Taki mieliśmy wczoraj temat naszej wspólnotowej liturgii Słowa.
Mój mąż przygotował

na podstawie takich opracowań do KKK.
Po katechezie mamy czytanie Słowa (wybrane przez nas odpowiednie
fragmenty), a potem dzielenie.
Było bardzo ciekawie

Było o tym, jak myśmy zostali (lub nie)
wychowani do modlitwy, jak wychowujemy do modlitwy swoje dzieci,
jak wychowują nas Ci, którzy już nie żyją, ale znamy ich życie
z jakiś dzieł (czyli po prostu święci). Bogactwo myśli i doswiadczeń.
I mój mąż, który wyskoczył z taką tezą: on modląc się z dziećmi
teraz, czy chodząc z nimi do kościoła, nie robi tego z myślą, że
inwestuje w ich przyszłość, że przyucza ich do czegoś, ale razem
z nimi po prostu przeżywa te wszystkie wydarzenia wiary. Bo przecież
niekoniecznie musi być to kiedyś.
I teraz pytanie do Was, z jaką myślą wychowujecie dzieci do modlitwy?
Kto Was wychował do modlitwy? Czy czujecie, że to wychowanie trwa nadal?
Kto Wam pomaga? A może jeszcze inne myśli Wam się zrodzą na klawiaturze