Dodaj do ulubionych

o gosci podejmowaniu

03.11.08, 21:52
wiecie nie udzielam sie tu na forum czytam, cenne jest dla mnie wasze zdanie
wiec pozwolcie, ze porusze kwestie, ktora od jakiegos czasu nie daje mi
spokoju - temat jak w tytule postu

pochodze z malej miejscowosci, wioski, mieszkam w duzym miescie i nie wiem czy
to wlasnie kwestia lokalna czy zmiana czasow, obyczajow

u nas w domu podejscie do gosci bylo tradycyjnie, wszystko zapiete na ostatni
guzik, posprztane, naszykowane, my dzieci gosciom musielismy byc do uslug,
staram sie wpoic takie zasady u nas w domu

a tu zachodzimy do rodziny meza, proszeni na okragle urodziny, spozniamy sie
15 min elegancko, a tu pani domu jubilatka nie wyszykowana, stoly nie nakryte,
czekamy w korytarzu z prezentem i zyczniami, dziewczynki wariuja, szymek
placze, po 30 min schodzi z gory, ustawiamy sie w kolejce jak na weselu do
zyczen, prosza do stolow, a tu afera to wedliny braklo, bo tortu malo, bo
dzieci ciagle pic wolaja, wychodzimy o 20 - szymek chce spac

a gdzie w tym wszystkim gosc w domu, BOG w dom???????? nie wiem
Obserwuj wątek
    • isma Emaus 03.11.08, 23:20
      Hmmmm. Ostatnio gosc mnie nakryl na pospiesznym robieniu sobie oka. Co on sobie
      pomyslal, to nie wiem. No, ale zapewne poteznie kitowal, mowiac, ze przeciez nie
      musze sie w ogole malowac ;-P. No i, nie ukrywam, w toku kolacji nastapil
      moment, w ktorym nalesniki kartoflane sie najzwyczajniej w swiecie skonczyly...
      [tego goscia akurat chyba bysmy sie nie odwazyli, ale zdarzalo sie nam juz w
      podobnej sytuacji zagnac przybylych do miksowania ziemniakow na potrzeby dokladki]

      A powaznie - bo dla mnie ta "goscinnosc" to jest wazny temat (i uprzedzam, ze za
      jakies dwa akapity to bede gadac jak nawiedzona, trudno, musicie to wytrzymac ;-P).

      Wiec, ja mysle, ze dwie rzeczy sa wazne. Otoz, wazne jest, zeby goscie sie czuli
      chciani, oczekiwani, i witani serdecznie. I, oczywiscie, tradycyjnym sposobem
      okazywania tego jest wlasnie owo "dopiecie na ostatni guzik". Jestesmy
      przyzwyczajeni, ze tak sie przejawia szacunek dla gosci - odpowiednio
      wyprzedajacym zaproszeniem, sprawnoscia w serwowaniu potraw, posprzatanym
      salonem, kompletnoscia sztuccow. Jesli tak nie jest, czesto odczuwamy to jako
      lekcewazenie. I najpewniej, jesli gospodarze WIEDZA, ze goscie tak wlasnie pewne
      uchybienia konwenansowi odczytaja, to powinni sie starac takich sytuacji unikac.

      Ale jest tez drugi wymiar goscinnosci: zapraszam czlowieka do swojego domu, to
      znaczy - autentycznie zyje wobec niego. Niczego przed nim nie ukrywam. Mowie:
      jestes dla mnie wazny, a wyrazem tego jest moje nieudawanie przed Toba kogos,
      kim nie jestem. "Zostan z nami, bo ma sie ku wieczorowi" - tak wlasnie
      Zmartwychwstaly Bog przychodzi w goscine do dwoch uczniow. Oni nie sa jakos
      specjalnie do tego goszczenia przygotowani, to sie wszystko jakos tak
      spontanicznie, naturalnie odbywa. I to zaproszenie, i ta kolacja, ktorej
      wartoscia jest bycie-ze-soba!
      A na stole jest chleb i moze wino (to ostatnie raczej tanie, bez apelacji, bo
      wtedy jeszcze apelacji nie nadawano wink)).

      Trzeba, chyba, duzo milosci, zeby umiec sie w tych dwu wymiarach rozeznac. Zeby
      miec pewnosc, kiedy ten "brak starannosci" jest przejawem niecheci, a kiedy
      wyraza po prostu zaufanie. Kiedy wyszukane danie ma byc okazja do zaspokojenia
      proznosci gospodyni, a kiedy wynika z checi zrobienia przyjemnosci akurat temu a
      nie innemu gosciowi.

      Ja lubie gosci. Jestem szczesliwa, kiedy wymyslam dobre rzeczy do jedzenia,
      robie zakupy, gotuje, wybieram kwiaty, swiece, serwetki i takie tam. Kiedy
      wyjmuje plyte, ktora sobie bedzie pomrukiwac w tle.
      Ale bywa i tak, ze ktos przychodzi, kiedy nie mam zupelnie ochoty na cokolwiek.
      No i wtedy nie ma tych kwiatkow i makijazy (nieposprzatane to u nas zazwyczaj
      jest, wiec tej okolicznosci nie biore pod uwage).

      Ale ten ktos jest, i my jestesmy.

      No i w sumie to o to chodzi wink)).
      • kann2 Re: Emaus 03.11.08, 23:30
        isma napisała:

        > Hmmmm. Ostatnio gosc mnie nakryl na pospiesznym robieniu sobie
        oka.

        Mam nadzieję, że się nie pogniewasz, ale to chyba jakiś gbur musiał
        być, że tak od razu od drzwi do toalety, żeby "nakryć"
        i "pomysleć" wink)
        • isma Re: Emaus 04.11.08, 00:22
          Kannie drogi, alez niewiasty nie robia sobie oka w toalecie (choc etymologicznie
          rzecz ujmujac, moze i cos w tych zabiegach - badz co badz, toaletowych - by
          bylo), tylko, zazwyczaj, w lazience!

          Ale wlewasz otuche w moje serce. Skoro mezczyzna (mezczyzna w ogolnosci, znaczy
          sie) jest zdolny uznac toalete za dogodne miejsce do makijazowania sie, to moze
          i nie zauwazyc, ze niewiasta ma odmalowane jedno oko, zas drugie - nie ;-P. Ufff.
          • kann2 Re: Emaus 04.11.08, 09:19
            Miałem przecież na myśli "mebel sypialniany z lustrem i szufladami".
            • mader1 Re: Emaus 04.11.08, 09:27
              a nie buduar ? bo miałam wrażenie, że Is. gdzieś pisała, że musi
              się zawsze jakoś przed przyjściem gości przyGOTOWAĆ , więc pewnie w
              GOTOWALNI, co ? Tam i te naleśniki i oko i fryzurę robi wink))))
              www.slownik-online.pl/kopalinski/EFBCA89AB9DA5E3FC12565D8004EE75A.php
      • mader1 Re: Emaus 03.11.08, 23:30
        > Ale jest tez drugi wymiar goscinnosci: zapraszam czlowieka do
        swojego domu, to
        > znaczy - autentycznie zyje wobec niego. Niczego przed nim nie
        ukrywam. Mowie:
        > jestes dla mnie wazny, a wyrazem tego jest moje nieudawanie przed
        Toba kogos,
        > kim nie jestem. "Zostan z nami, bo ma sie ku wieczorowi" - tak
        wlasnie
        > Zmartwychwstaly Bog przychodzi w goscine do dwoch uczniow. Oni nie
        sa jakos
        > specjalnie do tego goszczenia przygotowani, to sie wszystko jakos
        tak
        > spontanicznie, naturalnie odbywa. I to zaproszenie, i ta kolacja,
        ktorej
        > wartoscia jest bycie-ze-soba!
        > A na stole jest chleb i moze wino (to ostatnie raczej tanie, bez
        apelacji, bo
        > wtedy jeszcze apelacji nie nadawano wink)).

        Bardzo mi to bliskie... u mnie, jak ktoś zajedzie daleko, aż na wieś
        to jest jeszcze wspólne wstawanie, smakowite rozmowy i nieśpieszne
        robienie śniadania...
    • mader1 Re: o gosci podejmowaniu 03.11.08, 23:36
      Ale odczułaś, że Was lekceważą ?
      Bo może oni tacy niezorganizowani i nieporadni są ?
      Nie potrafią ?
      Może coś im się przydarzyło ?
      Kiedyś zdarzyło nam się być u ludzi... no właśnie... ani nie byli
      gotowi na czas, ani niespecjalnie dbali o innych. Potem natomiast
      widzieliśmy JAK SAMI byli gośćmi. Wtedy mieli WYMAGANIA smile))))
      Ale mamy kuzynów, którzy bardzo chcą się spotkać i być ze sobą jak
      najdłużej, bo tęsknią, bo lubią, ale... czasu mają ciągle za mało...
      za dużo obowiazków... ale widać, jak się cieszą , jak starają, choć
      im się " rozłazi"... Bywa bardzo śmiesznie smile
    • mamalgosia Re: o gosci podejmowaniu 04.11.08, 16:21
      Nigdy nie byłam na imprezie, na której brakło jedzenia. Piszesz, że
      wędliny mało, tortu... Co to znaczy: mało? Nie każdy mógł się
      poczęstować?
      Dla mnie temat goszczenia kogoś/goszczenia się jest trudny. Bo nie
      cierpię, bardzo nie cierpię wszelkiego rodzaju imprez, na których
      jest więcej niż 1 gość (tzn stosunek 1 gospodarz: 1 gość uważam za
      najlepszy). Tak więc trudno mi powiedzieć, jak powinno być a jak
      nie.
      Ale jak przyjeżdżam do kogoś na umówioną imprezę np urodzinową,
      jestem o umówionej godzinie, a ten ktoś wita mnie w brudnej bluzce
      (brudnej autentycznie: poplamionej na brzuchu w znaczny sposób), to
      jest to dla mnie oznaką braku szacunku. Może ten ktoś nie chciał mi
      tego powiedzieć, ale ja to tak odbieram.
      jednocześnie czym innym jest gość w postaci np koleżanki, która po
      prostu wpadła. Choć w brudnej bluzce nie wystąpiłabym świadomie
      przed nikim
      • ewa.venge Re: o gosci podejmowaniu 04.11.08, 16:51
        tak małgosiu - wedliny braklo, herbaty powiedzieli, ze duzo schodzi, bo kazdy
        bral osobna torebke - czuje sie okropnie, mam wyrzuty sumienia, ze mam grymasne
        dzieci, bo nie chca salcesonu jesc, bo tylko to zostalo, glupio mi, ze
        poprosilam o dodatkowa herbate.
        a z drugiej to po co takie przyjecie, nie lepiej bylo zaprosic tylko rodzicow,
        rodzenstwo i oszczedzic nam tych cierpien. Co mnie uderzylo, to brak totalnie
        swiadomosci, ze cos jest nie tak - w ich pojeciu impreza byla super, u mnie
        pozostal niesmak.

        • arwena_11 Re: o gosci podejmowaniu 04.11.08, 17:39
          U nas goście zawsze są wyczekiwani ( zwłaszcza przez dzieci ). Co
          inneg jet "proszona" impreza, a co innego odwiedziny dziadków. Tzn
          moich rodziców, którzy wpadają zobaczyć wnuki często, no chyba ze my
          idziemy do nich. Teściowie to nie wizyta a wizytacja. NIe wpadna
          nigdy odwiedzić wnuki ( mieszkają w bloku na przeciwko ) bez
          specjalnej okazji.

          Co do imprez, to ja uważam, ze trzeba być gotowym na czas. Często
          denerwują mnie goście, którzy sie spóźniają ( co innego jak
          uprzedzą, że będą później ). Jedzenia zawsze jest tyle, że kilka dni
          można potem przeżyć. Inna rzecz, że jak napiekę ciast, tortu i
          zrobię kanapki, to wszystko schodzi i czasami tzreba dorabiać, ale
          zawsze jest z czego.
          Najśmieszniejsze jest to, że co roku robię więcej ( bo pamiętam że
          trzeba było dokładać na poprzedniej imprezie ), ale i tak coś trzeba
          dołożyć. No i nie wiem, czy ze mnie kiepska gospodyni, czy goście
          coraz głodniejsi.

          Czesto też, zwłaszcza po urodzinach dzieci, gdzie jest dużo
          słodyczy, dzieciaki znajomych dostają "na wynos", inaczej nie chcą
          wyjść. Wiec im smakuje, co mnie zawsze bardzo cieszy.
        • mamalgosia Re: o gosci podejmowaniu 04.11.08, 19:32
          ewa.venge napisała:


          > a z drugiej to po co takie przyjecie, nie lepiej bylo zaprosic
          tylko rodzicow,
          > rodzenstwo i oszczedzic nam tych cierpien.
          No właśnie, to dlaczego zaprosili tyle osób? Wiesz?

          Co mnie uderzylo, to brak totalnie
          > swiadomosci, ze cos jest nie tak - w ich pojeciu impreza byla
          super, u mnie
          > pozostal niesmak.
          No ale czekaj. Skoro uważali, że za dużo herbaty schodzi, z wędliną
          też nie w porządku (bo jednej chcieliby za dużo, a innej za mało),
          to chyba jednak nie uważają, że impreza była super. To albo są
          zadowoleni, albo nie są
          >
          • ruda_kasia Re: o gosci podejmowaniu 05.11.08, 10:18
            A ja lubię gościć. Lubię gotować. Nie lubię, gdy przychodze do
            kogoś, a on jest nieprzygotowany. Nie, raczej rzadko odczuwam to
            jako braks zacunku, tylko taki... nie wiem, brak organizacji.
            Niektórzy tak mają, np. moja teściowa, która zawsze "nakrywa" przy
            gościach, ile byw czesniej nie miała czasu. Lub moja przyjaciółka,
            której zdarzyło się robić sałatki zostawiając gości z bierzmowania
            syna przy stole (jest wdową, więc nie miał kto robić honorów domu,
            ja byłam dużo wcześniej, mogłyśmy przygotować, ale jakoś tak... a
            póxniej, a zdażymy etc). Ostatecznie akzał jej usiąć z gośmi i
            zajęłam sie kuchnią. Są takie typy. Dla odmiany mnie się zdarzyło -
            nie mieć w domu serwetek,swteirdzić, ze zaprosiłąm 15 osób a mam 6
            kompletów sztućców smile (siostra jadąc na imprezę musiała zaliczyć
            ikeę) oraz regularnie informowac gości, iż są przekąski limitowane
            (np. śliwki z boczkiem) i jak nie będą na czas, to ich ominie, bo
            inni zeżreją. Myślę, że kiedy gość czuje się dobrze, to i uchybienia
            w stylu salceson na stole (ja akurat lubię, ale moje dzieci nie)
            ujda w tłoku. Komentarz o barniu po jednej torebce herbaty uważam za
            poniżej wszelkiej krytyki. Podobnie jak nie wyobrażam sobie, że
            goście "biorą" torebki. Ja im robię herbatę, zawsze z "jednej"
            torebki lub z dzbanka. Również - pomimo że nie słodzę - irytują mnie
            zwyczaje słodzenia gościom herbaty w kuchni (tak, mają tak niektóre
            moje koleżanki, które załej rodzinie słodzą i mieszają). Tyle że im
            mówię to wprost, ale każdy robi swoje. Nie jest to brak szacunku. A
            raczje jest to szacunek dla cudzej "odmienności".
            Kiedyś byłam obserwtorem burzliwej dyskusji pomiędzy dwoma moimi
            koleżankami na temat sciągania obuwia w gościach. Doszło do tego, że
            jedna powiedział drugiej, że nie przyjdzie na imprezę "otwierającą"
            meiszkanie, skoro ma tańczyć na bosaka lub w kapciach. W końcu,
            przysżła, chyba jako ejdyna nie zdjęła obuwia. Panie się do dziś
            lubią, przyjaxnimy się pomimo już 11 lat odmiennosci... Żeby była
            jasność - ja uważam, że zdejmowanie butów jest nieeleganckie a
            proszenie o to gości już niekulturalne, ale umiem przejśc nad tym do
            proządku dziennego.
            • mamalgosia o zdejmowaniu butów 05.11.08, 10:31
              Byłą kiedyś dyskusja o tym na jakimś otwartym forum - może na
              emamie. Dyskusja... mało powiedziane...pyskówkasmile
              Ja mam przeciwne zdanie: dom nie jest ulicą/chodnikiem i zawsze
              zdejmuję buty wchodząc do czyjegoś mieszkania (jeden wyjątek, ale
              tam się aż lepiło od brudu). Buty na imprezę (np tańczącą) to coś
              innego - to jak`by "obuwie zmienne".
              Ale jest to kwestia w jakiś tam sposób sporna. No bo nabłocić komuś
              w domu czy uwalać dywan śniegiem to chyba nie jest ładnie. A wkładać
              nogę w czyjś kapeć albo w jakiś specjalny, tzw "gościnny" też nie za
              fajnie - nie wiadomo, kto go poprzednio nosił, zapocony jakiś czy
              może z grzybicą stópsmile
              Może w przedpokoju taki automat na workowe ochraniacze na buty, o
              tak, to jest myślsmile
              • ewa.venge Re: o zdejmowaniu butów 09.11.08, 10:56
                o zdejmowaniu butow to mozna by traktat napisacsmile dokad mieszkalam na IV pietrze
                to jakby ten problem nie istnial, gosciom i domownikom wszystko buty drodze sie
                otrzepalysmile od wiosny mieszkamy w domku i wszystko sie wnosi do domu, jestem
                pelna wdziecznosci dla tych co buty zdejmuja, jakos tak mi sie zdaje, ze moze
                szanuja moja prace, bo i dzieci se bawia na podlodze i szymek raczkuje.

                ja sama teraz juz sciagam, na impreze wasze biore wszystkim buty na przebrania,
                bo w sumie w zimie zadna przyjemosc w kozakach siedziecsmile
                • mamalgosia Re: o zdejmowaniu butów 09.11.08, 11:39
                  W całej rozciągłości się z Toba zgadzamsmile

                  • ruda_kasia Re: o zdejmowaniu butów 12.11.08, 09:04
                    A ja nie smile ale tamtą dyskusję czytałam i nie widzę sensu
                    • ruda_kasia Re: o zdejmowaniu butów 12.11.08, 09:07
                      za wczesnie wysłało - nie widze sensu się spierac, bo każdy ma swoje
                      racje. W opisanym przeze mnieprzypadku chodziło nie o wlezienie w
                      butach, tylko o zmianę obuwia zamiennego, było zakazane, bo goście
                      mieli nie rysowac parkietów. I znam więcej takich przypadków.
                      Impreza była w listopadzie i nikomu nie przysżło chyba do głowy
                      ładowac sie na nowe parkiety i dywany w obuwiu z błota. Chodziło o
                      zakaz ubranie zaminnych butów o ile nie były "łapciami" na miękkiej
                      podeszwie.
                      Szanuję pracę innych i obuw odruchowo zdejmuję, ale wolę, kiedy ktoś
                      nie każe tego robić.
                      • isma Re: o zdejmowaniu butów 12.11.08, 09:45
                        A to ja mam podejscie luzne. Kto chce, wchodzi w obuwiu, kto chce, zdejmuje (ale
                        u nas nie ma "gosciowych kapci", a nie mamy dywanow, wiec malo kto po golej
                        podlodze lubi pomykac).

                        Ja mam natomiast obyczaje dzikie, i jak wypatrze u kogos jakis fajny fotel albo
                        kanape, ktora by sie nadawala do zagniezdzenia, to obuwie nawet mimo
                        konwencjonalnych protestow gospodarza ochotniczo zdejmuje, bo przeszkadza wink)).
                        No, oczywista, powstrzymuje sie od tego w sytuacjach sformalizowanych, ale
                        takich zajomosci to na szczescie malo mamy.
                      • alex05012000 Re: o zdejmowaniu butów 12.11.08, 09:56
                        nigdy nie zadałam od gosci zdejmowania butów, uwazam to za
                        nietakt..., mają tak boso siedzieć? jak ktos koniecznie chce to
                        zdejmuje..., jak w zimie ktos ma kozaki i buty na zmiane to zmienia,
                        kapci goscinnych nie mam i nie daję... mieszkam na parterze.
                        podłogi teraz są lakierowane, dwa posuniecia mokrej szmaty
                        załatwiaja sprawe ewentualnych plam...
                        • kocianna Re: o zdejmowaniu butów 27.10.09, 08:54
                          Buty mi zwisają, jeśli wizyta jest mało oficjalna, to własne zdejmuję - bo mi
                          niewygodnie, całe życie chodziłam po mieszkaniu boso. Od innych zdejmowania nie
                          wymagam.

                          Unikam jak mogę przyjęć eleganckich - zawsze się umorduję w kuchni, temu podać,
                          temu nakrycie zmienić, tu coś dochodzi na kuchence, tu się czymś oparzę -
                          kuchnia wygląda jak po huraganie (mimo, że tuż przed godziną "0" była
                          wysprzątana), ja jestem nieżywa, a czasu z gośćmi nie spędziłam, bo zajmowałam
                          się ich obsługą. A fuj!

                          Często natomiast przyjmuję nieoficjalnie w kuchni. W kuchni mam wielki stół,
                          jest ciepło i przytulnie, mogę wspólnie z gośmi gotować i gadać, i śmiać się, i
                          jest OK. Myślę, że tu właśnie jest serce mojego domu i Panu Bogu też jest tam
                          przyjemniej smile

                          Tak naprawdę stół przenosimy do pokoju tylko na Wigilię (do Choinki). Śniadanie
                          Wielkanocne jemy już w kuchni smile
          • ewa.venge Re: o gosci podejmowaniu 11.11.08, 18:44
            > No właśnie, to dlaczego zaprosili tyle osób? Wiesz?
            z tegoco wiem, to miala byc taka "gala" - czterdzieste urodziny, wiec chca cala
            rodzine uczcic zaproszeniem, tyklo, ze najlepiej zeby byly super prezenty -
            jakie byly zamowienia to malo z krzesla nie spadlam, a z drugiej strony to zeby
            goscie jak najmniej zjdeli i wypili- oczyiwsicie to taka moja refleksja

            No ale czekaj. Skoro uważali, że za dużo herbaty schodzi, z wędliną
            > też nie w porządku (bo jednej chcieliby za dużo, a innej za mało),
            > to chyba jednak nie uważają, że impreza była super. To albo są
            > zadowoleni, albo nie są

            wiesz z herbata ukrocili bo zwrocili uwage, zeby parzyc dwie z jednej torebki -
            czajnik elektyryczny przynosila szwagierka zkuchni a torebki byly nastole, jak
            sie skonczyly to juz nie doniesli, a szynki to tez tyle ile dali na stol to
            wiecej nie podali
            • alex05012000 Re: o gosci podejmowaniu 12.11.08, 09:21
              przyjęcie u rodziny Ewy to jakaś żenada....nieporozumienie...
              nieznajomość podstawowych zasad przyjmowania gości! albo się robi
              przyjęcie na 40 osób i jest sie przygotowanym na okoliczność, albo
              sie nei robi wcale; ja bym więcej do tych ludzi nie poszła.
              Herbatę sie parzy w dzbankach i podaje na stół, ewentualnie w kuchni
              robi i nosi filiżanki... wydzielanie torebek herbaty w głowie mi sie
              nie mieści, 100 sztuk bylejakiej herbaty mozna za 3 czy 4 złote
              kupić...
              • szczur.w.sosie Re: o gosci podejmowaniu 29.10.09, 12:15
                No, my tak często nie zapraszamy gości i sami nie chodzimy za dużo z
                wizytami. Ale jak sięgnę pamięcią to pamiętam odwiedziny z rodzicami
                u cioć i wszystko było za wczasu przygotowane, dużo jedzenia, pyszne,
                własnej roboty ciastasmile I moi rodzice też tak robili. I do tej pory
                obyczaj, że o gościa się w jakiś tam sposób dba - jest aktualny
                myślę.
                A co do herbaty/kawy - jedna torebka na osobę, dla Polaków cukier i
                mleko stawiam na stole, Brytyjczyków pytam ile cukru, mleka i gotowe
                przynoszę z kuchni (wymieszane, bez łyżeczek i oczywiście nie w
                szklankach, ale kubkachsmile)
    • mama_kasia Re: o gosci podejmowaniu 05.11.08, 11:14
      U mnie w domu zawsze sprzatało się ekstra na przyjście proszonych
      gości. Przejęłam to, choć sprzątać po prostu nie znoszę.

      Mam trzy typy gości smile:
      1.zaproszeni z okazji (urodziny, itp.) i tutaj staram się
      wszystko mieć dopięte, bo z reguły przychodzi moja mama, a ona
      wychwytuje różne takie, wiec po co mam się denerwować wink))
      2.przyjaciele ze wspólnoty, którzy są gośćmi, ale i
      współgospodarzami, bo przychodzą na tzw. "niedzielne nieszpory"
      (gościmy się nawzajem). Tutja mogę pozwolić sobie na większy luz,
      choć i tak "potrawy" mam przygotowane wcześniej.
      3.gość niezapowiedziany - tych lubię najbardziej, bo wchodzi
      z ulicy, "z przypadku", wpada na myśl, aby zajrzeć. Oczekuje tylko,
      aby ze mną pobyć, porozmawiać smile

      A ja jako gość dostosowuję się do zastanej sytuacji smile
      Eee, choć nie zawsze z radością... Nie lubię być gościem mojej mamy,
      bo z reguły sama muszę się obsłużyć i jest to wręcz
      oczekiwane, obowiązkowe sad Wiem, ona po prostu traktuje mnie
      jak swoją córkę, a ja tak bardzo chciałabym się czuć "dorosłym
      gościem" smile))
    • magdalaena1977 Re: o gosci podejmowaniu 11.11.08, 20:05
      Jeśli ja podejmuję gości, to już wiem, że istnieje realne ryzyko, że podam za
      dużo jedzenia, że goście skubną po odrobince i sporo zostanie. A z drugiej
      strony ten strach, że zabraknie ...
      Teraz już mam metodę i część jedzenia czeka na wszelki wypadek w lodówce, gdyby
      nagle goście zgłodnieli i pożarli to co na stole.

      A żeby w gościach brakowało jedzenia - koszmar !
      Z moich obserwacji wynika, że w niezbyt zamożnych domach tym bardziej dba się o
      jedzenie na święto i dla gości , a już w żadnym razie tego jedzenia nie może
      zabraknąć. I zwykle takie gospodynie celują w wielkich blachach domowego ciasta,
      michach pysznych pierogów z dobrze doprawionym farszem, tudzież i innych daniach
      smakowitych i tanich acz pracochłonnych.

      Ale widywałam też przyjęcia, gdzie gospodarze chcieli podjąć gości wytwornie acz
      tanim kosztem i zwykle wychodziło to żałośnie. Niby goście siedzieli cicho
      głodni wokół stołu i nie domagali się jedzenia, ale miło nie było.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka