Nie pisałam długo, troszkę się ostatnimi czasy odłączyłam, ale Mader sobie
świetnie radzi, wiem, bo podczytuję regularnie
Pan Bóg zastosował wobec naszej rodziny niebiańską kalkucję. Wyszło chyba na
to, że bilans duchowych zysków przeważy emocjonalne straty i oto mamy diagnozę
- Samuel ma wrodzoną wadę kości. Do końca nie wiadomo, czy to ta klasyczna
karłowatość, ale raczej nie (jeszcze mamy zrobić badania genetyczne), ale
jakaś dysplazja kości, a ma ona mnóstwo odmian i musimy jeszcze zrobić trochę
zdjęć rtg nóg, kręgosłupa itp, żeby wiedzieć, jakich partii ciała dotyczy i
jak bardzo jest zaawansowana.
Czyli - niski wzrost + trochę dysproporcji (już widać, że ma krótsze nóżki,
rączki). Na razie żadnych innych objawów (to bardzo dobrze). I często bardzo
dobry rozwój intelektualny (to już widać, że jest spryciarz).
Istnieje możliwość operacyjnego wydłużania kości, ale to przyszłość, bardzo
trudne decyzje (chyba będzie lepiej, gdy Samuel podejmie je razem z nami).
Piszę już na spokojnie, bo swoje wypłakałam, z Panem Bogiem ostatnio często
rozmawiałam, wzdychałam, łkałam, krzyczałam trochę też. Ale jest dużo rzeczy,
za które mogę dziękować i na tym staram się koncentrować. Samuel ma dobre
korzenie, kochających się rodziców, kochające go siostry i przede wszytkim
kochającego go Wszechmogącego Ojca.
A moje zadanie odnośnie wychowania go w wierze na kogoś, kto będzie bliski
Bogu i komu Bóg będzie bliski nie uległo zmianie.