marzek2
11.12.06, 08:41
Jakoś tak chyba dotąd w moim chodzeniu z Bogiem tego nie doświadczałam. Teraz
przyszedł czas no i idę przez ciemną dolinę. Staram się ciągle tłuc sobie do
głowy, że ON jest i TRZYMA mnie za rękę, choć tak trudno mi ufać, gdy zupełnie
nie mam kontroli nad tym co się dzieje...
Chodzi oczywiście o zdrowie Samuela i straszne podejrzenia, które uwiły sobie
gniazdo w mojej głowie po paru wizytach w internecie i szukaniu znaczenia
choroby, o której wspominała pani endokrynolog. Oczywiście diagnozy jeszcze
nie ma. I nie wiadomo kiedy będzie, bo ciągle czekają nas nowe badania, a w
zależności od nich inne badania itd...
Ale - mogę na pewno dziękować Bogu za to czego doświadczyłam w ciągu ostatnich
paru dni, nauczyłam się dużo o sobie i o Bogu, doświadczyłam tyle wsparcia.
Ja to z gatunku tych, co to sprawiają wrażenie, że zawsze sobie dadzą radę i
nie będą innych kłopotać proszeniem o pomoc. Czasem jest to fałszywa duma.
Cóż, pozbyłam się tej fałszywej dumy już troszkę przez ostatnie wydarzenia i
pozbyłam się złudzeń odnośnie swojej dojrzałości, wiary, zaufania...
Dużo wiem. Ale okropnie trudno mi jest, żeby ta wiedza przelazła z głowy do
serca, żeby w końcu zagościł we mnie Boży pokój, bo przecież "zła się nie
ulęknę, boś Ty ze mną".