Dodaj do ulubionych

Odpowiedzialnosc rodzicow

27.12.09, 13:41
"Pasterze Kosciola katolickiego w Polsce" list nam napisali [M. stwierdzila:
na szczescie to nie byl ten sam list co wczoraj, bo tamten byl okrooooopnie
nudny]. Calkiem zgrabny. Ale zdanie takie tam bylo, ktore mnie zastanowilo:

"W tym miejscu należy przypomnieć o odpowiedzialności rodziców za właściwe
przeżywanie narzeczeństwa przez ich dzieci. Nie da się z wiarą pogodzić
przyzwolenia na grzeszne życie narzeczonych."

www.episkopat.pl/?a=dokumentyKEP&doc=20091221_0
No i tak sobie mysle. W koncu decyzja o malzenstwie, to dojrzala decyzja ma
byc. Zakladamy, ze jesli ona jest (skrajnie) niedojrzala, podjeta pod czyims
(silnym) wplywem - to moze przesadzic o niewaznosci malzenstwa. A tu, czytam,
rodzice sa szczegolnie ODPOWIEDZIALNI za przezywanie narzeczenstwa przez tych,
ktorzy taka
decyzje podejmuja.

No, rozumialabym, ze w jakims sensie rodzice sa odpowiedzialni za dolozenie
wszelkich staran w takim wychowaniu dzieci, zeby w swoim czasie one tego
rodzaju rozwiazan nie wybieraly. Rozumiem tez, ze cala wspolnota Kosciola jest
w jakis sposob odpowiedzialna za to, zeby takich zachowan nie pochwalac czy
nie uznawac za moralnie obojetne.

Ale, ekhm, jakos mi zgrzyta, ze rodzic ma nadal jakas szczegolna
odpowiedzialnosc za zachowania doroslego juz dziecka...
Obserwuj wątek
    • nati1011 Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 14:57
      Nie wiem, co biskupi dokłanie mieli na myśli, ale mają rację -
      przynajmniej czesciowo.

      Oczywiście dzieci są już dorosłe, ale nie zawsze rodzice nie mają
      żadnego wpływu na ich zachowanie. Juz kiedyś o tym pisałam - i
      dostały mi się od was gromy (przynajmniej od niektórych). Chodzi mi
      np o przyzwolenie na wspólne nocowanie czy zamieszkiwanie młodych
      przed ślubem i to w domu rodziców. Jest to coraz powszechniejsze i
      powszechnie aprobowane. Ja rozumiem, ze nie jestem w stanie zapewnic
      dziewictwa swojego dziecka do dnia ślubu. To juz nie moja moc. Ale
      jeżeli przyzwalam, by młodzi ludzie nocowali w jednym łóżku, czy
      wręcz mieszkali razem, pod moim dachem - to jestem
      współodpowiedzialna za ich grzeszne życie. Tak samo, jeżeli daję np
      pieniadze na wynajem mieszkania, by córka na studiach mogła
      zamieszkac z chłopakiem. Jeżeli dorosłe dziecko pojdzie do pracy i
      samo zarobi na garsonierę, to juz nie moja wina, ale wspóldziałając,
      ponosze odpowiedzialność. Podejrzewam, ze o cos takiego chodziło
      biskupom.
      • kudyn Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 20:18
        Mnie również to nie zgrzyta.
        W pierwszej kolejności rozumiem to przez pryzmat Ez 3, 17-21:
        «Synu człowieczy, ustanowiłem cię stróżem nad pokoleniami izraelskimi. Gdy
        usłyszysz słowo z ust moich, upomnisz ich w moim imieniu. Jeśli powiem
        bezbożnemu: "Z pewnością umrzesz", a ty go nie upomnisz, aby go odwieść od jego
        bezbożnej drogi i ocalić mu życie, to bezbożny ów umrze z powodu swego grzechu,
        natomiast Ja ciebie uczynię odpowiedzialnym za jego krew. Ale jeślibyś upomniał
        bezbożnego, a on by nie odwrócił się od swej bezbożności i od swej bezbożnej
        drogi, to chociaż on umrze z powodu swojego grzechu, ty jednak ocalisz samego
        siebie. Gdyby zaś sprawiedliwy odstąpił od swej prawości i dopuścił się grzechu,
        i gdybym zesłał na niego jakieś doświadczenie, to on umrze, bo go nie upomniałeś
        z powodu jego grzechu; sprawiedliwości, którą czynił, nie będzie mu się
        pamiętać, ciebie jednak uczynię odpowiedzialnym za jego krew. Jeśli jednak
        upomnisz sprawiedliwego, by sprawiedliwy nie grzeszył, i jeśli nie popełni
        grzechu, to z pewnością pozostanie przy życiu, ponieważ przyjął upomnienie, ty
        zaś ocalisz samego siebie».
      • isma Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 20:20
        A, ze za wczesniejsze wychowanie sie jest odpowiedzialnym, to jasne. I to
        napisalam, ze bym rozumiala. Rozumialabym tez, gdyby kontekstem bylo
        zobowiazanie do dalszego dawania - akurat w takich, konkretnie ocenionych jako
        zagrozenie i wskazanych, okolicznosciach - swiadectwa chrzescijanskiego wobec
        doroslych juz dzieci (mniej wiecej tozsamego z tymi Kannowymi "dobrymi radami" -
        bo dobrze radzic, czy upomniec bladzacego, mozna kazdego, nie tylko tego, co do
        kogo sie ma jakies mozliwosci wladcze).

        Natomiast w liscie jest napisane otwartym tekstem: "odpowiedzialnosc za wlasciwe
        przezywanie narzeczenstwa". Napisane jest: "przyzwolenie" - dla mnie to jest
        bardzo mocne slowo, swiadczace o tym, ze ma sie na cos decydujacy, wladczy wplyw
        (nie uzywa sie np. slowa "tolerancja", czy "obojetnosc"). Tu jest powiedziane
        nie o jakichs aspektach relacji miedzy rodzicami a doroslymi dziecmi, tylko o
        caloksztalcie tego "narzeczenstwa". I to mnie zdumiewa...
        • fiamma75 Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 21:00
          myślę podobnie - co innego - dawanie dobrych rad, upomnienie czy
          modlitwa. W liście jednak nie stało "upominajcie dzieci, módlcie się
          o ich nawrócenie" tylko o odpowiedzialności.
          • 11.jula Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 21:09
            Ale modlitwa, upominanie świadczy o twojej za nie odpowiedzialności.
            Nie zostawiasz dzieci "samym sobie", starasz się aby postepowali,
            zyli dobrze, więc robisz co możesz, upominasz, modlisz się, dzielisz
            się doświadczeniem. Bo ich kochasz. Dlaczego twierdzić: do dzis
            jestem za ciebie odpowiedzialny, od jutra radź sobie sam. Kochasz,
            zależy ci na dobru dziecka, jesteś za nie odpowiedzialna. Małe
            dziecko staramy sie chronić, dlaczego duże nie?
            • isma Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 21:16
              A, wlasnie dla mnie wazne jest, ze to nie jest tak "od jutra" (np. od ukonczenia
              18 lat). Tu akurat mowimy o momencie podjecia decyzji o malzenstwie. Skoro sie
              te decyzje podejmuje, to jest to wg mnie wydatny symptom tego, ze sie bierze
              odpowiedzialnosc w tych sprawach calkowicie na siebie.
    • maadzik3 Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 15:01
      Mnie tez zgrzyta, i to mocno. Przychodzi taki moment w zyciu ze przejmujemy
      odpowiedzialnosc za siebie. Pod kazdym wzgledem - dotyczy to odpowiedzialnosci
      finansowej, odpowiedzialnosci w zwiazkach, pracy, odpowiedzialnosci wobec urzedu
      skarbowego, odpowiedzialnosci wobec prawa, odpowiedzialnosci za swoje
      slowa/czyny, w koncu za swoje dzieci. Za swoja wiare tez. Lub jej brak.
      Jakkolwiek nie zawsze rodzice beda popierac wybory swoich dzieci czy pochwalac
      ich postepowanie (zwlaszcza kazde) to ich odpowiedzialnosc sie konczy. Miejmy
      nadzieje ze do tego momentu zrobili co mozna aby dzieci nauczyc brania
      odpowiedzialnosci i ponoszenia skutkow wlasnych wyborow. Ze madrze towarzyszyli
      im w dojrzewaniu. Ale przychodzi kres tej odpowiedzialnosci. I oczywiscie - beda
      dzieci kochac, wspierac, pomagac (zwlaszcza w nadzwyczajnych okolicznosciach),
      podtrzymywac wiezy (albo i nie, ale powiedzmy ze beda, tak pieknie, szczerze i z
      miloscia). Ale wychowanie sie skonczylo. Jak 40 latek nie zaplaci podatku od
      swoich dochodow to nie jest to problem jego 70-letniej matki tylko jego. Nasze
      dzieci dokonaja wyborow, poniosa ich konsekwencje i wejda w dorosle zycie, jak
      weszlismy kiedys my. Przygotujmy je do tego jak najlepiej, dajmy korzenie a
      potem... pozwolmy rozwinac skrzydla. I niech nikt nie oczekuje ze bede doroslemu
      dziecku mowila jak ma zyc. Moge mu powiedziec teraz jakbym chciala zeby zyl w
      ogolnym zarysie) i sprobowac dac przyklad. Moge wyrazic opinie o jego wyborach.
      I to koniec. Jezeli zdecyduje sie zyc zupelnie inaczej niz ja to bedzie to jego
      wybor. I wcale niekoniecznie zly, bo zycie rzadko jest czarno-biale a wybory
      dychotomiczne. Moze wybrac inaczej - nie znaczy zle. A jezeli mnie sie nie
      spodoba? No, to moj problem, nie jego. Czlowiek ma wolna wole, zdolnosc
      rozrozniania i wybierania dobra i zla, umiejetnosc przewidzenia konsekwencji
      swoich czynow. I to wszystko jest Bozym darem. Nikt za nasze dzieci zycia nie
      przezyje, i cale szczescie. A dorosli ludzie charakteryzuja sie miedzy innymi
      ponoszeniem odpowiedzialnosci za wlasne wybory i ich skutki we wlasnym zakresie.
      I cale szczescie.
    • andrzej585858 Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 15:02
      isma napisała:


      >
      > Ale, ekhm, jakos mi zgrzyta, ze rodzic ma nadal jakas szczegolna
      > odpowiedzialnosc za zachowania doroslego juz dziecka...
      >
      "Przyzwolenie na grzeszne życie narzeczonych" - coś mi się wydaje że cały sens
      sprowadza się do tego - rodzice nie akceptujcie decyzji swoich dorosłych dzieci
      dotyczących wspólnego mieszkania przed ślubem.
      • sion2 Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 17:17
        No mnie zazgrzytało dokładnie w tym samym momencie, przyznam. Ale tę
        odpowiedzialnośc rozumiem jako: obowiazek wychowywania wczesniej mlodego
        człowieka na chrzescijanina znającego zasady życia " po Bożemu", czyli
        kształtowania jego postepowania dopoki rodzic może oraz później ewentualnego
        veta gdyby młodzi mieli ochote mieszkac bez slubu pod dachem rodzicow albo
        żądali/oczekiwali otwartego popierania zwiazku bez slubu np. poprzez pomoc
        finansowa na wspolne wydatki młodych, pomoc w urządzaniu wspolnego gniazdka dla
        pary bez slubu (nie mylic z oczywista pomoca dla wlasnego dziecka, nawet jesli
        nie da sie dokladnie wytyczyc granicy mniedzy pomoca dwojgu a tylko wlasnemu
        dziecku).
        Natomiast nie sądzę aby zakres tej odpowiedzialnosci wchodzilo regularne
        robienie awantur za życie bez slubu, ogranicznie kontaktu, wydziedziczanie,
        wypedzanie z domu, przesladowanie, notoryczne zrzędzenie i wreszcie ostentacyjne
        traktowanie gorzej nic niewinnych dzieci z takiego zwiazku.
      • isma Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 20:41
        A uzylbys tego samego slowa, "przyzwolenie"/"brak przyzwolenia", okreslajac
        Twoje stanowisko wobec decyzji np. Twojego brata lub siostry, ktorzy
        zamieszkaliby z kims przed slubem? Nie, prawda? Bo taka osobe mozna upomniec,
        jak kazdego grzesznika. Mozna mu radzic, zeby tego nie robil, bo sie go kocha.
        Ale nie ma sie tu nic do "przyzwalania".

        Cos zadecydowalo o tym, ze autor tekstu uzyl w odniesieniu do rodzicow innego
        slowa. Przyzwalac moze ten, kto ma wladze - a zatem i, oczywiscie,
        odpowiedzialnosc.
        • 11.jula Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 21:02
          Wiesz, tu chyba nie chodzi dosłownie o słowo "pozwalam ci", bo w tym
          kontekście to faktycznie nie ma się nic do gadania. No właśnie mój
          brat pomieszkuje z dziewczyną, o ślubie nawet słyszeć nie chcą. I
          nie chodzi o to abym wpadała do nich robiła regularne awantury i
          wykrzykiwała "nie pozwalam wam!!" Nie przyzwalam, to znaczy nie
          akceptuję i ja rozmawiałam z bratem nie raz, tylko, że jeśli oni
          omijają kościół szerokim łukiem, to tak jak wcześniej pisałaś, ślub
          na siłę nie ma sensu. Ale mój brat wie, że ja wyznaję inne wartości,
          jest to nie do pogodzenia z moimi poglądami i nie akceptuję tego.
          Nie przyzwalam na to, choć wiem, że nie mam na to wpływu.
          Bo mogłabym powiedzieć, a co mnie to obchodzi, są niewierzący, niech
          sobie żyją jak chcą, ale mnie jednak obchodzi i nie pozostaje nic
          innego jak się modlić.
          • isma Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 21:10
            Nie no, to ja tez mam swiadomosc, ze doroslym ludziom niczego "fizycznie" nie
            mozna zabronic. I oczywiscie wiem przeciez, ze nie chodzi o przyzwolenie w
            sensie doslownym czy prawnym.
            Ale mozna ksztaltowac relacje miedzy rodzicami a doroslymi dziecmi albo wlasnie
            z pozycji wladczej, autorytarnej - albo z pozycji swiadka. No wiec uzycie slowa
            "przyzwolenie" jak dla mnie sugeruje, ze to ma byc to pierwsze.
        • kann2 Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 21:22
          "Przyzwolenie" to także brak reakcji. Dlatego nie użyto mocniejszego
          słowa "zezwolenie", "pozwolenie" czy "zgoda".
          • isma Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 21:26
            Etymologicznie na jedno wychodzi, Kannie tongue_out.
            • kann2 Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 21:30
              Nie. Słowo "przyzwolenie" jest stosowane zwykle w kontekście
              przyzwolenia społecznego, powszechnej tolerancji na jakieś zjawisko,
              obojętności, braku reakcji...

              Np.
              www.mniejkilogramow.com/nadwaga-i-otylosc-przyzwolenie-spoleczne/

              "Kochajmy grubasów, ale nie pozwólmy im zniszczyć własnego
              organizmu, dlatego też bez szykanowania, popularyzujmy zdrowy tryb
              zycia".

              W tekstach ustaw, aktów prawnych raczej nie używa się
              słowa "przyzwolenie". Myślę, że właśnie dlatego, że ma ono inne
              znaczenie.
              • isma Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 21:39
                Tak sie nie bawie. Przyklad jest skrajnie stronniczy!!!

                A powaznie. No, wlasnie nie. Biskupi nie mowia przeciez o "przyzwoleniu" wobec
                zjawiska spolecznego pt. wspolzycie przedmalzenskie. Oni mowia o konkretnej
                relacji osobowej: rodzice - dzieci.
                • kann2 Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 21:45
                  Ale mówią o relacji rodzic - dorosłe dziecko. Relacji nie władzy
                  rodzicielskiej ale odpowiedzialności właśnie.

                  Jest w tradycji ewangelicznej i kościelnej cos takiego, jak
                  upomnienie braterskie:

                  www.teologia.pl/m_k/prz-09.htm#s3
                  • isma Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 21:50
                    No to przeciez caly czas o tym mowie. Dlaczego upomnienie rodzicielskie
                    doroslego dziecka ma byc jakas szczegolna forma zobowiazania, skoro upomnienie
                    braterskie jest? Na czym polega ten dodatkowy tytul do upominania?
                    • kann2 Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 22:01
                      Na tym, że sie jest rodzicem dorosłego dziecka.
                    • nati1011 Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 22:07
                      Bo jednak wiezy rodzicielskie raczej silniejsze i trwalsze sa od
                      braterskich. I nie kończa się wraz z pełnoletnoscia dzieci.

                      No, większe prawa ma rodzic upomnieć dziecię, niż brat siostre, czy
                      sąsiada.
                      • isma Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 23:03
                        A ja bynajmniej nie mowie o pelnoletnosci, prosze mi nie wmawiac dziecka w
                        brzuch. Ja mowie raczej o tym, ze hmmmm.... "opusci czlowiek ojca i matke i
                        zwiaze sie z niewiasta..."

                        A z trwaloscia wiezi rodzinnych nie dyskutuje (chociaz roznie z tym w praktyce
                        bywa), tylko z tym, jak te wiezi sie maja ksztaltowac.
    • 11.jula Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 17:29
      Zgadzam się z Nati i mnie tu nic nie zgrzyta. Jeśli ważne są dla
      mnie wartości chrześcijańskie, czy konkretnie katolickie, to jestem
      właśnie odpowiedzialna za moje dzieci, za przeżywanie ich
      narzeczeństwa, przygotowanie do małżeństwa. Nie znaczy to że mają
      robić to co im każę, moim zadaniem jest od najmłodszych lat takie
      wychowanie, takie kierowanie, aby same wiedziały, jak nie należy żyć
      przed slubem. Jesli trzeba - upominanie, wyraźne powiedzenie, że źle
      robią, że ja tego nie pochwalam. Jasne, że nie mam bezpośredniego
      wpływu na czyny dorosłego już dziecka, ale to nie znaczy, że jak juz
      dorosło, to niech żyje samo sobie. Moja babcia do samej smierci
      upominała mojego ojca, on był i jest daleko od kościoła, ale babcia
      nigdy nie dawała za wygraną, zawsze "suszyła" mu głowę o sprawy
      boże. Coś to jednak dało, bo jak zmarła, to pamiętam, że ojciec
      poszedł wtedy do spowiedzi, pierwszy raz po 16 latach.

      • isma Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 20:30
        No, wiesz, tylko ze jest ryzyko, ze jak kto wezmie slub koscielny -
        przejaskrawiam teraz troche, ale to przeciez zupelnie mozliwe... - tylko
        dlatego, ze "mama by tego nie przezyla, zebysmy bez slubu mieszkali", to moze
        sie to skonczyc wcale pokazna katastrofa ;-(((.
        Ewentualna spowiedz "dla spokoju rodziny" obciaza tylko sumienie tego, kto sie
        swietokradzko spowiada, natomiast malzenstwo dla spokoju mamusi miewa
        konsekwencje wobec innych osob takze ;-(((.
        • 11.jula Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 20:49
          Tak, masz rację. Ale jeśli od dziecka w moim domu wpaja się dzieciom
          pewne zasady, wychowuje w wierze, ale tak naprawdę nie obłudnie, to
          dziecku potem do głowy nie przyjdzie aby nie wziąść ślubu
          kościelnego. Bo jeśli rodzice żyją bez ślubu (choć nie mają
          przeszkód aby go wziąć), jeśli sami nie chodzą do kościoła itd. to
          trudno potem wymagać od dziecka innych zachowań.
          Nie musisz szantażować dziecka, że jeśli nie weźmie ślubu to tego
          nie przezyjesz, za to możesz i powinnaś modlić się gorąco w jego
          intencji.
          • isma Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 20:56
            No i o to wlasnie chodzi, ze na takie rzeczy sie pracuje latami, i ta
            odpowiedzialnosc glownie tych lat dotyczy! Totez sobie mysle, ze troska biskupow
            skupiona na tym, zeby rodzice odwodzili swoje dorosle dzieci od mieszkania razem
            przed slubem, bylaby cokolwiek spozniona wink)).
    • kann2 Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 18:22
      Co mówi Katechizm o odpowiedzialności rodziców za dorosłe dzieci
      zakładające rodzinę?

      2230 Dorastające dzieci mają obowiązek i prawo wybrać zawód i stan
      życia. Powinny wypełniać te nowe zadania życiowe w zaufaniu do
      swoich rodziców, chętnie prosząc ich o opinie oraz rady i przyjmując
      je od nich. Rodzice powinni czuwać, by nie ograniczać swoich dzieci
      ani w wyborze zawodu, ani w wyborze współmałżonka. Obowiązek
      delikatności nie zabrania im, lecz wprost przeciwnie, zobowiązuje
      ich do pomagania dzieciom przez mądre rady, zwłaszcza wtedy gdy
      dzieci mają zamiar założyć rodzinę.
      • isma Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 20:07
        No, ja Cie prosze...!
        Jest ZASADNICZA roznica miedzy " zobowiazaniem do dawania dobrych rad", a
        "odpowiedzialnoscia".
        • kann2 Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 20:48
          zOBOWIĄZANIE jest także formą odpowiedzialności. Skoro na rodzicach
          ciąży obowiązek napomnienia dorosłego dziecka, udzielenia mu rady,
          zwrócenia uwagi, to niewypełnienie takowego obowiązku rodzi moralną
          odpowiedzialność.
          • isma Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 21:30
            Odkad zaczyna sie "niewypelnienie obowiazku"? "Powiem, co mysle, a ono
            zadecyduje wedlug swojego sumienia" czy "nie chce ich znac, poki slubu nie wezma"?
            • kann2 Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 21:39
              Myślę, że niewypełnienie obowiązku to brak jakiegokolwiek
              jednoznacznego wyrazu dezaprobaty dla życia dorosłego dziecka
              niezgodnego z zasadami moralnymi głoszonymi przez Kościół.
              • isma Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 21:44
                A no to tu nie ma miedzy nami sporu. Nie mogliby to tak biskupi, konkretnie i
                prosto, napisac wink))?

                PS. Czy...?
                • isma Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 21:44
                  Tfu. Nie biskupi, tylko "pasterze".
    • fiamma75 Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 18:23
      no mi zgrzytało nie tylko w tym momencie, choć w tym najbardziej.
      niby w jaki sposób rodzice mają ponosić odpowiedzialność za dorosłe
      samodzielne dziecko, które z nimi nie mieszka? Jacyś oderwani od
      rzeczywiśtości ci nasi biskupi, nie pierwszy raz zresztą...
      • 11.jula Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 20:42
        A jesli będziesz widzieć swoje dorosłe dziecko leżące zaćpane lub
        zachlane w rynsztoku to rozłożysz ręce i powiesz: no cóż jest
        dorosłe, ja nie jestem już za nie odpowiedzialna? A może spróbujesz
        mu pomóc, mając świadomość, że może ci się nie udać?
        Uważasz, że nie przyzwalając na mieszkanie swojego syna z dziewczyną
        przed ślubem jest oderwaniem od rzeczywistości? Nauczenie córki
        naturalnych metod planowania rodziny (choćby potem wybrała
        antykoncepcje) jest oderwaniem od rzeczywistości? Zachęcanie
        narzeczonych, aby postarali się w ciągu dnia znaleźć czas na wspólną
        modlitwę - teraz i po ślubie jest oderwaniem od rzeczywistości?
        Nie możesz dorosłemu dziecku nakazać takich czy innych zachowań, ale
        zawsze możesz wiele rzeczy wyprosić modlitwą. Twoja odpowiedzialność
        za dzieci, ich dorosłe życie, narzeczeństwo czy małżeństwo to nie
        grożenie palcem i narzucanie swoich racji, to przede wszystkim
        codzienna za nie modlitwa.
        • fiamma75 Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 21:07
          Dla mnie modlitwa to nie to samo co odpowiedzialność. Modlę się za
          wiele osób, za które nie ejstem odpowiedzialna.
          Swoje dorosłe zycie musi jednak każdy wziąć na własne barki, samemu
          trzeba popełniać błędy, choć madrzej uczyć się na błędach innych.
          Gdy zobaczę swoje własne dziecko w rynsztoku, to zastanowię się
          gdzie popełniłam błąd, ale nie będę go z niego wyciągać, bo wiem, że
          musi samo dojść do dna.
          Jżei mój dorosły syn zamieszka z kobietą bez ślubu, nie wyrzeknę się
          go, powiem raz swoje zdanie.
          Córkę nauczę npr, ale powiem też o wadach, mając nadzieję, że w jej
          dorosłych czasach będzie mogła stosować FAM a nie męczyć się w imię
          ideologii.
          Można dać dobry przykład itd. ale ostateczną decyzję każdy musi
          podjać sam. Dziecku trzeba też dać prawo do popełniania błędów -
          choć to na pewno boli rodzica.
          • 11.jula Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 21:41
            No to pójdźmy w drugą stronę. Co z odpowiedzialnością za rodziców,
            tych jeszcze młodych, zdrowych i tych w podeszłym wieku,
            schorowanych, którzy może nie chcą się poddać leczeniu? To ich
            życie? Dorosłe, które muszą wziąć na swoje barki? Niech popełniają
            błędy, są dorosli? Troche mi to wszystko trąci egoizmem.
            • sulla Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 22:55
              11.jula napisała:

              > No to pójdźmy w drugą stronę. Co z odpowiedzialnością za rodziców,
              > tych jeszcze młodych, zdrowych i tych w podeszłym wieku,
              > schorowanych, którzy może nie chcą się poddać leczeniu? To ich
              > życie? Dorosłe, które muszą wziąć na swoje barki? Niech popełniają
              > błędy, są dorosli? Troche mi to wszystko trąci egoizmem.

              A przypomniało mi się, jak kiedyś właśnie wałkowaliśmy ten temat w druga stronę
              - tak jak piszesz. I tam teza wyjściowa była taka, że dziecko (nawet dorosłe)
              nie ma prawa ingerować w życie rodziców, bo to jest brak szacunku i złamanie
              przykazania o miłości do rodziców. Ktoś pamięta? Bo mi się tak zupełnie obok
              dyskusji przypomniało.
    • luna15 Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 18:26
      Zazgrzytało bo niestety zabrzmiało jak nawoływanie do potępienia dzieci żyjących
      w wolnych związkach.
      Ja wychodzę z założenia, że człowiek póki mieszka pod dachem rodziców musi się
      dostosować a jak stać go na dorosłe życie to żyje już według własnego sumienia i
      wyborów.Rodzice coś mogą doradzić, zasugerować, podzielić się własnym
      doświadczeniem, ale co znaczy "nie przyzwalać" ...wyrzec się syna , córki...?
    • magdalaena1977 Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 19:01
      isma napisała:

      > No i tak sobie mysle. W koncu decyzja o malzenstwie, to dojrzala decyzja ma
      > byc. Zakladamy, ze jesli ona jest (skrajnie) niedojrzala, podjeta pod czyims
      > (silnym) wplywem - to moze przesadzic o niewaznosci malzenstwa. A tu, czytam,
      > rodzice sa szczegolnie ODPOWIEDZIALNI za przezywanie narzeczenstwa przez tych,
      > ktorzy taka
      > decyzje podejmuja.
      Cały problem w tym słowie "odpowiedzialni".
      Zgadzam się z nati, że zachowanie i opinie rodziców mogą zachęcać lub zniechęcać
      młodych do przedślubnego konkubinatu. I że rodzice powinni być tego wpływu
      świadomi.
      Ale nie ma tu żadnej odpowiedzialności. Czas wychowania dziecka już minął i
      rodzic nie jest odpowiedzialny za wybory i grzechy dorosłego dziecka.

      A ja się jeszcze odniosę do wcześniejszego fragmentu:
      "Nie bójcie się wymagać od tych, z którymi wiążecie wspólne plany na przyszłość.
      Jeśli są godni waszej miłości – zechcą sprostać wymaganiom, jakie im w imię
      Prawdy postawicie."
      A jeśli nie ? czy zatrzymanie się na tej pozytywnej ewentualności nie jest
      przesadnym optymizmem ?
      • isma Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 20:25
        magdalaena1977 napisała:


        > Cały problem w tym słowie "odpowiedzialni".
        > Zgadzam się z nati, że zachowanie i opinie rodziców mogą zachęcać lub zniechęca
        > ć
        > młodych do przedślubnego konkubinatu. I że rodzice powinni być tego wpływu
        > świadomi.
        > Ale nie ma tu żadnej odpowiedzialności. Czas wychowania dziecka już minął i
        > rodzic nie jest odpowiedzialny za wybory i grzechy dorosłego dziecka.

        O, to, to.

        > A ja się jeszcze odniosę do wcześniejszego fragmentu:
        > "Nie bójcie się wymagać od tych, z którymi wiążecie wspólne plany na przyszłość
        > .
        > Jeśli są godni waszej miłości – zechcą sprostać wymaganiom, jakie im w im
        > ię
        > Prawdy postawicie."
        > A jeśli nie ? czy zatrzymanie się na tej pozytywnej ewentualności nie jest
        > przesadnym optymizmem ?

        A tez mi tego braklo. Ze trzeba byloby tez powiedziec, ze takie pozostanie przy
        wymaganiach niekoniecznie musi zostac nagrodzone ksieciem z bajki. Co oczywiscie
        nie znaczy, ze wolno sie brac do calowania na prawo i lewo oblesnych ropuch, ale
        trzeba brac pod uwage, ze moz sie zdarzyc, iz nie kazdemu bedzie dane zycie w
        malzenstwie...
        • sulla Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 27.12.09, 22:56
          Tak, to ja się generalnie zgadzam z przedmówczyniami. Nie będę się wymandrzać bo
          i nie mam nic odkrywczego do powiedzenia.
    • nati1011 zgoda rodziców na konkubinat dzieci 27.12.09, 22:05
      Przetrawiła ten list i jestrem niemal pewna, ze biskupom chodziło o
      znaczną zmianę w przyzwoleniu katolików na te przedślubne
      konkubinaty. Zwłaszcza rodziców.

      Ja nie twierdze, że drzewiej, to wszyscy w dziewiczym stanie szli do
      ołtaża, ale jednak przypadki mieszkania przed ślubem były wyjatkami,
      a nie regułą. Obecnie -z racji łatwiejszego dostępu do lokali
      również - takie pomieszkiwanie staje się normą i mało kto wogóle
      zwraca na to uwagę. Sama znam wiele rodzin - uważajacych sie za
      katolickie, gdzie rodzice pozwalają mieszkać takiej nieślubnej parze
      pod swoim dachem, lub finansują wynajem mieszkania (właśnie w celu,
      by się dotarli przed ślubem) i nie tylkonie widza w tym nic złego,
      ale wręcz sie tym szczycą i chwalą na forum znajomych i rodziny.

      Ja przepraszam bardzo, ale jeżeli moja dorosła córka czy syn
      przyprowadzi mi nażeczonego/ą do domu i powie, ze chce od dziś z nim
      mieszkac w swoim pokoju, to ja mam OBOWIĄZEK nie wyrazić na to
      zgody. Oczywiście, mogą - jeśli są dorośli - wyprwadzić sie gdzie
      indziej, ale to już nie moja odpowiedzialność. Ale zezwolenie na
      takie zamieszkanie obciaża JEDNOZNACZNIE sumienie rodziców. I nie ma
      się co zasłaniać pełnoletnościa dzieci.

      Moze i biskupi mogli jednoznacznie, ale ten list wogóle był bardzo
      szeroki tematycznie (Unia, krzyż, rodzina, nażeczeństwo,
      wychowanie... )jakby tak wszystko było szczgółowo, to skończyli by
      go czytac po nowym roku wink I tak trwało to ok 20 minut.
      • isma Re: zgoda rodziców na konkubinat dzieci 27.12.09, 22:57
        O co biskupom chodzilo, to ja nie wiem. Ja pisze, jak to, co napisali, mozna
        odebrac.

        I, jeszcze raz: mnie wlasnie uderza to, ze sie kategorycznie mowi "odpowiadacie
        za wlasciwe przezywanie NARZECZENSTWA [en masse!] przez swoje dzieci". No, zesz.
        To tak jak gdyby mi ktos powiedzial, ze ja odpowiadam za wlasciwe postepy mojej
        corki w szkole. W pewnym stopniu oczywiscie mam w tym swoj udzial, tak - ale to
        ona chodzi do szkoly, nie ja, prawda? Ja moge raz czy drugi przyjsc i
        powiedziec, ze poslucham, jak ona cwiczy, nawet moge powiedziec, ze jak jest
        takt na trzy czwarte, to moga w nim byc tylko dwie osemki i dwie cwiercnuty, a
        ta trzecia, co ja usiluje zagrac, to jest doskonale zbedna. Moge zawyc z
        bezdennej rozpaczy, jak ona siodmy raz z kolei gra fis zamiast f, ale jak
        skrzypiec z futeralu w ogole nie zechce wyjac, to ja jej przeciez zmuszac nie
        bede...
    • atama Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 28.12.09, 09:30
      Zgrzyta. Można się domyślać, o co w liście chodziło, ale przez
      użycie dużego skrótu błędy w interpretacji aż się same do głowy
      cisną.
      W tym niefortunnym sformułowaniu jak nic brakuje mi miłości. Potem
      się dziwimy, skąd fanatyzm religijny na naszym podwórku... uncertain

      I dobrze, jeżeli można to sobie wszystko przegadać. Choćby na takim
      forum. A ilu wyszło z kościoła z głową nagrzaną do walki z dziećmi,
      a ilu zrażonych do nauki Kościoła, to już nie wiemy. uncertain
    • mader1 Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 28.12.09, 13:25
      > "W tym miejscu należy przypomnieć o odpowiedzialności rodziców za
      właściwe
      > przeżywanie narzeczeństwa przez ich dzieci. Nie da się z wiarą
      pogodzić
      > przyzwolenia na grzeszne życie narzeczonych."

      Dla mnie to zbyt duży skrót myślowy. Zwłaszcza, że można by tej
      sprawie poświęcić trochę więcej miejsca.
      Zacznijmy od tego, że my wszyscy jesteśmy w jakiejś mierze za siebie
      nawzajem odpowiedzialni. Jakoś tak człowiek czuje się bardziej
      usprawiedliwiony, że robi coś złego, gdy " wszyscy to robią" albo
      nikogo to nie dziwi, a nawet przyjaźnie wszyscy żartują.
      Jeżeli rodzic - przez wiele lat, od kiedy właściwie dziecko zaczyna
      interesować się płcią przeciwną, a nie dopiero w narzeczeństwie -
      banalizuje problem związków pozamałżeńskich, zdrady, wierności, to
      jasne, ze jest odpowiedzialny. Pewnie nie tylko za swoje dziecko, ale
      za wiele młodych osób, które się z nim stykają. I nie chodzi tu o
      "umoralniające kazania" czy pilnowanie " kiedy to zrobi", chodzi o
      przekazanie pewnej nauki, choć ona trudna a potem o takt i dyskrecję
      Do dziś pamiętam, jak pewien, obiektywnie mądry, ojciec
      dorastającego, ale jeszcze młodziutkiego chłopca, gdy spotkał on
      swoją pierwszą miłość- dziewczynę ( a miał z 15 lat !) , pytał mnie o
      radę. Pierwszą jego myślą było opowiedzenie o sobie, o swoich
      podbojach miłosnych, pogadanie na temat techniki i był szalenie na
      taki sposób prowadzenia rozmowy napalony. Zapytałam go, czy coś wie o
      tej dziewczynie i o tej relacji. No powiedział, ze wie, że byli w
      kinie, ze jego syn jest zakochany i że młodzież teraz jest szybka !!!
      Zasugerowałam mu, żeby nie robił synowi wykładu, ale popytał go - tak
      ogólnie o dziewczynę, o nich, o życie, o tym, co o tym myśli. " daj
      spokój, tu nie chodzi o to, żebyś się pochwalił doświadczeniem, ale
      przekaz na temat tego, co wiesz i rozumiesz dostosował do potrzeb
      syna."
      Raczej zachęcaniem do grzesznego życia niż przyzwoleniem nazwałabym (
      już któryś raz o tym słyszę), dobrą radę rodzica ( najczęściej mamy)
      - pomieszkajcie ze sobą trochę, jak lepiej go poznasz, to
      zdecydujesz. Często jest to wybieg rodzica, który nie jest zadowolony
      z wyboru dziecka i uważa, ze " jakoś to się w czasie rozpadnie" - bo
      rodzic ciągle lepiej wie. Podawanie argumentów, które wydają się
      racjonalne i rozsądne ( " a to odłożycie sobie jeszcze trochę
      pieniędzy, będziesz miała ładniejszą suknię. No i nie będziesz brała
      kota w worku. Albo " a pamiętasz swoją poprzednią dziewczynę ? Też
      byłeś zakochany. Może teraz będziesz bardziej racjonalny i najpierw
      ją " dobrze poznasz ?"), usprawiedliwiają to, co łatwiejsze i
      bardziej pożądane i zarazem sprawiają , że słowa o miłości, wierze,
      religii czy spowiedniku wydają się zbyt emocjonalne i nie z tego
      świata.
      Autorytet i wpływ na dzieci można wykorzystać na różne sposoby.

      Z drugiej strony zdania, które przytoczyłaś, nie rozwinięte i
      pozostawione w tej właśnie formie trochę mi pachną modnym
      psychologizmem wink W świetle tego za wszystkie błędy i grzechy dzieci
      odpowiedzialni są rodzice. Nawet poszczególne cechy są "ich winą". w
      ten sposób w moim otoczeniu kręcą się ludzie, którzy "przez rodziców"
      nie mają czegoś, zaliczają ciągłe porażki a sami mają już dzieci !

      Nie, nie . Według mnie za narzeczeństwo, jego jakoś, czystość są
      odpowiedzialni narzeczeni, zwłaszcza, ze są po wielu latach
      katechezy, bierzmowaniu, mają wszelaką pomoc ze strony Kościoła -
      modlitwę, kursy, poradnie, psychologów, spowiedników, mszę św. i po
      tych wielu latach, mając do dyspozycji komórki, internet,
      ogólnodostępne teksty bez ruszania się z domu , wiedzą jak pomocy
      szukać.
      A rodzice, wychowawcy, otoczenie powinno ich wspierać, bo to są słabi
      ludzie, a pokusa duża.
      I nie demoralizować, nie popisywać się, ale " być obok" w razie czego
      i towarzyszyć.
    • otryt Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 31.12.09, 08:23
      Myślę, że odpowiedzialność rodziców za "te sprawy" rozpoczyna się znacznie
      wcześniej, a nie dopiero wtedy, gdy dzieci są już całkiem dorosłe. Czas
      "chodzenia ze sobą" nastolatków jest czasem, w czasie którego można i należy
      uczulać nasze dzieci na pewne aspekty związane z płcią odmienną, z
      odpowiedzialnością za drugiego człowieka, z miłością, także w kontekście miłości
      Bożej.

      Oczywiście ważny jest przykład rodziców. Ale równie ważny jest przykład, innych
      MŁODYCH par z rodziny i z najbliższego otoczenia. W ostatnim czasie były w
      naszej rodzinie dwa śluby: mojej bratanicy i siostrzeńca żony. Pięknie żyją ci
      młodzi, staramy się, aby nasze dzieci często się z nimi spotykały, by widziały,
      jak w rodzinach pojawiają się dzieci, jak przejawia się troska,
      odpowiedzialność, jak ważny jest Pan Bóg. Bardzo się cieszę z tego, że moje
      dzieci mają tak dobry przykład tak blisko. Trudno się czasem powoływać na swój
      przykład, bo zawsze można usłyszeć, że wtedy były inne czasy. A tu proszę
      bardzo, w dzisiejszych czasach też możnasmile))
    • otryt Dzieci patrzą 01.01.10, 20:30
      Masz dzieci w wieku 5, 11 albo 17 lat. Przyjeżdżają goście, para narzeczonych
      albo para żyjąca w konkubinacie. Może być to ktoś z rodziny albo spośród
      przyjaciół. Takie sytuacje zdarzają się w naszych domach. Przychodzi noc, musisz
      ich przenocować. Czy proponujesz im osobne łóżka? Czy im samym pozostawiasz
      decyzję? Twoje dzieci patrzą i myślą. Za parę lat, gdy dorosną i przyprowadzą
      swojego chłopca/dziewczynę będą najpewniej chciały tak samo.
      • matizka Re: Dzieci patrzą 02.01.10, 00:07
        Też o tym myślałam. W rodzinie mamy taką parę, dla mojej córki ( 5
        lat) są jak małżeństwo. Nikogo nie krytykujemy do niej (obawiam się,
        ze by szybko powtórzyła i byłaby aferasmile, ale w sumie to taki stan
        staje się przez to dla niej naturalny. I to w zasadzie zanim
        zaczniemy rozmawiać o "takich" tematach w jej świecie to będzie
        normą. Trochę patowa sytuacja
        • otryt Re: Dzieci patrzą 02.01.10, 13:05
          matizka napisała:

          >ale w sumie to taki stan staje się
          >przez to dla niej naturalny.

          No właśnie. A dzieci są bystrymi obserwatorami. Pokażą każdą niekonsekwencję
          rodziców, wypunktują każdą niespójność w postępowaniu, czy nauczaniu.
      • magdalaena1977 Re: Dzieci patrzą 02.01.10, 12:33
        otryt napisał:

        > Przyjeżdżają goście, para narzeczonych albo para żyjąca w konkubinacie.
        A jak potraktujesz parę nie-katolików ? a przynajmniej osób, które aktywnie nie
        zachowują się jak katolicy - nie chodzą do kościoła (poza ślubami i pogrzebami),
        nie przystępują do sakramentów, nie mają ślubu kościelnego.
        czy będziesz różnicował na tych, którzy mają ślub cywilny i tych w konkubinacie ?
        weźmiesz pod uwagę staż ?

        a co zrobisz z kuzynem gejem, który odwiedzi Cię ze swoim partnerem ? a co jeśli
        kuzyn po prostu wpadnie do Was w drodze na wakacje z kumplem (płci męskiej) nie
        precyzując tego co ich łączy ?
        • otryt Re: Dzieci patrzą 02.01.10, 13:01
          Czytając Twoją wypowiedź, widzę, że biskupi słusznie się niepokoją i dają temu
          wyraz w swoim liście pasterskim.
          • sulla Re: Dzieci patrzą 02.01.10, 14:59
            Hej, Otrycie, czym się niepokoisz? Czyżby nie można było przyjmować w domu
            nie-katolików?

            Ja mam - z racji wyznania - zupełnie inny pogląd na sprawę. Jako że w kościołach
            protestanckich małżeństwo nie jest sakramentem, to w kwestii małżeństwa ja mam
            przemyślenia praktyczne - niedawno to wałkowaliśmy w innym wątku. Więc ja swojej
            córce nie mam zamiaru mówić, że się nie godzi by dwoje ludzi spało ze sobą bez
            ślubu, tylko że seks powinien mieć miejsce po ślubie, ponieważ seks rodzi
            poważne zobowiązania i konsekwencje, w tym tak poważne, jak ciąża i dziecko - i
            dlatego lepiej nie ryzykować, że się te zobowiązania podejmie pochopnie.
            A konkubinat - jak już rozmawialiśmy - nie jest bezpieczną formą dla związku i
            rodziny.

            Ale jeśli odwiedzą mnie ludzie żyjący w konkubinacie, to ja ich porządkować nie
            będę przecież ( o ile będą dorośli), natomiast powiem córce - oni podjęli taką
            decyzję i jest to decyzja bardzo ryzykowna. Ja na ich miejscu takiej decyzji bym
            nie podjęła.
            • otryt Re: Dzieci patrzą 03.01.10, 01:31
              sulla napisała:

              >Hej, Otrycie, czym się niepokoisz?

              To nie ja się niepokoję, lecz biskupi. W naszych domach, jak na razie, rodzice,
              będący jednocześnie gospodarzami ustalają reguły. I niech już tak pozostanie.
              Mam nadzieję, że w tym roku, a także w następnych latach żaden Jugendamt nie
              będzie nas kontrolował w naszych domach, w jaki sposób podejmujemy jako gości
              naszych kuzynów z kolegami i czy na tej modelowej sytuacji we właściwy sposób
              uczymy nasze dzieci tolerancji? A Ciebie, Sullo, serdecznie pozdrawiam w Nowym
              Rokusmile
              • marzek2 Re: Dzieci patrzą 03.01.10, 14:41
                Ja również uważam, że za wychowanie dzieci jesteśmy odpowiedzialni do ich
                usamodzielnienia się, w sensie oddzielanie fizycznego (mieszkanie) i
                materialnego (zarabianie na siebie). I tak jak Otryt pisze - ogromne znaczenie
                ma to co mówimy i jak komentujemy to co wokół nas. Ktoś mi kiedyś mądrze
                powiedział (nie wiem, czy to nie Verdana byłasmile że mniej ważne jest to czy
                dzieci oglądają tylko co to "godne i sprawiedliwe", bardziej ważne to co im
                rodzice powiedzą, gdy oglądają to co nieciekawe.
                Nie jesteśmy w stanie sprawić, żeby nasze dzieci spotykały się tylko z pobożnymi
                i świętymi ludźmi. Ale mamy wpływ na to, co dzieciom powiemy. Może niekoniecznie
                "ooo ten wujek jest okropny i zły, bo się spotyka z tym drugim wujkiem" albo
                "bezbożni bo bez ślubu w jednym pokoju mieszkają". Ale tak jak Sulla pisała,
                można powiedzieć, że nie pochwalamy takich wyborów, nie odrzucając przy tym ludzi.

                My mieliśmy w rodzinie taką sytuację - kuzynka moich dzieci, siostrzenica męża
                została mamą w wieku 15 lat. Sprawa w miarę się dobrze ułożyła, wyszła za mąż za
                ojca dziecka, nawet im się całkiem układa. Ale... dzieci pytały. Pytały, jak to
                możliwe mieć kuzynkę, która już ma dziecko. I dlaczego była w ciąży przed
                ślubem, skoro my im powtarzamy, że dobra kolejność to najpierw ślub, a potem
                dzieci? I była okazja do rozmowy. Tośmy z córką jedną pogadały. I kiedyś, dużo,
                dużo później, ona komentując coś przy pewnej rozmowie jasno dała mi do
                zrozumienia, jak dużo zapamiętała, że niektórzy ludzie to robią tak, a inni
                niekoniecznie dobrze...

                A odnośnie listu biskupów - no cóż, do mnie nie był on kierowany (bom nie
                katoliczka) ale wypowiedzieć się mogę chybasmile Jak to się u nas w rodzinie mawia
                - "chcieli dobrze"smile Tylko faktycznie napominamie rodziców dorosłych już dzieci
                to trochę musztarda po obiedzie. Może lepiej zatroszczyć się o to, żeby Ci
                rodzice umieli wyznawane przez siebie wartości przekazywać nie dwudziesto a
                dzieciącio, czy nawet pięciolatkom? Bo jeśli rodzice takowych wartości nie
                wyznają.. cóż, trudno żeby popadali nie niezłą wychowawczą schizofernię,
                potępiając to, czego tak w sumie to nie potępiają, ale biskupi kazali itp wink
                • otryt Re: Dzieci patrzą 04.01.10, 11:53
                  marzek2 napisała:

                  >I tak jak Otryt pisze - ogromne znaczenie
                  >ma to co mówimy i jak komentujemy to co wokół nas.
                  >Ktoś mi kiedyś mądrze powiedział (nie wiem, czy to nie
                  >Verdana byłasmile że mniej ważne jest to czy
                  >dzieci oglądają tylko co to "godne i sprawiedliwe",
                  >bardziej ważne to co im rodzice powiedzą, gdy oglądają
                  >to co nieciekawe.

                  Dziękuję Marzek za Twoją wypowiedź. Zgadzam się w prawie 100
                  procentach. Dzieci wszystko widzą, nie można pozostawiać spraw bez
                  komentarza. Bywa, że czasem do sprawy wracają w rozmowie po latach.
                  To dobrze, że mają odwagę i ochotę zapytać. Są jednak sprawy, o
                  które nie pytają nigdy. Nie wiemy nawet, jakie to są sprawy?.

                  >Ale tak jak Sulla pisała, można powiedzieć,
                  >że nie pochwalamy takich wyborów,
                  >nie odrzucając przy tym ludzi.

                  Komentowanie to jedno. Aktywne kształtowanie tego, co dzieje się w
                  naszej prywatnej przestrzeni, w naszym domu, to drugie. By nie było
                  zbyt dużego rozdźwięku pomiędzy tym co mówimy, a tym co robimy. Nie
                  możemy być całkowicie bierni wobec tych „wujków”. Możemy
                  zaproponować hotel w mieście, nie rezygnując jednak ze wspólnego
                  obiadu w domu i wspólnej rozmowy, oczywiście w duchu miłości. Mamy
                  prawo do zdecydowanych i jednoznacznych ocen i działań w sytuacji
                  oczywistego zła. Tak jak Jan Chrzciciel lub Chrystus wobec
                  przekupniów. W swojej prywatnej przestrzeni nie musimy ulegać presji
                  politycznej poprawności. To my ustalamy reguły.

                  >Tylko faktycznie napominanie rodziców dorosłych
                  >już dzieci to trochę musztarda po obiedzie.

                  Ja rozumiem ten wpływ rodziców znacznie szerzej i nie tylko chodzi
                  tu o wspólne mieszkanie przed ślubem, ale np. o wymagania stawiane
                  chłopakowi/dziewczynie, o pornografię i wiele innych spraw. Mnie na
                  przykład nie mieści się w głowie, że po spotkaniu chłopak nie
                  odprowadzi dziewczyny do domu, albo przynajmniej nie wsadzi do
                  taksówki. A takie sytuacje są dziś dość powszechne. Tłumaczyłem
                  córce, że chłopak powinien ją odprowadzić, gdy pora jest późna. Nie
                  może jej narażać na niebezpieczeństwo związane z samotnym powrotem
                  późną porą. Córka wytłumaczyła mi z rozbrajającą szczerością, że
                  chłopak boi się, że mogą go pobić, a ona to rozumie i nie chce go
                  narażać. Na szczęście tamta znajomość szybko się zakończyła. To taki
                  drobny przykład odpowiedzialności za drugą osobę. Uczę syna, który
                  miał wtedy 14 lat, aby tak nie postępował, a drugą córką, która
                  miała 11 lat, aby się na to nie godziła. Dzieci moje od małego
                  widzą, że nie pozwolę samotnej kobiecie wyjść z naszego domu po
                  imprezie późną porą. Albo odwiozę ją samochodem, a gdy był alkohol
                  to sam odprowadzę, poświęcając na to nawet parę godzin. Dzieci
                  patrzą. Dzieci patrzą jak tatusiowie kupują pisma pornograficzne,
                  jak oglądają pornole. Dzieci potrafią lepiej niż tatusiowie
                  pogrzebać w historii przeglądarki, by sprawdzić, gdzie tatuś
                  surfował w sieci. Tego uczą się już małe dzieci. Dzieci patrzą, ale
                  może nigdy nie powiedzą, co odkryły, gdy miały 10 lat.

                  Bardzo dobry przykład podałaś z 15-latką. Nawet dużo młodsze dzieci
                  powinny poznać właściwy komentarz rodziców.

                  Pozdrawiam serdeczniesmile
                  • sulla Re: Dzieci patrzą 04.01.10, 12:23
                    otryt napisał:

                    > Komentowanie to jedno. Aktywne kształtowanie tego, co dzieje się w
                    > naszej prywatnej przestrzeni, w naszym domu, to drugie.(...)
                    W swojej prywatnej przestrzeni nie musimy ulegać presji
                    > politycznej poprawności. To my ustalamy reguły.

                    Zgodzę się Otrycie, z tym jednym zastrzeżeniem, że dla niektórych to, co dla
                    Ciebie jest jedynie presją politycznej poprawności, dla kogoś innego może być
                    przemyślaną i wypływającą z serca postawą. Tak jest np. w moim przypadku. Ja
                    naprawdę bym przyjęła w domu parę żyjącą w konkubinacie i położyła ich do
                    wspólnego łóżka, nie dlatego, że ktoś tego ode mnie oczekuje, tylko dlatego, że
                    inaczej niż Ty pojmuję "aktywne kształtowanie". Nie umiałabym dać sobie prawa do
                    decydowania za dwoje dorosłych ludzi, więc musiałabym po prostu odmówić im
                    noclegu z tego powodu, że nie mają ślubu. A na to z kolei moje sumienie też nie
                    pozwala. Ja nie chcę mojemu dziecku dać przekazu "W moim domu takich rzeczy nie
                    będzie". Ja chcę dać mojemu dziecku przekaz - "Na świecie jest rożnie, ludzie
                    podejmują różne decyzje i nie wszystkie są możliwie najlepsze, ale wszystkie
                    należy uszanować, bo każdy ma prawo sam decydować o kształcie swojego życia. Nie
                    możemy się natomiast godzić na to, żeby ktoś za nas decydował o naszym życiu,
                    nie możemy godzić się z nastawaniem na czyjeś życie, zdrowie i dobro."
                    • otryt Re: Dzieci patrzą 04.01.10, 12:59
                      Trudno się z Tobą Sullo rozmawia, pomimo wielkiej osobistej
                      sympatii. Prawie zawsze muszę zaczynać od listy sprostowań, tego
                      czego nie napisałem. Ja nic nie pisałem o konkubinatach. Ciekawy
                      jestem opinii innych i tyle. Pisałem, że „wujków” wysłałbym do
                      hotelu.

                      >Zgodzę się Otrycie, z tym jednym zastrzeżeniem,
                      >że dla niektórych to, co dla Ciebie jest jedynie presją
                      >politycznej poprawności, dla kogoś innego może być
                      >przemyślaną i wypływającą z serca postawą.

                      Mówisz przemyślaną i wypływającą z serca? Sęk w tym, że całe gotowe
                      zestawy tych przemyślanych poglądów słyszę każdego dnia z ust pani
                      Senyszyn, pani Szczuki, pana Biedronia i innych. Nawet argumenty i
                      przykłady te same, na poparcie swoich racji. Niedawno moja
                      najmłodsza córka zaczęła źle mówić o Kościele. (I dobrze, że zaczęła
                      mówić). Ona też mówiła gotowym zestawem o Inkwizycji, wyprawach
                      krzyżowych, popieraniu niewolnictwa i tymi bardziej współczesnymi
                      zestawami. Przyznam, że dyskusje na forum są dla mnie dobrym
                      treningiem przed rozmowami z własnymi dziećmi. Podczas tej rozmowy
                      wyszło na jaw, że ksiądz katecheta uczył w szkole, że Inkwizycja
                      była instytucją państwową. Ja rozumiem, że trzeba się bronić przed
                      czarną legendą Inkwizycji, stworzoną w epoce Oświecenia. Ale robić
                      to w taki głupi sposób? To strzał samobójczy księdza katechety.
                      • sulla Re: Dzieci patrzą 04.01.10, 13:11
                        > Trudno się z Tobą Sullo rozmawia, pomimo wielkiej osobistej
                        > sympatii. Prawie zawsze muszę zaczynać od listy sprostowań, tego
                        > czego nie napisałem. Ja nic nie pisałem o konkubinatach.

                        Ja piszę o konkubinatach, bo o ile dobrze zrozumiałam, taki jest przedmiot tego
                        wątku, prawda? W kwestii "wujków" nie wypowiedziałam, bo tę kwestię akurat muszę
                        sobie nadal przemyśleć porządnie. Przyjmuję "wujków" na obiedzie, ale co do
                        nocowania, to muszę się zastanowić.

                        > Mówisz przemyślaną i wypływającą z serca? Sęk w tym, że całe gotowe
                        > zestawy tych przemyślanych poglądów słyszę każdego dnia z ust pani
                        > Senyszyn, pani Szczuki, pana Biedronia i innych.

                        Tzn. które konkretnie moje opnie są gotowym zestawem wypływającym z ust pani
                        Senyszyn, Otrycie? I czy mam rozumieć, iż zakładasz, że ja takie zestawy
                        bezkrytycznie przyjmuję? Czy gdybym się zgadzała w czymś z p.Szczuką, to
                        znaczyłoby, ze ja sama nie myślę wcale, tylko się dałam omamić p. Szczuce?

                        Niedawno moja
                        > najmłodsza córka zaczęła źle mówić o Kościele. (I dobrze, że zaczęła mówić).
                        Ona też mówiła gotowym zestawem o Inkwizycji, wyprawach
                        > krzyżowych, popieraniu niewolnictwa i tymi bardziej współczesnymi
                        > zestawami.

                        Otrycie, gdzie ja mówię gotowym zestawem? I gdzie ja mówię o Inkwizycji?
                        • otryt Re: Dzieci patrzą 04.01.10, 13:43
                          sulla napisała:

                          >Ja piszę o konkubinatach, bo o ile dobrze zrozumiałam,
                          >taki jest przedmiot tego wątku, prawda?

                          Nie. Ten wątek jest o odpowiedzialności rodziców za przygotowanie
                          swoich dzieci do narzeczeństwa, małżeństwa. Wątek o konkubinatach
                          szczęśliwie zakończyliśmy miesiąc temu.

                          >I czy mam rozumieć, iż zakładasz,
                          >że ja takie zestawy bezkrytycznie przyjmuję?

                          Nie. Przypominam Twoje słowa:

                          >że dla niektórych to, co dla Ciebie jest jedynie presją
                          >politycznej poprawności, dla kogoś innego może być.

                          Według Twoich własnych słów rozmawiamy ogólnie o NIEKTÓRYCH i o KIMŚ
                          INNYM. Nie o Tobie.

                          >Otrycie, gdzie ja mówię gotowym zestawem?
                          >I gdzie ja mówię o Inkwizycji?

                          To nie Ty mówisz, lecz moja 15-letnia córka. Podałem to jako
                          przykład mówienia gotowym zestawem. Można powiedzieć w wieku
                          rozwojowym, rzecz normalna. Ona słyszy opinie wielu ludzi, słucha
                          mediów. Połowa jej koleżanek ma rozbite rodziny, a inni szykuja się
                          do rozwodu. Takie czasy. Ludzie czytają ”Nie”, „Fakty i mity” i jak
                          w zabawie w głuchy telefon zatrute poglądy przechodzą z osoby na
                          osobę. Tu wyraźnie zaznaczam, że to nie Ty Sullo czytasz „Fakty i
                          mity”, lecz rodzice koleżanek córki i czasami chlapną coś przy
                          dzieciach.

                          Sama widzisz, znów musiałem prostować to, czego nie napisałem. Chyba
                          już dam sobie spokój z tym pisaniem.
                          • sulla Re: Dzieci patrzą 04.01.10, 14:34
                            otryt napisał:

                            Sama widzisz, znów musiałem prostować to, czego nie napisałem. Chyba
                            już dam sobie spokój z tym pisaniem.


                            Jeśli nie rozumiem tego, co masz na myśli, to nie wynika to z mojej złej woli, a
                            z faktu, że język nie jest narzędziem idealnym i to co dla Ciebie jest jasne jak
                            słońce, ja mogę czytać na różne sposoby. Więc jako że odpisywałeś na mój post, w
                            którym ja opisywałam swoje stanowisko, to zrozumiałam, ze Ty piszesz o moim
                            stanowisku, a nie o jakimkolwiek.
                            Dla mnie to co piszesz, Otrycie, jest często nazbyt skrótowe - domyślam się, że
                            Ty masz sprecyzowane w głowie, o co Ci konkretnie chodzi, ale ja już tego nie
                            wyłapuję. I stąd mogą się brać nieporozumienia (nie pierwsze to zresztą między
                            nami nieporozumienie). Zwłaszcza, że jesteśmy dwojgiem zupełnie rożnych ludzi,
                            prawda? Więc nie obrażaj się , proszę, bo nie jest moją intencją się z Tobą nie
                            zgadzać w nieskończoność, a jedynie zrozumie Twój punkt widzenia.
                            • otryt Re: Dzieci patrzą 04.01.10, 15:39
                              sulla napisała:

                              >Dla mnie to co piszesz, Otrycie, jest często nazbyt skrótowe.

                              O, jakie miłe. Ciągle mam wrażenie, że piszę zbyt rozwlekle. Inne
                              osoby to samo potrafią znacznie zwięźlej. Nie obrażam się, ale gdy
                              jedno zdanie oznacza 10 nieporozumień, to może oznaczać, że szybko
                              się pokłócimy, a bardzo bym nie chciał tego. To już lepiej rozstać
                              się w zgodzie. Gdyby było odwrotnie: 10 zdań i jedno
                              nieporozumienie, wtedy można coś wyjaśniać lub uściślać.

                              Wiesz, muszę Ci się przyznać, że bardzo mi zależy na tym, by nie
                              zrazić szczególnie Ciebie do ludzi wierzących, by swoją postawą zbyt
                              bezkompromisową i nieprzejednaną tego nie uczynić. Ale z drugiej
                              strony, nie chciałbym zaprzeczać sobie w sprawach naprawdę ważnych.
                              Napisałem gdzieś, że jesteś w drodze. Tak jak zresztą każdy z nas.
                              Ale Twoja zmiana jest szczególnie ważna i widoczna. Mówisz o niej
                              wprost. Wszyscy stoimy na dwóch nogach. Idąc przenosimy stopniowo
                              ciężar z jednej nogi na drugą. Powoli rezygnujemy z tego, co stare,
                              dawne, co się ciągnie za nami. I stopniowo wchodzimy w nowe. Bywa,
                              że zrażeni, robimy krok w tył. I wówczas większy wpływ na nas mają
                              dawne poglądy, te przez lata utrwalone. Wchodzenie w nowe to proces,
                              który trwa. To nabywanie nowych przyzwyczajeń, nowej tradycji,
                              utrwalanie tego. To wymaga czasu. Cały czas w nas odzywa się to co
                              stare i to co nowe. Zmieniają się tylko proporcje. I nie zawsze
                              zmiany zachodzą w tym samym kierunku. Pojawiają się kryzysy, regres.
                              Stopniowo zmieniają się ludzie w naszym otoczeniu. Jedni nas coraz
                              bardziej pociągają, z innymi coraz mniej nam po drodze, aż związki
                              się całkiem rozluźniają i kończą. To zachodzi często
                              niepostrzeżenie, lecz nieuchronnie.

                              • sulla Re: Dzieci patrzą 04.01.10, 15:55
                                > Wiesz, muszę Ci się przyznać, że bardzo mi zależy na tym, by nie
                                > zrazić szczególnie Ciebie do ludzi wierzących, by swoją postawą zbyt
                                bezkompromisową i nieprzejednaną tego nie uczynić."

                                Otrycie, to ważne dla mnie, co napisałeś. Moje nawrócenie nie nastąpiło tylko
                                pod wpływem zachowań ludzi wierzących (choć na pewno wielu wspaniałych
                                wierzących ludzi w życiu spotkałam i jestem im wdzięczna za wsparcie), ale
                                przede wszystkim pod wpływem spotkania z Chrystusem. I mam teraz większą
                                świadomość, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i aż ludźmi. I nie jest już tak
                                łatwo mnie zniechęcić smile

                                Wiele moich dawnych poglądów się zmieniło, a wiele utwierdziło. I mam świadomość
                                np. tego, że przyjaźń, którą darzę kilku moich homoseksualnych przyjaciół, może
                                być uznana za przejaw tego "starego", ba, nawet mam świadomość tego, że Bóg może
                                kiedyś na Sądzie rozliczyć mnie z tej przyjaźni zupełnie nie tak, jak mi się
                                dziś wydaje. Tymczasem jednak nie jestem w stanie tej przyjaźni skreślić, bo
                                moje sumienie mi na to nie pozwala - może jestem, w błędzie, a może nie? Modlę
                                się do Boga o to, by w każdej sprawie znaleźć rozsądne rozwiązanie. I żeby
                                znaleźć taką drogę, na której uda mi się nie tylko żyć zgodnie z moją wiarą, ale
                                i dawać świadectwo prawdziwej miłości Boga do ludzi.
                                I jeszcze o tym "starym" - ja wiele temu "staremu" zawdzięczam. Moi niewierzący
                                rodzice nauczyli mnie szacunku dla innych ludzi. Nauczyli mnie swoim przykładem,
                                ze można się nie zgadzać i szanować, że ludzie wierzący i niewierzący mogą się
                                przyjaźnić, wspierać i nie obrażać nawzajem. Wspierali mnie na mojej drodze do
                                wiary, nawet jeśli sami tej drogi nie rozumieli. Oni także przyczynili się do
                                mojego nawrócenia. Więc może moje dążenie do znalezienia wspólnej płaszczyzny ze
                                wszystkimi "innymi" może się wydawać egzotyczne, ale ja mam powody by sądzić, że
                                to jest dla mnie słuszna droga.
                                • otryt Re: Dzieci patrzą 04.01.10, 22:59
                                  Pięknie napisałaś, Sullo! Bardzo ważne jest to, że w dawnym życiu też
                                  dostrzegasz wiele dobra.smile
                                  • sulla Re: Dzieci patrzą 05.01.10, 09:38
                                    Dziekuję za miłe słowa smile
                                    Ale tu przypadkiem prywatny off topic zrobiłam, przepraszam.
                                    • otryt Re: Dzieci patrzą 05.01.10, 11:20
                                      sulla napisała:

                                      >Ale tu przypadkiem prywatny off topic zrobiłam, przepraszam.

                                      No co Ty, Sullo! Przepraszasz za piękne świadectwo, jakie dałaś? Do
                                      którego i tak Cię sprowokowałem wcześniejszym wpisem. Pół nocy spać
                                      nie mogłem, tak wiele dało do myślenia. Tyle różnych spraw
                                      przywołało. Tak to już jest, że najciekawsze wypowiedzi powstają
                                      przypadkiem, niejako na marginesie innych omawianych zagadnień.smile
                                      • sulla Re: Dzieci patrzą 05.01.10, 11:52
                                        Otrycie, teraz spłonęłam rumieńcem i ja sama spać nie będę mogła pół nocy wink
                                • isma Re: Dzieci patrzą 04.01.10, 23:48
                                  sulla napisała:

                                  Moje nawrócenie nie nastąpiło tylko
                                  > pod wpływem zachowań ludzi wierzących (choć na pewno wielu wspaniałych
                                  > wierzących ludzi w życiu spotkałam i jestem im wdzięczna za wsparcie), ale
                                  > przede wszystkim pod wpływem spotkania z Chrystusem.

                                  Aaaaa, co do tego zgoda. Niemniej ja obserwuje - zwlascza z dluzszej perspektywy
                                  czasowej to widac - ze tych ludzi tez Pan Bog mi na drodze stawial - i stawia -
                                  nieprzypadkowych. Jak jeszcze bylam najezona i odruchowo kontestujaca co
                                  popadnie - to sie trafili tacy... eeee... nie do konca ortodoksyjni wink)). Co to
                                  jak im teraz, po ladnych paru latach, z przygana mowie, ze sie zsekularyzowali
                                  bardzo, to oni zlosliwie odpowiadaja, ze ja zbiskupialam...

                                  I mam teraz większą
                                  > świadomość, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i aż ludźmi. I nie jest już tak
                                  > łatwo mnie zniechęcić smile

                                  A to fakt.

                                  > Wiele moich dawnych poglądów się zmieniło, a wiele utwierdziło. I mam świadomoś
                                  > ć
                                  > np. tego, że przyjaźń, którą darzę kilku moich homoseksualnych przyjaciół, może
                                  > być uznana za przejaw tego "starego", ba, nawet mam świadomość tego, że Bóg moż
                                  > e
                                  > kiedyś na Sądzie rozliczyć mnie z tej przyjaźni zupełnie nie tak, jak mi się
                                  > dziś wydaje. Tymczasem jednak nie jestem w stanie tej przyjaźni skreślić, bo
                                  > moje sumienie mi na to nie pozwala - może jestem, w błędzie, a może nie? Modlę
                                  > się do Boga o to, by w każdej sprawie znaleźć rozsądne rozwiązanie. I żeby
                                  > znaleźć taką drogę, na której uda mi się nie tylko żyć zgodnie z moją wiarą, al
                                  > e
                                  > i dawać świadectwo prawdziwej miłości Boga do ludzi.

                                  wink)).
                                  No wiec u mnie to bylo tak:
                                  forum.gazeta.pl/forum/w,16182,69936755,69936755,Przyjaciele_ktorych_nie_lubimy_O.html
                                  > I jeszcze o tym "starym" - ja wiele temu "staremu" zawdzięczam. Moi niewierzący
                                  > rodzice nauczyli mnie szacunku dla innych ludzi. Nauczyli mnie swoim przykładem
                                  > ,
                                  > ze można się nie zgadzać i szanować, że ludzie wierzący i niewierzący mogą się
                                  > przyjaźnić, wspierać i nie obrażać nawzajem. Wspierali mnie na mojej drodze do
                                  > wiary, nawet jeśli sami tej drogi nie rozumieli. Oni także przyczynili się do
                                  > mojego nawrócenia. Więc może moje dążenie do znalezienia wspólnej płaszczyzny z
                                  > e
                                  > wszystkimi "innymi" może się wydawać egzotyczne, ale ja mam powody by sądzić, ż
                                  > e
                                  > to jest dla mnie słuszna droga.

                                  Zgadza sie. Rzecz w tym, zeby umiec prawidlowo rozpoznawac, nazywac, to, co sie
                                  ma do zawdzieczenia. Dla mnie jednak jest dosyc zasadnicza roznica miedzy moim
                                  jako-tako dobrym "starym" a kulawo dobrym "nowym". I to najlepiej widac tam,
                                  gdzie niby robie to samo (tak mam np. w sprawach hospicyjnych), a jednak - wiara
                                  wiele zmienia. To zupelnie inna optyka tych samych przeciez czynnosci czy
                                  zachowan jest.
                                  • sulla Re: Dzieci patrzą 05.01.10, 09:18
                                    isma napisała:
                                    No wiec u mnie to bylo tak:
                                    >
                                    forum.gazeta.pl/forum/w,16182,69936755,69936755,Przyjaciele_ktorych_nie_lubimy_O.html

                                    Pamiętam ten wątek smile I u mnie się tak dzieje w przypadku części osób, ale sama
                                    ich orientacja seksualna nie jest tego powodem. Tak samo sam ateizm nie jest dla
                                    mnie powodem do zerwania kontaktów, tak jak nie był dla tych moich wierzących
                                    przyjaciół, którzy byli z moją rodziną i ze mną w czasach, gdy ja nie byłam
                                    wierząca. Są za to ludzie, z którymi nie tyle ja mama teraz problem, co bardziej
                                    oni ze mną. I z tymi się żegnam.

                                    Ale ważne jest dla mnie, żeby być właśnie z tymi, których "się nie lubi", bo -
                                    jak już kiedyś pisałam - dla mnie lepiej jest być w pobliżu Boga w sposób
                                    ułomny, niż odwracać się od niego całkowicie. I jeśli ktoś niewierzący dzięki
                                    mojej postawie przynajmniej zaczyna rewidować swoje nastawienie, to ja uważam,
                                    ze warto. Niedawno mój niewierzący przyjaciel gej powiedział mi, że podziwia, iż
                                    mam takie chrześcijańskie podejście do ludzi. Jakiś czas potem w jakiejś
                                    dyskusji o kościele właśnie on stanął po mojej stronie i bronił chrześcijańskich
                                    wartości. Więc może ja ryzykuję tymi przyjaźniami, a może nie. To jest ryzyko,
                                    które świadomie podejmuję.


                                    Rzecz w tym, zeby umiec prawidlowo rozpoznawac, nazywac, to, co sie
                                    > ma do zawdzieczenia. Dla mnie jednak jest dosyc zasadnicza roznica miedzy moim
                                    > jako-tako dobrym "starym" a kulawo dobrym "nowym".

                                    Tak, to się daje odczuć jak najbardziej.
              • sulla Re: Dzieci patrzą 04.01.10, 09:38
                Otrycie, witaj również w Nowym Roku smile

                Ja sobie w ogóle nie wyobrażam, żeby ktoś mi miał w moim domu zasady ustanawiać
                za mnie. Ale chyba Magdalena tu nie występowała jako jakiś odgórny organ, który
                nakazuje coś komukolwiek wink
        • nati1011 Re: Dzieci patrzą 03.01.10, 16:14
          magdalaena1977 napisała:

          > otryt napisał:
          >
          > > Przyjeżdżają goście, para narzeczonych albo para żyjąca w
          konkubinacie.
          > A jak potraktujesz parę nie-katolików ? a przynajmniej osób, które
          aktywnie nie
          > zachowują się jak katolicy - nie chodzą do kościoła (poza ślubami
          i pogrzebami)
          > ,
          > nie przystępują do sakramentów, nie mają ślubu kościelnego.
          > czy będziesz różnicował na tych, którzy mają ślub cywilny i tych w
          konkubinacie
          > ?
          > weźmiesz pod uwagę staż ?
          >
          > a co zrobisz z kuzynem gejem, który odwiedzi Cię ze swoim
          partnerem ? a co jeśl
          > i
          > kuzyn po prostu wpadnie do Was w drodze na wakacje z kumplem (płci
          męskiej) nie
          > precyzując tego co ich łączy ?

          Na pewno kuzyna nie położyłabym spać w jednym łóżku z kolegą.
          Zwłaszcza jeżeli nie byłby to kolega, lecz "partner". Trudno - są
          hotele i inne noclegownie. Tak samo nie pozwoliłabym spać
          narzeczonym w jednym łóżku.

          Co do homoseksualistów to sprawa jest jednoznaczna. I nie ma co
          dyskutować.

          Jeżeli chodzi o narzeczonych to jest jeszcze inna kwestia - wiele
          osób zakłąda, ze oni juz ze sobą spali. A jeśli nie? Jeżlei staraja
          sie wytrwać w czystości - i może z trudem im to przychodzi. A my ich
          tak razem bezceremonialnie do jednego łóżka? Czy ktoś wogóle o tym
          pomyśli?

          Natomiast jeżeli przyjeżdza rodzina z dziećmi - nie ważne
          czy "cywilna", sakramentalna czy konkubinat, no to kłądzenie ich w
          osobnych pokojach jest raczej humorystyczne jak wychowawcze.

          Nie widze natomist żadnego zwiazku miedzy kwestią przyjmowania gości
          a ich życiem skaramentalnym (typu chodzenie do kościoła czy
          spowiedzi).
          • sulla Re: Dzieci patrzą 04.01.10, 09:33
            nati1011 napisała:

            Jeżeli chodzi o narzeczonych to jest jeszcze inna kwestia - wiele
            osób zakłąda, ze oni juz ze sobą spali. A jeśli nie? Jeżlei staraja
            sie wytrwać w czystości - i może z trudem im to przychodzi. A my ich
            tak razem bezceremonialnie do jednego łóżka? Czy ktoś wogóle o tym
            pomyśli?


            A właśnie też o tym myślałam - jeśli przyjmowałabym w domu powiedzmy parę
            studentów, to w sumie dlaczego miałabym zakładać, że już spią ze sobą? Mogę im
            pościelić osobno, bo położenie ich razem do łóżka mogłoby wyglądać na wtrącanie
            się w ich życie osobiste. Ale jeśli bym przyjmowała np. znajomych, o których
            wiem, ze żyją świadomie w konkubinacie, to jednak położyłabym ich razem - bo tu
            znowu nie czułabym się uprawniona do ingerencji w ich życie. Ale z córką już bym
            porozmawiała na ten temat otwarcie - tak jak napisałam wyżej.
            • atama Re: Dzieci patrzą 04.01.10, 10:11
              Nas tak z, wtedy jeszcze, narzeczonym położono u wujostwa razem.
              Fakt, że mieszkanie nie za duże i trudno byłoby może wykombinować
              oddzielne spanie.
              Tak czy siak - głupio nam było strasznie! uncertain
              • marzek2 Re: Dzieci patrzą 04.01.10, 10:51
                Tjaa, ja pamiętam, gdy zaczęłam spotykać się z moim mężem. Chodziliśmy ze sobą
                zaledwie dwa tygodnie kiedy moja rodzina dostała zaproszenie na wesele .
                Pojechaliśmy zabierając mojego nowego chłopaka do tańca i towarzystwa dla mnie,
                wiadomo. Jakież było nasze zdziwienie, moi rodzice zadecydowali, że skoro mamy
                pokój 2 i 3 osobowy, (bo wesele było z noclegiem) to jakże oczywiste będzie, że
                oni śpią z babcią w jednym a ja z chłopakiem sami w drugim... Oczywiście byliśmy
                dorośli itp, ale akurat chcieliśmy być w porządku... I jakież było zdziwienie
                moich rodziców, gdy usilnie prosiliśmy o spanie z babcią w pokoju... W końcu
                udało się ich namówić, ale oboje z mężem wspominamy to podobnie, jak głupio się
                czuliśmy i jakie napięcie panowało między nami. Najchętniej spalibyśmy w
                pokojach na dwóch końcach korytarza chyba wink
    • wiesia140 Re: Odpowiedzialnosc rodzicow 14.11.10, 09:30
      do dziś się zastanawiam , czy ja byłam na tyle dojrzała,żeby wyjść za mąż

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka