verdana
09.07.08, 15:49
Dzis wyniki mojego syna miały byc o 8.30. Pojechalismy do szpitala -
lekarz najpierw kazał czekac, narada, potem zaprosił do gabinetu -
wyników nie ma. Zaraz zejdzie i się dowie.
Schodzi, wraca z dziwną mina - wynikw nie ma, pogonił laboratorium,
będą, ale za 2-3 godziny. Ja mowię "Tylko na pewno, bo mam stan
przedzawałowy". On patrzy na mnie dziwnie i mówi "Ja też".
Czekamy, czekamy, czekamy - lekarz ma zadzwonic. Dzwoni - do mnie,
nie do syna . I słysze w sluchawce absolutnie rozpromieniony głos -
najprawdopodobniej guz naczyniowy, niezłosliwy, ostateczne wyniki za
pół godziny.
Czekalismy jeszcze godzine. Werdykt ostateczny - naczyniak (taki jak
mlodszy miał po urodzeniu na ręce). Werdykt, ktorego nam na
szczęście nie powtorzył, z poprzedniej środy - złosliwy mięsak, ale
dziwny - dlatego preparat odeslano do powtornego zbadania do
naczelnego konsultanta.
Z naczyniakiem wszystko sie zgadza - zmienny rozmiar guza, krew w
biopsji, nietypowe krwawienie w czasie drobnej operacji - lekarz
świecił własnym światlem, my też.