Piszę, bo miotają mną niechrzescijańskie uczucia

Zastanawiam się bowiem, czy wychowanie uczciwego dziecka jest w
ogóle możliwe. Przy czym, aby było jasne - nie mam na myśli kogos ,
kto jest 100% pradomowny, wali prawde w oczy, albo zapytany opowiada
rodzicom szczerą prawdę o sprawach, ktore ma prawo zatrzymać dla
siebie.
Chodzi mi raczej o nie oszukiwanie, uczciwość na
poziomie "przyzwoitym", nie heroicznym. I dochodzę do wniosku, ze
albo uczciwość, albo szkoła. I ze wychowywanie dzieci i
mlodzieży "do oszustwa" stało się tak powszechne, ze większość
rodziców i nauczycieli juz tego nie widzi.
Zaczyna się od razu w pierwszych klasach. Dziecko ma zadanie domowe -
duża część rodziców siedzi z dzieckiem, poprawia błędy, instruuje.
Dziecko dostaje dobrą ocenę, pani go chwali, rodzice są dumni.
Dziecko, z ktorym rodzice nie siedzą, które oddaje uczciwie i
samodzielnie zrobioną pracę - jest oceniane niżej, a często i
ganione. I rodzice uczacy sie z dzieckiem nie odczuwają tego, jako
nadużycia - przeciwnie, uznaja to wrecz za swój obowiazek. Nie
widzą, ze oceny za pracę niesamodzeilną, poprawioną, jeśli nie wręcz
zrobiona przez rodziców demoralizują w pewnym sensie.
A dalej już tylko gorzej. Prace zbyt krótkie, a samodzielne -
ocenianie nizej niz prace ściągnięte z internetu.
Tak mnie naszlo, bo moj syn pisał pracę zaliczeniową na ITN z
polskiego. Przeczytał mnóstwo, napisał całkowicie samodzielną pracę -
i nauczycielka kazała mu ją poprawić. Wymaganie były dostosowane -
nie przesadzam - do poziomu przyzwoitego licencjatu, a nie pracy
gimnazjalnej, choćby i dla zdolnych uczniów.
W domu rozgorzała dyskusja - czy w takim razie nalezy pomoc (czytaj -
poprawić za syna, przy jego współudziale zaledwie), czy też syn
powinien odmówic - prawdopodobnie wywołujac awanturę, tracąc
wpisanie ITN na świadectwo i rezygnując z wyższej oceny z polskiego.
Oczywiście siostra pomogla, ale szlag mnie trafia. Potem studenci
kompletnie nie rozumieją, dlaczego praca ma być napisana uczciwie i
samodzielnie - a ja zaczynam rozumieć, ze to nie jest
kwestia "dzisiejszej mlodzieży", tylko wpajania w "dzisiejszą
mlodzież", ze MUSI być przynajmniej częściowo nieuczciwa - inaczej
nie spelni szkolnych ( i co mnie najbardziej boli - rodzicielskich)
wymagań.