No, wiec staram sie przemysliwac swoja postawe tolerancji.
Z jednej strony staram sie byc tolerancyjna, co wedlug mnie przejawia sie w
ocenianiu czynow, nie osob, w przyznawaniu innym prawa do ksztaltowania
swojego wlasnego zycia w zgodzie z wlasnym sumieniem. Jestem tolerancyjna tez
troche z wdziecznosci - Bog posluzyl sie w przypadku mojego nawrocenia ludzmi
tolerancyjnymi, nie ortodoksami
Ale z drugiej, czasem mam wrazenie, ze pewnych rzeczy zmilczec nie mozna.
Niesety, w szczegolnosci dotyczy to hipokryzji w kazdej postaci, bo na te
jestem uczulona.
Roboczo staram sie zakladac, ze jestem uprawniona do dyskusji tylko wtedy,
kiedy moge mowic o wlasnym doswiadczeniu, bez intencji narzucania tego innym,
jedynie w formie swiadectwa. Roboczo zakladam rowniez, ze nie bronie tych
dogmatow, ktore przyjmuje "na wiare", a brak mi dla nich argumentow poza
autorytetem Kosciola.
Gdzie jest dla Was granica, za ktora "non possumus"?