      > wybranie tej ucieczki. W sposób wolny (bo uważam, że bezsilność,
                      > przygniecienie krzyżem, utracenie nadziei, rozpacz, depresja -
                      > ograniczają tę wolną wolę, może nawet ją znoszą czasem)

                      Pisałam o odrzuceniu w kontekście samobójstwa.
                      • mamalgosia Re: odrzucić krzyż 04.11.09, 13:07
                        atama napisała:
                        > Pisałam o odrzuceniu w kontekście samobójstwa.
                        To ja nie potrafie na to tak spojrzeć. Być może dlatego - o cyzm
                        napisałam już wyżej - że mam do tego zbyt osobisty stosunek
                • aetas Re: odrzucić krzyż 05.11.09, 17:12
                  mamalgosia napisała:

                  > A, tak. To byłoby odrzucenie krzyża (chociaż jestem bardzo
                  ostrożna
                  > w ocenianiu samobójstwa - może z powodów bardzo osobistych - to
                  może
                  > być akt totalnej bezsilności i neimożności życia dalej).
                  > Ale myślisz, że samobójstwo jest ucieczką w lekkie życie, bez
                  trosk
                  > i cierpienia?
                  >

                  nie, jeśli mogę się wtrącić, uważam, że samobójstwo jest ucieczką
                  nie w lekkie życie, ale w NIEbycie i NIEcierpienie, dlatego
                  niektórych tak kusi...
            • mamalgosia Re: odrzucić krzyż 03.11.09, 18:38
              Wiesz, ale jednak to nie do końca tak. Bo takie zachowanie
              oznaczałoby, że nie kocham swojego dziecka (i męża, skoro ten kolega
              z pracy). A mi nie chodzi o takie zachowania. Zastanawiam się, czy
              możliwa jest ucieczka od krzyża. Bo przecież bez względu na to, czy
              byłabym przy tym dziecku w szpitalu, czy nawet bym gdzieś wyjechała,
              to jego choroba tak samo by mnie bolała i była takim samym krzyżem.
              Wyjazd nie stanowiłby ucieczki

              P.S. Nigdy byś tego postu nie napisała, gdybyś poznała moich kolegów
              z pracy
              • capriglione Re: odrzucić krzyż 03.11.09, 21:40
                mamalgosia napisała:

                > Wiesz, ale jednak to nie do końca tak. Bo takie zachowanie
                > oznaczałoby, że nie kocham swojego dziecka (i męża, skoro ten kolega
                > z pracy). A mi nie chodzi o takie zachowania. Zastanawiam się, czy
                > możliwa jest ucieczka od krzyża. Bo przecież bez względu na to, czy
                > byłabym przy tym dziecku w szpitalu, czy nawet bym gdzieś wyjechała,
                > to jego choroba tak samo by mnie bolała i była takim samym krzyżem.
                > Wyjazd nie stanowiłby ucieczki
                >
                > P.S. Nigdy byś tego postu nie napisała, gdybyś poznała moich kolegów
                > z pracy

                A ja chciałabym przeprosić za ten głupawy swój wpis - opisałam po prostu swój
                beznadziejny stan uczuć i podpięłam "niechcący" pod Twój post - najchętniej
                właśnie zwiałabym, gdzie pieprz rośnie. Tylko za chorobę dziecka trzeba by
                podstawić "nieznośne i uporczywie utrzymujące się od 3 lat zachowania dziecka",
                no i może ta New Zealand to jednak może gdzieś bliżej...
                I nawet zaczęłam się przyglądać się kolegom z pracy - któremu to zaproponować...
                Ale, podobnie jak u Ciebie - też mnie jakoś ostatnio nie kręcąsmile
                • mamalgosia Re: odrzucić krzyż 04.11.09, 11:02
                  capriglione napisała:


                  > A ja chciałabym przeprosić za ten głupawy swój wpis - opisałam po
                  prostu swój
                  > beznadziejny stan uczuć i podpięłam "niechcący" pod Twój post -
                  najchętniej
                  > właśnie zwiałabym, gdzie pieprz rośnie.
                  Nie wiem, czy głupawy, ale przyznam, że jak go przeczytałam, to
                  zrobiło mi się jakoś nieswojo.
                  Ale minęło.


                  > I nawet zaczęłam się przyglądać się kolegom z pracy - któremu to
                  zaproponować..
                  > .
                  > Ale, podobnie jak u Ciebie - też mnie jakoś ostatnio nie kręcąsmile
                  Moi koledzy z pracy chyba nie tylko mnie nie kręcą, bo aż dwóch (na
                  czterech) jest kawalerami, a jeden rozwodnikiemwink
                  • capriglione Re: odrzucić krzyż 04.11.09, 12:14
                    mamalgosia napisała:
                    > Nie wiem, czy głupawy, ale przyznam, że jak go przeczytałam, to
                    > zrobiło mi się jakoś nieswojo.
                    > Ale minęło.
                    Ojej, to tym bardziej przepraszam. Zupełnie nie leżało w mojej intencji
                    wprowadzić Cię w "nieswój nastrój" smile
                    Po prostu sama obecnie borykam się ze swoim krzyżem, nałożyło się na to kilka
                    spraw, nie bardzo wiem, jak przez to przebrnąć i mój sposób na odrzucenie krzyża
                    (wg P. Krystyny) to właśnie byłaby teraz najchętniej ucieczka. A że ciepłe
                    klimaty lubię, to tak samo mi się wymyśliło... Zostawić tu ten galimatias, niech
                    sobie inni radząsmile

                    > Moi koledzy z pracy chyba nie tylko mnie nie kręcą, bo aż dwóch (na
                    > czterech) jest kawalerami, a jeden rozwodnikiemwink

                    A dlaczego wg Ciebie, Mamalgosiu, panowie wolni czy z tzw. odzysku są mniej
                    "kręcący" niż żonaci?
                    U mnie (w pokoju) też wszyscy wolni lub w wolnych związkach, fajne chłopaki, ale
                    ostatnio mój minorowy nastrój nie pozwala na dostrzeżenie ich atrybutów... Po
                    prostu "leczy" mnie wszystko, jak się to dawniej mówiłosmile
                    Pozdrawiam.
                    • mamalgosia Re: odrzucić krzyż 04.11.09, 13:06
                      Nie wiem, tak jakoś sobie pomyslałam, że gdyby była kobieta, która
                      by kręcili, to by z nią byli? Ale w sumie bez sensu, przeciez
                      wzajemność jakaś musi być.
          • atama Re: odrzucić krzyż 03.11.09, 12:58
            Mi się jakoś nie wydaje, że odrzucenie krzyża równa się szczęśliwe,
            spokojne życie. Raczej skutkuje wewnętrzną, straszną walką.

            > Piszesz: "przyznam, że też bym tak chciała". No, ja też.

            To jest chyba normalne i zdrowe. No bo CHCIEĆ cierpieć??? Eee...
          • atama Re: odrzucić krzyż 03.11.09, 13:07
            > No i powiedziała m.in. coś takiego
            > (słowa te przypisując Siostrze Faustynie, może ktoś tutaj wie, o
            co
            > chodzi) - że ludzi można podzielić na pewne grupy, stosując
            > kryterium niesienia własnego krzyża. Pierwsza to ci, którzy niosą
            go
            > ochoczo. Druga to ci, którzy czasem porzucaja swój krzyż, potem do
            > niego wracają, narzekają, ale jakoś go znoszą. Nad tymi Pan Jezus
            > płacze. I trzecia grupa - ci najgorsi - to ci, którzy odrzucają
            swój
            > krzyż, wybierają lekkie życe bez trosk i cierpień.

            No to już wiadomo skąd się bierze w powszechnym mniemaniu ta
            nieprzyzwoitość kłócenia się z Panem Bogiem, o której pisała Sion o
            tu:
            forum.gazeta.pl/forum/w,16182,102321319,102336093,Re_Obecnosc.html

            Nad tymi, którzy porzucają swój krzyż, a potem do niego wracają
            Jezus płacze. A tych, którzy zupełnie odrzucają, to nawet nie warto
            komentować? Jakoś bardzo się na taki obraz nie zgadzam. Płacze i nad
            pierwszymi i nad drugimi i nad trzecimi! Płacze Z nimi, a nie z
            wyższością NAD nimi.

            Taki ciepły artykuł w TP ks. Bonieckiego na antidotum wink
            tygodnik.onet.pl/0,35313,moi_wszyscy_swieci,komentarz.html
          • otryt nieść ochoczo swój krzyż 03.11.09, 14:06
            mamalgosia napisała:

            >ludzi można podzielić na pewne grupy,
            >stosując kryterium niesienia własnego krzyża.
            >Pierwsza to ci, którzy niosą go ochoczo.

            Czy Chrystus niósł OCHOCZO swój krzyż?
            Czy Hiob znosił ochoczo swoje cierpienie?

            Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich!
            Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! ...

            Znoszenie swojego cierpienia bez szemrania, cierpliwie, odważnie,
            heroicznie, bez skargi, bez narzekania nie oznacza jeszcze, że się
            je znosi ochoczo. Jest duża różnica pomiędzy tymi postawami. No
            chyba, że ja inaczej rozumiem słowo „ochoczo”.

            Czy św. Faustyna mogła to napisać? Może zniekształciła pani
            Krystyna, a może Ty Kasiu? Czasem myślę, że taktyką nieprzyjaciela
            może być popadanie w przesadę w drugą stronę. Nieś ochoczo, z
            radością swój krzyż = odrzuć swój krzyż. Popadając w przesadę
            kompromitujemy słuszną ideę.
            • mamalgosia Re: nieść ochoczo swój krzyż 03.11.09, 18:48
              Nie zniekształciłam, bo mam to na świeżo. Takiej wypowiedzi św.
              Faustyny nie znam, więc powtarzam tylko za tą panią.
              Ale może warto poszukać
              • luna15 Re: nieść ochoczo swój krzyż 03.11.09, 20:39
                Ja też nie kojarzę takiej wypowiedzi.Cierpienie nie jest samo w sobie czymś
                dobrym.Ale może służyć czemuś dobremu.Według mnie ktoś kto dobrze niesie swój
                krzyż to ktoś kto robi to "zaślepiony" miłością do Boga.Zauważcie że święci
                zazwyczaj gloryfikują cierpienie- czego my nie rozumiemy, ale to dlatego że oni
                byli/są zakochani w Bogu i współcierpiąc z Nim / za grzechy świata/ tak naprawdę
                zbliżają się do swojej Miłości czyli doświadczają jednocześnie uczuć maksymalnie
                pozytywnych...a za naszym cierpieniem...pustka.
                • mamalgosia Re: nieść ochoczo swój krzyż 04.11.09, 11:04
                  Tak, myślę, że w takim zakochaniu to własnie jest "ochoczo". Były
                  sytuacje, kiedy święci wręcz prosili o cierpienia.

                  Ale tak mnie już ta wypowiedź św. Faustyny (jesli w ogóle)
                  zaciekawiła, że mam ochotę zagadać panią Krystynę, gdzie to
                  znalazła. Ale jakoś się wstydzę
          • atama nieść krzyż 04.11.09, 06:31
            Gdzieś kiedyś usłyszałam, że nieść swój krzyż to znaczy mądrze się z
            nim zmagać.
            Chrystus upadał pod krzyżem...
            I przyjął pomoc w jego niesieniu...
            A my mamy ambicje z uśmiechem na twarzy znosić wszystko niedobre, co
            na nas przychodzi???

    • mamalgosia miś 05.11.09, 09:50
      Mój Młodszy uczy się w przedszkolu czegoś takiego:

      Najlepszym przyjacielem jest
      mój misiek pluszowy
      On ponury, szary dzień
      zamieni w kolorowy
      Bo kiedy jest mi smutno
      przytulę się do niego
      przy nim jestem bezpieczny
      i nie boję się niczego

      I jest tak, że pluszaczek często daje dziecku poczucie
      bezpieczeństwa. Dlaczego?

      • kim5 Re: miś 05.11.09, 20:01
        Mam głęboką nadzieję, że sobie poradzę.
        Nieraz przekonałam się, ilu dobrych ludzi jest wokół mnie.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka