stary71
04.10.04, 02:52
Po tym, jak 27 lat temu urodził się z ciężką wrodzoną wadą Wojtek, wcale nie
przestalismy myśleć o drugim dziecku. Bylismy bardzo młodzi i wierzylismy, że
wszystkiemu damy radę. Czekały nas wzloty i upadki, różne opinie i rokowania,
operacje, zabiegi rehabilitacyjne, ale i pospolite radości; Wojtek był i jest
pogodnym, dobrym i kochającym synem. Pomagamy mu w jego losie człowieka
przykutego do wózka i nieświetnie widzącego, a on nas wspiera dobrym słowem.
W ciagu następnych kilku lat oczekiwalismy dziecka dwukrotnie, ale wszystko
kończyło się najdalej po 3 miesiącach. Budynek przy ul. Kopernika poznałem na
pamięć - moja dziewczyna leżała tam tygodniami, bezskutecznie. I po 10 latach
urodził się Janek. Troszkę przedwcześnie, ale przezwyciężył trudności
zdrowotne, a my nauczyliśmy się nowego wyrazu: "dzieci". Dziś ma 16 lat, jest
większy ode mnie i dostarcza nam wszelkich radości i trosk, jakich zwykli
przysparzać faceci w jego wieku. No, a 2 lata po Janku urodził się Antek. Też
był wcześniakiem, wiec zabrali go na neonatologię. Tam go widziałem. Drobny,
ciemne włosy. Żona, po trzeciej cesarce, nie zdążyła. Odwiedzałem Ją
codziennie. Na czwarty dzień wyszła do mnie - nie zapomnę tego - szła, a
przecież nie ubywało odległości między nami, i juz wiedziałem... Maluch nie
żyje - powiedziała, a ja mogłem Jej tylko solennie przyrzec, że zrobię
wszystko, co do mnie należy. Jeszcze i przez to musimy przejść... tyle byłem
w stanie powiedzieć, bo świadomość faktu dochodziła do mnie potężniejącą falą
i wiedziałem, że muszę się uczepić działania, aby jej nie ulec.
Była właśnie 14 rocznica naszego ślubu.
Z precyzją automatu przez następne dni załatwiałem wszystkie formalności. Na
Małym Rynku kupiłem ubranko, zamówiłem kwiaty, zawoziłem Wojtka do jego
ośrodka a Janka do Babci; poźniej odbierałem chłopaków - jak codzień. U ks.
Bryły wyjednałem pozwolenie na pochowanie Antosia w starym grobowcu należącym
do wygasłej juz linii mojej rodziny na Salwatorze. Robiłem śniadania i
kolacje. Noc poprzedzającą pogrzeb spędziłem bezsennie, pisząc list do
Antosia. Następnego ranka widziałem go znowu. Dałem mu ten list i medalik,
który zdjąłem z szyi - odtąd nie noszę juz żadnego. Potem wsiadłem w auto i
pojechałem na cmentarz. Po mszy, która celebrował zaprzyjaźniony ksiądz, sam
zaniosłem Antosia na miejsce spoczynku. To był ten jedyny raz, kiedy
trzymałem Go w ramionach. Mojej dziewczynie nawet to nie było dane. Po
pogrzebie pojechałem po nią do szpitala. Odczuła ulgę, kiedy Jej
powiedziałem, że wypełniłem swoje obowiązki.
To był trudny dzień.
Antek miałby dziś 14 lat, byłby gimnazjalistą. Nieraz myślałem o tym, jak to
by było, gdyby był z nami. I jaki by był? Co wniósłby do naszego zycia? O
jaką barwę jest ono uboższe? To wielka, nieodgadniona tajemnica.
Czasem przychodzi do mnie we śnie, zwykle jako 8-9 letni chłopak. Ale ja mało
sypiam.
Wybaczcie, ale w końcu musiałem o tym napisać.
Gorąco wszystkich pozdrawiam. Bądźcie dzielni.
Stary71