Dodaj do ulubionych

Jan Marcin Szancer

18.02.09, 22:20
Czarodziej mojego dzieciństwa.
Mistrz detalu, twórca przekonywujących, "skończonych" światów.
Do dziś uwielbiam te wysmukłe postaci upozowane z teatralną
manierą, zatrzymane jakby w połowie tanecznego pas.

Wydawało by się, że te ilutracje -tak klarowne w odbiorze, spójne,
znamionujące świetny warsztat graficzny (żadnych widcznych zmagań,
poprawianych błędów, potu ilustratora domieszanego do farb), że ten
gigant, wyposażony w wiedzę kostiumografa, i scenografa -powinien
się PODOBAĆ.

A jednak, ostatnio przecierajac oczy ze zdumienia przeczytałam na
naszym forum w wątku allegrowym:
"te nieszczęsne Szancery"
"nie cierpię jego kreski."

Żeby było jasne, nie chcę w nikogo wmawiać, że jedyna opcja to
ta ,że Szancer Wielkim Ilustratorem był. Chciałabym dowiedzieć się
wiecej.
Podyskutować o gustach.
Dlaczego Was wkurza, lub zachwyca - Jan Marcin Szancer?

Obserwuj wątek
    • siostraheli Re: Jan Marcin Szancer 18.02.09, 23:10
      No dobrze, podłożę się. Nie przepadam. A raczej nie przepadałam jako dziecko. To znaczy doceniam wszystko, co tak pięknie opisałaś, ale to, co jest jego siłą, jest jednocześnie jego słabością. Dla mnie ta stylizacja była zbyt XIX-wieczna, zbyt manierystyczna, a łatwość za łatwa. Może właśnie zbyt lekką miał rączkę? Może brak tego zmagania?
      Okej, może to zabrzmi, jak bluźnierstwo, ale wolę coś z Czeczota.
      To na pewno mistrz nad mistrze, ale dla mnie to historia.
    • abepe Re: Jan Marcin Szancer 18.02.09, 23:25
      Mnie się Szancer dobrze kojarzy, tak właśnie bajkowo-czarodziejsko.
      Tak jak piszesz - jest w nim teatralna maniera, która pewnie może
      razić sztucznością i upozowaniem. Ale pamiętam, że kiedyś marzyło mi
      się zrobienie przedstawienia z marionetkami i miały być takie
      właśnie szancerowskie delikatne i eleganckie, koronkowe i wysmukłe.
      A w tle - harfa i flet:)
      Ale moje dzieci właściwie go nie znają, oprócz "Pinokia" (kupiłam z
      sentymentu też nowe wydanie "Dziadka do orzechów" z NK, ale jest w
      małym formacie i zupełnie ilustracje w nim giną).
      Bo właściwie dość jednostajny jest, nie wiem, czy to sztampa, ale na
      pewno jednostajność, trochę nużąca.
    • alistar1 Re: Jan Marcin Szancer 19.02.09, 07:37
      Moje najwcześniejsze wspomnienie związane z Szancerem dotyczy Baśni
      Andersena, a zwłaszcza ilustracji do Dziewczynki z zapałkami. Mogłam
      wpatrywać się w nią godzinami. Jedno trzeba Szancerowi oddać- jest
      mistrzem tworzenia baśniowego klimatu, działa na wyobraźnię. Za co
      jeszcze go lubię? Chyba za delikatność i subtelność kreski,
      charakterystyczną później także dla Orłowskiej-Gabryś.

      Myślę, że każdy ilustrator ma swój czas, stąd pewne znużenie, czy
      opatrzenie tym typem ilustracji wydaje mi się całkiem zrozumiałe,
      tym bardziej, że dzisiejsze trendy ilustrowania ksiażek są trochę
      inne i też zachwycają.

      Pamiętam natomiast, że jako szkrab mały z jakiegoś powodu bałam się
      szancerowskiego Lisa Witalisa i cieszyłam się, że jest na końcu
      książki, bo kiedy do niego dochodziliśmy, można było po prostu
      zatrzasnąć z ulgą książkę;-)
    • karanissa Re: Jan Marcin Szancer 19.02.09, 08:45
      Jako dziecko uwielbialam Szancera. Jego ilustracje byly wspanialym
      dopelnieniem basni, ktore czytalam, taka bajka w bajce, z
      nieskonczonoscia detali. Do dzis dzien pamietam ilustracje do Konika
      Garbuska - zachwycaly, hipnotyzowaly, przemawialy.

      Niepokojace za to byly dla mnie ilustracje Gabriela Rechowicza
      (m.in. "Klucze do jelenia" Chotomskiej czy "Wielka, wieksza,
      najwieksza" Broszkiewicza). Takie psychodeliczne troche ;-)
      • lis888 Re: Jan Marcin Szancer 19.02.09, 08:54
        Zgłaszam się do tablicy jako ta od "nie cierpię jego kreski". Nie
        wychowałam sie na Szancerze, lecz na bajakach ilustrowanych przez
        rosyjskich ilustratorów, odbierałam go od razu jako widz i czytelnik
        dorosły. Szkoła mooich dzieci ma za patrona Szancera, więc sporo o
        nim wiemy, znamy niemal wszystkie jego prace ilustratorskie.
        Nie lubię, bo - maniera (powtarzam i zgadzam się z moimi
        poprzedniczkami), z książki na ksiązkę nie zmieniająca się i nużąca.
        Może to "przymusowe" z nim obcowanie na codzień (w każdym kącie
        szkoły czai się jakaś jego ilustracja, ciągle sa konkursy na jego
        temat) trochę wpłynęło na moją niechęć...
    • mama_kasia Re: Jan Marcin Szancer 19.02.09, 09:07
      Mnie zdecydowanie zachwyca :) - lekkość, szczegół,
      kreseczka, wysmukłość, rzeczywistość, smuteczek.
      A i bogactwo dużych ilustracji.
    • zf71 Re: Jan Marcin Szancer 19.02.09, 09:30
      Dwie książki z ilustracjami Szancera szczególnie kochałam w
      dzieciństwie – Baśnie Andersena i Pinokio. Nie jestem pewna, ale mam
      wrażenie, że właśnie dzięki tym ilustracjom tak je kochałam. Dzisiaj
      nie patrzę z zachwytem na wszystko co narysował Szancer - niektóre
      rzeczy cenię bardziej, inne są mi obojętne (Lokomotywa np.).
      Ale niektóre zachwycają jak dawniej. Szczególnie Baśnie Andersena
      opatrzone jedną lub dwoma ilustracjami - swoją delikatnością, trochę
      barokowością i baśniowością uruchamiały moją wyobraźnię, budowały
      całą resztę.
      Jedna ilustracja do Dzikich łabędzi zbudowała mi na całe życie
      wyobrażenie całej baśni. Ciekawa jestem jakie P. Pawlak zrobi na
      mnie wrażenie nowym podejściem?

      Czekam też z niecierpliwością na Królową Śniegu z Media Rodzina.
      Fascynowała mnie ta baśń ale ogromnie się jej bałam. Czekam ze
      wspólnym czytaniem na nową jakość ilustracji naszej wspaniałej
      ilustratorki ;)
      • chaber69 Re: Jan Marcin Szancer 19.02.09, 09:54
        Mnie Szancer zawsze będzie się kojarzył z dzieciństwem, poczuciem absolutnego
        bezpieczenstwa, ciepła i zrozumienia. Mówię: Szancer, myslę: przede wszystkim
        wspomniane baśnie Andersena, ale też Szelburg-Zarembina, "Pan Kleks" i nie
        wiedzieć czemu Krasicki. Miałam takie wielgachne wydanie bajek Krasickiego w
        sztywnej oprawie. Czytałam je będąc bardzo nieletnim dziecięciem i wydaje mi
        się, że gdyby nie te ilustracje, to wtedy bym ich nie przeczytała. Ale
        najukochańszą moją ilustacją z dzieciństwa jest Bzowa Babuleńka. Jeśli miałabym
        powiedzieć czemu lubię Szancera to przyznam się, że nie wiem. Po prostu patrzę i
        podoba mi się to co widzę i robi mi się tak przyjemnie na sercu. Mam wrażenie,
        że gdyby nie Szancer nie zwracałabym takiej uwagi na ilustracje. Ale uwielbiam
        też Grabiańskiego za jego koty, między innymi oczywiście. Swoje upodobania
        przelałam na dziecko, które uważnie przyglądało się ilustracjom parę lat
        wcześniej, teraz już raczej w książkach, które poczytuje nie ma ilustaracji. A
        szkoda.
    • zuzannao Re: Jan Marcin Szancer 19.02.09, 10:03
      Wychowana na Szancerze, dopiero jako dorosły człowiek dostrzegam pewną powtarzalność i manierę jego ilustracji. W dzieciństwie ideałem urody była dla mnie szancerowska panienka:cieniutka w talii, z drobną rączką i nóżką, w biedermeierowskiej sukience ( zwykle wystawał spod niej rąbek koronkowych pantalonów), zresztą sylwetka chłopięca też była wdzięczna, szczupła, w dopasowanym fraczku, ze strzechą kunsztownie rozczochranych włosów. Dziś te figurynki zdają się trochę staroświeckie, ale nadal mają dla mnie jakiś czar. Jednak jest jedno dokonanie, za które cenię Szancera szczególnie: stworzenie postaci Pana Kleksa. Szancer świetnie rozumiał się z Brzechwą, a Pan Kleks to ich wspólne arcydzieło, na miarę Kubusia Puchatka duetu Milne/Shepard. Długo po Szancerze nikt nie próbował rysować Pana Kleksa, a jak spróbowali, to lepiej nie mówić, co z tego wyszło...
    • anials Re: Jan Marcin Szancer 19.02.09, 12:07
      Ja jestem zdecydowanie staroświecka i konserwatywna - dlatego
      uwielbiam J.M.Szancera :-) I w dzieciństwie i teraz.
      Z jego ilustracji można było odczytać całą baśń nie znając liter.
      Dlatego wiekszość baśni Andersena, których się bałam, znałam dzięki
      Jego ilustracjom. Pan Kleks w Jego wykonaniu jest jedyny, w
      Lokomotywie widać trochę sztywną jeszcze na początku kreskę, wiersze
      Brzechwa to już szaleństwo, czasem całkiem wesołe i filuterne - Pan
      Drops itp.
      Bardzo cieszę się z każdej książki "z odzysku" w której widzę Jego
      ilustracje. Jedynej odzyskać nie mogę - Królewny Śnieżki, w której
      zła królowa miała na śniadanie kawę ze śmietanką i ciastkiem - moje
      marzenie, do którego realizacji wreszcie dorosłam ;-D

      A to co ktoś nazwał "sztampą" ja uważam tu za styl - taki własny,
      niezmienny styl rysowania ma przecież też Butenko, Lengren i inni i
      to jest ich wizytówka, prawda?
      • uccello Re: Jan Marcin Szancer 19.02.09, 12:42
        Dziękuję Wam Kochani za odpowiedzi- i liczę na nastepne!

        Dla mnie w dzieciństwie, ta niezmienność konwencji była jedynie
        dowodem na to, że ilustracje Szancera są oknami do istniejącego
        równolegle, baśniowego świata.
        Wierzyłam, że „za rogiem” – poza ilustracją, ten świat rozciąga się
        dalej. Tak jakby Jan Marcin Szancer miał magiczne okulary, i dawał
        nam je -czytelnikom przymierzyć na chwilę.


        • uccello Jan Marcin Szancer 19.02.09, 12:45
          A tu artykuł z Tygodnika Powszechnego

          KRÓL ILUSTRATORÓW
          Joanna Olech

          Nie byłoby Jana Marcina Szancera – ilustratora stulecia, gdyby nie
          splot okoliczności. Jego rodzice wynajmowali mieszkanie znanemu
          krakowskiemu malarzowi, który popadł w finansowe tarapaty
          i nie mógł opłacać czynszu. W zamian zaoferował rodzicom Jana
          Marcina darmowe lekcje rysunku dla syna...


          W katalogu warszawskiego Muzeum Książki dla Dzieci fiszki z
          nazwiskiem Jana Marcina Szancera zapełniają całą szufladę.
          Najstarsza ze zilustrowanych przez niego książek to „Nasze miasto”,
          czytanka polska dla uczniów II klasy szkół powszechnych, wydana we
          Lwowie w roku 1935.
          Dużo tu wizerunków dzieci, ale nie sposób dopatrzeć się w nich
          charakterystycznego stylu Szancera. Krępe postacie, ostrzyżone „na
          polkę”, w marynarskich kołnie-rzach, narysowane są giętką,
          organiczną kreską, poprawnie, ale anonimowo. Pod ilustracjami
          widnieje sygnatura js., a na stronie tytułowej Jan Szancer, żadnego
          Marcina... Z tego samego roku 1935 pochodzi inna lwowska książka z
          okładką Szancera, a mianowicie „Krysia i karabin” Jadwigi
          Gorzyckiej – zdumiewający dokument epoki, szmira patriotyczna, w
          której pojawia się młody Ziuk Piłsudski, Legioniści, Cud nad
          Wisłą... Pełno w niej „żołnierzy, bluzgających prawdą krwawą we
          wraże oczy molocha...” i bolszewików – „ludzkich bestii”.

          Spodnie w prążki

          We wczesnych rysunkach Szancera widać dobrą międzywojenną szkołę
          ilustracji – kompozycyjną dyscyplinę i szlachetną prostotę, która
          miała źródło w ubogiej technice poligraficznej. Zaledwie cztery lata
          później dobiegający czterdziestki grafik zilustrował „Pokój na
          poddaszu” Wandy Wasilewskiej – podówczas redaktorki „Płomyka”
          i „Płomyczka”. W wydanej tuż przed wojną książce łatwo dostrzec
          metamorfozę – pojawiają się „szancerowscy” chłopcy w kraciastych
          maciejówkach, sznurowanych trzewikach i przykrótkich spodniach,
          którzy z czasem rozgoszczą się w jego ilustracjach na dobre.
          Podobnie wyglądał Kaj z „Królowej Śniegu”. Dziewczynka z „Pokoju na
          poddaszu” ma wdzięk kopenhaskiej Syrenki. Pozy i gesty stają się
          bardziej dekoracyjne, teatralne.
          Zabawnie jest śledzić wędrówkę rekwizytów u Szancera – pastuszek u
          Wasilewskiej ubrany został w charakterystyczny słomiany kapelusz z
          wstążką, wyglądający jak odwrócony do góry nogami grzyb „kurka”.
          Identyczny kapelusz dostanie 30 lat później „Miś Paddington”, w
          takim będą grzybobrali bohaterowie „Pana Tadeusza”. Szancer miał
          swoje konfekcyjne szlagiery – należą do nich spodnie, zawsze wąskie,
          często przykrótkie, w dużą, regularną kratę lub w prążek. Takie
          nosił też aktor Szot w ekranizowanej po wojnie „Awanturze o Basię”.
          W katalogu Muzeum jest jeszcze jeden tytuł ilustrowany przez
          Szancera, a mianowicie „Telewizja, czyli jak człowiek nauczył się
          widzieć na odległość”, z roku... 1936 (!!!). Niestety, nie sposób
          jej odnaleźć w księgozbiorze, prawdopodobnie zaginęła.

          Wojenne książeczki

          Także i podczas okupacji niemieckiej w Polsce wydawano książeczki
          dla dzieci. Muzeum przechowuje kilka tytułów z ilustracjami
          Szancera – między innymi „Koziołeczka” wydanego przez Gebethnera i
          Wolffa w roku 1944. Czarno-białe, delikatnie prószone kolorem
          ilustracje są nowatorskie, syntetyczne, prostota wyraźnie służy
          grafikowi. Tekst natomiast z punktu widzenia dzisiejszej doktryny
          pedagogicznej zupełnie niepoprawny:

          Miała babuleńka rodu bogatego
          Miała koziołeczka bardzo upartego
          FIK MIK! MEE!
          Bardzo upartego.
          A ten koziołeczek był bardzo
          ROZPUSTNY
          Wyjadł babuleńce ogródek
          KAPUSTNY.

          Wzięła babuleńka kijaszka
          MOCNEGO
          Zbiła koziołeczka bardzo
          UPARTEGO
          I wypędziła go na rozstajne
          DROGI
          Nie ma Koziołeczka, leżą tylko
          ROGI....

          Na koniec cała wieś śmieje się z babuni opłakującej Koziołeczka... W
          książce tej pojawia się po raz pierwszy sygnatura jms. – odtąd stale
          obecna na rysunkach Szancera, aż do jego śmierci w roku 1973.
          Inna wojenna książka, wydane w roku 1943 „Przygody Tomka Sawyera”,
          dobrze obrazuje stosunek grafika do kostiumu. Szancer – erudyta i
          znawca tematu, ubrał swoich bohaterów w stroje amerykańskiego
          Południa z lat 70. XIX wieku, czyli dokładnie z epoki, w której
          książka została napisana, podczas gdy późniejsi ilustratorzy
          trzymali się stylistyki XX wieku, kiedy to „Tomek Sawyer” ukazał się
          w polskim tłumaczeniu. Tylko u Szancera Becky ma pantalony, anglezy,
          krynolinę i czepek, a Tomek chodzi w spencerku i płaskim słomkowym
          kapeluszu. Artysta znakomicie czuł klimat epoki, potrafił oddać
          szczegóły historycznych kostiumów – renesansowych w bajce „O
          krakowskim kocie”, rokokowych w „Pasterce i kominiarczyku”, fin de
          siecle’owych w „Zaczarowanym zaułku”.

          Styl szancerowski

          Po wojnie ukształtował się na dobre łatwo rozpoznawalny styl
          szancerowski. Jego cechy to: śmiała kompozycja (nierzadko z ptasiej
          lub żabiej perspektywy, co jest niezwykle trudną sztuczką
          ilustratorską), kolorystyka (z przewagą brązów) i smukłe sylwetki
          bohaterów (długonodzy chłopcy i szczupłe, wielkookie dziewczyny).
          Nawet „Syn pułku” Walentina Katajewa (1951) został obdarzony przez
          ilustratora marzycielskim spojrzeniem i pełnymi wargami amanta.
          Niewiele prządek i traktorzystek sportretował Szancer w swojej
          graficznej karierze, a i one są nie dość krzepkie i piersiaste jak
          na ówczesne standardy.







          Jan Marcin Szancer:

          Ilustracja do „Dolpha Heyligera”

          Washingtona Irvinga

          (z tomu „Rip van Winkle

          i inne opowiadania”, Warszawa 1966).



          Elegancja szancerowskich postaci jest jawną kpiną z peerelowskiej
          siermięgi – jego bohaterów wyróżnia nie tylko strój, ale także
          powściągliwość gestów, wyrafinowany szyk przeniesiony z innej epoki.
          Nawet Pan Brown – opiekun wydanego w latach 70. „Misia Paddingtona” –
          to w interpretacji Szancera prawdziwy brytyjski konserwatysta. W
          meloniku i z parasolem, jest uosobieniem tradycyjnej brytyjskości i
          z pewnością nie głosuje na Labour Party.
          Zdumiewa u Szancera rozmach miejskich pejzaży. Czy to warszawskie
          Powiśle, czy paryski Montmartre, czy panorama krakowskiego Rynku z
          lotu ptaka – każda z tych scenerii ma swoją specyfikę i klimat,
          grafik sporządza niejako esencję architektonicznego stylu malując
          lekko i nonszalancko detal. Erudycja Szancera jest przedmiotem
          zazdrości wielu ilustratorów. Jego meble są stylowe, kostiumy –
          wyrafinowane, jego karoce są prawdziwie królewskie, każda tralka,
          gzyms i balkon noszą piętno epoki.
          Lektura życiorysu Szancera może wpędzić w kompleksy niejednego
          pracoholika: pisał bajki i felietony, rysował (przeszło 200 książek
          po minimum kilkanaście ilustracji każda – policz, kotku, ile to
          roboczogodzin?), projektował scenografie, dyrektorował,
          przewodniczył, był radnym, profesorem i prezesem... Stworzył
          rysunki „kanoniczne”, tak zespolone z tytułem, że nie dopuszczamy
          myśli, iż mogłyby być inne. Takie są ilustracje do „Pana
          Kleksa”, „Sierotki Marysi”, „Stalowego Jeża”... Niewielu śmiałków
          odważyło się podjąć wyzwanie Króla Ilustratorów.

          *

          Jan Marcin Szancer urodził się przed wiekiem. Z tej okazji otwarto w
          Warszawie wystawę prac artysty. Wszystkie eksponowane ilustracje
          przeznaczone są na sprzedaż i osiągają ceny od 2500 do 6000 złotych.
          Blisko połowę zakupiono już podczas wernisażu. Wystawie towarzyszy
          ładnie wydany katalog. Są tu najsłynniejsze prace – od „Pana
          Tadeusza” poczynając, poprzez „Pino
          • uccello Re: Jan Marcin Szancer- Olech cd. 19.02.09, 13:15
            przepraszam ucięłam niechcący

            Są tu najsłynniejsze prace – od „Pana Tadeusza” poczynając,
            poprzez „Pinokia” i „Gelsomina w kraju kłamczuchów”, na „Podróżach
            Guliwera” kończąc. Jest niezwykle piękna ilustracja z Adasiem
            Niezgódką stojącym na progu Akademii – pośród wypchanych ptaków.
            Poczta Polska ufundowała tablicę pamiątkową, która zawiśnie na
            kamienicy, gdzie mieszkał artysta. Odlano w brązie autoportret Jana
            Marcina Szancera – łysiejący pan z ptasim nosem wygląda zupełnie jak
            dozorca Weronik, niezastąpiony pomocnik Ambrożego Kleksa. Tak
            właśnie go sobie wyobrażam: swojski, przyjazny starszy pan, nigdy
            nie widziany dobry znajomy, niezawodny towarzysz mojego dzieciństwa.

            „Jan Marcin Szancer (1902–1973) – 100-lecie urodzin”, Galeria
            Grafiki i Plakatu, Warszawa, ul. Hoża 40. Wystawa czynna do 14
            grudnia 2002.







          • hophopi Re: Jan Marcin Szancer 21.02.09, 10:11
            > Styl szancerowski
            >
            > Po wojnie ukształtował się na dobre łatwo rozpoznawalny styl
            > szancerowski.


            No właśnie, kiedyś to było dobrze. Można było mieć swój styl.
            A teraz to od razu mówią, że sztampa ;)))

            Ps. Odchodzę na stronę LUBIĄCYCH :)
      • uccello marzenia się spełniają! 21.02.09, 10:11
        anials napisała:
        >Jedynej odzyskać nie mogę - Królewny Śnieżki, w której
        > zła królowa miała na śniadanie kawę ze śmietanką i ciastkiem -
        >moje marzenie, do którego realizacji wreszcie dorosłam ;-D

        Jest Królewna Śnieżka, choć widać ,że trochę wyczytana
        allegro.pl/item561771010_krolewna_sniezka_maria_kruger_szancer_od_ss.html
        • uccello Królewna Śnieżka 21.02.09, 10:23
          Nie zauważyłam,że ma stemple biblioteczne. Ta ksiażka bywa na
          Allegro, sama kupiłam niezły egzemplarz za kilkanaście złotych.To
          jedna z najulubieńszych ksiażek mojego dzieciństwa, zachwycała mnie
          i Śnieżka gotująca dla krasnoludków na niziutkim, malowanym piecu,
          bałam się frunącej macochy wiedźmy, rozkochany w Śnieżce Książę też
          cieszył me oko:)
          • anials Re: Królewna Śnieżka 23.02.09, 15:16
            Dzięki! Tą z pieczątką sobie daruję, ale skoro piszesz, że bywa,
            będę wyglądać lepszego egzemplarza.
            Póki co nabyłam zupełnie zapomnianego Pana Soczewkę w puszczy :)
    • siostraheli Re: Jan Marcin Szancer 19.02.09, 12:50
      Czytam i się zastanawiam. Może problem jest w tym, że w pewnym momencie Szancer ilustrował wszystko i jak leci? Wszyscy wspominają Baśnie Andersena i Kleksa jako wzór niedościgły. Pamiętam przepiekną Pasterkę i kominiarczyka, to była kwintesencja wdzięku w ilustracji. Jeszcze może dorzucę cykl o Panu Soczewce, też się pewnie obroni. Ale Brzechwa dzieciom zilustrowana przez Szancera to nieporozumienie. To jest zupełnie na przekór tej poezji. Dobrze, że nie zlecili mu Koziołka Matołka ani Małpki Fiki-Miki;-)
      Wszyscy tęsknią za Andronami z ilustracjami Butenki, bo jego poczucie absurdu jakoś współgra z wierszami Brzechwy. A lis Witalis Szancera, który miał być szelmą, jest delikatny jak figurka z porcelany, Pchła Szachrajka jest jak baletnica.
      BTW Bardzo mi się podoba wersja pana Kleksa w wykonaniu Adolfa Borna. Szkoda, ze nikt nigdy nie zdobył się na wydanie jej w Polsce, bo przecież mamy wersję kanoniczną.
    • tom_papioh Re: Jan Marcin Szancer 19.02.09, 16:36
      Wychowałem się na Szancerze - pamiętam, strasznie się bałem ilustracji
      do baśni Andersena "Słowik", ze śmiercią w stroju chińskiego wojownika
      - chociaż moja mama-awangardzistka uważała zawsze Uniechowskiego i
      Szancera za ucieleśnienie mieszczańskiego złego gustu i kiczu. Te
      ilustracje mają dla mnie dużo, lekko staromodnego, wdzięku i lekkość
      rysunku, której ze świecą szukać we współczesnej ilustracji. Jedyne,
      co zawsze mnie trochę drażniło w jego książkach, to "sosowate" kolory,
      choć to prawdopodobnie wina socjalistycznej techniki drukarskiej...
      • siostraheli Re: Jan Marcin Szancer 19.02.09, 16:52
        Dzięki ci, że to napisałeś. Bałam się napisać o tych sosach;-)

        Może po latach inaczej się odbiera takie ilustracje? Tak jak eklektyczne kamienice, które kiedys też budziły zgrozę, a teraz wszyscy je uwielbiają?
    • mamalgosia Re: Jan Marcin Szancer 20.02.09, 09:27
      Zdecydowanie zachwyca. W każdy calu
    • zawsze_wolna_nilka Re: Jan Marcin Szancer 21.02.09, 19:01
      Kochałam Szancera w czasach siermiężnego PRL-u lat kryzysu, szarych ilustracji na ohydnym papierze, jako brzydkie dziecko marzące o urodzie wiotkich panienek i chłopcu pięknym jak z jego rysunków.
      Potem dorastałam, jednocześnie odkrywając bogactwo ilustracji Stannego, Strumiłło, Jaworskiego, Boratyńskiego, Ekier, Stasysa, Wilkonia ...
      Różnorodność, bogactwo kreacji- to cechy, których brak szancerowskim ilustracjom.
      Szancer niejednokrotnie skutecznie strywializował, wręcz zepsuł ludowe baśnie i opowieści.
      Zdrowy, dziarski, niebyt bystry Jasio z ludowych podań, świetnie narysowany przez Boratyńskiego (np. zbiór słowackich baśni "Słoneczny koń") w wydaniu Szancera zamienia się w egzaltowaną pensjonarkę przebraną za chłopca na potrzeby szkolnego przedstawienia.
      Ze smutkiem zauważam, że na forum wspominane są w większości tylko te wydania, które zilustrowane zostały ślicznym cukrowym, kruchym światkiem szancerowskiej imaginacji...
      Szkoda tylko, że nie dało się Stillera zilustrować Szancerem, może wtedy byłaby szansa na wznowienia;-)
    • 7oz Re: Jan Marcin Szancer 25.02.09, 20:20
      Oj uwielbiam jego ilustracje! Jako dziecko godzinami gapiłam sie w
      książki i kopiowałam jego rysunki. Nie przeszło, nadal uważam że są
      genialne.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka