marciam13
20.07.04, 14:07
Chcę przytoczyć sytuację z dnia wczorajszego:
Koleżanka, z którą pracuję rozpoczęła rozmowę na temat naszej żałoby-zaczęło
się od tego, że niepotrzebnie wypaliła ostatnio z pytaniem, dlaczego ubieramy
się na czarno (tak się dość przypadkowo złożyło, że mąż był w czarnym
garniturze, a ja w czarnym kostiumie-wróciliśmy z sądu). Przeprosiła, po czym
stwierdziła-w imieniu wszystkich moich współpracowników-iż sądzą, że my sami
zbytnio się "nakręcamy", za często o tym rozmawiamy ze sobą i niejako
niepotrzebnie przedłużamy naszą żałobę. Od śmierci Nisi minęło dokładnie pół
roku. Zaznaczam tutaj, że w pracy na temat mojej sytuacji zdarzyło mi się
rozmawiać w ciągu tych miesięcy 3 razy, przy czym tylko raz wyszło to z mojej
inicjatywy. Jak stwierdziła, wszyscy sądzą, że powinniśmy już wrócić do
normalnego życia, bo w pracy zrobiła się taka jakaś atmosfera...Że mogą mi
pomóc szukać psychiatry lub psychologa lub polecić odpowiednie środki
farmakologiczne. Że generalnie martwią się o mnie, żebym nie wpadła w jakąś
depresję. Że to niewłaściwe przeżywać tak długo stratę miesięcznego dziecka-
co innego, gdyby miało ono kilka lub kilkanaście lat. A przecież wiedzieliśmy
od początku, że jest skazane na śmierć-no bo przecież było zaintubowane-może
nie od razu, ale w 10 dobie życia. Bo przecież człowiek nie przywiązuje się
tak mocno do takiego dziecka. To zupełnie co innego, kiedy umiera starsze
dziecko lub człowiek dorosły. Przyznała też wprost, że dla nich śmierć mojej
córeczki nie ma znaczenia, że zupełnie nie rozumieją mojego bólu. Więcej-nie
tylko nie rozumieją, ale jest to dla nich nienormalne. No owszem, to było
nasze pierwsze dziecko, ale przecież możemy mieć następne i o tym ich zdaniem
powinniśmy wyłącznie myśleć. Że oczekują, że ja przejdę nad tym do porządku
dziennego, a jeśli nie-wymagam pomocy psychiatry. Że nie powinnam czytać
książek na ten temat (raz zauważyła u mnie na biurku książkę "Jak przeżyć
stratę dziecka", bo sama po nią sięgnęła). W końcu -tu cytat-"uważam, że
całkiem ześwirowałaś i o niczym innym nie można z tobą porozmawiać". Gwoli
wyjaśnienia dodam raz jeszcze, że nie nosimy żałoby, nie obnosimy się ze
swoim smutkiem, poza tymi trzema rozmowami-w tym dwie trwały ok. 5 minut, z
nią rozmawiałam tylko raz, nie rozmawiam z nikim na ten temat. Staram się
uśmiechać, żartować, zachowywać normalnie, wróciłam do pracy, wykonuję swoje
obowiązki i nikogo nie proszę o żadną pomoc, generalnie o nic nie proszę.
Jeśli już ja sama mogłabym sobie coś zarzucić, to to, że staram się
zachowywać jak gdyby nigdy nic się nie stało. Owszem, później, po dłuższej
rozmowie stwierdziła, że lepiej mnie rozumie, ale we mnie pozostał osad i
żal...To oni mają z mojego powodu problem, nie obchodzi ich, co ja czuję-nikt
mnie o to nigdy nie zapytał...Ustalili to między sobą i uznali, że moja
żałoba jest zbyt długa i nieproporcjonalna-bo, to też cytat, to większość
ustala normy...I ta atmosfera w pracy-jak rozumiem zepsuta z mojego
powodu...Coraz mniej z tego rozumiem, nie mieści się to w moim sposobie
widzenia świata. Wczoraj się wściekłam, a dzisiaj mogę tylko płakać...Mam
ochotę wygarnąć im wszystkim, co myślę, ale wtedy niewątpliwie zapakują mnie
w kaftan i powiozą na psychiatrię...
Marta